1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak się szczęśliwie zakochać - radzi psycholog

Jak się szczęśliwie zakochać - radzi psycholog

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby – zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski. I choć nie da się zakochać na zawołanie, to jednak w nowym roku możesz zrobić wiele, by otworzyć się na miłość.

Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby - zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski.

Mam takie postanowienie, żeby szczęśliwie się zakochać. Co mogę zrobić, żeby je zrealizować?
Czuję się przytłoczony (śmiech)... Pewnie już od kilku tysięcy lat zmagamy się z tym problemem jako gatunek – jak się zakochać i to z wzajemnością. Zatem może ustalmy, że będziemy raczej starać się próbować odpowiedzieć na to pytanie.

Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, kiedy to słyszę, to że zakochanie się jest poza kontrolą. Projekt partner, projekt małżeństwo z rozsądku – pewnie da się zrealizować, ale zakochanie to nie jest projekt biznesowy...  Druga rzecz, ja nie do końca wierzę w takie postanowienia. Zwykle po kilku tygodniach się wywracają, bo tylko jakaś część mnie podejmuje takie postanowienie.  Jeśli brak nam wewnętrznego konsensusu, to długo się w tym trybie nie utrzymamy. A zatem kto postanowił, że się zakocha? Ktoś, kto uważa, że trzeba być w relacji, czy ktoś, kto odczuwa rzeczywistą potrzebę?

Chodzi o rzeczywistą potrzebę. Jak mogę wspomóc ten proces?
Pomysłów jest wiele, ale nie mam złudzeń, że znajdziemy jednoznaczne sprawdzone rozwiązanie. Odpowiem może, jak ja to widzę. Otóż bez sensu wydaje mi się szukanie kogoś wymarzonego. Model dwóch połówek jabłka zakłada, że jestem niepełny w jakiś sposób i dopiero drugi człowiek mnie dopełnia. To oznacza pewien deficyt we mnie i rodzi się ryzyko uzależnienia, wejścia w relację jak z dilerem miłości, który ma to, czego mnie brak. Uważam, że warto najpierw nauczyć się wypełniać te odczuwalne braki w sobie. I wtedy jedno pełne jabłko spotyka się z drugim pełnym jabłkiem. Zatem jeśli czegoś szukasz u partnera, to najpierw znajdź to w sobie.

Jak odnaleźć tę pełnię?
Dobrze zacząć od pracy ze swoim wewnętrznym krytykiem, bo on może dużo namieszać. Najpierw będzie mówił, że jestem beznadziejny, brzydki, głupi i inne nieprzyjemne rzeczy, i że wcale nie zasługuję na miłość. Jeśli uporam się z tym, będę mógł bardziej dojrzale spojrzeć na siebie, przestanę starać się dopasować do standardów wewnętrznego krytyka, a dzięki temu nie będę musiał udawać kogoś innego przed inną osobą. Poza tym będę wtedy też bardziej akceptujący dla tej osoby. Będę mógł zobaczyć ją z jej wadami i zaletami, a nie szukać kogoś, kto spełni moje wygórowane wymagania. Szukanie ideału to powszechny problem. Konsumpcyjna natura naszej kultury przenika też do relacji, więc mamy jakby listę wymogów, które powinien spełnić partner czy partnerka. Łatwo możemy zacząć zachowywać się jak na zakupach sprzętu AGD – partner jak pralka ma mieć różne funkcje...

Chciałabym się nad tym zatrzymać. Oczywiście partner to nie sprzęt AGD, ale jednak z jakiegoś powodu wybieramy tę, a nie inną osobę.
No pewnie, ale myślę też o zostawieniu sobie takiego marginesu w miłości, że coś mi przeszkadza, ale schodzi to na drugi plan wobec innych zalet partnera. Jestem gotów być z tą osobą, mimo że np. nie sprząta po sobie czy nie ogląda tych samych seriali. Inaczej szukanie partnera może się nigdy nie kończyć. Może stać się poszukiwaniem św. Graala czy polowaniem na yeti, czyli gonieniem za czymś, czego w rzeczywistości nie ma. Wrócę jeszcze do krytyka, bo przepracowanie tego tematu to na pewno duży krok w kierunku miłości, czyli akceptowania siebie takim, jakim się jest, a więc tak samo i innej osoby. Wtedy raczej nie będę chciał jej zmieniać, będę mógł przyjąć ją czy jego takimi, jakimi są. Pamiętajmy, że plany ewentualnej zmiany, którą zakładamy od początku relacji, nie mają nic wspólnego z miłością. Są raczej wyrazem egoistycznej kontroli.

Czy możemy jakoś doprecyzować, gdzie leży ta granica między listą oczekiwań a potrzebami?
Nie potrafię precyzyjnie określić, powiedzieć, co jest realną potrzebą, a co twoim egoistycznym oczekiwaniem. Będziesz to sama wiedzieć, mając kontakt ze swoją pełnią. Wtedy związane z deficytami oczekiwania znikają i zostaje to, co naprawdę jest dla nas ważne. I w tym miejscu można się zastanowić dalej, jak szukać kontaktu z tą pełnią.

Mówimy o miłości, a w większości duchowych ścieżek rozwoju ta pełnia jest tożsama właśnie z miłością. Warto więc zadać sobie pytanie: jak mogę doświadczać miłości? Nawet niekoniecznie w związku. Szukanie odpowiedzi wspomaga każdy rodzaj pracy nad sobą: medytacja, terapia czy praca z ciałem. Ten stan miłości jest gdzieś w nas. Wystarczy pomyśleć o chwili, kiedy miłość przez nas przepływała, kiedy czuliśmy się dobrze sami ze sobą. Ciało i umysł dobrze pamiętają ten stan i czasami odrobina wysiłku pozwoli go poczuć. To doświadczenie miłości nie musi zostać wspomnieniem z przeszłości, mogę mieć do niego dostęp teraz. Czuć miłość do siebie i z tym posagiem wchodzić w relacje.

Miłość do siebie ma złe konotacje...
I szkoda! To jakieś niezrozumienie. Jeśli mam dość miłości w sobie, to się też mogę nią łatwo dzielić. Jeśli widzimy kogoś, kto kocha, akceptuje siebie, jest przez to pełen życia, to aż chce się z kimś takim przebywać. To oczywiście nie daje pewności, że się zakocham, i to z wzajemnością, że będę w relacji, ale zwiększa prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji, a na pewno zwiększa mój wewnętrzny komfort.

Inna rzecz, że trzeba sobie zadać jedno pytanie i szczerze na nie odpowiedzieć: czy to aby na pewno jest dobry moment na nową relację? Zdarzają się okresy w życiu, kiedy trudno nam budować relację, bo to jest czas na coś innego. Chociażby po zakończeniu długiego związku potrzeba trochę czasu, żeby to rozstanie naprawdę przetrawić. Formalne zakończenie wcale nie musi oznaczać, że on się naprawdę dla nas zakończył. A może jestem w procesie poważnej zmiany tożsamości, a skoro ja sam nie wiem, kim jestem, to kto wtedy wszedłby w ten nowy związek? Jeśli się akurat przepoczwarzam, to warto to zaakceptować i poczekać, aż ta zmiana się dopełni. Przecież kokon nie wchodzi w relację, trzeba zostać motylem.

Jak więc zostać motylem?
Dodam, że można jeszcze być gąsienicą i też być w relacji. Chodzi mi o to, że na różnych etapach naszego rozwoju wchodzimy w różne relacje. Mam tylko wątpliwość, czy najlepszym rozwiązaniem  będzie zaczynanie nowego związku na etapie gruntownej przebudowy. Jeśli na tego motyla spojrzymy jak na symbol kogoś, kto leci w kierunku własnej pełni, to według mnie bycie nim wymaga skontaktowania się z własną miłością, zobaczenia tego, że taki, jaki jestem, jestem w porządku i nic mi tak naprawdę nie brakuje. Czyli miłość i akceptacja, zamiast krytyki i kontroli. I znowu nie chodzi o projekt intelektualny „zostać motylem”, bo to, co się dzieje w głowie, to za mało. To, czego nam potrzeba, to ten wyświechtany, ale jakże prawdziwy kontakt ze sobą. I to się czuje, to się odnajduje w ciele.

W książce „ProcessMind: A User's Guide to Connecting with the Mind of God” Arnold Mindell opisuje pewną medytację, w której pada pytanie: „Gdzie w twoim ciele mieszka twoje najgłębsze ja?”. Ciało dużo wie, kontakt z ciałem bardzo osadza w teraźniejszości. Dlatego myślę, że praca z ciałem naprawdę pomaga w duchowej przemianie.

Dlaczego bycie tu i teraz jest tak ważne w budowaniu relacji?
Jeżeli utkniemy w wizjach przyszłości, w tym, jaki ma być nasz wymarzony partner czy partnerka, to możemy nie zauważyć kogoś, kto mógłby się okazać ważny. Możemy też odrzucić kogoś tylko dlatego, że z kolei za bardzo przypomina nam postać z przeszłości, więc „znowu będzie tak samo”. Często jest to echo pierwszej czy poprzedniej miłości, ale też oczywiście relacji z rodzicami, bo przecież to jest pierwszy wzorzec, który rzutuje na przyszłość. Im bardziej uświadamiam sobie, kim teraz jestem, kim chcę być w relacji, na czym mi zależy – tym łatwiej mi budować głębokie relacje, zamiast odtwarzać ciągle tę samą rolę.

Jak uwolnić się od takiego schematycznego działania?
Jeśli chcemy się uwolnić od przeszłych wzorców, to można się tym zająć chociażby na psychoterapii. W kwestii wchodzenia w związki pomyślałbym też o pewnych fundamentach postrzegania relacji. Czym one dla nas w ogóle są? I być może zmianie paradygmatów myślenia o nich. Po pierwsze tego romantycznego: o połówce, która szuka uzupełnienia. Po drugie, oceniania relacji w kategoriach: sukces-porażka, bo przy takim myśleniu porażka zawsze czyha za rogiem. Lepiej przeformułować myślenie na takie, że kiedy spotykam drugą osobę, to nie kombinuję od razu, czy to wyjdzie, czy nie wyjdzie, ale nastawiam się na to, co mi ta relacja przynosi, czego się dzięki niej nauczę, czego doświadczę. Między dwojgiem ludzi zachodzi reakcja, która tworzy nową jakość i zmienia tych ludzi. W tym podejściu mam więcej zgody na to, że ta relacja może się kiedyś skończyć.

Mamy tendencję do gloryfikowania początków, widzimy tę magię na starcie, ale nie widzimy jej na końcu. Jeśli więc coś się kończy, to może miało się skończyć? Może ten los, który nas połączył, teraz nas rozłącza? Tak jakby relacja miała własny „termin przydatności do spożycia”, tyle że on nie jest podany na opakowaniu, więc trzeba po prostu próbować.

Łatwo powiedzieć, że trzeba próbować...
Oczywiście trudniej to realizować, bo boimy się zranienia. Mamy za sobą ileś podobnych doświadczeń i już wiemy, że ono może się przydarzyć, więc staramy się kontrolować sytuację, trzymać gardę, żeby było bezpieczniej. To jest strategia obronna, ale takie trzymanie gardy oznacza też, że coś tracimy, blokujemy jakiś przepływ miłości między nami a drugim człowiekiem, relacja na głębszym poziomie nie może się wydarzyć. Z drugiej strony, wrócę znowu do tego, że jeśli jesteśmy w kontakcie ze sobą, ze swoim sercem, to ewentualne zranienie będzie inne. Właściwie może być nawet mniej bolesne, bo jeśli przepuścimy ból przez serce, to on w końcu minie. To podobnie jak z żałobą – czy ją naprawdę przeżywamy, czy zamrażamy się w smutku?

Wszystko sprowadza się do pracy nad sobą. A co z poradami typu: ładnie się ubierz, poczujesz się lepiej?
Nieźle byłoby też od czasu do czasu dokądś wyjść, poznać nowych ludzi, otworzyć się na nową aktywność czy założyć profil na portalu randkowym. To prawda, ale takie działania są wtórne, pierwszoplanowe jest to, kto we mnie te działania podejmuje. Czy ubiorę się ładnie, bo czuję miłość do siebie, chcę się nią dzielić, chcę kogoś spotkać, być z kimś w relacji, czy mam w sobie wielką dziurę i szukam dilera miłości? Oczywiście możesz się ładnie ubrać, najlepiej na czerwono, bo badania pokazują, że to bardziej działa. I pewnie partner się pojawi, pytanie tylko, czy to jest to, o co naprawdę ci chodzi. Wydaje mi się, że dużo ważniejsze jest dotarcie do swoich rzeczywistych potrzeb i pragnień, a potem wzięcie odpowiedzialności za swoją część związku, bez przerabiania partnera, ale i bez naginania się, udawania.

To brzmi pozytywnie: zajmij się sobą, a zwiększysz swoje szanse na prawdziwą miłość.
Jasne, bo oczywiście można narzekać na zły los albo na jakichś złych onych, ale to jest unikanie wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. A jeżeli coś chcę zrobić, to mogę zająć się tym swoim jabłkiem. I nie chodzi o to, że dopiero po osiągnięciu pełni będziemy zdolni do związku, bo mogłoby nam życia nie starczyć, ale o pewien ukierunkowany wysiłek. Rozumiem, że może zrodzić się taka obawa, że będę tak skupiony na sobie, samowystarczalny, że już nie będzie miejsca dla drugiej osoby, ale tak nie jest. Potrzeba dzielenia doświadczeń z drugim człowiekiem nie zniknie, bo bycie w relacji oznacza inną jakość.

Mateusz Ostrowski: terapeuta pracy z procesem, trener biznesu. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną i dla par oraz warsztaty rozwoju osobistego. Lubi podróże na Wschód i literaturę science fiction. www.mateuszostrowski.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Od czego zależy szczęście w związku? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak stworzyć udany związek? Poradników jest bez liku, rozstań jeszcze więcej. Bo tak jak nie można zaplanować, w kim się zakochamy, nie można wpływać na to, jaki jest nasz związek. Zakochujemy się z tajemniczych powodów (o narodzinach miłości decyduje nieświadomość), a gdy zaczynamy być razem, rodzi się trzecia, niezależna i nieznana nam istota, Związek. Jeśli chcemy być razem musimy go poznać i zrozumieć. Warto, bo tak, paląc w ogniu miłości egotyczne mrzonki, dotrzemy do duchowej jedności – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zanim przeczytałam „Mity o miłości”, niemieckiego psychoterapeuty par Michaela Maryego, chciałam spytać, jak z dwóch „ja” zrobić „my”? Z tej książki wynika, że to głupie pytanie. Autor przekonuje, że związek rodzi się, gdy zaczynamy być razem jako trzecia, niezależna od naszych chęci istota. Świadomie możemy tylko poznać go, zrozumieć i jeśli chcemy być razem – przyjąć jego reguły.
Związek jako byt sam w sobie, który może być jedynie odkrywany i poznawany, a nie kreowany, to koncepcja trudna do przyjęcia dla współczesnych ludzi. Pielęgnujemy przecież  poczucie wpływu, sprawczości i osiągania celów. Ale to prawda: związek jest żywym procesem – spontanicznym, podlegającym wielu wpływom. Ogromną częścią naszego życia kieruje przecież to, co w naszym umyśle nieuświadomione. Zygmunt Freud twierdził, że nie uświadamiamy sobie ponad 90 procent naszych przekonań, motywów, uczuć i doświadczeń. Niewiele więc o sobie wiemy. Niewiele wiemy też o tym, dlaczego zakochujemy się w tej właśnie, a nie w innej osobie. Nie możemy nawet wyobrazić sobie, co dało początek złożonej kombinacji zdarzeń, które doprowadziły do zakochania tych dwojga. Nasz indywidualny los jest w ogromnej mierze wyznaczany grą sił i wydarzeń dziejących się w odwiecznej, transgeneracyjnej przestrzeni. Niezliczona ilość przeszłych kul wprawiła w ruch tę, którą przeżywamy jako nasze życie. Napędzani jesteśmy energią systemu i w dodatku nie jest pewne, że energia pozostałych kul wyczerpała się w akcie wprawienia w ruch naszego życia. Może system nadal jest w ruchu i wpływa na nas w sposób niewidoczny? Z przeczucia tej możliwości bierze się wiara w oddziaływanie przodków lub tzw. przeszłych wcieleń. Jeśli dodać do tego historię obecnego życia, to niewiele miejsca pozostaje na wolną wolę i świadome wybory także dotyczące partnera.

A więc powód każdego zakochania jest tajemnicą? Czy to tylko poezja, bo tak na prawdę kieruje nami biologia?
Biologii chodzi tylko o to, aby podtrzymać życie, a zakochują się w sobie także ludzie niezdolni lub nieskłonni do prokreacji. Miłosne spotkanie ma ponadbiologiczny, nieodgadniony cel i powód. Szczególna jakość dochodzi do głosu, gdy spotykają się „sobie przeznaczeni”. Wydaje się jednak, że w dzisiejszym świecie takie niebudzące wątpliwości zakochania zdarzają się rzadziej. Buddyści nazywają je miłością karmiczną, czyli spotkaniem zgodnym z dynamiką systemów, z których wywodzą się zainteresowani. Może ta pewność: „to ten”, „to ta” jest coraz rzadsza, bo grzeszymy pychą i nie chcemy zaufać i poddać się wyborom losu, Nieba, Amora, karmy? Zapominamy, że jesteśmy nieświadomi i się łudzimy, że samodzielnie wybierzemy lepiej. Tymczasem kierujemy się narcystycznym wizerunkiem siebie, a nie prawdziwymi potrzebami, co też wpływa na jakość i trwałość związków.

Ale bywa jednak i tak jak ze mną, a ja byłam pewna: „to ten!”, kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego mąż. Bo nim go poznałam – przyśnił mi się w nocy.
To niezwykłe. Być może ludzie, w których się zakochujemy, to ci, którzy nam się wcześniej śnili? Przecież większości snów nie pamiętamy. Może to po nich powstaje wrażenie, że ich znamy? Może tak rozpoznajemy osoby, którym jesteśmy winni miłość, bo zostały przez nas skrzywdzone w poprzednich wcieleniach? Oświeceni buddyści twierdzą, że każda osoba, którą spotykamy, w przestrzeni odwiecznych interakcji mogła być naszym dzieckiem, rodzicem, partnerem. Jeśli to prawda, jesteśmy powiązani z przeznaczonymi nam, zanim się poznamy. A to, co się wydarza między nami, jest jakimś dopełniającym elementem procesu rozwoju naszej świadomości. Jego celem jest doprowadzić nas do odkrycia, jakim kosmicznym nieporozumieniem jest utożsamianie się z „ja”, otworzyć na mistyczny wymiar miłości. W buddyzmie nazywa się to pojednaniem, współodczuwaniem z całym światem. W chrześcijaństwie: komunią lub pojednaniem z Bogiem.

Taka wielka transgresja zaczyna się od zakochania?
Zakochanie jest powszechnym i dostępnym doświadczeniem pomocnym w dokonaniu transgresji, w dodatku przyjemnym. Pomaga dźwignąć naszą świadomość z poziomu „ja” do poziomu „my dwoje”, a potem jeszcze wyżej – „my wszyscy”. Zakochani czujemy, że „ja” to „ty”, widzimy tylko to, co dla nas wspólne. Fantazjujemy, że dostarczymy sobie intelektualnego pokarmu i inspiracji, że będziemy kochać wszystko to, co kocha ta druga osoba. Mit identyczności to niebezpieczna iluzja. Jeśli nie pozwolimy drugiej osobie na bycie inną niż my, czeka nas ogrom napięć, frustracji i goryczy, który doprowadzi do rozstania. Urealnienie partnera i związku, czyli ujrzenie i docenienie tego, co nas różni i co jest wspólne, to warunek bycia razem. Ucząc się tego, przyswajamy najważniejszą wiedzę: że to różnorodność jest sposobem przejawiania się jedności. Prawdziwą próbą dojrzałości jest zdolność do kochania różnych od nas. Przejdziemy ją, gdy potrzeby drugiej osoby staną w kontrze do naszych, a my mimo to będziemy wspierać ją, jego w ich zaspakajaniu. Najważniejsze i wspólne powinno być dążenie – i to wszelkimi sposobami – do odkrycia sensu i tajemnicy spotkania dwóch osób, które się w sobie zakochały i razem troszczą o to, co najważniejsze: by związek dawał obojgu poczucie spokoju, radości i wolności.

Co może być tym poszukiwanym sensem związku?
To, co potrzebujemy dzięki niemu zrozumieć, nauczyć się. Kiedy związek dojrzewa, przestajemy wyłącznie patrzeć sobie w oczy, a zaczynamy patrzeć w jedna stronę – w stronę „my”. Dostrzegamy centrum, symboliczne ognisko w jaskini, które chcemy wspólnie podtrzymywać, by nam i naszym bliskim było ciepło, bezpieczne i jasno. Wtedy dobrowolnie i pogodnie rezygnujemy z części potrzeb, już nie na rzecz drugiej osoby, lecz wspólnego ogniska. Wrzucając do niego nasze egocentryczne i neurotyczne potrzeby i złudzenia, doświadczamy uczucia uwolnienia, jakbyśmy pozbywali się nadmiaru rzeczy i śmieci. Na przykład możemy spalić – jak to się patetycznie określa – „na ołtarzu związku” nasze indywidualne potrzeby prestiżowe, bo ognisko wymaga od nas poświęcenia, np. partner choruje i nie jest to czas na kupowanie nowego samochodu – potrzeba pieniędzy na leki i opiekę. Dopóki ognisko jest dla obojga najważniejsze i oboje mniej więcej po równo do niego dorzucamy, będzie pięknie płonąć i stanie się wartością samą w sobie. W ten sposób rozwój naszego związku staje się tożsamy z naszym własnym. „My” uwalnia nas z klaustrofobicznej twierdzy „ja” i otwiera na świat.

Zdaniem Michaela Maryego związki mają cztery różne podwaliny: chęć zaspokajania potrzeb (erotyzmu, bezpieczeństwa), uzupełnianie charakterów, urzeczywistnienie projektów (łatwiejsze, gdy jesteśmy we dwoje). I czwarta: mity dotyczące związku (np. daje szczęście). Podwalina ma ogromne znaczenie, bo jeśli od związku, który ma dawać bezpieczeństwo, chcemy pomocy w realizacji ambicji, rozbijemy go.
Jak już mówiłem, to mit, że partner zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Wcale to jednak nie znaczy, że nasz związek jest niepełny. Jednak nawet gdy poznamy swój związek, co nam daje, a co nie, nie łudźmy się, że wszystko będziemy mieli pod kontrolą – życie i tak nas wytrąci ze światopoglądowych kolein, ucząc radzić sobie ze zmianą i przemijaniem. Samemu można stworzyć azyl izolujący od dolegliwości przemijania: szukać młodszego towarzystwa, zmieniać gadżety i samochody. W związku patrzysz na partnera jak w lustro. Jeśli więc ktoś upiera się, by w pełni kontrolować swoje życie i pielęgnować iluzję wiecznej młodości – związek jest dla niego przerażającą perspektywą. Za to tym odważnie patrzącym w lustro pomaga pozbyć się fałszywych przekonań o sobie i innych. Stąd trafna obserwacja, że ludzie spędzający życie samotnie usztywniają się w swoich ulubionych, nieadekwatnych przekonaniach. Dobry związek może nas lepiej niż samotne życie przygotować do przejścia przez igielne ucho i odnalezienia prawdziwej natury. Uwalniając od zbędnego bagażu i ozdobników, czyli bogactwa, które mamy okazję spalić w „ogniu my”. A zgodnie z biblijnym ostrzeżeniem: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do raju”. Nie pokładajmy jednak całej nadziei w związku, bywa, że te zamierają w jakiejś teatralnej pozie i nawet nie zauważają, że „ognisko my” wygasło. Zapobiec temu można uważnością, otwartą komunikacją, gotowością na zmiany, partnerstwem i demokracją. Kochaj i rób, co chcesz... i pozwól innym robić to, co chcą. Jeśli obie strony tak czują, rozwojowa misja związku się dopełniła.

W książce „Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz” Harville’a Hendrixa przeczytałam, że wybieramy osobę, która przypomina nam rodziców. W związku z nią mamy jeszcze raz przeżyć to, co było najtrudniejsze w dzieciństwie, by tym razem pokonać te traumy. To musi boleć i dlatego udaje się to jedynie 5 proc. par.
Ognisko rozpalone z osobą z takiego klucza będzie tak gorące i gwałtowne, że wytrwanie przy nim może się okazać zbyt trudne. Krótko mówiąc – może nieźle dać popalić, bo wrzucimy do niego sprawy, najtrudniejsze, najbardziej bolesne. Jak się uda wytrwać, czeka nas nagroda: uwolnienie od wielkiego, generującego lęk ograniczenia. Dlatego gdy stajemy przed dylematem czy wybrać drogę łatwiejszą czy trudniejszą, wybierajmy trudniejszą. Pamiętam pacjentkę, która w dzieciństwie była zdominowana przez agresywnych starszych braci i ojca. Pozbawiona kobiecego wsparcia ze strony zalęknionej matki. W efekcie – w dorosłym życiu – asekuracyjnie wybierała słabych mężczyzn, lecz związków z nimi nie mogła utrzymać. Bo też jej głęboką potrzebą jest skonfrontować się – jako dorosła kobieta – z agresywnym mężczyzną i nie dać się zapędzić w kozi róg. Dzięki temu przekroczyłaby to, co uniemożliwia jej stworzenie szczęśliwego związku.

Właśnie: szczęśliwego... Michael Mary opisuje małżeństwo, które chciało, żeby było miło. Jednak kiedy tylko usiedli obok siebie, wybuchała kłótnia. Zdaniem autora dlatego, że ich Związek chciał czegoś innego niż oni, chciał, by się usamodzielniali, gdy oni dążyli do większej bliskości.
Związki służą m.in. temu, byśmy dojrzewali. Jeśli sprzeniewierzamy się tej ich funkcji i naginamy do naszych niedojrzałych, neurotycznych potrzeb, to związek zaprotestuje i doprowadzi do konfliktu. Konflikt jest wehikułem rozwoju. Jeśli jednak korekcyjne konflikty zamiatamy pod dywan, bo nie pasują do scenariusza „ma być miło”, to z czasem dojdzie do wybuchu, który rozwali związek. Nie można bać się konfliktów. Prawie nigdy nie są powodem, by się rozstawać, lecz sygnałem, że jedna lub obie strony powinny wrzucić coś do „ognia my”. Jeśli partnerów nie będzie na to stać, związek jest w niebezpieczeństwie. Konflikt doprowadzi do rozpadu i nie można wykluczyć, że w ten sposób nieświadome uwarunkowania partnerów decydują o przerwaniu związku, który stał się nierozwojowy, a nawet destrukcyjny. Wtedy sklejanie go na siłę generuje cierpienie. Z pewnością nie wszystkie rozwody wynikają z lenistwa lub tchórzostwa. Spotkałem wiele skleconych przypadkowo lub na zasadzie asekuracji, zbyt trudnych związków, których nie dało się uratować. Generowały tyle negatywnych emocji, że zamieniały ludzi w pozbawione zdolności do refleksji i opamiętania demony. Takie związki trzeba mieć odwagę przerwać i szukać innych, które wspierać będą naszą dojrzałość i duchowość.

Ale po co się rozstawać, skoro to, co w nas destrukcyjne, co przeszkadza w tym związku, i tak zatruje następny
Rozstajemy się wtedy, kiedy nasz związek nie może pomieścić i konstruktywnie zasymilować energii kryzysu, konfliktu. Gdy już nikt nie jest w stanie dorzucić niczego więcej do „ognia my”, z niczego więcej zrezygnować. Gdy następuje duchowa regresja partnerów i obie strony się skrajnie egocentryzują. Wtedy dalsze trwanie w takim związku zamieni go w niekończącą się destrukcję. Szkoda życia. Większe szanse na przekroczenie naszych ograniczeń będziemy mieli gdzie indziej – w psychoterapii czy w innym, mądrzej i świadomie zawiązanym związku. Ale najgorsze, co nam się może przydarzyć, to wyjść ze związku z przekonaniem, że wina za jego rozpad leży wyłącznie po drugiej stronie. Wtedy nieuchronnie i nieświadomie wleczemy nasze ograniczenia w kolejny związek.

  1. Psychologia

Pierwsza, przedszkolna miłość

Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Kiedy mówimy o miłości młodego człowieka, staje nam przed oczami najczęściej nastolatek. Wiek 12-14 lat uważamy zwyczajowo za czas pierwszych miłości. Niesłusznie, ponieważ to czas drugich miłości.

Pierwsze zauroczenia mają bowiem miejsce już w przedszkolu. Okres przedszkolny to czas częstego zafascynowania płcią przeciwną. Większość z nas, mimo szeroko promowanej edukacji seksualnej, nadal ma ogromne kłopoty ze swoją i cudzą seksualnością, nie mówiąc już o seksualności własnego dziecka, na którą zazwyczaj nie jesteśmy w ogóle przygotowani. Tymczasem twoje dziecko właśnie w przedszkolu, mając zaledwie kilka lat, odkrywa, że dzieci innej płci są inaczej zbudowane.

Wzorowa manifestacja uczuć

Czy kilkuletnie dziecko może być zakochane? Nawet jeśli jego stan uczuć nie mieści się w twojej definicji tego uczucia –  może. Kilkuletnie zakochane dziecko kocha inaczej niż człowiek dorosły. Gdyby przyjrzeć się takiemu uczuciu z bliska, to dziecko kocha idealnie – mocnej i szlachetniej niż młodzież i dorośli:
  • chce cały czas spędzać ze swoją sympatią (nie walczy o zachowanie własnej przestrzeni w związku);
  • jest załamane, rozbite, rozdrażnione, nie może sobie znaleźć miejsca, gdy sympatia nie przyszła do przedszkola (nie ma potrzeby odpoczynku od ukochanej osoby);
  • chce jej ofiarować cały świat, wszystko, co ma: swoją kanapkę, scyzoryk zabrany tacie, ładny kamyk i wszystkie pieniądze, jakie posiada;
  • chce siedzieć zawsze z nią, stać w parze, występować razem (wierzy, że ta druga osoba to naprawdę jego druga połówka);
  • nazywa rzeczy po imieniu, nie kręci i nie zwodzi („To moja narzeczona”; nie uważa, że relacje z sympatią są skomplikowane);
  • planuje przyszłość jednoznacznie, jest ufne i wierzy, że chcieć to móc – „ożenimy się i będziemy razem” (nie zakłada nigdy innej możliwości);
  • nie wstydzi się swoich uczuć, nie utajnia ich; wręcz przeciwnie – wszystkim z miejsca opowiada o swojej narzeczonej czy narzeczonym, chce żeby cały świat wiedział o ich szczęściu;
  • wchodzi w „nowy związek” bez obciążeń i zaszłości. Zamyka za sobą drzwi poprzedniego uczucia, zanim zakocha się ponownie (nikt nie musi go pocieszać po poprzednim związku).
  • nie buduje swojego uczucia na biologicznej fascynacji fizycznej ani nie odkłada bliskości fizycznej na później – ale buduje ją zdrowo, bo jednocześnie z bliskością psychiczną.
Jeśli uda ci się pokonać strach, poczucie winy i przyjrzysz się miłości swojego dziecka, zobaczysz, że jest ona idealna. Możemy się uczyć od małych dzieci, jak wzorowo kochać.

Aspekty fizyczny

Miłość dzieci nas śmieszy, czasem wzrusza. Potrafimy nawet wznieść się na wyżyny tolerancji i przyznać dziecku prawo do posiadania sympatii w przedszkolu, ale tylko tyle. Dotyk już nas przeraża. A przecież jeśli ktoś jest dla nas szczególnie bliski, dotyk jest wyrazem naszej sympatii, elementem budowania więzi, symptomem bycia kimś szczególnym, wręcz uwiarygodnieniem miłości. Zakochany kilkulatek w spectrum zachowań związanych z wyrażaniem miłości do przedszkolnej narzeczonej czy narzeczonego, ma kontakt fizyczny. Dzieci lubią się dotykać, trzymać za ręce, przytulać, całować (to jeszcze od biedy jesteśmy w stanie znieść); przedszkolaki dotykają również się w miejscach intymnych oraz pokazują je sobie. Jeśli masz z w historii swojego życia epizod „pokazywania” innym dzieciom swoich części intymnych, będzie ci łatwiej zmierzyć się z tym tematem. Doświadczenie osobiste – „ja też to robiłam, ale wyrosłam i teraz jestem normalna” – pomoże. Gorzej mają mamy, które nigdy nie brały udziału w zabawie w „pokazywanego”. One bardziej boją się jej i demonizują zarówno przyczyny, jak i skutki.

Pokazywanie

Małe dzieci, czy nam się to podoba czy nie, pokazują sobie swoje intymne części ciała. Pokazywanie budzi przerażenie dorosłych – kojarzy nam się bowiem z przemocą seksualną, z wykorzystywaniem i molestowaniem. Niesłusznie.

Jeśli to się zdarzy

Każda mama może „nakryć” swoje dziecko na pokazywaniu. Ty również. Zabawa w pokazywanego nie jest charakterystyczna tylko dla dzieci z rodzin patologicznych, zaburzonych czy niewydolnych wychowawczo. Jeśli jesteś kochającą, mądrą mamą:

  • Zareaguj spokojnie. Chociaż to trudne do akceptacji, to normalna faza rozwoju. Dziecko poznaje świat, a jednym z elementów wiedzy jest obejrzenie sobie płci przeciwnej (a czasem też własnej) „na żywo”.
  • Porozmawiaj o tym z dzieckiem. Przede wszystkim zapobiegnij kłopotom. Powiedz, że części intymne są bardzo wrażliwe. Nie wolno ich szarpać, wykręcać, dotykać brudnymi rękami ani niczego, absolutnie niczego do nich wkładać. Dzieci dość często, wiedzione ciekawością i naturalną chęcią eksperymentowania, próbują wetknąć w swoje intymne części ciała kredki, żywność, a nawet zabawki, patyki czy piasek. Robią to zawsze z jednego powodu: z ciekawości.
  • Nie denerwuj się. Twoje dziecko nie zaczęło uprawiać seksu. Nie jest zaburzone ani zboczone. Nie myśl w ten sposób.
  • Nic złego się nie stało. Twoja reakcja może wyrządzić większe szkody. Nie wolno dziecka zawstydzać („To było obrzydliwe, wstrętne”), karać („Za to, co zrobiłaś, nie dostaniesz prezentu, nie pojedziesz do cioci” itp.), odrzucać („Nie chcę takiego synka), zastraszać („Od tego się umiera. to straszny grzech”). Przesadzona i nadmiernie emocjonalna rekcja mamy sprawi, że dziecko zrozumie, że pokazywanie to doniosłe wydarzenie, a zyskasz tylko tyle, że następnym razem starannie zadba, żebyś nigdy się o tym nie dowiedziała.
  • Nie wypytuj, nie przenoś dziecka do innego przedszkola. Etap „pokazywania” i dziecięcych narzeczonych trwa bardzo krótko i kończy się wraz z rozpoczęciem edukacji szkolnej. Dzieci zajęte nauką porzucają zainteresowanie płcią przeciwną i własnym ciałem na rzecz zabaw w środowisku własnej płci rówieśniczej.
Kiedy się martwić

Przedszkolna miłość – pokazywanie, fascynacja i chęć bycia nieustannie razem – nie jest groźna, chyba że działa destrukcyjnie na inne sfery rozwoju. Dopóki twoje dziecko rozwija się normalnie, jest wesołe, lubi być aktywne, chętnie podejmuje wyzwania i czyni postępy w rozwoju, nic złego się nie dzieje. Dopiero gdy pokazywanie staje się dziecięcą obsesją, warto zabrać dziecko do dziecięcego psychologa i zobaczyć, czy nie potrzebuje ono wsparcia w rozwiązaniu problemu.

  1. Psychologia

Czas na na drugą, wielką miłość

Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Rozstanie nie musi oznaczać końca świata. To szansa na stworzenie nowego związku, w którym będziemy bardziej w zgodzie ze sobą. Pod warunkiem że wcześniej odrobimy lekcję i wejdziemy w niego świadomi własnych potrzeb i wartości. Jak zacząć śnić swój własny sen o miłości, pytamy coach psychologii procesu - Agatę Gebhardt.

Często opiewamy pierwszą miłość i pierwsze zauroczenie, ale ono rzadko okazuje się tym na zawsze, więc wchodzimy w kolejny związek. Czy to znaczy, że łatwiej go zbudować, bo wcześniej przerobiliśmy lekcję pierwszego? Czy za każdym razem rozpoczynamy od nowa?
Może na początek warto znaleźć odpowiedź na pytania: Czym był ten pierwszy związek? Czy to była przyjaźń czy kochanie, czy zauroczenie, które z czasem minęło, ale ważne zobowiązania nie pozwoliły nam się rozstać? A może był jeszcze czymś innym: ucieczką, transakcją, układem? Nie brzmi to już tak romantycznie, prawda? Często przyczepiamy do pudełka z pamiątkami po pierwszej relacji tabliczkę „pierwsza miłość” albo inną, i kładziemy na najwyższej półce pamięci, z adnotacją „nie otwierać”. Ale warto je otworzyć, bo to niesie bezcenny dar świadomości, który zwiększa szansę na drugą miłość… a może właśnie pierwszą? Przyjmijmy więc, że rozmawiamy o ważnym związku, często sformalizowanym, ale nie do końca wiemy, czym on był, kto go tworzył i po co. Warto poszukać odpowiedzi na te pytania, bo jeśli wchodzimy w nowy związek, to jego jakość w dużej mierze zależy od tego, czego z poprzedniej relacji dowiedzieliśmy się o swoich potrzebach, wartościach, zachowaniach, reakcjach... I z jakimi przekonaniami na temat siebie i ogólnie relacji z niego wyszliśmy, jakie obietnice złożyliśmy sami sobie.

To znaczy…?
W rozmowach z kobietami, które zakończyły długoletnie, ważne dla siebie związki, nawet gdy są już w kolejnych, często pojawia się poczucie winy lub porażki, wątpliwości w postaci pytań: Czy mogę sobie zaufać, skoro już raz zawiodłam? Czy mogę zaufać drugiej osobie, skoro już raz zostałam zdradzona? Do głosu dochodzi też często Wewnętrzny Krytyk, który dodaje: Czy ja w ogóle potrafię kochać, być w związku? Jako coach wierzę w sens zadawania sobie ważnych, mocnych pytań, ale nie z miejsca krytyka – bo wtedy odpowiedzi zmierzają w stronę negatywnych ocen: jestem beznadziejna, inni są beznadziejni, związki są beznadziejne. Gdy zadajemy pytania z miejsca przyjaciółki w sobie, wtedy jest to dobra, konstruktywna rozmowa ze sobą. Jej konkluzja mogłaby brzmieć tak: „Teraz wiem, jaką ważną dla mnie wtedy potrzebę, wartość zaspokajałam. Chciałam, żeby on mnie docenił, chciałam być perfekcyjną żoną i matką, chciałam mieć rodzinę, chciałam zrobić karierę. I byłam, zrobiłam – i doceniam to niezależnie od opinii innych. Ale też dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę, jaka była tego cena: zaniedbałam siebie, zaniedbałam innych, umknęło mi to, co ważne. Nie zmienię przeszłości, ale mam wpływ na to, co teraz. Z tym doświadczeniem wiem już, jaki związek chcę zbudować”.

Bo przecież w relacje wchodzimy z różnych powodów...
Rozpoznanie osobistych powodów jest kluczowe. W psychologii procesu nazywamy to snami, które uwodzą. Zwykle uważamy, że uwodzi nas osoba, ale bardziej jesteśmy uwodzeni przez sen, jaki zaczynamy śnić na temat tej osoby i relacji z nią. Oczywiście jest on oparty na tym czymś, co w tej osobie jest i co pozwala nam go śnić i mieć nadzieję na jego spełnienie. Ale mimo stosowania różnych strategii na jego podtrzymanie – wcześniej czy później musimy się zbudzić. I najważniejsze jest, co – a właściwie kogo – zobaczymy obok po tym przebudzeniu. Jeżeli mamy bardzo wybujałą wyobraźnię, a realne przesłanki do ziszczenia się snu w tej osobie były mierne, to przebudzenie bywa trudne, a nawet bolesne. Często prowadzące do decyzji o rozstaniu...

A co dzieje się ze snem? Czy możemy go śnić w następnym związku z kimś innym?
Oczywiście, że tak! Ale przedtem polecam zadać sobie kontrolne pytania: Jaki to był sen? Czyj to był sen? I mieć odwagę przyznać, jeśli sen o małżeństwie, domu z kominkiem, dzieciach, kocie i psie – to był bardziej sen mojej matki lub przyjaciółki niż mój. Mieć gotowość, by usłyszeć: „Bo mama o tym marzyła, bo bałam się ich rozczarować, bo to takie fajne, bo chciałam, żeby przyjaciółki mi zazdrościły...”. Moment dotarcia do tej prawdy bywa trudny. Odkrycie, że może chodziło mi tylko o białą sukienkę i dobrą imprezę, ale bez krytykowania, tylko ze zrozumieniem dorosłej kobiety w sobie: ciepłej, kochającej, wyrozumiałej – jest tym, czego w tym momencie potrzebujemy najbardziej, bo cena przecież została już zapłacona. Warto przytulić siebie i powiedzieć: „Może nikt tego nigdy nie zrozumie, ale ja cię rozumiem”. I zapytać siebie: „A jaki jest ten mój prawdziwy sen? Jak go mogę teraz zrealizować?”.

Zatem co zrobić, żeby ten nowy związek stał się faktycznie nowym otwarciem, naszym ziszczonym snem?
Po pierwsze, zrozumieć, czym był ten pierwszy związek, i zrozumieć siebie. Po drugie, wybaczyć, bo samo uświadomienie bez zrozumienia i bez wybaczenia może nas jeszcze bardziej uwikłać w poczucie winy. Jedna z moich klientek zrobiła taki piękny, spontaniczny, rytualny gest – zmazała cytat, który napisała kilka lat temu na tablicy nad swoim biurkiem o dążeniu do doskonałości, a napisała własny, z serca „To, co robię, jest najlepsze na ten moment”. I to jest dobry początek nowego otwarcia – z tego miejsca możemy stworzyć związek „najlepszy dla nas na ten moment”.

Co może być sygnałem alarmowym, że jednak nieświadomie odtwarzam poprzednią relację?
Wierzę, że jeśli już sobie pewne rzeczy uświadomimy, ponazywamy, zrozumiemy, wybaczymy, czasem też przepracujemy na terapii, bo jeśli trzymają nas silne wzorce, to może to być niezbędne – to wtedy wybierzemy właściwego dla nas partnera. Ale pomimo to mogą się pojawić emocje, słowa, gesty – nasze lub tej drugiej osoby – które dobrze znamy i wiemy, że nie są one dobre dla relacji. Czasem jest to jak déjà vu.

Co możemy z tym zrobić?
Ja na przykład – kiedy to zauważam – pytam siebie: Czy chcesz się jeszcze trochę pooszukiwać, czy już jesteś gotowa się temu przyjrzeć? (śmiech) Lubimy się oszukiwać, ale poprzednie trudne doświadczenia są swoistym mementum, że to się nie opłaca. Jednak trzeba też uważać, żeby nie popaść w przewrażliwienie. Czasem coś, co jest podobne, nie jest tym samym. I przed tym chroni nas rozmowa – warto zakomunikować partnerowi wprost: „Słuchaj, doświadczyłam już czegoś takiego, nie chcę tego powtórzyć w naszej relacji. Porozmawiajmy”.

Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać, z uważnością i ciekawością. Nie wierzę w dobre związki bez rozmów. Ale nie o książce czy filmie, co oczywiście też jest cenne, tylko o potrzebach, odczuciach, emocjach. Związek jest czymś żywym, zmiennym. Nie da się go ustawić dobrze raz na zawsze. I to jest piękne!

Na ile warto sięgać do przeszłości i pytać się nawzajem o to, co się zdarzyło wcześniej?
Ja kieruję się zasadą, którą stosuję też w coachingu: coach ma być ciekawy, a nie ciekawski. I tutaj jest dokładnie to samo. Na ile to, o co pytam, ma zaspokoić moją ciekawskość, za którą często jest postać krytyka – a na ile ta informacja jest ważna, znacząca dla zbudowania, rozwoju tej relacji? Takie rozmowy są trudne, wymagają uważności i szacunku dla siebie i drugiej osoby.

A co może być naprawdę fajnego w tym drugim związku?
Musi być dużo tego fajnego, bo też często sporo rzuca się na szalę – w taką sytuację uwikłane są przecież i inne osoby: dzieci, rodzina, przyjaciele, którzy również ponoszą koszty naszej decyzji. Największą rekompensatą jest nasza miłość, nadająca wyższy sens, wartość. Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. Wtedy związek jest spotkaniem dwojga świadomych siebie osób, poszukujących nie kompensaty, nie dopełnienia, czyli nie drugiej połówki, ale kogoś, kto jest pełnym owocem. Wtedy razem możemy być kimś więcej, a nie kimś innym. Kimś, komu bliżej jest do postawy: „nie muszę być z kimś, ale chcę być z tobą. Chcę ci zaufać, otworzyć się. Mam gotowość podjęcia ryzyka pokazania siebie prawdziwej, nagiej nie w sensie fizycznym – co często jest łatwiejsze – ale w sensie osobowości”. Bycie z kimś, kto akceptuje mnie taką, jaka jestem, i taką mnie kocha, jest naprawdę czymś fajnym. Bo bycie w autentycznej relacji jest czymś najbardziej wartościowym. Z wiekiem zaczynamy rozumieć, że maski i fasady nie mają znaczenia, a odbierają nam szansę na prawdziwe uczucia. Każdy chce i też ma prawo być kochanym tak, jak tego potrzebuje, w zgodzie ze sobą. Kiedyś usłyszałam od jednej z moich klientek: „W tym związku mam to, co miałam najlepszego w poprzednim, i to, czego tak bardzo mi tam brakowało”. I myślę, że to jest to!

Agata Gebhardt
, coach psychologii procesu. Prowadzi indywidualne sesje coachingowe, warsztaty rozwojowe, wyjazdy z coachem. Wspiera kobiety i mężczyzn w budowaniu autentycznych relacji ze sobą oraz realizowaniu swojej misji życiowej. 

  1. Psychologia

Zakochanie a miłość. To od nas zależy, w kim i jak się zakochujemy

Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
To od nas zależy, w kim się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”?

To od nas zależy, w kim i dlaczego się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”? Miłość a zakochanie – na czym polega główna różnica?

Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się wiele komponentów: szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy – mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są różne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element – erotyka.

Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jaki naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta…Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.

W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk. Gdzie leży granica między zakochaniem a miłością?
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość – a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się, a w stanie zakochania podtrzymuje, ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.

A to da się zrobić? Czy można w jakiś sposób kontrolować to, jak się zakochujemy?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy ja widzę prawdziwe cechy partnera, czy raczej moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!

To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: „Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu”.
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech to powie: „Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz”. To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: „Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości” – nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby – także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilująca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.

W książce „Nas dwoje” piszesz, że to my, kobiety, mamy większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii? Dlaczego się zakochujemy z taką łatwością?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta – w XXI wieku w samym środku Europy – jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.

Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów…
No dobrze, przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu? Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc – w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas i zauraczają cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY – czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.

I na scenę znów wraca przyjaciółka – to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Wspominałyśmy o tym już ostatnio. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: „Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok”, to mogę zareagować tak: „Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?”. I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: „A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!”, to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: „Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz”, zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.

A jeśli ona pyta wprost: „Co o nim sądzisz?”
Ja zaczęłabym tak: „Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana”. Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Różnie się to naukowo nazywa, np. dialogiem sokratejskim, w każdym razie chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.

Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy – niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas nie w swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduję tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy, i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: „Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą”, on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: „Ty chyba nie lubisz sprzątać?”. Nie zaprzeczaj, ale dodaj: „Tak, ale za to świetnie gotuję” (śmiech).

Miłość a zakochanie – po czym można poznać, czy jesteśmy zakochani, a po czym, że już kochamy?
Zakochujemy się „ponieważ”, kochamy „pomimo”. Zakochanie to troska o siebie, miłość to troska o drugą osobę. To są dwie podstawowe różnice. Moment przejścia od zakochania do miłości jest moim zdaniem jednym z piękniejszych w życiu, wręcz metafizycznym. Miłość pozwala być z kimś, mimo że nas czasem zawodzi, rozczarowuje czy wkurza. Zdolność do miłości dojrzałej jest powodem do dumy i źródłem satysfakcji.

Niektóre osoby nie są jednak w stanie wyjść poza fazę zakochania. A miłość wydaje im się wtedy zupełnie nieosiągalna.
Bo są uzależnione od zakochania, tak zafascynowane tym stanem, że nie potrafią przekształcić go w głębsze uczucie. Moim zdaniem to przejaw niedojrzałości, egocentrycznego dbania o pewien poziom pozytywnych emocji i nieumiejętność konfrontowania się z trudnościami. Dla nich bezpieczeństwo i stabilizacja to rutyna, nuda. Tymczasem rutyna jest wtedy, kiedy nie chce nam się już starać. Są też osoby, które boją się zakochania. Sabotują związki dobrze rokujące, bo nie chcą dać się rozwinąć uczuciu w obawie, że później je stracą. Myślę, że jednym i drugim trudno będzie sobie z tym poradzić bez pomocy kogoś z zewnątrz.

A co, jeśli obiekt naszych uczuć lub fascynacji nie odpowiada nam tym samym? Dlaczego się zakochujemy w osobach, które nie odwzajemniają naszych uczuć?
Radzenie sobie z sytuacjami, gdy ktoś nam mówi „Lubię cię, ale nic więcej”, to tak naprawdę radzenie sobie ze stratą. Tracimy w życiu wiele rzeczy: pieniądze, majątek, pracę, bliskich ludzi. To naturalne, że pojawiają się frustracja i smutek, ale one miną i znów otworzymy się na nowe. To klasyczny proces żałoby, czyli: wyparcie, złość, szukanie winnego, smutek i zwrot ku przyszłości. Pozwólmy sobie przejść przez te wszystkie etapy. I pogratulujmy sobie, że jesteśmy w stanie się zakochać, zafascynować kimś, że świat jest pełen mężczyzn, którzy mogą nam zapaść głęboko w serce. Walczmy z tym, co czasem nas dopada, czyli przekonaniem, że nie ma już fajnych facetów. Są i już nie mogą się doczekać, by nas spotkać.

  1. Psychologia

Czy każda miłość może być pierwsza?

Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość jest niezapomniana choćby dlatego, że pełna różnych „pierwszych razów”. O tym, jak odnaleźć podobną świeżość w kolejnych związkach rozmawiamy z Martą Wołowską-Ciaś, terapeutką Gestalt.

Pierwsza miłość rzadko bywa tą na całe życie, a jednak wiele osób tęskni do niej po latach. Dlaczego? Pierwsze randki, uniesienia, pierwsze pocałunki to także odkrywanie w sobie, po raz pierwszy, emocji im towarzyszących. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie czuliśmy takiego rodzaju pożądania, podniecenia, zakochania, euforii, pragnienia, tęsknoty w relacji z drugim człowiekiem! Być może znane nam są te uczucia, doświadczyliśmy ich już wcześniej, ale różnica polega właśnie na doświadczaniu ich w relacji. Ich siła jest też ogromna; zapisuje się w naszej pamięci na zawsze. I to często do tych właśnie uczuć tęsknimy po latach.

Być może nastąpił mechanizm idealizacji, dlatego wracamy i tęsknimy do naszej pierwszej miłości. Może się również zdarzyć, że ten pierwszy związek i uczucia, jakich w nim doświadczamy, są w jakimś sensie odzwierciedleniem naszych pierwszych relacji z najważniejszymi dla nas osobami: matką czy ojcem albo obojgiem rodziców.

Jak doświadczenie pierwszej miłości wpływa na kolejne związki? Jak słyszę „pierwsza miłość”, to trudno mi nie myśleć o tej pierwszej miłości , która ma miejsce w naszym życiu zaraz po urodzeniu, czyli o miłości i więzi z obiektem, jakim jest matka. Wierzę, że właśnie to doświadczenie wpływa na nasze przyszłe relacje z partnerami, że nasze związki w dorosłym życiu wiele mówią o doświadczeniach z naszej przeszłości.

Ale rozumiem, że w pytaniu chodzi o miłość partnerską? Wszystkie doświadczenia wpływają na nas, budują naszą tożsamość, osobowość, charakter, wpływają na kształtowanie się naszych mechanizmów obronnych. W tych pierwszych związkach zdarza nam się doświadczyć zawodu, zranienia, porzucenia. Nie musi tak być, ale jak pani słusznie zauważyła, te związki rzadko trwają wiecznie. Takie doświadczenia niejako nas hartują, odzierają z dziecięcej naiwności, idealizacji. Dzięki nim uczymy się bardzo wiele o sobie: jakich uczuć doświadczam, gdy ktoś zachowuje się wobec mnie tak i tak; gdzie i czy stawiam granice bliskiej osobie; czy i w jaki sposób wyrażam swoje zdanie, złość, potrzeby… To fundamentalna wiedza o nas samych, dzięki niej stajemy się bardziej pełni, a to już tylko korzyść dla nas samych i dla naszych przyszłych partnerów. Uczymy się też odróżniać to, co istnieje naprawdę, od tego, co nie istnieje, czyli dzieje się w naszych marzeniach.

Co zrobić, żeby „każda miłość była pierwsza"? Czy da się odtworzyć atmosferę pierwszej miłości w kolejnych związkach? Kiedy byłam nastolatką i później młodą dorosłą moja Babcia zawsze mi powtarzała „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza, wszystkie dawne usuwa w cień”. Spierałam się z nią wtedy, że to niemożliwe, że to właśnie ta pierwsza była prawdziwa i niepowtarzalna... Jakże się wtedy myliłam (śmiech).

Nie skupiałabym się na, tym czy da się „odtworzyć” tę atmosferę. Pewnie nie, bo i po co? Ale z pewnością da się stworzyć niepowtarzalną, gorącą i szczerą, z tą właśnie osobą. Relacja to JA i TY. Każde JA i TY, dzieje się w jakimś TU i TERAZ. TAM i WTEDY już było, to przeszłość. Żyjmy świadomie tą właśnie chwilą, to my jesteśmy odpowiedzialni za siebie za związek, za atmosferę; do nas należy wybór czy „ugrzęźniemy” w przeszłości, która nie pozwoli nam być teraz, czy zamkniemy rozdział i zaczniemy pisać nowy.

Zdarza się, że po latach, na spotkaniu klasowym albo zjeździe uczelni spotykamy swoją pierwszą miłość i decydujemy się spróbować jeszcze raz. Czy takie związki rokują? Wydaje mi się, że nie ma jednej gotowej odpowiedzi. Rzeka płynie latami, zmienia koryto, pogłębia dno w jednym miejscu, spłyca w innym, woda niesie ze sobą kamienie i piasek, a one kształtują linię brzegową i dno. Rzeka się zmienia i jeśli wejdziemy po latach do tej samej, może okazać się, że to już zupełnie inna rzeka. Ba, nawet jej otoczenie może się zmienić. W miejscu dawnych łąk, pól i lasów teraz widzimy drogę, domy i beton. Warto, byśmy byli świadomi, kim jest teraz ten człowiek i jak zmieniło się jego otoczenie. Może nam się wydawać, że znamy się dobrze, że to ten sam zadziorny, zbuntowany i opiekuńczy chłopak z liceum, ale pamiętajmy, że jego związki i doświadczenia także miały wpływ na jego osobowość i że to może być już zupełnie nowa osoba. Podobnie, jak zmienił się nasz wygląd zewnętrzny, zmieniło się nasze wnętrze.

Czy pierwsza miłość to przywilej młodości, czy mogą ją przeżyć ludzie dojrzali? Jestem pewna, że pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. Mimo że jako dojrzali ludzie jesteśmy już bardzo rozsądni, stabilni i poukładani, chwile gorącej namiętności i totalnego zapomnienia mogą nas dopaść na każdym etapie życia. Nawet jeśli taka osoba uważa, że nie wypada, wewnątrz może przeżywać takie same motylki, wulkany, eksplozje, jakich doświadczają młodzi.

Bardziej zastanowiłoby mnie, jak to się stało, że ta pierwsza miłość możliwa jest dopiero teraz, jak wyglądało życie tej osoby w młodości. Ale to już chyba „dzielenie włosa na czworo”...

Marta Wołowska–Ciaś dziennikarka, terapeutka Gestalt.