1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kiedy terapia nie działa?

Kiedy terapia nie działa?

Ludzie często przychodzą na terapię, nie wiedząc, jakiej dokładnie pomocy oczekują. Zadaniem psychoterapeuty jest nie podejmować współpracy, dopóki nie jest to wyjaśnione. (fot. iStock)
Ludzie często przychodzą na terapię, nie wiedząc, jakiej dokładnie pomocy oczekują. Zadaniem psychoterapeuty jest nie podejmować współpracy, dopóki nie jest to wyjaśnione. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miała pomóc, a jednak czujesz się coraz gorzej? A może wręcz nie cierpisz swojego terapeuty? Zalew trudnych uczuć to stały etap każdej terapii. Czasem jednak oznacza, że coś idzie nie tak. – Terapia jest leczniczą relacją i tak jak w każdej relacji wiele czynników wpływa na jej niepowodzenie – wyjaśnia psycholog Bartosz Szymczyk. Zwykle spotykają się wtedy nierealne oczekiwania pacjenta z brakiem jasnych wytycznych ze strony terapeuty.

Kiedy można uznać, że terapia się powiodła?

Ludzie przychodzą do terapeuty z różnych powodów. Chcą odczuwać mniej lęku czy złości, pozbyć się niewygodnych objawów, a czasem wyjść z trudności, które powtarzają się w ich życiu. Jeżeli celem pracy psychoterapeutycznej jest zmniejszenie siły, częstości i intensywności określonych objawów – to możemy mieć pokusę, by uznać taką terapię za skuteczną wtedy, gdy w ciągu kilku lub kilkunastu sesji objawy stracą na intensywności lub znikną. Ale jeśli po roku od interwencji wrócą? Czy wtedy uznamy, że terapia nie zadziałała? Psychoterapia powinna powodować wzrost na głębszym poziomie niż tylko usunięcie konkretnego objawu. Ona jest ciągłą interakcją terapeuty z pacjentem. A to trudna i dynamiczna materia. Źródła tego, że terapia nie działa, mogą leżeć po stronie terapeuty lub być wynikiem interakcji określonego terapeuty z określonym pacjentem.

Zatem terapia nie działa wtedy, gdy…?

Jest źle prowadzona, postawiono złą diagnozę lub w ogóle jej nie postawiono, nie zawarto odpowiedniego kontraktu, nie rozpoznano oczekiwań pacjenta – tych realistycznych i tych nierealistycznych. Każdą terapię powinna bowiem poprzedzać diagnoza, która nie ogranicza się do rozpoznania objawów i symptomów zaburzenia, ale uwzględnia też charakter pacjenta. Diagnoza osobowości ma bardzo duży wpływ na sposób prowadzenia psychoterapii. To samo zaburzenie, np. bulimię, będziemy leczyć inaczej w zależności od osobowości pacjenta.

Cechy osobowości pacjenta są dla terapeuty tak samo ważne jak to, z jakim problemem przychodzi?

Powiedziałbym, że nawet odrobinę ważniejsze. Zwłaszcza jeśli terapię rozumiemy nie jako zbiór technik, a rodzaj leczącej relacji. Psychoterapia powinna być rozumiana właśnie w ten drugi sposób. Pierwsze, techniczne podejście jest uproszczeniem, które odpowiada jednak na potrzeby systemu zdrowotnego. Powoli zaczynamy rozumieć, że taki sposób patrzenia na terapię nie służy dobremu rozumieniu jej funkcji.

Jakie inne czynniki ze strony pacjenta mogą zaważyć na tym, że terapia się nie uda?

Różnica pomiędzy tym, czego oczekuje pacjent od terapii, a tym, co ona tak naprawdę jest w stanie mu dać. Psychoterapia nie jest od wszystkiego i dla każdego. Jeżeli ktoś chciałby szybko pozbyć się objawów lękowych, a zgłasza się na terapię psychodynamiczną - taka interwencja może się nie udać. Nie dlatego, że ten typ terapii jest nieskuteczny. Po prostu lepiej nadaje się do innego rodzaju zaburzeń niż fobie. Terapia psychotynamiczna nie skupia się wyłącznie na usunięciu objawów. Przez analizę i rozumienie tego, czego pacjent doświadcza, stara się zaoferować taką relację, w której możliwe będzie zmierzenie się ze źródłem objawu czy mechanizmem go utrzymującym. Czyli odkrycie, co powoduje, że pacjent znajduje się w sytuacjach, które budzą u niego lęk. To zupełnie innego rodzaju pomoc niż w medycznie zorientowanym oddziaływaniu na redukcję objawów. Dlatego jeżeli ktoś oczekuje wyłącznie redukcji objawów, taka psychoterapia może być nieskuteczna, bo pacjent ma poczucie, że nic nie dostaje lub po co innego przyszedł. I zrezygnuje, zanim doświadczy zmiany.

My, jako psychoterapeuci, musimy dawać jasny przekaz na temat tego, co oferujemy. Jeżeli pracujemy psychodynamicznie, to powinniśmy poinformować pacjenta, że możemy pomóc w głębokiej zmianie, która ma duże szanse, by trwać. Jednak to się nie stanie szybko, bo musimy pracować na głębszym poziomie. Jeżeli komuś zależy jedynie na szybkim usunięciu objawów, to lepiej jeśli uda się do psychoterapeuty poznawczo-behawioralnego, co nie znaczy, że ta terapia jest wyłącznie zorientowana na objawy.

Tomasz Witkowski w książce "Psychoterapia bez makijażu" największe słowa krytyki kieruje pod adresem wspomnianej przez ciebie terapii psychodynamicznej - długoterminowej i opartej na psychoanalizie. W Polsce ten rodzaj terapii jest najbardziej popularny, brakuje jednak badań na temat jej skuteczności. W porównaniu choćby do wielu badań nad skutecznością terapii poznawczo-behawioralnej, która dominuje w USA.

Nie tylko psychoterapia poznawczo-behawioralna spełnia wymogi tzw. evidence based therapy, czyli terapii opartej na dowodach empirycznych. Bardzo solidną dokumentację badawczą mają podejścia psychodynamiczne czy choćby podejście EFT (emotionally focused therapy), czyli terapia doświadczeniowa, która zyskuje bardzo dużą popularność wśród terapeutów par. To, co autor "Psychoterapii bez makijażu" opisuje jako psychoterapię nieskuteczną, bo psychodynamiczną, jest po prostu pseudoterapią.

W jakich sytuacjach terapia psychodynamiczna okazuje się szczególnie pomocna?

Na podstawowym poziomie jest pomocna w trwałej zmianie przeżywania siebie i świata. Przykładowo ktoś po raz kolejny w burzliwy sposób rozstaje się z dziewczyną, po raz kolejny zdarza mu się, że im bliżej jest nawiązania prawdziwej relacji, w której pojawia się bliskość i zobowiązanie, tym bardziej staje się nerwowy i agresywny, albo autoagresywny. Czuje, że tkwi w jakimś schemacie relacyjnym i powtarza go w każdym związku. Może zająć się swoimi objawami i pójść na psychoterapię ukierunkowaną na opanowanie lęku i agresji, które pojawiają się, gdy zbliża się do partnera. Jednak to nie zmieni natury jego problemu. Cały czas będzie miał w sobie wewnętrzny konflikt: "Z jednej strony kogoś pragnę i potrzebuję, a z drugiej potwornie się boję, czuję że muszę wyjść ze związku lub z siebie". Zrozumieć, uspokoić i pożegnać ten konflikt może pomóc mu właśnie psychoterapia psychodynamiczna.

Dzisiaj był u mnie pacjent, który chciał przyjrzeć się temu, co się z nim dzieje. Co na to wpłynęło. Psychoterapia, którą się zajmuję, daje dobre narzędzia do szukania odpowiedzi na tego rodzaju pytania. Jednak ludzie często przychodzą na terapię, nie wiedząc, jakiej dokładnie pomocy oczekują. Zadaniem psychoterapeuty jest nie podejmować współpracy, dopóki nie jest to wyjaśnione. Powinniśmy ustalić z klientem, czego potrzebuje. I czy terapia jest mu w stanie dać to, czego szuka. To element kontraktu terapeutycznego, który jest ważnym punktem wyjścia dla dalszej pracy.

Czy psychoterapia może nam zaszkodzić i pogorszyć nasz stan?

Trzeba pamiętać, że niezależnie od tego, czy psychoterapia jest prowadzona dobrze, czy źle, w jej trakcie pacjent zawsze doświadcza trudnych uczuć. I terapeuta jest także po to, by mu w nich towarzyszyć. Chodzi o bycie przy kimś blisko w cierpieniu. Pacjent doświadcza z nami tego, co najtrudniejsze. Przychodzi, żeby coś zrozumieć albo zmienić. Jednak najpierw musi zajrzeć w siebie, a tam może dostrzec trudne rzeczy. Przykładowo w psychoterapii poznawczo-behawioralnej, zorientowanej wyłącznie na leczenie fobii dajmy na to związanej z lękiem przed pająkami, leczenie odbywa się przez systematyczną desensytyzację: stopniową ekspozycję bodźca, w tym wypadku pająka. W pewnym momencie pacjent będzie coraz bliżej bodźca. Przyjemnie mu pewnie nie będzie. I pojawia się wiele trudnych uczuć.

W przypadku bardziej złożonych problemów, jak zaburzenie z pogranicza, taka osoba, nawiązując relację, bardzo potrzebuje drugiej osoby. Ma zalew uczuć miłosnych lub idealizuje ją. Z drugiej strony zależność ją przeraża, dlatego jednocześnie bardzo silnie dewaluuje drugą osobę, odpycha ją lub traktuje jak wrogą. Gdyby zapytać takiego pacjenta w trakcie terapii, czy mu pomaga, najprawdopodobniej w jakimś momencie odpowie: "Nienawidzę mojego terapeuty, ta terapia nie działa". Jednak to nie znaczy, że relacja terapeutyczna nie jest pomocna. Za jakiś czas może powiedzieć: "Mój terapeuta jest miły, ale czasem nie wie, co powiedzieć, i trzy razy się spóźnił, jednak od dwóch lat jest przy mnie. Dzięki niemu widzę, jak wiele potrafię. Coraz mocniej staję na własnych nogach. Wkrótce dam sobie radę bez niego".

Powinniśmy ustalić z klientem, czego potrzebuje, i czy terapia jest mu w stanie dać to, czego potrzebuje. (fot. iStock) Powinniśmy ustalić z klientem, czego potrzebuje, i czy terapia jest mu w stanie dać to, czego potrzebuje. (fot. iStock)

Ludzie czasem rezygnują z terapii, bo po spotkaniach z terapeutą czują się gorzej. Czy terapeuta uprzedza pacjenta, że będzie doświadczał takich emocji?

Trud jest wpisany w proces terapii. Dlatego dobry terapeuta w trakcie kontraktu uprzedza pacjenta, że ten będzie doświadczał różnych uczuć, niekoniecznie przyjemnych. Dla wielu osób przyjście na terapie samo w sobie może być dość upokarzające. Przychodzimy w końcu do kogoś, będąc w cierpieniu, po pomoc. Łatwo poczuć się zranionym czy obrażonym.

Czasami różne rzeczy widać dopiero po fakcie. Za każdym razem, gdy pacjent zerwie psychoterapię, terapeuta zostaje z pytaniem, co mógł zrobić lepiej. Czy po latach pacjent powie: "Ta psychoterapia jednak coś mi dała", czy może na zawsze obsadzi się w pozycji dewaluującej psychoterapię i psychoterapeutę. Są psychoterapie, które kończą się przez jeden uśmiech, jedno słowo. Nie mówię tutaj o uśmiechu, o którym pisze Witkowski, seksualizującym relację: terapeuta - pacjent. Tego rodzaju zachowanie nigdy nie powinno się wydarzyć w terapii. Należy bardzo współczuć osobom, które spotkało takie nadużycie ze strony terapeuty. Faktem jest, że terapeuta może stać się dla silnie zaburzonego pacjenta kimś ważnym. Wtedy uśmiech czy słowo, które ze strony terapeuty ma wyrażać wsparcie, pacjent może odebrać jako drwinę czy szyderstwo. Czy da się tego uniknąć? Nie zawsze.

Co jest warunkiem tego, by terapia była udana?

Po to, żeby terapia mogła leczyć, musimy stworzyć prawdziwą relację. Nie chodzi o to, co ja powiem pacjentowi, tylko o to, jaką relację stworzymy. Jeżeli ktoś ma podejście usługowe na zasadzie: "Byłem trzy razy, terapeuta powiedział mi, co wiedział, i wcale nie dowiedziałem się niczego nowego", to nie wyciągnie z terapii wiele. Jeżeli ktoś oczekuje, że w ciągu trzech terapeutycznych spotkań znikną wszystkie objawy, a terapeuta przeleje jakąś życiową mądrość ze swojego umysłu do umysłu pacjenta - to zadaniem terapeuty jest go rozczarować już na wstępie. Można bardzo dużo wiedzieć o tym, co jest dla nas dobre. Jednak różne siły trzymają nas po tej drugiej stronie, po której jest nam źle. Pytanie: jak dać sobie z nim radę?

Jedna rzecz to zrozumieć, dlaczego robię to, co robię. Druga to umieć to zmienić, wziąć życie w swoje ręce. 

Bo to nie o wiedzę chodzi. Trzeba także coś poczuć. Swój większy spokój. Swoją gotowość. Swoją moc. Trochę siebie zrozumieć. To wszystko rodzi się w relacji. Cierpliwej, wspierającej, bezpiecznej.

Czyli jeżeli zaczyna się od trafnej diagnozy, psychoterapeuta zachowuje się etycznie i zawarty został kontrakt terapeutyczny, to psychoterapia może się nie udać?

Może, ale znacznie częściej się udaje.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Powstał Ogólnopolski Telefon Autyzmu

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dzwonić można z różnymi sprawami. Zarówno formalno-prawnymi, jak i tymi dotyczącymi diagnostyki i terapii. Po drugiej stronie słuchawki jest osoba, która zrozumie – bo sama ma diagnozę spektrum autyzmu. Pomoc jest oczywiście anonimowa. I bezpłatna.

„Mam na imię Adam. Mam 25 lat. Kończę studia. Czeka mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej. Interesuję się muzyką i sportem. Mam psa, dwie ręce, dwie nogi i dar do robienia zamieszania. Interesuję się matematyką, psychologią, medycyną, genetyką i kosmologią. Dodam, że takie naukowe zainteresowania mam od szóstego roku życia, czytam od piątego i posługuję się w komunikatywnym stopniu trzema językami (nie licząc ojczystego), przy czym nie umiem jeździć na rowerze, a „setkę” biegnę w 16 sekund. Coś nie gra, prawda?”

Tak pisze o sobie Adam Wrzesiński. Trener umiejętności społecznych i pierwszy w Polsce Terapeuta Integracji Sensorycznej z diagnozą ze spektrum autyzmu. On i kilka innych osób z taką właśnie diagnozą będzie od poniedziałku do soboty pracować jako konsultanci w Ogólnopolskim Telefonie Autyzmu – bezpłatnej i anonimowej formie pomocy osobom autystycznym i ich rodzinom.

Dzwonić można ze wszystkimi pytaniami. Wątpliwościami dotyczącymi spraw prawnych, jak zasiłki, ale też z problemami z terapią czy pracą zawodową.

Korzyści odnoszą osoby po obu stronach słuchawki – ci, którzy telefony odbierają, mają w ten sposób pracę. A kłopoty z zatrudnieniem to w przypadku osób ze spektrum autyzmu poważny problem. Z badania „Ogólnopolski Spis Autyzmu” przeprowadzonego w latach 2013-2016 wynika, że spośród wysokofunkcjonujących osób dorosłych ze spektrum płatną pracę miała tylko połowa. Tymczasem ludzie ci mają często specyficzne – i wysokie – kompetencje, które mogą przynieść pracodawcom wiele korzyści.

A dzwoniący dostaną rzetelną poradę, w dodatku od osób jak mało kto rozumiejących ich problemy.

„Jesteśmy przekonani, że Ogólnopolski Telefon Autyzmu może być punktem informacyjnym dla osób, które nie wiedzą jak się odnaleźć w gąszczu formalności, chcą dowiedzieć się o przysługujących im świadczeniach socjalnych, szukają informacji na temat diagnostyki i terapii” – mówi Monika Kłeczek, psychoterapeutka oraz prezeska Stowarzyszenia AS, pod której przewodnictwem pracować będzie zespół Telefonu Autyzmu.

A Adam Wrzesiński dodaje: „Uruchomiliśmy Telefon po to, aby pokazywać świat osobom ze spektrum autyzmu jako miejsce dobre i przyjazne oraz wyposażać w umiejętności niezbędne do odnoszenia sukcesów w swoich misjach życiowych przy równoczesnym zachowaniu ich poczucia wolności”.

Telefon funkcjonuje dzięki dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy, finansowanego z Funduszy EOG przez Stowarzyszenie AS, które od 2010 roku pomaga osobom ze spektrum autyzmu czuć się równoprawnymi członkami społeczeństwa. Telefon ma działać do końca roku, ale już teraz organizatorzy starają się zdobyć środki na przedłużenie tego projektu.

Dzwonić można od poniedziałku do soboty w godz. 10:00 – 18:00 pod numer 333 070 180.

  1. Psychologia

Żona w wieku córki – o różnicy wieku w związku mówi terapeuta Benedykt Peczko

- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą kobietą? Czy wybrałbym ją, gdyby była starsza? Jeśli to jest to spotkanie, wtedy nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Różnica wieku schodzi na dalszy plan – mówi terapeuta Benedykt Peczko.

Pan po pięćdziesiątce i jeszcze bez młodej żony…?
Człowiek taki zabiegany… [śmieje się]

Moja przyjaciółka tak tłumaczyła swojemu mężowi, gdy zaczął się oglądać za młodszymi: „Ty się, kochany, zastanów! Młode kobiety są wymagające, podróże, drogie restauracje, potem dzieci, jak ty na to wszystko zarobisz?!”. Dlaczego mężczyźni sobie to robią?
Pięćdziesiątka jest trudna. Widać już oznaki starzenia się, ubytku sił. Mężczyzna dokonuje bilansu życia i najczęściej jest zawiedziony tym, co osiągnął, być może nie zrealizował ważnych celów, być może nie czuje się spełniony w dotychczasowym związku. Nowy związek może być próbą naprawienia przeszłości, cofnięcia czasu. Podświadomie mężczyzna chce wrócić do tego momentu, w którym błąd został popełniony, i zacząć jeszcze raz. W ten sposób oszukuje czas, oddaje się iluzji.

Wybierając młodą kobietę, podłącza się do żywotności i świeżości, odzyskuje dostęp do czegoś, co wydawało mu się, że traci. Na jakiś czas odsuwa od siebie perspektywę starości i śmierci. Stan zakochania, fascynacji, wibracje miłości sprawiają, że budzi się w nim młodzieniec, otwarty, energiczny, chętny. Organizm wytwarza mnóstwo endorfin, które zmieniają metabolizm, poprawiają nastrój. To jak zastrzyk młodości.

Młode, około trzydziestoletnie kobiety sygnalizują, że znalezienie równolatka, który byłby gotowy na budowanie związku i na dzieci, graniczy z cudem. Pięćdziesięciolatek wydaje się bardzo atrakcyjny; dojrzały, doświadczony, stabilny materialnie i zawodowo.
Nieraz słyszałem takie sformułowanie, że „wychować sobie żonę to ciężka praca”. Taki sposób myślenia wyznacza mężczyźnie rolę rodzica, mentora. Być może właśnie dlatego zwraca się ku młodej kobiecie. Czterdziestolatka raczej nie dałaby się wychowywać, bo dojrzałe kobiety znają swoją wartość, mają własne zdanie. Czterdziestolatka przypominałaby mężczyźnie, że młodość minęła. To nie byłaby ta maseczka odmładzająca, o którą chodzi.

A młoda kobieta jest ufna, zachwycona, wpatrzona w „tatusia”, pyta, słucha, przytakuje. Jak się temu oprzeć?
Młoda kobieta też ma swój zysk, bo „przecież on wszystko wie, tyle przeżył, więc mi powie”. To zwalnia z konieczności dojrzewania, przedzierania się przez błędy, brania odpowiedzialności za własne decyzje. W partnerskim związku i kobieta,i mężczyzna mają własne opinie, przekonania, potrzeby i oczekiwania, wyrażają własne zdanie. Znałem taki związek, w którym młoda kobieta dojrzała i odeszła, bo już nie potrzebowała „tatusia”. „Żegnaj, ojcze, spełniłeś swoje zadanie!” – chciałoby się powiedzieć [śmieje się]. Gdyby ten mężczyzna od początku wspierał dorosłość młodej kobiety, traktował ją jak partnerkę, być może związek by przetrwał. My, mężczyźni, musimy uważać na swoje mentorskie zapędy.

Okres zakochania i fascynacji nieubłaganie mija…
W Polsce mężczyźni żyją średnio 71 lat. Jeżeli nowe dzieci pojawią się w okolicach, powiedzmy, 55. roku życia, mężczyzna może mieć poczucie, że znowu – tak jak w poprzednim związku – zawiódł, nie sprostał oczekiwaniom, bo być może nie zobaczy swoich dzieci wkraczających w dorosłe, a nawet w młodzieńcze życie, nie będzie im towarzyszył w ważnych etapach rozwoju. To może budzić kolejne obawy, frustracje i niespełnienia. Mężczyzna w tym wieku może też nie najlepiej się czuć, mieć problemy z ciśnieniem, z sercem, z kręgosłupem. Okres szaleństw, balowania do rana, podróży najczęściej ma już za sobą. Młoda kobieta tych szaleństw pragnie, chce doświadczać wszystkiego, żyć pełnią. A on jest zmęczony, potrzebuje więcej odpoczynku. Będzie w coraz mniejszym stopniu zdolny do dotrzymywania jej kroku. Oczekiwania i potrzeby jej i jego nie są takie same. Kobieta ma przed sobą te etapy życia, które mężczyzna ma już za sobą. W fazie zakochania ani mężczyzna, ani młoda kobieta nie są tego świadomi.

No ale przecież miłość! Skoro w tych związkach rodzą się dzieci, to tak ma być, życie wie najlepiej. A że jest trudno? Zawsze jest. Tak właśnie tłumaczył mi jeden z późnych ojców.
W żaden sposób nie pomniejszamy wspaniałości tych związków. Związki są nieocenione. Dobrze jednak, gdy wiemy, jakie siły nami kierują, i znamy ograniczenia wynikające z naszych wyborów. Gdy bierzemy pod uwagę różne aspekty doświadczenia, całość, zadajemy sobie pytania i odpowiadamy na nie, wtedy możemy w sposób pełniejszy angażować się we wspólne życie, pokonywać trudności. To oczywiście dotyczy wszystkich związków, nie tylko tych z różnicą wieku.

Jak rozpoznać, że ten konkretny związek może być udany mimo różnicy wieku?
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą osobą? Czy gdyby ona była starsza, też bym ją wybrał? Czy gdyby on był młodszy, też byłabym pewna, że to właśnie ten mężczyzna, z którym chcę żyć? Ważne pytania. Jeśli odpowiemy na nie twierdząco – to jest to spotkanie. Nie biorę sobie młodej kobiety, bo muszę, bo to ostatni moment; bo jeśli teraz nie nadrobię straconego czasu, to już koniec, z górki. Nie decyduję się na tego mężczyznę z lęku o swoją przyszłość, macierzyństwo; bo skoro do tej pory nie spotkałam rówieśnika dla siebie, to trzeba się spieszyć. Więc niech będzie; jest ustawiony życiowo, taki mądry, spokojny, więc czemu nie? W dodatku jak się tak zastanowię, to nawet go kocham.

Gdy wybieramy tę konkretną osobę ze względu na nią, a nie ze względu na swoje niezaspokojone potrzeby, wtedy problemy stają się wyzwaniami, z którymi będziemy sobie radzić najlepiej, jak potrafimy, bo podejmujemy świadomą decyzję, na dobre i na złe. Gdy pojawiają się konflikty czy rozbieżność zdań, tym lepiej, bo wtedy uczymy się bardziej rozumieć siebie nawzajem. Różnica wieku schodzi na dalszy plan. Podzielamy wspólne wartości. Cenimy nawzajem swoją indywidualność, niepowtarzalność, wspieramy się w rozwoju tej unikalnej jakości w nas.

Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Jesteśmy tu ze względu na siebie, wszystko inne jest drugorzędne. Jednak mimo że jest drugorzędne, warto o tym pomyśleć.

Gdy 85-letni Andrzej Łapicki poślubił młodą żonę, dziennikarze pisali o tym, że w dzień ta para da sobie radę, ale co w nocy?
Liczy się jakość bycia ze sobą. Nawet jeśli kontakt seksualny w takich związkach nie jest tak częsty jak między równolatkami, może być satysfakcjonujący. W tych sprawach nie ma reguł.

Pomówmy też o porzucanych żonach. Gdy on po 30 latach związku odchodzi, trudno o szacunek dla takiej decyzji. Sprawdzają się wtedy rady mądrych kobiet: dbaj o siebie, inwestuj w swój rozwój, żebyś zawsze mogła na siebie liczyć, bo z nim nigdy nie wiadomo. Kobiety rozpaczają, mają poczucie przegranej i oczywiście zastanawiają się, co zrobiły nie tak. A jednocześnie są wściekłe. Porzucenie boli okropnie.
Gdy on odchodzi do młodszej, najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zachować dystans wobec tego, co się dzieje. Łatwo powiedzieć, ale nie ma innej rady. W żadnym razie nie obarczać siebie winą. Mężczyzna podejmuje tę decyzję ze względu na to, co się z nim dzieje, często z powodu przedśmiertnej paniki. Taka świadomość nie ukoi od razu cierpienia, ale jest dobrym punktem wyjścia do przeżycia straty. Bez względu na to, co się stało, jestem. Żyję. Jestem dla siebie najlepszym przyjacielem. Mam siłę, żeby o siebie zadbać.

Gdy patrzę na mężczyzn, którzy desperacko chcą się odmładzać, myślę, że najważniejsze jest odnalezienie młodości w sobie mimo zmniejszających się możliwości fizycznych. Młodość ducha jest niezależna od przemijania i starzejącego się ciała. Sprawia, że przestajemy szukać wody na pustyni, bo znajdujemy ją w sobie.

Wcale nierzadko zdarza się, że ci mężczyźni, którzy tak odważnie wchodzą w nowe, po kilku latach żałują swojej decyzji i tęsknią za dawnymi żonami. Może by nawet wrócili. No ale jest już za późno.
Też się z tym spotkałem. Mężczyzna upojony nowością ma ograniczone pole świadomości. Twierdzi, że to, co było, wypaliło się, bo w dojrzałym związku nie ma już ekscytacji, skoków adrenaliny. Nie jest w stanie zaczerpnąć siły z tego, co już przeżył i czego doświadczył; nie rozumie, jaki to ogromny kapitał, skarb. Woli zachwycać się wyobrażeniami na temat szczęścia w nowym związku, raju, który ma nadejść, a który często zamienia się w piekło.

Zdarza się, że budzi się z tego snu przerażony: Gdzie ja jestem? Co się porobiło? Czuje się samotnie w nowym związku. Zaczyna wspominać dobre chwile z poprzednią partnerką. Bo nawet jeśli w dalszym ciągu cieszy go fizyczna fascynacja, urozmaicenie, to tęskni za porozumieniem, za więzią, którą można zbudować tylko w wieloletniej relacji. Docenia to, co stracił.

  1. Psychologia

Inteligencja emocjonalna – trzeba wiedzieć co się czuje

– Nie mamy wpływu na to, co czujemy. Ale możemy się uczyć rozróżniać to, co czujemy, i decydować, co z tym zrobimy – mówi Katarzyna Tallar, trenerka inteligencji emocjonalnej. (Fot. iStock)
– Nie mamy wpływu na to, co czujemy. Ale możemy się uczyć rozróżniać to, co czujemy, i decydować, co z tym zrobimy – mówi Katarzyna Tallar, trenerka inteligencji emocjonalnej. (Fot. iStock)
Co sprawia, że jednym życie płynie gładko, mają przyjaciół, dobre związki, odnoszą sukcesy, a innym idzie jak po grudzie? To kwestia umiejętnego zarządzania emocjami, twierdzi Grażyna Tallar, trenerka ucząca inteligencji emocjonalnej.

Zacznijmy od podstaw: co to właściwie jest inteligencja emocjonalna?
Najprościej mówiąc, jest to umiejętność radzenia sobie z emocjami własnymi i innych ludzi. Czyli rozpoznawanie ich i właściwe odczytywanie, korzystanie z nich i zarządzanie nimi. Tylko dzięki inteligencji emocjonalnej możemy rozumieć, co się dzieje w naszych relacjach z innymi. Np. dlaczego się właśnie z kimś pokłóciliśmy albo dlaczego kolega w pracy zareagował tak czy inaczej. Mamy możliwość aktywnego wpływania na własne życie: rozwiązywania konfliktów, wygrywania negocjacji, zdobycia dobrej pracy, zatrudniania właściwych ludzi...

Jedni potrafią to robić lepiej, inni gorzej. Ta zdolność nie jest wrodzona, możemy się jej nauczyć?
Pewien poziom inteligencji emocjonalnej mamy wrodzony, ale nie tylko można, wręcz trzeba ją ćwiczyć, rozwijać, podobnie jak ćwiczymy intelekt, pamięć. Niestety, mamy tendencję do deprecjonowania roli emocji w naszym życiu. To wielki błąd. To wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, nie intelekt, decyduje o tym, czy czujemy się szczęśliwi. Również, jak udowadniają najnowsze badania, w sferze zawodowej, w biznesie. Emocje mają wpływ na wszystko, a zwłaszcza na podejmowanie decyzji.

Dlaczego pani się tym zajęła? Nie jest pani psychologiem...
Studiowałam biznes. Odnosiłam przez wiele lat sukcesy w Kanadzie i Stanach, pracując w branży samolotowej. Doskonale się wpisywałam w ten niesłychanie zmaskulinizowany, autokratyczny świat. Jednak gdy zmieniłam branżę, poniosłam klęskę emocjonalną oraz jako menedżer. Nie mogłam zrozumieć, co tu nie działa. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ludzie mogą inaczej myśleć, inaczej działać, inaczej widzieć te same sprawy. Byłam zbyt arogancka, ostra, wymagająca. Widziałam błędy we wszystkich, tylko nie w sobie. Dopiero kiedy poszłam na szkolenie z inteligencji emocjonalnej, wszystko się zmieniło. Już po pierwszym teście pomyślałam, że jestem u wróżki. Wszystko się zgadzało. Choć niektóre stwierdzenia mi się bardzo nie podobały. Na przykład to, że jestem agresywna, a nie asertywna, jak lubiłam o sobie myśleć. Ale pierwszy stopień pracy nad sobą to akceptacja tego, co jest, bez owijania w bawełnę i upiększania, ale też oczerniania siebie. Dopiero kiedy naprawdę poznamy siebie, swoje talenty, ograniczenia i motywacje, mamy szansę znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce w życiu, aktywnie zmieniać świat wokół, by jak najlepiej w nim funkcjonować.

Podoba mi się to podejście: nie chodzi o to, by zmieniać siebie, dostosowywać się do wymagań, lecz o to, by uświadomić sobie, kim jestem, i do tego dostosować resztę.
Jeszcze niedawno psychologowie głównie radzili, by zmieniać siebie. Ale po co, kiedy możemy wykorzystać tę samą energię do odkrywania własnych talentów? Każda cecha, gdy jest uświadomiona, może być silną stroną. Odkrycia naukowców pokazują, że wykorzystując wrodzone cechy, będąc w zgodzie z naszym naturalnym sposobem przyswajania wiedzy, uczymy się szybciej. Nie musimy się tak bardzo wysilać, by coś zapamiętać, jeśli robimy to tak, jak lubimy, i gdy temat nas fascynuje. Każda nowa informacja tworzy nowe połączenia neuronowe. Emocje wzmacniają je. Czasem nie pamiętamy, co robiliśmy parę dni temu, a pamiętamy emocjonalne sytuacje sprzed lat. Stają nam przed oczami, czujemy je w ciele. Zapachy, dźwięki – wszystkie zmysły, które były zaangażowane, pomagają nam pamiętać. A to części składowe emocji.

Zdanie, które mi utkwiło z pani książki „ABC inteligencji emocjonalnej w praktyce”: zupełnie czym innym jest myśleć o emocjach, niż je przeżywać.
W uczuciach jesteśmy świetnymi teoretykami. Gorzej z praktyką. Ludzie nie wiedzą, co się w nich dzieje, nie potrafią wyrażać uczuć. Podobno zaledwie 20 procent ludzi może się poszczycić tak zwaną równowagą emocjonalną: są świadomi tego, co czują, i reagują z odpowiednim natężeniem emocjonalnym. Bo co prawda nie należy ukrywać emocji, ale też nie należy nimi epatować. Emocje trzeba wyrażać w sposób odpowiedni do sytuacji i z pełnym szacunkiem dla drugiego człowieka. Inteligencji emocjonalnej nie da się nauczyć z książek. Tak samo jak pływać czy jeździć na nartach. Możemy siedzieć i dyskutować, ale w końcu trzeba założyć te narty i zjechać. Tylko my sami możemy odkryć, jacy jesteśmy, jak widzą nas inni, jakie mamy prawdziwe motywacje, jak manipulujemy innymi. Ja naprawdę nie podejrzewałam, że jestem tak krytyczna w stosunku do ludzi, nawet kiedy nic nie mówiłam. Dopiero na ćwiczeniach to do mnie dotarło.

Emocje wyrażamy nie tylko słowami, ale również ciałem.
Wyraża je nasza postawa, twarz, ruchy, gesty. Wchodząc do pokoju, wnosimy nasze emocje. I ludzie je odbierają. To się dzieje poza naszą świadomością. My nic nie robimy, tymczasem nasze ciała, mózgi prowadzą ze sobą dialog. Możemy być nieświadomymi ofiarami tego dialogu. Np. myślimy, że chcemy pogadać, ale jesteśmy spięci i zdenerwowani, z czego nawet nie zdajemy sobie sprawy – nasz rozmówca wyczuje to już, zanim się odezwiemy, i zareaguje na ten nasz stres, a nie na to, co mówimy. I np. będzie chciał jak najszybciej skończyć rozmowę, bo uzna, że zachowujemy się agresywnie. My z kolei zinterpretujemy to pewnie tak, że on nas z jakiegoś powodu nie lubi. I nieporozumienie gotowe. Tak z grubsza wygląda emocjonalny model rozmowy – to jest rodzaj wiru, jedna emocja nakręca drugą często zupełnie wbrew naszym intencjom.

Mamy na to wpływ?
Nie mamy wpływu na to, co czujemy. Ale możemy się uczyć rozróżniać to, co czujemy, i decydować, co z tym zrobimy. Przede wszystkim zaś tego, że udawanie nie ma sensu. Często myślimy: „Niby wszystko poszło dobrze, ale jakaś dziwna była ta rozmowa”. Intuicja? Tak, czyli nic innego jak wysoka inteligencja emocjonalna. Udawana serdeczność jest wyczuwalna, nieprzekonująca. Nie ma sensu tracić na coś takiego energii. Nasze emocje i tak się rozpoznają. Podstawą dobrej komunikacji jest otwartość na drugiego człowieka i szczerość. Trzeba wiedzieć, co się czuje i jaką mamy motywację. Oraz jaki jest nasz prawdziwy cel. Często wydaje się nam, że próbujemy do czegoś przekonać partnera, że chodzi nam o konkretną sprawę. Tymczasem chodzi nam o to, by mieć rację, by wygrać. Po prostu. Albo żeby nie wyjść na kogoś głupiego. Ważną częścią składową inteligencji emocjonalnej jest samoocena. Im niższa, tym bardziej jesteśmy depresyjni i skłonni do krytyki. W rozmowie chcemy mieć rację, bo chcemy się dowartościować, sami sobie udowodnić, że jesteśmy lepsi. A to utrudnia komunikację, odcina od ludzi, więc pogłębia tylko ową niską samoocenę. Żeby podnieść swój poziom inteligencji emocjonalnej, czasem trzeba zmienić system wartości. Ja musiałam przyznać, że choć jestem osobą inteligentną, co uważałam za najważniejsze, w wielu sprawach sobie nie radzę. Bo inteligencja nie jest gwarancją sukcesu życiowego.

W jaki sposób możemy lepiej poznać siebie?
Na zajęciach proponuję testy i ćwiczenia, które to umożliwiają. Osobowości jest tyle, ilu ludzi, ale wystarczy wiedzieć, który typ w nas dominuje. Każdy z typów osobowości ma inne potrzeby. Nie ma ludzi gorszych i lepszych czy osobowości złych i lepszych. Natomiast są źle obsadzone stanowiska, źle dobrane związki. Ekstrawertyk, niezależny wizjoner będzie kiepsko pracował w samotności, podliczając liczby i wkładając do segregatorów papiery. Dla takich osób to więzienie. Tymczasem ktoś introwertyczny, znajdujący poczucie bezpieczeństwa w powtarzalności, sprawdzi się w takiej pracy i będzie spełniony. Gdyby miał być konferansjerem, żyłby w ciągłym stresie. Wbrew pozorom wiele osób tak żyje. Nie w zgodzie ze sobą, tylko spełniając czyjeś ambicje albo po prostu: bo taka im się trafiła praca.

Podstawą jest wzięcie odpowiedzialności za siebie, swoje zachowanie i swoje szczęście, nieobwinianie świata i innych ludzi za niepowodzenia. Wychowują nas w takiej wyuczonej bezradności: ktoś mi coś zrobił, mam pecha, coś się na mnie uwzięło. Inni ludzie nie są wystarczająco mądrzy, by zrozumieć, co mam na myśli. Ale gdy uznam, że to moim zadaniem jest tak przedstawić sytuację, aby ktoś inny mnie zrozumiał, wszystko się zmienia. W momencie, gdy przejmujemy kontrolę, stajemy się panami swojego losu. To klucz do szczęścia.

Grażyna Tallar, strateg biznesowy, międzynarodowa konsultantka w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi (HR), pionierka szkoleń inteligencji emocjonalnej w Polsce i w Kanadzie. Autorka wielu książek z tej dziedziny, m.in. popularnego podręcznika „ABC inteligencji emocjonalnej w praktyce”. Stworzyła i promuje system zatrudniania pracowników 3D Recruitment. Prowadzi warsztaty dla biznesu i kadry zarządzającej, współpracuje z wieloma firmami, m.in. Business Training Group z Torunia.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety martwią się i niepokoją częściej niż mężczyźni?

W dzieciństwie dziewczynki wcale nie są bardziej lękliwe od chłopców. Większa skłonność do obaw rodzi się u nich w miarę zbliżania się okresu dojrzewania, gdy muszą sprostać problemom związanym z dorastaniem. (Fot. iStock)
W dzieciństwie dziewczynki wcale nie są bardziej lękliwe od chłopców. Większa skłonność do obaw rodzi się u nich w miarę zbliżania się okresu dojrzewania, gdy muszą sprostać problemom związanym z dorastaniem. (Fot. iStock)
Czy wiesz, że ryzyko zaburzeń lękowych jest u kobiet dwukrotnie wyższe niż u mężczyzn? Powody tej różnicy nie są zupełnie jasne, dlatego warto zastanowić się nad przyczynami takich zaburzeń oraz tym, w jaki sposób uwarunkowania genetyczne oraz przeszłe doświadczenia mogą w większym stopniu wywoływać lęki u kobiet.

Fragment pochodzi z książki „Kobiety, które martwią się za bardzo”, Holly Hazlett-Stevens, Wyd. Rebis.

Co powoduje zaburzenia lękowe?

Zaburzenia lękowe oraz inne problemy emocjonalne, na przykład depresja, mają wspólne podłoże. Wszystkie tego typu stany łączy tendencja do odczuwania zagrożenia. Innymi słowy, niektóre osoby mają naturalne skłonności do doświadczania negatywnych uczuć, takich jak strach, lęk czy smutek. Tę cechę osobowości nazywamy neurotycznością.

Oczywiście sama tendencja nie musi prowadzić do problemów emocjonalnych. Ale wyobraźmy sobie, że osobę mającą takie skłonności spotyka seria doświadczeń, które uczą ją postrzegania jakiegoś aspektu siebie bądź otaczającego ją świata jako niebezpiecznego. Ktoś taki bardzo szybko zacznie odczuwać niepokój, traktować otoczenie jako groźne i reagować na różne sytuacje, wycofując się bądź zupełnie ich unikając. Im silniejsza jest początkowa neurotyczność danej osoby i im bardziej postrzega ona swoje otoczenie jako niebezpieczne, tym większe jest ryzyko pojawienia się stanów lękowych prowokowanych przez wiele okoliczności.

Lęk często wiąże się z nadwrażliwością (ang. hypervigilance), w której wyniku dana osoba przywiązuje zbyt wielką wagę do drobnych szczegółów, szukając źródeł zagrożenia. Kiedy umysł przejawia wzmożoną czujność, zmieniają się także fizjologiczne reakcje organizmu. Takie fizyczne zmiany skłaniają mózg do jeszcze pilniejszego poszukiwania zagrożeń. Człowiek ma coraz większą skłonność do postrzegania określonych wydarzeń oraz otoczenia jako niebezpiecznych i reaguje, unikając ich w jak największym stopniu. Teraz już wiesz, w jaki sposób czynniki te współdziałają, potęgując niepokój i nawzajem się napędzając.

Teraz zajmijmy się tym, dlaczego człowiek reaguje lękiem na określoną sytuację, przedmiot lub osobę. W grę wchodzą konkretne doświadczenia życiowe. Weźmy na przykład lęk przed psami. Ktoś może zacząć się ich bać po traumatycznym przeżyciu, gdy został zaatakowany przez psa. Może też być świadkiem czyjegoś przykrego spotkania z psem lub po prostu widzieć, jak inna osoba reaguje na niego ogromnym strachem. Lęk przed psami może się też zrodzić w wyniku nieustannego wysłuchiwania przestróg, że są one niebezpieczne, okropne i trzeba ich unikać. Którekolwiek z wymienionych wyżej doświadczeń może ukształtować w człowieku przekonanie, że coś lub jakaś sytuacja – na przykład obecność psa – stanowi realne zagrożenie. Co więcej, takie wydarzenia prawdopodobnie bardziej wpłyną na osobę skłonną do neurotyczności niż na kogoś, kto nie ma takiej tendencji.

Nie bez znaczenia są wcześniejsze przeżycia. Na przykład, jeśli ktoś zaatakowany przez psa ma za sobą mnóstwo pozytywnych doświadczeń w kontaktach z tymi zwierzętami, ryzyko, że zacznie się ich bać, jest mniejsze niż u osoby, która wcześniej rzadko miała do czynienia z psami. Liczą się też ogólne doświadczenia życiowe. Ludzie, których spotkało więcej pozytywnych wydarzeń i w których ukształtowało się silne poczucie, że panują nad swoim życiem, są mniej podatni na stany lękowe niż osoby, którym takiego przekonania brakuje. Wreszcie same zaburzenia lękowe mogą sprawić, że jesteśmy mniej odporni na dodatkowe stresy i niepokoje, zwłaszcza jeśli odczuwanemu lękowi towarzyszy poczucie nieprzewidywalności i niemożności zapanowania nad sytuacją.

Kiedy dochodzi do zaburzeń lękowych?

Może zdziwi cię informacja, że w dzieciństwie dziewczynki wcale nie są bardziej lękliwe od chłopców. Większa skłonność do obaw rodzi się u nich w miarę zbliżania się okresu dojrzewania, gdy muszą sprostać problemom związanym z dorastaniem. W jednym z badań McGee ze swoim zespołem (1992) przez wiele lat obserwowali dużą grupę dziewcząt i chłopców, szukając symptomów poważnych zaburzeń lękowych zwanych zgeneralizowanymi zaburzeniami lękowymi. Pomiędzy jedenastoletnimi chłopcami i dziewczynkami nie stwierdzono żadnych różnic pod tym względem, ale gdy dzieci weszły w wiek dojrzewania płciowego, liczba dziewcząt, u których wystąpiły takie zaburzenia, była sześciokrotnie większa niż liczba chłopców. Co więcej, lękliwe małe dziewczynki są bardziej narażone na zaburzenia lękowe w okresie dojrzewania płciowego, a dziewczęta mające skłonności do niepokoju w czasie dorastania są bardziej podatne na zaburzenia lękowe, gdy osiągną dorosłość. Jak widzisz, okres dorastania i pierwsze lata dojrzałości są bardzo newralgicznym czasem, w którym kobiety są szczególnie narażone na pojawienie się zaburzeń lękowych. Takie ryzyko jest też wysokie u pań w wieku średnim, zwłaszcza między czterdziestym piątym a sześćdziesiątym czwartym rokiem życia (Offord i inni, 1996).

Choć istnieje wyraźna różnica w pojawianiu się zaburzeń lękowych u kobiet i mężczyzn, dokładna przyczyna tej rozbieżności pozostaje dla nas tajemnicą. Kobiety mają też większą niż mężczyźni skłonność do depresji, co częściowo wynika z tego, że częściej się niepokoją.

Dlaczego kobiety są bardziej narażone na zaburzenia lękowe?

Choć nie znamy wszystkich możliwych odpowiedzi na to pytanie, wiele różnic między mężczyznami i kobietami pomaga w wyjaśnieniu tego zjawiska. Są to różnice w wychowywaniu chłopców i dziewcząt, naturalna tendencja kobiet do bardziej intensywnego doświadczania niektórych emocji oraz biologicznie uwarunkowany, odmienny sposób reagowania obu płci na stres.

Wychowanie a role przypisywane płciom

Różne podejście do wychowywania chłopców i dziewczynek daje się zauważyć już w pierwszych miesiącach ich życia. Świeżo upieczone mamy lepiej rozumieją, jakie potrzeby sygnalizują im synowie, a słabiej odczytują sygnały córek. Być może jest tak dlatego, że niemowlęta płci męskiej okazują większe potrzeby emocjonalne. Bez względu na to, z czego wynikają różnice w stylach wychowania, nie ma wątpliwości co do tego, że wyczulenie na subtelne oznaki i sygnały wysyłane przez niemowlę jest bardzo ważne w rozwoju dziecka. Właśnie wtedy dzieci zaczynają się uczyć, w jakim zakresie są w stanie przewidzieć i kontrolować otaczający je świat oraz własne emocje. To poczucie przewidywalności i kontroli w dużym stopniu wpływa na umiejętność radzenia sobie z emocjonalnym pobudzeniem i na to, jak silnego doświadczamy niepokoju (Craske, 2003). Nikt jednak nie przeprowadził bezpośrednich badań zależności między stopniem wyczulenia rodziców na potrzeby niemowląt a skłonnością dziecka do zaburzeń lękowych.

Przez całe dzieciństwo nagradzamy chłopców i dziewczynki za odmienne zachowania. Rodzice i inne osoby z otoczenia częściej zachęcają chłopców do większej asertywności, aktywności i niezależności. Natomiast u dziewczynek utrwalane są zachowania świadczące o ostrożności i powściągliwości. Ponieważ cechy, takie jak nieśmiałość i wstydliwość, są w mniejszym stopniu akceptowane u chłopców niż u dziewczynek, lękliwego chłopca zachęca się, aby pokonywał swoje obawy. Tymczasem lękliwą dziewczynkę często nagradza się, choćby nieświadomie, za tę właśnie cechę.

Rodzice i inni dorośli czasami traktują chłopców i dziewczynki odmiennie, ponieważ uważają, że chłopcy umieją lepiej sobie radzić. W rezultacie są oni zachęcani do podejmowania wyzwań w najrozmaitszych sytuacjach, dzięki czemu rozwijają cechy osobowości, które potem ułatwiają osiągnięcie sukcesu, takie jak samodzielność, zaradność i wytrwałość. Ponadto dzięki temu chłopcy mają większą szansę zgromadzić pozytywne doświadczenia, które pomogą im stawić czoło późniejszym negatywnym przeżyciom. Dlatego często uważają się za silniejszych i bardziej dominujących oraz sądzą, że lepiej niż dziewczęta panują nad sytuacją (Ohannessian i inni, 1999). Ta różnica dotyczy także wieku dojrzewania oraz dorosłości.

Oprócz tego, że u dziewczynek społecznie utrwala się mniejszą asertywność i większą zależność, zarazem rozbudza się w nich towarzyskość i empatię. Kobiety, zwłaszcza te, które uważają się za bardzo kobiece, zwykle potrafią lepiej się wczuć w sytuację innych niż mężczyźni. Ten rodzaj społecznego „treningu” idzie w parze z większym wyczuleniem kobiet na wyraz twarzy innych osób. Prawdopodobnie zwiększa też ryzyko powstania u nich konkretnych lęków, gdy są świadkami czyjegoś strachu, ponieważ lepiej odczytują zagrożenie z miny otaczających je ludzi.

Skłonność do negatywnych uczuć

Niewykluczone, że u kobiet ryzyko zaburzeń lękowych i depresji jest większe, ponieważ są one bardziej neurotyczne, to znaczy mają większą skłonność do negatywnych emocji, takich jak strach, niepokój czy smutek. Badania przeprowadzone przez D. Arcus i J. Kagana (1995) wykazały, że już w wieku około dwóch lat dziewczynki mają więcej zahamowań i przejawiają większą neurotyczność niż chłopcy. Mniej więcej w tym samym czasie dzieci zaczynają się uczyć zachowań społecznych od osób z otoczenia. Różnica w poziomie neurotyczności u obu płci stale się pogłębia przez okres dzieciństwa i dorastania, przy czym u chłopców poziom ten nie ulega zmianie, natomiast u dziewczynek stopniowo rośnie. Ponieważ kobiety mają większą skłonność do negatywnych emocji, panuje opinia, że są bardziej wyczulone na zagrożenia, uczą się bać niektórych rzeczy i reagują bardziej emocjonalnie na nieprzyjemne zdarzenia.

Kobiety nie tylko przejawiają większą neurotyczność – co stwierdzono w wielu kulturach na całym świecie (Lynn i Martin, 1997) – ale w większym stopniu niż mężczyźni reagują na mimikę twarzy innych osób. Owa zwiększona wrażliwość częściowo tłumaczy, dlaczego uczą się obawiać różnych rzeczy częściej niż mężczyźni. Wystarczy, że zobaczą, jak ktoś reaguje na określoną sytuację strachem, a same też zaczynają się jej bać.

Badania dowodzą także, że kobiety przejmują się i zastanawiają nad różnymi problemami bardziej od mężczyzn. Czasami przemyślenie pewnych spraw pomaga nam coś zaplanować i dobrze się zastanowić nad ważnymi w życiu wyborami, ale zamartwianie się i przesadne roztrząsanie wszystkiego mogą utrudnić skuteczne rozwiązywanie problemów i doprowadzić do trwałego uczucia niepokoju. Przyczyną lęku jest niepewność co do ewentualnych przyszłych zagrożeń. Zbyt wielki lęk zwykle wynika z tego, że dana osoba dostrzega wiele potencjalnych problemów i katastrof na horyzoncie.

Kobiety mają większą niż mężczyźni tendencję do skupiania się na negatywnych aspektach własnej osoby. Takie nastawienie staje się przyczyną dodatkowych niepokojów i złego nastroju (Mor i Winquist, 2002). Z badań wynika też, że kobiety są bardziej nastawione na odbiór swojego wewnętrznego stanu emocjonalnego niż mężczyźni (Pennebaker, 2000). Oczywiście wsłuchiwanie się w swoje emocje może przynieść wiele korzyści, ponieważ pozwala odkryć to, co naprawdę jest dla nas najlepsze. Ale im bardziej intensywnie przeżywamy wewnętrzne emocje, które powodują nasz dyskomfort, tym bardziej się boimy. Dlatego większa samoświadomość kobiet może potęgować ich lęki i fobie.

Wprawdzie kobiety zwracają większą uwagę na swoje wewnętrzne doświadczenia, ale mniej trafnie umieją ocenić, co naprawdę dzieje się w ich wnętrzu. Próbując określić, co czują, w większej mierze niż mężczyźni polegają na tym, co zdarza się wokół nich (Pennebaker i Roberts, 1992). Ma to sens, ponieważ są bardziej wrażliwe na mimikę twarzy innych osób – a właśnie na tej podstawie ludzie najczęściej oceniają zewnętrzne niebezpieczeństwa oraz swój stan emocjonalny. Wrażliwość na uczucia innych ma swoje dobre strony: pozwala tworzyć serdeczne relacje z ludźmi i cieszyć się bliskością. Jednakże kiedy ktoś, próbując określić swoje uczucia, za bardzo polega na zewnętrznej sytuacji i reakcji innych, ogranicza własną zdolność dokładnego odczytania swoich wewnętrznych odczuć. Może to doprowadzić do wielu zaburzeń lękowych, którym często towarzyszy tendencja do pochopnego formułowania wniosków.

Skoro mężczyźni w większym stopniu polegają na wewnętrznych sygnałach i celniej je interpretują, oceniając stan własnych emocji, tym samym potrafią lepiej odróżnić, co jest, a co nie jest zagrożeniem. Kobietom trudniej dokonać takiego rozróżnienia, dlatego częściej reagują lękiem na różne sytuacje. Dokładniejszą ocenę utrudniają im czynniki, takie jak obawy, skupianie się na negatywnych aspektach siebie i zbytnie poleganie na zewnętrznych sygnałach w określaniu tego, co czują, przy jednoczesnym bardziej intensywnym doświadczaniu wewnętrznych emocji.

Prawdopodobieństwo wystąpienia traumatycznych wydarzeń w życiu kobiet wcale nie jest większe niż w przypadku mężczyzn. Właściwie doświadczają one nawet mniej dramatów, więc skumulowanie przeciwności losu nie tłumaczy większego ryzyka występowania u nich zaburzeń lękowych. Z drugiej jednak strony, kobiety bardziej przeżywają życiowe tragedie i kryzysy. Zwiększona emocjonalność może się przyczyniać do kolejnych trudności i silnych uczuciowych reakcji na przyszłe stresy, sprawiając, że z czasem kobiety stają się bardziej podatne na zaburzenia lękowe.

Taktyka „walcz lub uciekaj” a podejście „opiekuj się i szukaj sojuszników”

Badania reakcji fizjologicznych i zachowań pokazują, że u kobiet ogólna tendencja reagowania na określone sytuacje niepokojem jest większa niż u mężczyzn. Studia te są bardzo intrygujące, ponieważ pomagają wyjaśnić, jak odmiennie rozwijały się obie płcie w dziejach ludzkości. Ważne różnice zauważono podczas oceniania reakcji kobiet i mężczyzn na stres. I panie, i panowie w stresującej sytuacji mieli skłonność do reakcji „walcz lub uciekaj”. W takich chwilach w organizmie zachodzi wiele zmian fizjologicznych. Serce zaczyna bić szybciej i wzrasta poziom adrenaliny. Taka reakcja organizmu ma nas przygotować albo do walki z zagrożeniem, albo do ucieczki z niebezpiecznej sytuacji. Wykształciliśmy tę zdolność w czasach, gdy ludzie żyli w bardzo odmiennym środowisku od tego, które dziś nas otacza. Dlatego tego typu postępowanie nie zawsze jest stosowną reakcją na współczesne stresy.

Różnica między kobietami i mężczyznami polega na tym, że u kobiet w momencie pojawienia się czynnika stresującego uaktywniają się pewne hormony. Ograniczają one lub zupełnie tłumią efekt reakcji „walcz lub uciekaj”. Dlatego u kobiet fizjologiczna reakcja na silny stres jest mniej gwałtowna niż u mężczyzn. Jest to ważne z ewolucyjnego punktu widzenia, ponieważ służy ochronie potomstwa. Zamiast walczyć z zagrożeniem lub uciekać, kobieta w stresującej sytuacji skupia się na dzieciach i szuka sojuszników, którzy mogą zapewnić bezpieczeństwo jej grupie. Co ważne, naturalna reakcja skłaniająca kobietę w sytuacji stresowej do zajęcia się innymi i szukania sprzymierzeńców może potęgować tendencję do unikania tego, co postrzega ona jako zagrożenie, w rezultacie doprowadzając do eskalacji lęku i tym pilniejszego poszukiwania niebezpieczeństw. W przypadku mężczyzn, choć reakcja „walcz lub uciekaj” naraża ich na większe ryzyko, jednocześnie stwarza szansę skutecznego poradzenia sobie z nim oraz jest kolejną lekcją niezależności i asertywności.

Polecamy: Holly Hazlett-Stevens, „Kobiety, które martwią się za bardzo”, Wyd. Rebis. (Fot. materiały prasowe)Polecamy: Holly Hazlett-Stevens, „Kobiety, które martwią się za bardzo”, Wyd. Rebis. (Fot. materiały prasowe)