1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być szczęśliwym? Psychologia pozytywna Martina Seligmana

Jak być szczęśliwym? Psychologia pozytywna Martina Seligmana

Możemy wybrać nie tylko pozytywną teraźniejszość, ale również to, jak decydujemy się zapamiętać czy też zniekształcić przeszłość - by czuć się szczęśliwszymi. (Fot. iStock)
Możemy wybrać nie tylko pozytywną teraźniejszość, ale również to, jak decydujemy się zapamiętać czy też zniekształcić przeszłość - by czuć się szczęśliwszymi. (Fot. iStock)
Jak być szczęśliwym? Temu zagadnieniu przygląda się psychologia pozytywna, popularny, choć bardzo świeży nurt współczesnej psychologii. Zamiast szukać szczęścia, proponuje, by zacząć je syntetyzować. A to umiejętność, którą każdy może wyćwiczyć!

Jak być szczęśliwym? Temu zagadnieniu przygląda się psychologia pozytywna, popularny, choć bardzo świeży nurt współczesnej psychologii. Zamiast szukać szczęścia, psychologia ta proponuje, by zacząć je syntetyzować. A to umiejętność, którą każdy może wyćwiczyć!

Tatusiu, czy mógłbyś w końcu przestać marudzić? – zapytała trzyletnia Nikki swojego tatę, Martina Seligmana, profesora Uniwersytetu Pensylwańskiego w Filadelfii, przyczyniając się tym samym do powstania nowego nurtu w psychologii. Seligman, wieloletni przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, jest autorem teorii wyuczonej bezradności, biorącej się z przekonania o braku związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy własnym działaniem a sytuacją, w której żyjemy. Znużony skupianiem się na badaniu traum, zaburzeń oraz patologii i zainspirowany przez córkę, zaczął analizować zasoby ludzkie, cnoty i kreatywność. Jego badania dały podwaliny całkiem nowego nurtu – psychologii pozytywnej, zwanej też psychologią szczęścia. Koncepcja została zaprezentowana w styczniowym numerze czasopisma „American Psychologist” w 2000 roku jako nauka o „pozytywnych emocjach, pozytywnych cechach charakteru oraz pozytywnych instytucjach” – i stała się przełomem.

Od czasu swojego powstania psychologia jako nauka zajmowała się badaniem i tworzeniem modelu choroby, jej przyczyn, zaniechań i traum spotykających człowieka, które pogłębiają jego cierpienie. Poprzez eksperymenty, obserwacje, a w końcu badania naukowe, wypracowała szereg schematów pomagających leczyć, a czasami znaleźć określone procedury wspomagające leczenie. Jednak cały czas była to opowieść o traumie, w której główny nacisk kładziono na cierpienie. Seligman uznał, że w ten sposób psycholodzy stają się wiktymologami i patologami. Psychologia pozytywna nie odrzuca doświadczenia i wiedzy o przyczynach powstawania cierpienia, ale w równej mierze co niwelować straty, traumy i cierpienia, pragnie czynić życie lepszym i pełniejszym.

Syntetyzowanie szczęścia

„Pomyślcie o tym, co da wam szczęście, i dokonajcie wyboru” – zaproponował swoim słuchaczom Daniel Gilbert, amerykański psycholog, jeden z propagatorów psychologii pozytywnej, podczas wykładu „Zaskakująca nauka o szczęściu”. „Wyobraźcie sobie dwa warianty waszego dalszego życia. Pierwszy: wygrywacie na loterii, drugi: jesteście całkowicie sparaliżowani”. Wybór wydaje się kuriozalny. Jednak badania przeprowadzone wśród ludzi, którzy rok wcześniej wygrali sporą sumę pieniędzy na loterii, i wśród tych, którzy zostali sparaliżowani, pokazały, że poziom szczęścia w obu grupach był dokładnie taki sam. Okazuje się, że nie chodzi o wybór sytuacji obiektywnie dającej więcej szczęścia, tylko o to, czy dane zdarzenie z perspektywy jest dla nas fortunne. Każdy z nas ma psychologiczny układ odpornościowy, który pozwala nam szczęście produkować z dostępnych zasobów, czyli nazywać nim sytuację, w której się znaleźliśmy, niezależnie od tego, czy obiektywnie jest ona korzystna, czy nie. „Syntetyzujemy szczęście” – mówi prof. Gilbert.

Syntetyzowanie szczęścia w psychologii pozytywnej to także racjonalizowanie sytuacji, w której się znaleźliśmy. Ponieważ nikt z nas nie może cofnąć czasu i dokonać alternatywnego wyboru, wykształciliśmy więc mechanizm samopocieszenia: podjęte decyzje uważamy za mądrzejsze, a odrzucone alternatywy za mniej atrakcyjne, dlatego że nie mamy już do nich dostępu.

Zalety szybkich decyzji

Obrazuje to jeden z eksperymentów przeprowadzonych przez prof. Gilberta na Harvardzie. Uczestnicy badania, podzieleni na dwie grupy, robili zdjęcia miejscom, ludziom i zwierzętom symbolizującym ich najcenniejsze wspomnienia z uczelni. Później podczas zajęć w ciemni mieli pracować nad dwoma ulubionymi ujęciami. Następnie badacze poprosili ich o odrzucenie jednego ze zdjęć. Uczestnikom z pierwszej grupy przekazano, że w ciągu dwóch minut muszą wybrać jedno zdjęcie, a drugie zostanie w archiwum i nigdy więcej go nie zobaczą. Tym z drugiej grupy powiedziano, że mają odrzucić jedno zdjęcie, ale w ciągu czterech dni mogą jeszcze zmienić decyzję. Następnie wszyscy mieli ocenić, czy są zadowoleni ze swojego wyboru.

Okazało się, że ci, którzy musieli dokonać ostatecznej decyzji, byli zdecydowanie bardziej zadowoleni od tych, którzy mogli zmienić swój pierwotny wybór. W drugiej grupie poziom zadowolenia był znikomy. – Odwracalność sytuacji nie sprzyja syntetyzowaniu szczęścia – skomentował wyniki badania prof. Gilbert.

Podobnie ci, którzy poświęcili sporo czasu na wybór spomiędzy wielu ofert pracy, prawie zawsze są mniej zadowoleni od tych, którzy w krótszym czasie podjęli decyzję, nawet jeśli ich praca obiektywnie była mniej atrakcyjna od znalezionej przez tych z pierwszej grupy. Dlaczego tak się dzieje? Nasz umysł tonie w nadmiarze możliwości. Gdy wszystko jest równie atrakcyjne, automatycznie staje się równie nudne i pozbawione smaku. W psychologii pozytywnej zwraca się uwagę na to, że psychologiczny układ odpornościowy często podpowiada nam, że miejsce zamieszkania, wykonywana praca czy obecny związek dają nam pożądane szczęście nie z powodu obiektywnych przesłanek, ale dlatego że decyzja została już dawno temu podjęta. To pocieszająca informacja – nasze wybory nie mają aż takiego wpływu na nasze szczęście, jak się nam wydaje. Z drugiej strony może to również być przekleństwem, bo osłabia chęć do eksplorowania, poszukiwania nowych rozwiązań, kończenia bolesnych związków.

Zacznij od wdzięczności

Obok syntetycznego, „sztucznego” szczęścia występuje szczęście naturalne. „Naturalne szczęście jest wtedy, gdy dostajemy to, czego chcieliśmy, a syntetyczne szczęście tworzymy sami, gdy tego nie dostajemy” – tłumaczy prof. Daniel Gilbert. Podobnie ujął tę kwestię znakomity filozof Władysław Tatarkiewicz, który sformułował dwie definicje szczęścia. Pierwsza brzmi: „trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie z życia”, druga: „życie dające trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie”. Na czym polega różnica? Otóż w pierwszej sytuacji muszą zostać spełnione określone kryteria, takie jak zawartość portfela, oczekiwana długość życia w zdrowiu, dostęp do opieki medycznej, bezpieczeństwo zatrudnienia, relacje rodzinne czy przestrzeganie swobód obywatelskich. Takie wyznaczniki bierze pod uwagę pracownia sondażowa Gallup World Poll, która bada poziom szczęścia mieszkańców danego kraju. Nic dziwnego, że w 2015 roku na pierwszym miejscu rankingu najszczęśliwszych miejsc na świecie wytypowała Szwajcarię, na ostatnim – ogarniętą wojną Syrię. Co ciekawe, całkiem wysoki poziom szczęścia zadeklarowali mieszkańcy nie najbogatszej Ameryki Południowej, co może skłaniać do wniosków, że życie jako takie już daje zadowolenie. Szereg badań ekonomicznych i psychologicznych dowodzi, że choć ubóstwo wpływa na poczucie nieszczęścia, to kiedy już dojdziemy do poziomu zamożności, który pozwala nam wieść w miarę dostatnie życie, nadwyżki pieniędzy nie wpływają na zwiększenie poczucia szczęścia.

Profesor Gilbert przekonuje, że szczęście syntetyczne nie jest w niczym gorsze od szczęścia naturalnego, a jest dostępne dla wszystkich, którzy zechcą wykonać odrobinę pracy nad sobą. Na przykład korzystając z rad prof. Sonji Lyubomirsky z Uniwersytetu Kalifornijskiego, autorki książek „Wybierz szczęście” i „Mity o szczęściu”:

  1. Odczuwaj wdzięczność i naucz się ją wyrażać.
  2. Praktykuj dobroć w codzienności, ustępuj miejsca osobom zmęczonym, starszym, chorym.
  3. Sprawiaj sobie przyjemności, celebruj chwilę – dobre momenty zachowuj w pamięci niczym fotografie, do których można wrócić.
  4. Podziękuj tym wszystkim, którzy naprawdę ci pomogli.
  5. Przebaczaj – można się tego nauczyć, a warto, bo dzięki tej umiejętności łatwiej się żyje.
  6. Pielęgnuj bliskie relacje przyjacielskie i rodzinne, bo szczęście silnie zależy od pozytywnych relacji z innymi.
  7. Traktuj swoje ciało z czułością, wypoczywaj, ćwicz, uśmiechaj się.
  8. Poznawaj i praktykuj nowe strategie radzenia sobie ze stresem, korzystaj świadomie z wiary.
To nie wszystkie dobre informacje. Jak zauważa Daniel Kahneman, psycholog i ekonomista, na poczucie szczęścia ma wpływ nie tylko doświadczanie zadowolenia z tego, co mamy, ale też, jak postrzegamy to, co się wydarzyło. Co oznacza, że dzięki psychologii szczęścia nie tylko możemy wybrać pozytywną teraźniejszość, ale też zdecydować, jak chcemy zapamiętać czy też zniekształcić przeszłość – by czuć się szczęśliwszymi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chcesz uporać się z lękiem? – Przestań walczyć z życiem

Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Co najskuteczniej oddala nas od lęku? Bycie. Samo uczestniczenie w chwili obecnej. Filozof Marcin Fabjański twierdzi, że można nauczyć się tej trudnej sztuki – poprzez medytację i zmianę przekonań. Ale praca nigdy się nie kończy!

Zdaniem Marcina Fabjańskiego, filozofa i nauczyciela medytacji, lęk bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały. Całkowicie przewidywalny, bo zależny od nas, zachowujący się grzecznie, pod naszą kontrolą. – Wtedy czujemy się bezpiecznie. Ale świat stały nie istnieje, ze swojej natury jest zmienny. Zatem lepszą strategią jest zaniechanie buntu przeciwko własnemu doświadczeniu i dostrojenie się do procesu, który jest w nas i wokół nas – mówi.

Jego książka „Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu” traktuje o tym, jak medytować i badać proces życia. – Jest pełna osobistych opowieści z klasztorów Wschodu i miast Zachodu, gdzie metodami Buddy i Epikteta toczyłem boje z własną neurozą i głupotą, by przekonać się, że jeśli walczysz z życiem – przegrasz – opowiada. Jego zdaniem życiowe kłopoty wynikają z tego, że upieramy się, że ma być tak, jak my chcemy. To ego jest takie uparte. Stanowi opór przeciwko życiu. Istnieje jako pewnego rodzaju przekłamanie rzeczywistości. Z lęku zamrażamy rzeczywistość i żyjemy w opowieściach umysłu, które nie są prawdą. Żyjemy uczepieni jakiegoś scenariusza. Walczymy, męczymy się i napinamy, żeby obraz naszego życia był właśnie taki. A może lepiej z wewnętrznym spokojem poddać się nurtowi życia, zmianom, których nie da się uniknąć? To dynamiczny proces, wieczna niespodzianka. Problem polega na tym, że to właśnie niespodzianek najbardziej się lękamy.

Oblicza neurozy

W przyjrzeniu się lękom pomocna jest teoria neurozy niemieckiej psychiatry i psychoanalityczki Karen Horney, na którą powołuje się w swojej książce Marcin Fabjański. Według niej są trzy rodzaje reakcji na rzeczywistość, które oddzielają nas od spontanicznego przeżywania rzeczywistości, i sprawiają, że tworzymy neurotyczne strategie wymyślonych światów. Te neurotyczne ruchy to: „do”, „od” i „obok” życia.

Strategia „do” może polegać na ulokowaniu całego szczęścia w związku lub w karierze zawodowej. W tym przypadku wydaje nam się, że coś zewnętrznego ukoi nasz lęk. – Jest to ścieżka przepychania się z życiem, żeby coś mieć, coś trwałego – mówi Marcin Fabjański. – Prędzej czy później tego pożądanego kogoś lub czegoś zabraknie. Wtedy cały świat się rozpada, a lęk się nasila, zapętla.

Strategia „od” jest zarówno ucieczką od problemów, jak i budowaniem tożsamości na kontrze wobec czegoś. – Widać to wyraźnie choćby na przykładzie życia politycznego – mówi Marcin Fabjański. To nie tylko niezdrowe, ale i sztuczne. Odcinanie się od świata powoduje większe cierpienie.

Strategia „obok” oznacza udawanie, że jestem niezależny, bo żyję w swoim świecie, a wszystko, co znajduje się poza nim, nie ma tak naprawdę znaczenia. – Ta strategia jest jednym z niebezpieczeństw ludzi, którzy chcą medytować. Bierze się z niezrozumienia, czym jest medytacja. Bo jest ona czymś dokładnie odwrotnym: konfrontacją z życiem, nie ucieczką. Otwarciem się na samo życie, a nie tylko na opowieść o nim – tłumaczy.

Neuroza polega na tym, że się w nią niemal religijnie wierzy. I to uniemożliwia rozwój potencjału człowieka. Nie żyjemy pełnią swoich możliwości, tylko idziemy wąską ścieżką urojeń: że świat jest niebezpieczny, a ludzie źli. Że przestępczość wzrasta, a w jedzeniu jest sama chemia. Nic dziwnego, że czujemy wypalenie, brak sensu życia, nudę.

Fałszywe opowieści

– Kobiety, które przychodzą do mnie na warsztaty, często żyją opowieścią pod tytułem „jestem złą matką”. Zakłada ona, że istnieje wzorzec dobrej matki, która kocha swoje dziecko zawsze i bezwarunkowo. Ale ten wzorzec jest kompletnie nierealny, niemający nic wspólnego z procesem życia. Kiedy przychodzi chwila, w której kobieta złości się na dziecko, budzi się w niej poczucie winy, bo obraz matki, wokół którego zbudowała tożsamość, się sypie. A gdy coś ważnego ulega zniszczeniu, budzi się lęk – mówi Marcin Fabjański.

Kiedy w jakiś sposób się określamy, ta tożsamość staje się źródłem cierpienia. – Na przykład uznaję, że jestem człowiekiem sukcesu. Co się stanie, kiedy poniosę porażkę? –pyta filozof. – To uderzy bezpośrednio we mnie. A kiedy mam trochę szerszy obraz, kiedy rozumiem, że życie rządzi się swoimi prawami i charakteryzuje je zmienność, a ja jestem czymś znacznie szerszym niż myśl o sukcesie, to w chwili niepowodzenia nie wpadam w depresję, nie zaczynam się bać.

Często ludzie po poniesieniu porażki robią wszystko, żeby odbudować dawne status quo, podnieść z ruin tożsamość. Silna potrzeba natychmiastowego sukcesu uderza w nasze morale. Tymczasem i buddyści, i antyczni mędrcy nauczają, że poczucie własnej wartości powinno wypływać jedynie z powodu tego, że jest się człowiekiem. Dlatego, gdy nie udaje ci się być tym, kim zawsze pragnęłaś być, pomyśl, że może tak właśnie chciało życie, że może jego scenariusz jest lepszy niż twój. Nie bój się zaufać w mądrość świata, tak naprawdę tylko to nam pozostaje na tej ziemi. Wierzyć, że jest dla nas jakaś rola do spełnienia.

Rezygnacja z „moje”

Jak dotrzeć do prawdy o życiu? Są tacy, którzy latami siedzą w Himalajach, by to zrobić, a my byśmy chcieli na skróty, w jeden weekend.

Fabjański zaznacza, że podstawą dostrojenia się do procesu życia jest obserwacja samego siebie i swoich wyobrażeń. Uważność na to, jakie mamy oczekiwania wobec rzeczywistości, jaki według nas ma być świat oraz inni ludzie. Pomaga bycie świadomym tego wszystkiego, co się dzieje w naszych myślach i w ciele. Kiedy wszechświat nie spełnia naszych oczekiwań, pojawiają się napięcia, duszności, bóle.

– Obserwacja siebie i życia jest potrzebna, aby mieć podstawy do sformułowania realnego celu. Proces życia nie jest obietnicą szczęścia, tylko zaproszeniem, żeby otworzyć się na to, co się dzieje, zamiast na to, co sobie wyobrażamy – tłumaczy.

A gdy się dzieje źle? W tym momencie dochodzimy do pierwszej konstatacji, że nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie dzieje się tak, jak chcemy. A życie z konieczności składa się z takich chwil, w których nie czujemy się tylko szczęśliwi. Dlaczego mamy być zawsze zadowoleni? Dzięki pogłębianiu praktyki filozoficznej szczęście możemy czerpać ze spokoju i nie mylić go z ekscytacją, jaką odczuwamy, gdy staje się coś, o czym marzyliśmy.

Według Fabjańskiego bez praktyki medytacyjnej nie jesteśmy w stanie podążyć za procesem życia: –  Istota medytacji to odzwyczajenie naszych mózgów od wizji, które nam wtłoczono. Zwrócenie uwagi na to, że jest jeszcze coś takiego jak samo życie. W zauważeniu życia przeszkadzają myśli, które tworzą opowieści. Medytacja ich nie wyeliminuje, ale sprawi, że rzadziej będą nas uwodzić.

Kolejny sposób na opanowanie źródła lęków? Rezygnacja ze słów: „ja”, „mój”, „moje”. – Te słowa zamrażają życie. Na przykład mówimy: „mój samochód”. Co w tym samochodzie naprawdę jest mojego oprócz pewnego aktu prawnego? I oprócz moich emocji, które są w ten samochód wpakowane? Bo kiedy ktoś go zadraśnie, będę cierpieć. Tak naprawdę on jest swój, jest częścią danego środowiska, za 100 lat nie będzie już go w takiej postaci – zauważa Fabjański.

„Mój”, „moje” to jedne z urojeń. Trening odzwyczajania się od tych słów możemy zacząć w momencie, gdy stłucze nam się „mój” ulubiony kubek. Potem przechodzimy do bardziej zaawansowanych elementów treningu, na przykład „mojego” dziecka, w końcu „mojego” ciała. Czy ono jest moje? Może raczej należy do przyrody? A świadomość? Też nie jest nasza. W ten sposób dochodzimy do ostatecznego buddyjskiego punktu widzenia, że nie ma nic, co można by nazwać „moim” albo „mną”. To jest ten najbardziej radykalny stopień rozumienia rzeczywistości. Wtedy brak lub strata przestają tak przeszkadzać, bo rozumiemy, że nie możemy utracić czegoś, czego nigdy nie mieliśmy. Przestajemy się bać sytuacji, kiedy zostaniemy z pustymi rękami.

Dlatego, idąc za Markiem Aureliuszem, Marcin Fabjański ostrzega: nie zakochuj się we wróblu, bo on już odleciał. Widok ćwierkającego wróbelka przynosić nam może radość. Co się stanie, gdy uleci ona wraz z nim? Trening stoicki dąży do tego, żeby poczucie radości wiążące się ze spokojnym stanem umysłu nie było zależne od tego, czy akurat patrzymy na wróbla, czy też nie. – W treningu medytacyjnym w jakimś stopniu się to osiąga – mówi Fabjański. – Można doprowadzić do takiego stanu psychofizycznego, w którym nie jest się już uzależnionym od tego, co się dzieje na zewnątrz. Można odczuwać rodzaj szczęścia także wtedy, kiedy zewnętrzne warunki są ogólnie niekorzystne.

Można też być spokojnym w momencie niepewności. Bo niepewność bierze się z wewnętrznych mechanizmów, ze sposobu myślenia o sytuacji. Najlepsza metoda, żeby nie cierpieć przez poczucie niepewności, to zaakceptowanie faktu, że wszystko jest niepewne. Stoicy szukali poczucia spokoju w zrozumieniu, że wszystko ciągle się zmienia. Żadna strategia, ani ta, która zakłada, że za pięć lat zostanę dyrektorem holdingu, ani ta o domu wypełnionym głosami trójki dzieci, nie uwolni nas od lęku ani nie zapewni szczęścia. Szczęście bezpieczniej jest budować na spokoju płynącym z bycia w chwili obecnej. Wtedy mamy je natychmiast.

Ekspert: dr Marcin Fabjański filozof, nauczyciel medytacji, twórca szkoły dostrojenia się do procesu życia, dziennikarz, autor wielu książek („Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu”, PWN 2014, najnowsza to „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, Znak 2020).

  1. Psychologia

Co wpływa na poziom szczęścia?

Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Każdy człowiek chce być szczęśliwy. Życzymy sobie szczęścia składając życzenia przy różnych okazjach. Marzymy o życiu pełnym sensu, spełnienia i pozytywnych emocji. Jak pokazują badania, na szczęście wpływają trzy czynniki.

Pierwszym czynnikiem są geny, czyli to co dostajemy w spadku po naszych przodkach (wrażliwość układu nerwowego, biologiczne dyspozycje organizmu, a także temperament). Badania dowodzą na przykład, że ekstrawertycy są bardziej skłonni do częstego i silnego przeżywania pozytywnych emocji. Neurotycy natomiast dostrzegają więcej negatywnych aspektów, lepiej je pamiętają, co w konsekwencji wzmacnia ich nastroje negatywne.

Kolejnym czynnikiem są okoliczności, w których żyjemy. Wielu z nas wydaje się, że jeśli wygramy w lotto, to już będziemy szczęśliwi do końca życia. Badania jednak tego nie potwierdzają. Owszem, niezaspokojenie podstawowych potrzeb materialnych jest źródłem dyskomfortu a nawet nieszczęścia. Jednak po ich zaspokojeniu dalszy przyrost dochodu tylko nieznacznie wpływa na poziom odczuwanego szczęścia. Okoliczności, które nas spotykają tylko na chwilę zmieniają poziom naszego szczęścia.

Ostatni element, który wpływa na szczęście to aktywność własna. Mowa tu o celowych działaniach i intencjonalnym zachowaniu człowieka. W przeciwieństwie do okoliczności, które się „przydarzają” i w większości przypadków mamy na nie niewielki wpływ, nasze zachowanie zależy w całości od nas. To człowiek decyduje jak się zachowa i jak zareaguje na to, co go spotyka. Tu kryje się wielka odpowiedzialność, ale i wielka moc. Aktywność własna to nasze wybory, sposób patrzenia na rzeczywistość i podejście do życia. Tutaj właśnie leży klucz do szczęśliwego życia. Jeśli nauczymy się zachowywać tak, aby wzmacniać nasze szczęście, będziemy mieli go w życiu więcej. To jest wybór każdego człowieka, bo każdy z nas może wpływać na swoje zachowanie.

Badania amerykańskich psychologów pokazują jakie czynniki odpowiadają za poziom szczęśliwości u człowieka:

  • geny są odpowiedzialne w 50%,
  • okoliczności, które nas spotykają - w 10%,
  • aktywność własna - w 40%.
Można więc przyjąć założenie, że zmieniając nasze nawyki, zachowanie, sposób działania i myślenia, możemy sprawić, że więcej szczęścia pojawi się w naszym życiu. Gra jest warta świeczki, bo bycie szczęśliwym niesie ze sobą wiele korzyści. Konsekwencją dobrostanu są duże osiągnięcia życiowe, lepsze zdrowie, dłuższe życie, a także głębokie i satysfakcjonujące relacje społeczne.

Zatem, co można zrobić, żeby być w życiu bardziej szczęśliwym? Poniżej proponuję dwa ćwiczenia, które wpływają na poczucie dobrostanu. Badania pokazują, że ludzie którzy chociaż przez tydzień je wykonują mają podwyższony nastrój i czują się bardziej szczęśliwi niż przed ich wykonaniem.

Ćwiczenie 1: Prowadzenie dziennika wdzięczności

Codziennie wieczorem zastanów się przez chwilę za co jesteś wdzięczny, co doceniasz w swoim życiu. Może jest to praca, która pozwala Ci się realizować, może obecność ważnej dla Ciebie osoby. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie.

Badania pokazują, że wyrażanie wdzięczności podnosi poczucie własnej wartości, hamuje gniew i poczucie krzywdy. Co więcej, zbliża nas do innych ludzi i pomaga uzyskać wsparcie w trudnych sytuacjach.

Ćwiczenie 2: Co dobrego się dziś wydarzyło?

Zastanów się co dobrego spotkało Cię danego dnia. Być może dobrze poradziłeś sobie z jakimś zadaniem, być może znalazłeś wyjście w trudnej sytuacji, być może zachowałeś spokój w stresującej sytuacji, może ktoś dał Ci kwiaty albo był dla Ciebie miły. Pomyśl przez chwilę co dobrego przyniósł dany dzień. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie. A następnie przy każdym zdarzeniu zapisz dlaczego tak się stało, np. „koleżanka pomogła mi przygotować prezentację, ponieważ jestem osobą, którą wspierają inni ludzie”.

Każde z tych ćwiczeń to zachęta do zmiany podejścia do życia. Zamiast skupiać się na tym co nam nie pasuje, czego mamy za mało, można zacząć dostrzegać rzeczy dobre, wartościowe, które są obecne w naszym życiu. Bo szczęście to nie tylko to co życie nam daje, ale także to czego nie zabiera.

Karolina Wicenciak: coach szczęścia, trener, psycholog, praktyk i mistrz NLP. Autorka licznych artykułów na temat szczęścia i jakości życia.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Styl Życia

Szczęście po brytyjsku – siła małych przyjemności

Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Dla Brytyjczyków regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia. Zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Dla Anglików szczęście tkwi w szczegółach: spacerze z psem, keksie z marmoladą, pogawędce o deszczu i jajkach na miękko. Koniecznie ze złocistą grzanką. 

Cecil John Rhodes, XIX-wieczny brytyjski polityk i przedsiębiorca, zwykł mawiać, że urodzić się Anglikiem to jak wygrać główną nagrodę na loterii życia. I większość Brytyjczyków się z nim zgadza. Rhodes był wprawdzie gorliwym rzecznikiem imperializmu, jednak radość, jaką czerpią oni z codzienności, niewiele ma wspólnego z królewską pompą i mocarstwowym przepychem. Angielski klucz do szczęścia ma niewielkie rozmiary, ale sporą skuteczność.

Bill Bryson – urodzony w Stanach Zjednoczonych, a zakochany w Wielkiej Brytanii autor książki „Zapiski z małej wyspy”, twierdzi, że jej mieszkańców bardzo łatwo jest uszczęśliwić. „Coś niezwykłego – oni wręcz wolą małe przyjemności od dużych! (...) Są też jedynym narodem na świecie, który uważa dżem i porzeczki za atrakcyjne składniki deseru. Jeśli naprawdę wystawić ich na pokuszenie – częstując ich tortem albo pralinkami z bombonierki – to zaczną się wahać i martwić, że to niezasłużony luksus, jakby powyżej pewnego poziomu każda przyjemność była czymś nieprzyzwoitym. – Och, nie powinienem – mówią”.

Podstawą angielskiego podejścia do życia jest umiarkowanie i powściągliwość, z której wynika także upodobanie do drobnych codziennych radości.

Chłodno, nieprawdaż?

Jedną z nich są z całą pewnością monologi, dialogi i wszelkie rozważania o pogodzie – na całym świecie uważane za banalne. Tylko angielska gazeta może opublikować prognozę brzmiącą: „Przewidywania: sucho i ciepło, ale chłodniej i popada” (cytat z „Western Daily Mail")! Zwykło się uważać, że gdyby nie zjawiska atmosferyczne, dwóch Anglików nie miałoby szans nawiązać ze sobą jakiejkolwiek relacji. Brytyjczycy, w odróżnieniu od Amerykanów, nie przepadają za mało znaczącymi pogawędkami zwanymi small talk; wyjątek czynią właśnie dla rozmów o pogodzie. Bliscy przyjaciele prowadzą oczywiście ważne dyskusje na głębokie tematy; z nieznajomymi spotkanymi w windzie lub pociągu omawia się tylko zachmurzenie czy deszcz, bez wstępowania na grząski grunt bardziej osobistych kwestii.

Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock) Wioska Broadway w górach Cotswold w Anglii zimą. (Fot. iStock)

Jak wynika z badań dr Gillian Sandstrom z Uniwersytetu Essex, jest to całkiem zdrowe i rozsądne rozwiązanie. Psychologowie już dawno orzekli, że najbardziej satysfakcjonują i uszczęśliwiają nas intymne rozmowy na ważne tematy, zaś zdawkowe pogawędki noszące pozorne znamiona wzajemnego zainteresowania mogą wywoływać poczucie pustki i rozczarowania. Zachwyt lub ubolewanie nad warunkami atmosferycznymi skutecznie wypełniają krępującą ciszę, pomagają przełamać lody i pozwalają poczuć się zauważonym, a jednocześnie nie naruszają niczyich granic, co byłoby dla Brytyjczyków nie do zniesienia. Mogą też, choć oczywiście nie muszą, stanowić niezbędny wstęp do poważniejszej konwersacji. Takiej, która przyniesie prawdziwe zadowolenie, a odbędzie się... przy herbacie.

Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock) Typowy brytyjski podwieczorek. (Fot. iStock)

A cup of tea, a pint of beer

Drugim po pogodzie popularnym stereotypem związanym z życiem na Wyspach jest tamtejsze umiłowanie dla gorącego naparu. I tym razem tkwi w nim nie tylko sporo prawdy, ale także sekret angielskiego dobrego samopoczucia. Filiżanka złotego płynu, podawanego najczęściej z mlekiem i cukrem, skutecznie gasi pragnienie, rozgrzewa, wzmacnia i poprawia koncentrację. Oprócz pozytywnego wpływu na ciało wykazuje także, a może przede wszystkim, doskonałe działanie na psychikę: stanowi okazję, by zwolnić, zebrać myśli, porozmawiać w skupieniu z kimś bliskim. Podobnie dzieje się w wypadku obfitego angielskiego śniadania oraz wieczornego spotkania przy piwie.

Jak wykazali naukowcy z Wydziału Psychologii Eksperymentalnej na Uniwersytecie w Oksfordzie pod kierunkiem prof. Robina Dunbara, regularne wizyty w pubie są niezwykle istotnym czynnikiem scalającym lokalną społeczność i umacniającym poczucie przynależności, które przekłada się na zadowolenie z życia.

Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock) Tradycyjny angielski pub, zdjęcie sprzed spowodowanego pandemią lockdownu. (Fot. iStock)

Zwierzaki w zamku

Brytyjczycy uwielbiają zwierzęta i są do nich bardzo silnie przywiązani. Szacuje się, że w kraju liczącym około 66 milionów mieszkańców żyje około 8 milionów psów i drugie tyle kotów, a także milion domowych królików, milion kanarków i papug, pół miliona chomików i świnek morskich. Wszystkie te stworzenia traktowane są jak pełnoprawni członkowie rodziny i obdarzane miłością i atencją. Poza bezwarunkowym uczuciem zwierzaki odwdzięczają się Anglikom pozytywnym wpływem na ich samopoczucie – wiadomo, że posiadanie pupila łagodzi efekty stresu, pomaga w walce z depresją, zmniejsza poczucie samotności i mobilizuje do większej aktywności fizycznej. Dla wielu Brytyjczyków dom jest tam, gdzie ich zwierzęta – to przy nich pozwalają sobie na pokazywanie zwykle głęboko skrywanych uczuć, niczego nie udają i są po prostu sobą, zgodnie ze słynną w całym świecie angielską dewizą my home is my castle – mój dom jest moim zamkiem, moją twierdzą; miejscem, w którym czuję się prawdziwie bezpiecznie. Mały czy duży, wystawny czy skromny – to już zdecydowanie mniej istotne, tym bardziej że popisywanie się nie leży zupełnie w angielskiej naturze – nie tylko jeśli chodzi o rozmiary nieruchomości. Brytyjczycy czują się nieswojo, jeśli ktoś zmusi ich do chwalenia się swoim statusem i osiągnięciami albo sam popisuje się swoimi. Nie oznacza to, że brakuje im zmysłu rywalizacji, jednak za swoją narodową filozofię przyjęli stoicyzm: niewzruszony spokój, którego nic nie powinno warunkować. A już na pewno nie rzeczy materialne.

Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock) Stary pies rasy pointer, jednej ze słynnych brytyjskich ras. (Fot. iStock)

Mogło być gorzej

Wielu obcokrajowców to niczym niezmącone opanowanie zwykło określać mianem angielskiej flegmy; w rzeczywistości jest to raczej godna podziwu zdolność do przyjmowania zmiennych kolei losu z pogodą ducha, tym bardziej że niezbywalną cechą charakteru większości Anglików jest także poczucie humoru. To ono sprawia, że życie, które nie rozpieszcza nikogo, można odczuwać jako znośne, a nawet całkiem przyjemne. Łączy się z nim niestrudzony, uparty brytyjski optymizm, odczuwany wyraźnie w codziennej mowie dzięki chętnie stosowanym zdaniom, jak: „Mogło być gorzej” albo „Niby nic, a cieszy”. „Ta osobliwa postawa Brytyjczyków kiedyś była dla mnie zagadką” – pisze Bill Bryson. – „Stopniowo jednak sam przestawiłem się na ich sposób myślenia i od tej pory jestem szczęśliwy jak nigdy. Siedziałem kiedyś w przemoczonym ubraniu w zimnej kawiarni na brzydkiej nadmorskiej promenadzie i kiedy podano mi herbatę plus bułeczkę z rodzynkami, powiedziałem: Och, jak cudownie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na dobrej drodze”.

Anglicy kochają ironię; mają też na tyle silne poczucie własnej wartości, by śmiać się z siebie samych. Psychologowie od dawna zaś dowodzą, że osoby opierające swój humor na autoironii są szczęśliwsze, mają większą pewność siebie i ogólnie lepsze samopoczucie. Drugim ważnym składnikiem angielskiego humoru jest sarkazm.

– W ogóle bym powiedziała, że tutejsze szczęście opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips – śmieje się Kasia Redding, warszawianka od lat mieszkająca z mężem Anglikiem w hrabstwie Herefordshire na wschodzie kraju. Sarkazm można wprawdzie uważać za uszczypliwość, jednak naukowcy twierdzą, że i on może przyczyniać się do poprawy nastroju. „Sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji” – przekonywał Oscar Wilde, a według amerykańskich badaczy jego zastosowanie w komunikacji wzmaga kreatywność zarówno mówiących, jak i słuchających, co może przekładać się na wzrost poczucia własnej wartości (Li Huang, Francesca Gino, Adam D. Galinsky, The highest form of intelligence: Sarcasm increases creativity for both expressers and recipients).

Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock) Szczęście Brytyjczyków opiera się na prostym schemacie: pub, sarcasm i fish&chips. (Fot. iStock)

Wesołość w reakcji na przeciwności – nawet ta podszyta ironią i sarkazmem – to chyba najważniejsza brytyjska strategia w poszukiwaniu szeroko pojętego dobrostanu. Jak podkreśla w książce „Atlas szczęścia” brytyjska dziennikarka mieszkająca w Danii – Helen Russell, determinacja Anglików, by pozostać radosnym (jolly), opiera się na jak najlepszym wykorzystaniu sytuacji, w której postawił ich los.

Szczęście po brytyjsku

Brytyjczycy, w tym Anglicy, należą do najszczęśliwszych ludzi na świecie; co więcej, badania wskazują, że z roku na rok są coraz bardziej zadowoleni z życia. Według World Happiness Report przeprowadzanego na zlecenie ONZ, w 2019 roku znaleźli się na wysokim 15. miejscu listy obejmującej 156 państw, o cztery oczka wyżej niż w roku poprzednim. I choć termin „brytyjskość” uważa się za wysoce kontrowersyjny ze względu na fakt, że na Wyspach do czynienia mamy z kilkoma grupami narodowościowymi (Anglikami, Szkotami, Walijczykami i Irlandczykami), to, przy pewnym uproszczeniu, nietrudno jest dopatrzeć się cech wspólnych w ich podejściu do życia.