1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nadia Kirova o potrzebie spokoju Polaków

Nadia Kirova o potrzebie spokoju Polaków

Każdy z nas ma swój niepowtarzalny system wartości, który kieruje naszymi zachowaniami i wpływa na sposób postrzegania świata. Jeżeli współpracujesz z ludźmi i musisz nimi zarządzać, warto wiedzieć dlaczego zachowują się w określony sposób oraz podejmują takie, a nie inne decyzje. Jeśli nie posiadasz wysoko rozwiniętej inteligencji interpersonalnej, która pozwala „czytać” innych ludzi, możesz skorzystać z różnego rodzaju narzędzi diagnostycznych. Jednym z nich jest Reiss Motivaion Profile.

Dzięki Reiss Motivation Profile można zbadać swoje motywatory życiowe, które pobudzają nas do działania i określają naszą osobowość. Narzędzie to rozróżnia szesnaście uniwersalnych potrzeb. Każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu jest pobudzany do działania przez wszystkie motywatory, ale w innym natężeniu.

Czym jest potrzeba spokoju?

Jedną z potrzeb człowieka, która we współczesnym, szybko zmieniającym się świecie może okazać się wiodąca, jest potrzeba spokoju. Definiujemy ją jako dążenie do bezpieczeństwa oraz stabilizacji emocjonalnej.

Osoba z niższą potrzebą spokoju charakteryzuje się wysoką odpornością na stres. Szuka wyzwań i nowych doświadczeń oraz czuje ciągłą potrzebę wprowadzania zmian w swoim życiu. W praktyce oznacza to łatwe funkcjonowanie w środowisku, nad którym nie ma żadnej kontroli, a zmiany są losowe.

Osoba o wyższej potrzebie spokoju z kolei nie pozostawia niczego przypadkowi i dąży do zapewnienia bezpieczeństwa sobie i swojemu otoczeniu. W sytuacjach, kiedy nie ma wpływu na to, co się dzieje wokół, jest raczej ostrożna. Unika ryzyka, a także ceni sobie stabilność i przewidywalność. W praktyce taka osoba może zachowywać się na dwa skrajnie różne sposoby. Może poszukiwać bezpiecznego miejsca pracy na najbliższe dwadzieścia lat i uciekać od jakiejkolwiek zmiany lub starać się „ogarnąć wszechświat”, kontrolować wszystko i wszystkich oraz zabezpieczać się na wszelkie możliwe sposoby żyjąc w ciągłym stresie.

Polacy potrzebują stabilizacji

Kwestionariuszem Reiss przebadano ponad osiemdziesiąt tysięcy osób na całym świecie, w tym ponad dwa tysiące Polaków. Wyniki badań wskazują, że Polacy na tle wszystkich przebadanych krajów charakteryzują się wysoką potrzebą spokoju, co w praktyce oznacza większą wrażliwość emocjonalną na zagrożenia, ryzyko i stres.

Jest to informacja szczególnie ważna dla osób zarządzających zespołami i firmami. Jeżeli Polacy charakteryzują się wyższą potrzebą spokoju w dzisiejszym zabieganym świecie, jak wprowadzać zmiany?

Jak wdrażać zmiany?

Jeżeli zarządzasz start-upem, firmą działającą w branży wysokich technologii lub nowym i dynamicznie rozwijającym się przedsiębiorstwem, problem ten zapewne Cię nie dotyczy. Jeśli jednak działasz w większej, tradycyjnej firmie lub żyjesz w miejscowości, gdzie życie toczy się wolniej, proces zmian przebiega inaczej. Wprowadzając je, szczególną uwagę należy zwrócić na proces ich komunikowania, a także przekazywania szczegółowego planu działań oraz udzielania wyczerpującej informacji odnośnie intencji – zarówno swoich, jak i firmy.

Każda zmiana, którą wprowadzasz w otoczeniu osób z podwyższoną potrzebą spokoju może oznaczać dla nich zagrożenie, ryzyko i stres. Osoby te potrzebują znanych i sprawdzonych warunków pracy. Cenią sobie możliwość podejmowania decyzji z wyprzedzeniem oraz czas na zapoznanie się z nową sytuacją. Obecność w pobliżu stabilnego przełożonego lub wspierającego zespołu będzie dodatkowym „uspokajaczem”.

Osoby z wyższą potrzebą spokoju, pracujące w dynamicznym środowisku i działające pod presją, mogą mieć wyższy poziom stresu oraz tendencję do przepracowywania się. To prowadzi do utraty równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym, a co za tym idzie – problemów zdrowotnych. W tym przypadku zadaniem szefa jest zadbać, aby taka osoba dostała wsparcie i poczucie większego bezpieczeństwa oraz nie zapominała o odpoczynku.

Zmiany w pigułce

  1. Wprowadzając zmiany w firmie zadbaj o to, aby Twój zespół dowiedział się o tym od ciebie, a nie z plotek. Każda niepotwierdzona odgórnie informacja zwiększa poziom stresu.
  2. Komunikując zmianę zadbaj o to, aby przekazać szczegółowy plan działań. Każda zmiana powinna być wprowadzana stopniowo. 3. Jeżeli plan wprowadzania zmiany nie jest gotowy, a zespół nie ma możliwości uczestniczenia w jego tworzeniu to oznaka, że jest za wcześnie na komunikację zmiany.
  3. Jeżeli informujesz o nowych zasadach - pamiętaj, aby rozwiać wszystkie obawy i wątpliwości zespołu. Nawet te niewypowiedziane.
  4. Unikaj zmian „na wczoraj”. Daj ludziom czas na dostosowania się do nowej sytuacji – najpierw mentalnie, a potem w działaniu.
  5. Pamiętaj, że to, co dla ciebie może być rutynowym działaniem, dla kogoś innego może okazać się źródłem stresu.
 

Autorką tekstu jest Nadia Kirova, wykładowca studiów podyplomowych oraz studiów MBA Akademii Leona Koźmińskiego, menadżer, przedsiębiorca, trener biznesu i coach z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem zawodowym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Praca – czym naprawdę jest dla ciebie?

Czy jesteś świadoma, jaką rolę praca odgrywa w twoim życiu? (fot. iStock)
Czy jesteś świadoma, jaką rolę praca odgrywa w twoim życiu? (fot. iStock)
Chcesz zarabiać na wygodne życie, wyrażać siebie, zrobić coś dla innych? A może rządzi tobą jakaś nieuświadomiona potrzeba? Pragniesz być doceniona, zrozumiana, lubiana lub wybić się ponad przeciętność… Tylko czy praca ci to zagwarantuje? – pyta coach Joanna Godecka.

„W tej firmie nie ma perspektyw”, „Zrobiłabym to, ale nie dostałam wsparcia”, „Szef mnie nie docenia, a koleżanki obgadują za plecami, można się załamać” – to wypowiedzi typowe dla Ofiary, czyli kogoś, kto nie może zbyt wiele zdziałać i zwykle czuje się pokrzywdzony. „Tylko ja tu haruję, wszyscy wychodzą wcześniej, a ja zostaję do nocy”, „Gdyby nie ja, wszystko by się zawaliło” – to kwestie typowe dla Zbawiciela. Podobnie uważa Dominator, który też wykrzykuje, że wszystko jest na jego głowie, bo pracują tu sami dyletanci. Oprócz niego, bo to on jest najmądrzejszy. Rola Dominatora w jego mniemaniu upoważnia go do tego, żeby deprecjonować innych pracowników. No i rządzić. Do dzierżenia władzy nie wyrywa się z kolei Outsider, który trzyma się z boku, raczej milczy i mało angażuje się w działania czy relacje. Trudno mu zrozumieć Czarusia, który wchodzi rano do biura uśmiechnięty i pyta: „Komu kawy, komu herbaty?!” i nie ma zahamowań, żeby głośno wyrażać swoją sympatię: „Jesteście cudowni, jest mi tu z wami dobrze jak w domu, a nawet lepiej”.

To tylko kilka z wielu ról, jakie odgrywamy co dzień w teatrze pracy, często nieświadomie. Dlaczego to robimy? Według Joanny Godeckiej, life coacha, ze strachu. – Ofiara swoją postawą komunikuje: „Nie skrzywdźcie mnie, bo ja już jestem skrzywdzona”. Dominator też się boi, tylko że wybiera atak, on krzywdzi pierwszy. Outsider nie nawiązuje kontaktu, żeby nic złego mu się nie stało. Z kolei Zbawiciel zabezpiecza się swoją rolą, bo kto wystąpi przeciwko ratownikowi? Podobnie działa Czaruś, jest przecież taki słodki i kochany, że nie zasługuje na to, żeby go skrzywdzić – tłumaczy.

Cóż, relacje z ludźmi w pracy wynikają z naszej relacji z samą pracą. – Często zdarza się, że praca nas określa – mówi Joanna Godecka. – Nie myślimy o sobie: „jestem kimś, kto ma swoje wady i zalety”, tylko: „jestem prawnikiem, dyrektorem czy redaktorem”. W takiej sytuacji za dużo od pracy oczekujemy. I jeśli coś się w niej nie układa, odbieramy to bardzo osobiście, bo nasze poczucie własnej wartości uzależnione jest od sukcesu zawodowego.

Praca to nie cała ty

Najzdrowiej jest, jeśli traktujemy pracę jako miejsce, w którym mamy wykazać się profesjonalizmem i zostać za to wynagrodzeni. Ona nie wpływa na to, kim jesteśmy jako ludzie. Joanna Godecka jest zdania, że gdyby wszyscy przychodzili do pracy z założeniem, że są tam po to, żeby wykonać po prostu swoje obowiązki, nie byłoby gierek, intryg, całego tego teatru. Gdyby ludziom przyświecały jasne cele, że chcą wydać dobrą gazetę, zbudować stabilny dom czy zaprojektować piękny park – ziemia byłaby cudownym miejscem. My tymczasem domagamy się od pracy emocjonalnych gratisów: że zostaniemy w niej zrozumiani, docenieni, otrzymamy wsparcie, opiekę, zabłyśniemy, wygramy w jakimś wyścigu. I poczujemy się lepiej.

Jeśli idziemy do biura z taką, często nieuświadomioną, intencją, wchodzimy w role, a w relacjach pojawia się gra. Zaczynamy wymuszać, żeby współpracownicy nas kochali, szanowali, dawali przestrzeń. Taka postawa wynika z wewnętrznych deficytów. Im bardziej pragniemy zaspokoić swoje niezaspokojone potrzeby, tym mniej otrzymujemy. – Na współpracowników warto spojrzeć realnie: przecież oni nie pracują tu po to, żeby nas uwielbiać i dawać nam to, czego właśnie potrzebujemy – konstatuje Joanna Godecka.

Załóżmy, że szef nie okazuje nam szacunku. Zadajmy sobie pytanie, czy my do siebie czujemy szacunek i czy nasza samoocena jest na tyle stabilna, na ile myślimy, że jest. Warto się zastanowić, jaki jest mechanizm tych negatywnych sprzężeń. – Oczywiście, współżycie w grupie jest złożonym procesem i zdarzają się osoby, które są dla nas trudne – mówi Joanna Godecka. – Ale wtedy zamiast przerzucać odpowiedzialność na drugą stronę, pomyślmy, czym nasze reakcje są wywołane. Może opiekunowie nas lekceważyli i teraz jesteśmy na to uwrażliwieni. Tylko czy praca jest miejscem, w którym mamy obowiązek być traktowani ze szczególną uwagą? Być zrozumiani i docenieni?

Zauważ swoją rolę

Z góry określone, sztywne role sprawiają, że funkcjonujemy niczym zdarta płyta, ciągle odtwarzając te same frazy. Uniemożliwiają rozwój i nawiązanie prawdziwych, szczerych relacji. Co zrobić, żeby nie grać w tym teatrze? – Najprostsza metoda pochodząca z praktyki obecności to: „Zauważ, co robisz”. Tylko to: zauważ. Możesz nawet robić to dalej, ale już z miejsca świadomości – mówi Joanna Godecka. Gdy zdamy sobie sprawę ze sztuczności postaw – swoich i innych – ten teatr wyda nam się frustrujący. Jest duże prawdopodobieństwo, że poczujemy się w nim jak w więzieniu. Zatęsknimy za wyrażaniem prawdy o sobie i poznaniem prawdy o współpracownikach. Remedium na odgrywanie ról jest bycie w relacji ze sobą, co polega na tym, że jesteśmy w „tu i teraz” – w każdej sytuacji, też trudniejszej, kiedy stajemy wobec jakiegoś wyzwania. Nie jesteśmy w swoim umyśle, który wysyła strachliwe komunikaty typu: „Powiedziała tak, spojrzała krzywo, wywalą mnie...”, tylko przytomnie odpowiadamy na to, co się dzieje, a nie reagujemy, broniąc się lub atakując na oślep.

Tę różnicę w postawie łatwo rozpoznać. – Kiedy jesteśmy sobą, bywamy różni. W zależności od sytuacji raz się roześmiejemy, innym razem zezłościmy, albo nic nie powiemy – mówi Joanna Godecka. Jesteśmy elastyczni, prawdziwi, i takie są nasze relacje w pracy.

Pamiętajmy jednak, że zespół jest strukturą, procesem grupy, nie ma sensu go rewolucjonizować. Dlatego jeśli odkryjemy swoją rolę, zauważymy grę, skupmy się na tym, by kierować się wewnętrzną prawdą bez chęci totalnej zmiany, bo staniemy się wrogiem numer jeden. Nie miejmy przesadnych roszczeń, bądźmy prawdziwi, ale w sposób płynący z nas, a nie z naszego ego, które chce poczuć się ważne. Nie mylmy epatowania swoimi myślami i emocjami z byciem sobą. Nasza prawda nie jest jedyną.

Na ile się odsłaniać?

Joanna Godecka zauważa, że często nosimy w sobie wyidealizowany obraz zespołu jako ludzi, którzy się wspierają i cieszą przyjazną atmosferą. Czasami tak bywa, ale częściej nie. Lepiej mieć przekonanie, że chodzimy do biura, żeby pracować, a nie otrzymywać emocjonalne podarunki. – Nie oczekujmy, że współpracownicy będą spełniać rolę rodziny zastępczej – mówi Joanna Godecka. – Opowiadanie o swoich problemach domowych, sercowych czy zdrowotnych nie jest na miejscu. Jeśli zdarza nam się jednak zwierzać koleżance z pokoju, zastanówmy się, jaka nieuświadomiona potrzeba nami kieruje.

Chcemy pocieszenia, wsparcia? Lepiej poszukać tego gdzie indziej. Tutaj co innego mamy do zrobienia. Praca powinna być czymś, co lubimy wykonywać, w czym się dobrze czujemy, co nam dobrze wychodzi. Jesteśmy użyteczni, rozwijamy swój potencjał i dostajemy pieniądze. Koniec, kropka. Jeśli angażujemy się w pracę nie z powodu kreatywności i chęci pokazania się takimi, jacy jesteśmy, a dlatego, że chcemy wyleczyć sukcesem nadszarpnięte poczucie własnej wartości – wykorzystujemy ludzi. Tworzymy koterie, węszymy, gdzie są wrogowie, gdzie klakierzy, opracowujemy strategie. Nie ma szans, żeby pojawiła się prawda o nas i żeby relacje przynosiły satysfakcję. Ambicje są budujące, ale przestają być, jeśli wchodzimy w deficyty, w zaburzone poczucie własnej wartości, funkcjonujemy nie jak w pracy, ale jak na scenie.

Lepiej mieć wewnętrzne przekonanie, że jestem na tyle dobra, że mogę pracować w różnych miejscach, ale z jakiegoś konkretnego powodu wybieram właśnie to. Wtedy nie ma w nas napięcia. Nie idealizujmy pracy, nie czyńmy z niej jedynego sensu naszego życia, ponieważ on jest zupełnie gdzieś indziej: w nas samych.

Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy?
Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza?
Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę?
Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę?
Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega?
Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi.
Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety?
Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia?
Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną.
Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje.
Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać.
Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć?
Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie.
Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami.
Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły?
Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu.
Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)

 

  1. Psychologia

Spokój jest w tobie, wystarczy go tylko odnaleźć

O medytacji, która pomoże w odnalezieniu spokoju w sobie, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki
O medytacji, która pomoże w odnalezieniu spokoju w sobie, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki "Oświecenie 24h na dobę". (Fot. materiały prasowe)
Spokój jest w tobie, wystarczy go tylko odnaleźć. I może się to stać już w 2021 roku. O medytacji, która w tym pomoże, opowiada przewodniczka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik, autorka książki „Oświecenie 24h na dobę”.

W najnowszej książce pisze pani, że szczęście to spokój umysłu. Myślę, że zwłaszcza w obecnych czasach wielu z nas chciałoby ten stan osiągnąć.
Rzeczywiście to czas, w którym w skali światowej doświadczamy tego, czego do tej pory doświadczaliśmy głównie prywatnie – czyli kruchości i niepewności naszego życia. Nigdy nie ma się stuprocentowej pewności co do swojej przyszłości czy zdrowia, ale nie zawsze dysponowaliśmy tak dużym lustrem, by to wreszcie zobaczyć. Ogólnoświatowa pandemia skłania do tego, by pomyśleć, jak sobie radzić z niepewnością jutra. Dzięki temu zaczynamy sięgać po prawdę. Czyli zaczynamy przyglądać się sobie, temu, co się z nami dzieje i jak reagujemy na różne informacje. W książce piszę, że bardzo dużo naszego nieszczęścia i niepokoju bierze się z tego, że nie dystansujemy się do samego siebie i do swoich myśli.

Za bardzo im wierzymy?
Nasz umysł jest tak skonstruowany, że każdą trafiającą do niego informację traktuje poważnie. Jeśli nie sprawdzamy, ile w tej myśli prawdy i sensu, to nieświadomie krzywdzimy siebie i własne ciało, bo fundujemy mu stres.

Co więcej, myśli, które nas stresują, są zwykle bardzo kategoryczne. Zaczynają się od: zawsze, nigdy, na pewno... Sami się nimi straszymy.
Jako gatunek ludzki dostaliśmy w spuściźnie mózg, który karmi się głównie negatywnymi informacjami. Kiedyś może nas to ratowało przed niebezpieczeństwem, ale dziś wprowadza w stan stałego napięcia i lęku.

Jesteśmy jak serwis informacyjny pełen złych newsów...
Dokładnie tak. Ale jeśli uda nam się zastopować na chwilę pracę tego serwisu, może dostrzeżemy, że pomiędzy jedną informacją a drugą jest w nas spokój, rodzaj naturalności, zwyczajności, z którym czujemy się bardzo dobrze. Dla mnie zauważenie tego po raz pierwszy, wiele lat temu, było bardzo doniosłym momentem.

Chodzi o to, by ten stan pomiędzy utrzymać jak najdłużej?
Tak naprawdę chodzi o to, by poznać samego siebie. Warto zacząć od zrozumienia swoich popędów i reakcji. Kiedy ogarnia nas wielki lęk, możemy spytać siebie: czy to jedyny sposób życia? A może mogę spojrzeć na to inaczej? I to jest moment, w którym zwykle sięgamy głębiej.

Pani zachęca do trochę innego rodzaju medytacji niż ta, o której zwykle myślimy, czyli: „siedź w ciszy i obserwuj myśli”. Proponuje pani kontemplację, dyskusję ze swoimi myślami.
Dobrze pamiętam moją pierwszą przygodę z medytacją. Miałam około 20 lat i kompletnie do mnie nie trafiła. Siedzenie w ciszy i obserwowanie swoich myśli odbierałam jako rodzaj przemocy wobec mnie i coś niebywale trudnego. W tamtym czasie nie byłam w stanie zupełnie wejść w medytację.

I co się zmieniło?
Spotkałam nauczyciela i poznałam technikę medytacji, której przykład można znaleźć właśnie w mojej książce. Zamiast obserwacji proponuję dialog. Zamiast bezczynności – aktywność. Medytacja, którą prowadzę, to najgłębsza rozmowa z samym sobą. Zmusza człowieka do tego, by sam rozpoznał, jaka jest jego prawdziwa natura. Nie żeby uwierzył innym, autorytetom czy nawet mnie. Ja też musiałam najpierw sprawdzić, dlaczego mam w sobie niepokój czy nawracające wzorce. Dlaczego w danych momentach reaguję impulsywnie, a w innych nie. To tak jakby zatrzymać się i wsłuchać we wszystkie procesy zachodzące wewnątrz. Dopiero kiedy to zrobiłam, zrozumiałam: „aaa, czyli to pod spodem tego jest spokój”.

Wiem, jak trudno jest przyjść na zajęcia z medytacji i zacząć w ciszy obserwować swój oddech. Ja doszłam do tego drogą badania siebie (self-inquiry), w której mój mózg był bardzo zaangażowany, a ja miałam poczucie, że jestem naukowcem, który sam musi znaleźć dowody. Widzę i słyszę, że dla ludzi taka medytacja jest bardzo ciekawa.

Zwłaszcza dla zestresowanych i nadmiernie myślących.
Dlatego w książce staram się prowadzić ich tą drogą powolutku. Wystarczy, że najpierw zauważymy oddech, a potem to, że każdy z nas jest samoświadomy. Wiem, że to są tylko słowa, ale poczuć to, o czym mówię, to jest prawdziwy przełom. Osoby, które biorą udział w prowadzonych przeze mnie medytacjach, przyznają, że kiedy pierwszy raz słyszą wskazówki, to coś w nich mówi: „nie rozumiem tego“. Zazwyczaj jednak dalej idą w tym kierunku, i po jakimś czasie przyznają: „No tak, zgadza się”. Zaczynam książkę w tym samym miejscu, w którym ją kończę – chodzi o to, by zrozumieć, że ten spokój jest w nas cały czas. Proponuję 52 praktyki i kontemplacje, czyli po jednej na każdy tydzień w roku. Myślę, że jeśli czytelnicy spróbują przynajmniej kilku z nich po kilka razy, to będą mieć takie samo rozpoznanie i spokój jak ja. I zobaczą, że on był w nich już wczoraj i że będzie jutro.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

Jaka będzie twoja kolejna myśl?

Odpręż się na moment, usiądź i zostań z niczym. Powiedz mi, czy wiesz, jaka będzie twoja następna myśl. Sprawdź, czy masz świadomość tego, jaka myśl pojawi się zaraz w twojej głowie. Zatrzymaj się na moment i przyjrzyj się temu z bliska. Czy wiesz, co za chwilę pomyślisz? Prawdopodobnie nie wiesz. Jeśli nie wiesz, to jak to jest z twoją kontrolą nad myślami? Czy jeśli spróbujesz pozbyć się jakiejś myśli, ona rzeczywiście już nie wróci? Czy raczej i tak będzie żyć własnym życiem? To proste odkrycie, że nie znamy swojej kolejnej myśli, może nam coś ważnego uświadomić. Spróbuj teraz poprzyglądać się przychodzeniu i odchodzeniu myśli. Skąd dana myśl przyszła. Pobądź z tym przez chwilę. Zauważ, skąd przyszła, jak się pojawiła. Czy możesz dostrzec to miejsce, skąd się wyłania? Czy zauważasz w środku podmiot, który ją powołał do życia? Czy ta sama myśl jest teraz nadal z tobą, czy już jej nie ma? Dokąd odeszła? Zaczekaj na kolejną myśl, obserwuj, jak się pojawia i jak odchodzi. Gdzie zniknęła? Czy ty zniknąłeś wraz z jej zniknięciem? Praktykuj w ten sposób przynajmniej 15 minut dziennie przez kolejny tydzień.

Więcej w książce: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Polecamy: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020 Polecamy: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020

  1. Psychologia

Imię – pomysł na życie dziecka. Jakie imiona najczęściej wybieramy?

W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
Czy imię człowieka ma znaczenie? Jak najbardziej – wiele mówi o... planie wychowawczym rodziców! Warto się temu przyjrzeć, choćby pod kątem najczęściej wybieranych imion. 

Imię, tytuł życia

Istnieje ścisły związek między tym, jakie imię wybierają dla dziecka rodzice, a jakie podejmą wobec niego działania wychowawcze. Zwrócił na to uwagę twórca psychologii transakcyjnej Eric Berne (autor kultowej książki „W co grają ludzie?”). Jeszcze przed narodzinami dziecka rodzice układają w głowie scenariusz, kim ono będzie, co osiągnie, stworzy, jakie role życiowe przyjmie na siebie itp. Imię jest symbolicznym nośnikiem idei rodziców dotyczącej nie tylko tego, na co w związku z dzieckiem liczą, ale też  sposobu, planu wychowywania.

Dziś wielu młodych rodziców w Polsce szuka dla swoich dzieci imion międzynarodowych, pozbawionych polskich znaków diakrytycznych (Ewa, Anna, Iwo, Adam, Marek). Podświadomie zakładają, że ich dziecko w przyszłości być może wcale nie będzie mieszkać w Polsce, będzie pracować w międzynarodowych koncernach. Następnie konsekwentnie posyłają do międzynarodowych przedszkoli, nagradzają za naukę języków, uczą jeździć na nartach, przyzwyczajają do zdrowego stylu życia. Imię w tym przypadku staje się niejako tytułem życia dziecka.

Rodzice dający dziecku (jako drugie) imię dziadków lub nawet pradziadków świadomie lub nieświadomie decydują się na bardzo konkretne działania wychowawcze. Chcą podkreślić ciągłość i spójność rodziny i w takim duchu wychowują dziecko. Dużo czasu poświęcają na rodzinne opowieści, odwiedzają miejsca związane z rodziną, znają drzewo genealogiczne, doskonale orientują się w historii życia swoich antenatów, doszukując się w nich podobieństwa fizycznego lub psychicznego do różnych członków rodziny. Razem z imieniem dziecko otrzymuje zobowiązanie do kontynuowania tradycji rodzinnych.

Dość często jesteśmy ofiarami stereotypów dotyczących imion. Wierzymy, że imię niesie ze sobą konkretne cechy charakteru (Ewy to ciepłe kobiety, Jacek zawsze ma ścisły umysł itp.). Wówczas wychowywanie dziecka przebiega w taki sposób, żeby podsycać rozwój cech, których spodziewamy się po imieniu. Ten związek badał i opisał Philip Erwin. Rodzice oczekują, że dziecko będzie mieć konkretne cechy charakteru, i wzmacniają takie zachowania, które mają ten stereotyp potwierdzić. Następuje zjawisko samospełniającego się proroctwa. Mama, która uważa, że wszystkie Dorotki to ciekawskie osóbki, być może za kilkanaście lat ocknie się, mając wścibską córkę. Nie zauważy jednak tego, że to ona sama tę cechę u córki konsekwentnie rozwijała.

Imię – pole łamania rodzicielskiego scenariusza

Dzieci intuicyjnie czują, że imię symbolicznie reprezentuje plany i pomysły ich rodziców. Kiedy się buntują przeciw życiu, jakie im zaplanowano, zaczynają od... odrzucenia swojego imienia. Przykład z literatury: niezapomniana Gieniusia z powieści Małgorzaty Musierowicz „Opium w rosole”. Genowefa Pombke vel Bombke vel Zompke w rzeczywistości nazywa się Aurelia Jedwabińska. Gdy czytelnik poznaje jej zimną matkę – nauczycielkę matematyki, oraz stereotypowego, nieobecnego ojca – bez wyjaśnień rozumie, jaki plan wychowawczy skrywa w sobie to wyszukane, eleganckie imię i dlaczego kilkuletnia dziewczynka się przeciw niemu zbuntowała.

Innym przykładem jest syn głównego bohatera filmu Woody’ego Allena „Koniec z Hollywood” – Tony. Na znak całkowitego zerwania z przeszłością przyjmuje pseudonim artystyczny obrażający jego samego – każe się nazywać Świnią X…

Jeśli dziecko deklaruje, że nienawidzi imienia lub brzmienia jednej z jego form („Nie mów do mnie »Kasik«, mam na imię Katarzyna!”), to jeszcze nie bunt. Prawie 50 procent dzieci okresowo nie jest zadowolonych z wyboru imienia (podczas gdy w populacji dorosłych tylko 6 proc. deklaruje niezadowolenie), chce je zmienić lub rzeczywiście zmienia. Okres dorastania to czas mierzenia się właśnie z planami, jakie wobec dziecka mają rodzice.

Mówiąc o polu walki, jakim jest wybrane przez rodziców imię, warto jeszcze przypomnieć o badaniach Charles’a Jouberta. Pokazują, że

sympatia do swojego imienia jest jednym z mierników samooceny. Kto je lubi, akceptuje, jest zadowolony ze swojego imienia – podobny stosunek ma do siebie samego.
Jeśli zatem jest taka zależność, warto, żeby człowiek lubił swoje imię. Bez względu na to, jakie imię wybraliśmy dziecku, pomóżmy mu je polubić.

 

Chęci a możliwości

Ula i Mirek, młode małżeństwo, biedne, pozbawione wsparcia rodzin. Ich wielką radością było pojawienie się córki, dali jej na imię Andżelika. Po 12 latach oboje skończyli studia, pogodzili się z rodzicami, weszli w krąg ludzi zamożnych i wykształconych. Kiedy urodziła się druga córka, nazwali ją Zofia Feliksa. Zmieniła się moda czy może gust rodziców? Nic podobnego. Zmienił się ich status. Jak pokazują badania socjologów Stanleya Liebersona i Jürgena Gerharda, wybór imienia dla dziecka odbywa się poza gustami osobistymi i ma uwarunkowania czysto społeczne. Wybieramy imiona według nasypującego klucza:
Ludzie wykształceni chętnie nadają dzieciom imiona nawiązujące do tradycji i kultury.
W polskich warunkach często także więcej niż jedno – choć używa się jednego, bo okrzyk: „Mateuszu Janie, wyłaź z piaskownicy”, brzmiałby zabawnie. Często zapoznają dziecko z wiedzą o patronie lub o rodzinnej tradycji (U nas pierwszy syn zawsze jest Paweł, Ryszard, Maciej; u nas zawsze pierwsza wnuczka nosi imię po babci ze strony ojca itp.). W następstwie takiego wyboru dziecko będzie nagradzane za poszanowanie tradycji, będzie mu wpajana duma z domu rodzinnego, nakłaniane będzie do nauki, eleganckiego stroju z okazji uroczystości. Według tych samych badań osoby słabiej wykształcone lub żyjące w biedzie znacznie częściej nazywają swoje dzieci imionami obecnych gwiazd i idoli show-biznesu. Co za tym idzie, wierzą w sukces komercyjny zbudowany bardziej na szczęściu niż na ciężkiej pracy. Prawdopodobnie będą bardziej dzieci  rozpieszczać, przygotowując je do przyszłego, wygodnego życia. Pamele i Andżeliki nie zostały przecież tak nazwane, by wdrażać je do harówki. Jeśli będą tego chciały, czeka je trud łamania scenariusza, który wymyślili dla nich rodzice.

Imiona dwupłciowe

Justyna (prawnik): „Chciałam córki i nie wstydzę się tego. Wymyśliłam sobie, że to będzie Kamilka. Gdy urodziłam syna, przez jakiś czas nawet nazywałam go Kamilką”. Kamil jest tegorocznym maturzystą. Wybiera się na projektowanie odzieży. Jest uśmiechnięty, tryska erudycją i poczuciem humoru, z obojgiem rodziców jest w serdecznej komitywie. Justyna wychowała dziecko, tak jak planowała. Płeć niczego tu nie zmieniła. Ale to, że ma na imię Kamil, nie pozostało bez znaczenia – imię zdeterminowało zachowania rodziców. Brzmi nieprawdopodobnie, bo czy to możliwe, że w zależności od tego, jak dziecko ma na imię, będziemy je inaczej traktować, przydzielimy inne obowiązki, narzucimy różny styl kontaktów? Okazuje się, że tak! Badania (analiza wspomnień dorosłych kobiet) Ewy Stanisławiak, Dominiki Modzelewskiej i Krystyny Doroszewicz potwierdzają przykład mamy Kamila. Badaczki pokazały, że ojcowie dziewczynek, którzy oczekiwali chłopca, a urodzonym dziewczynkom dali imiona zapożyczone od imion męskich (Karolina, Kamila, Dominika, Stanisława, Kazimiera, Henryka), stosowali odmienny styl wychowania i weszli w głębszą i serdeczniejszą komitywę z córkami niż ojcowie dziewczynek o imionach klasycznie kobiecych.

Innym przykładem tego, w jak bardzo bezpośredni sposób imiona determinują styl wychowania, jest wypowiedź Karoliny (dziś 33 lata, dermatolog): „Gdy urodził się młodszy ode mnie o dwa lata Karol, staliśmy się nierozłączni i byliśmy wychowywani bez różnicowania płci. Mama często mówiła: »Niech przyjdzie któreś z was i pomoże mi nakryć do stołu«. Tata robił tam samo: »Idę umyć samochód, które mi pomoże?«. Dziś oboje umiemy wszystko. Karol, tak jak ja, też jest dermatologiem”.

Jak twoje dziecko mówi do ciebie?

Nasze dzieci też mają wizję kontaktów z rodzicami. Ich również dotyczy teoria Erica Berne’a. Już jako kilkulatki mają pomysł, jaka będzie jakość kontaktów międzypokoleniowych, i ten pomysł odzwierciedla sposób zwracania się dziecka do ciebie. Jeśli dzieci mówią do ciebie: „mamuś”, „maminko”, albo żartują: „Matko ty moja, dorób mi kanapek”, lub jeśli słyszysz: „Jesteś zdecydowanie moją ulubioną matką”, masz prawo do satysfakcji. To twój sukces. Udało się wychować szczęśliwego, akceptującego siebie człowieka.

Aby dziecko polubiło swoje imię

  • Opowiedz mu, jak je wybieraliście. Zdradź motywy. To jeden z elementów budowania tożsamości.
  • Zachęć, żeby wysłuchało innych członków rodziny. Okaże się, że prawie każdy pamięta to inaczej (najczęściej sobie przypisując autorstwo imienia).
  • Powiedz szczerze, co ci się w nim podoba. Brzmienie? Pochodzenie? Skojarzenie z kimś konkretnym?
  • Opowiedz, jakie imiona rozważałeś, jakie odrzuciłeś (ale nie używaj stereotypów w rodzaju: wszystkie Magdy, które znałam, zawsze były próżne”).
  • Niech dziecko wie, że wybór imienia był dla rodziców poważnym zadaniem.
  • Zwracaj się do dziecka różnie, w zależności od sytuacji. Niech jego imię przechodzi różne fazy. Dzieci, które pamiętają, że rodzice nazywali je ślimaczkami, promyczkami, żuczkami, bez trudu odczytują informację, że były chciane i oczekiwane.
  • Wyposaż dziecko w jak najwięcej rozmaitych historii związanych z jego narodzinami (Całą ciążę się męczyłam, jakby cię tu nazwać, i nic. A gdy wzięłam cię na ręce, od razu wiedziałam, że ty jesteś właśnie Bartosz!).
  • Jeśli wybór imienia jest przed tobą, zadbaj o to, żeby nim nie obciążyć dziecka (O, ty przecież masz na imię Napoleon...).

Jakie imiona były najbardziej popularne w 2020?

Od kilku lat na liście najczęściej wybieranych imion prym wiodą te same imiona - zmieniają się tylko ich pozycje. W 2020 roku, na liście imion żeńskich, Zuzia np. spadła z pierwszego miejsca na drugie. Jeśli chodzi o chłopców, to pierwsze miejsce nadal utrzymuje Antoni.

Top 10 imion dla dziewczynek:

  1. Julia – 3649
  2. Zuzanna – 3639
  3. Zofia – 3588
  4. Hanna – 3364
  5. Maja – 3244
  6. Lena – 2633
  7. Alicja – 2564
  8. Oliwia – 2395
  9. Maria – 2372
  10. Laura - 2049
Imiona najchętniej wybierane dla chłopców:
  1. Antoni – 4037
  2. Jan –  3823
  3. Jakub –  3614
  4. Aleksander – 3541
  5. Franciszek - 3499
  6. Szymon – 3107
  7. Filip  - 2744
  8. Mikołaj – 2587
  9. Stanisław – 2522
  10. Wojciech – 2416
Rebeka, Lotta i Soraja – to dziewczęce imiona, które pojawiają się najrzadziej. Natomiast wśród chłopców możemy spotkać m. in. Zbyszka, Tymura, czy Platona.

Źródło: dane Ministerstwa Cyfryzacji z września 2020 r.