1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak rozmawiać z facetem zamkniętym w sobie? Dlaczego mężczyźni nie lubią dawać znać o swoich emocjach?

Jak rozmawiać z facetem zamkniętym w sobie? Dlaczego mężczyźni nie lubią dawać znać o swoich emocjach?

Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często uciekają przed problemami i unikają trudnych lub przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Jaskinia to przestrzeń, w której nikogo poza mężczyzną nie ma. Każdy, kto tu wejdzie, jest intruzem – ostrzegają poradniki, które radzą, co robić, gdy facet nie umie rozmawiać. Ale psychoterapeuta Zbigniew Miłuński twierdzi, że właśnie przekraczając granice wyznaczone przez drugiego człowieka, tworzymy związek.

Nie znam kobiety, która choć raz w trakcie trudnej rozmowy nie zobaczyła pleców mężczyzny i nie usłyszała: „Nie chcę o tym mówić”. Ten irytujący sposób dawania nogi mężczyźni nazywają „zamykaniem się w jaskini”. A poradniki usprawiedliwiają zamkniętego w sobie faceta tym, że robi coś naturalnego i ma do tego prawo.
Nie, to nie jest naturalne. Mężczyźni w ten sposób unikają trudnych czy przekraczających ich możliwości emocjonalne sytuacji, uciekają przed problemami. Postępując tak, zrywają relacje i ich partnerki mogą czuć się zaniepokojone. Kobiety czasem też tak robią, różnica tkwi jednak w tym, dlaczego to robią. Mężczyźni zawsze mieli wyższą rangę społeczną i według nich do dziś nie muszą się wieloma sprawami zajmować. Od uczuć począwszy. Z drugiej strony  – jak pisze Terrence Real w „Jak mam do ciebie dotrzeć?” – chłopcy wcześniej odsunięci od intymnego kontaktu z matką i wychowywani jako ci, którzy mają sami sobie radzić, nie okazują uczuć. Już w wieku kilku lat są mniej niż dziewczynki ekspresyjni i skłonni do kontaktu. A co za tym idzie – w dorosłym życiu uznają, że wyjście z relacji jest bardziej męskie i właściwsze niż znoszenie uczuć, które odbierają jako zagrażające męskości.

Mężczyźni bronią więc opresyjnej wizji męskości, a kobiety gryzą palce, wierząc, że gdy oni „jaskiniują”, one muszą ogarnąć emocje? Czy istnieje skuteczny sposób na to, jak dotrzeć do faceta, który nie chce rozmawiać?
To zależy od tego, w jaki sposób mężczyzna oddala się z miejsca dyskusji czy kłótni. Nie zawsze jest to ucieczka. Zdarza się, że wychodzi właśnie dlatego, że chce zadbać o relacje. Mówi: „Przepraszam cię, kochanie, za sekundę powiem, zrobię coś złego i dlatego muszę wyjść, przebiec cztery razy dookoła domu, wrócę za 45 minut i będziemy dalej rozmawiać”. I to jest w porządku. On wie, że nie daje rady być w tej chwili tutaj z nią, i dla dobra relacji potrzebuje przerwy. To męskie zadbanie o sytuację, o siebie i o kobietę. Partner powiedział, po co idzie i kiedy wróci. A to zmienia sytuację, bo ona wie, na czym stoi. Mężczyźni chcą być użyteczni – dawać rozwiązania. A on je znalazł – wie, co zrobić, by nie wybuchnąć, i gdzie poszukać rozwiązania konfliktu. A jeśli po powrocie zacznie rozmowę na temat, który się zarysował, zanim odszedł, to zachowa się wręcz podręcznikowo.

To byłaby sytuacja idealna, ale najczęściej facet zamknięty w sobie nie wraca do tematu, bo uważa, że skoro on ochłonął, to kobieta pewnie też, więc już wszystko w porządku.
Pamiętam taką parę z terapii: ona była wściekła na męża, a on miły, delikatny. Więc gdy ona zaczynała tyradę, zmieszany mówił: „Przepraszam, ale muszę do toalety”, i wychodził. A ona dalej – do pustego krzesła. Po czym wracał: „Przepraszam, już jestem”, a wtedy ona zaczynała od początku. Więc on po chwili: „Przepraszam, ale muszę...”. Aż w końcu ja nie wytrzymałem i powiedziałem: „Stary, przestań wypuszczać dołem, zacznij górą”. Wtedy on pierwszy raz jej powiedział, czego chce. To był początek ich wspólnej pracy nad związkiem. Ciekawe i tajemnicze jest to, że w pary łączą nas nie tylko nasze marzenia, ale i ograniczenia. W psychologii procesu mówimy o progach, czyli granicach tożsamości. Dajmy na to: ona ma próg na słuchanie, a on na mówienie, co czuje i czego potrzebuje. Ona jest ekspresyjna, on unika konfliktu. Jest im ze sobą wygodnie, co wcale nie znaczy, że są blisko. Kiedy zaczną rozmawiać, przekraczać swoje progi, mają szansę pogłębić związek. Wychodząc poza sferę komfortu, odkryć coś nowego o sobie, że np. dobrze jest słuchać.

Rozumiem rozmawiać, ale czy gdy facet zamyka się w sobie, warto biec za nim do jaskini?  
Jeśli on chce się oddalić, niech idzie, ale nie jest wcale oczywiste, że zawsze trzeba szanować granice partnera i nie wpychać się za nim do jego świata. Bycie w relacji polega na tym właśnie, że niekiedy należy przekraczać granice. Pamiętając więc, że on może powiedzieć „nie”, idź za nim, jeśli czujesz, że to dobre dla waszego związku. Nie z lęku, że on odejdzie na dobre. Bo jeśli to lęk decyduje o tym, co robisz, to nie ty jesteś podmiotem swego życia. Ale jeśli czujesz, że to wam pomoże rozwiązać problem – idź. Na tym polega wnoszenie siebie do związku. A jeśli siebie do niego nie wnosisz, to cię w nim nie ma. To piękne, kiedy kobieta potrafi wejść do męskiej jaskini, bo to wymaga od niej przekroczenia egoizmu, poczucia żalu i krzywdy. Ważne tylko, by nie robiła niczego, co narusza jej godność, bo wtedy już nie mówimy o miłości. Jest taki świetny rysunek Michała Czyża, terapeuty. Są na nim dwa ludziki, które łączy jeden dymek: „Od dawna już się nie ranimy!”. Nie ranimy się, a więc nie jesteśmy w relacji, bo relacja polega na tym, żeby wnosić nie tylko te łatwe, ale i trudne uczucia, zostawiając partnerowi czy partnerce miejsce, żeby także mógł wnieść siebie, swoje reakcje, potrzeby. Warto żyć świadomie, rozmawiać: „Ja mam tak... A ty? Czego byś potrzebował?”. To podręcznikowe, w praktyce trudne, ale na tym polega komunikacja.

Jeśli dbamy o to, żeby nie przekraczać granic, nie ranić się, to też niewiele nas łączy?
Super, jeśli wszystko idzie gładko, ale w życiu – prędzej lub później – pojawiają się trudności. Jeżeli nie wnosimy siebie do relacji, to stajemy się osobnymi wyspami. Zaczyna się od tego, że sam ze sobą się nie komunikuję i marginalizuję te kawałki siebie, które mi nie pasują, są trudne czy bolesne. Tak długo, jak nie nauczę się dogadywać ze sobą i z tym, co mi pasuje i nie pasuje we mnie, prawdopodobnie nie uda mi się dobrze komunikować z drugim człowiekiem.

Mój przyjaciel mówi: „Jestem w doskonałej relacji z wieloma ludźmi, ale nie jestem z nimi blisko. Z żoną kłócimy się, ale życia sobie bez niej nie wyobrażam”.
Właśnie. Stan doskonałej harmonii i jedności jest możliwy tylko w niebie. Na Ziemi jesteśmy prawdziwi i różne rzeczy nas bolą. Możemy je wspólnie omawiać, bo jak się razem przechodzi przez to, co boli, to buduje się związek. Dbanie o status quo może spowodować, że związek nie będzie byciem razem. Znasz pewnie osoby, które zapytane o relacje odpowiadają: „Jest OK”, w bezosobowy sposób, ze smutkiem. Pod tym OK ukrywa się zniechęcenie, przygnębienie. Rezygnacja z czegoś, co jest dla mnie ważne, dobre. Może to radykalne podejście, ale moim zdaniem związek istnieje, kiedy jestem w nim obecny. Wnoszę siebie i robię miejsce dla drugiej osoby, bo jestem jej ciekawy. Ale nie marginalizuję swoich potrzeb, bo prędzej czy później złość wyjdzie na wierzch, choćby w publicznym upokarzaniu, wbijaniu szpili. Jeśli nie zdobędę się na odwagę, aby być sobą od początku, będę pokazywać tylko ten kawałek eksportowy, to nie mam szansy na zbudowanie bliskości. Może burzliwej, ale takiej, w której mam poczucie, że jestem sobą. Pewnie to nie dla każdego. Wielu ceni spokój i stabilizację. Rozumiem to i szanuję, ale nie polecam.

Zamknięty w sobie facet mówi: „Chcę być sam”, i wybiega, a ja za nim, do jego jaskini, żeby budować relację. Co mnie tam czeka?
Bywa, że jeśli mężczyzna się z czymś mierzy, z czymś sobie nie radzi, a kobieta będzie obok niego, to on poczuje, że nie jest z tym ciężarem sam. Wszyscy potrzebujemy wsparcia w trudnych chwilach. Mężczyzna często nie umie nazwać tego, czego chce, ale czasem chce, by kobieta go przytuliła. Gdzieś tam w środku potrzebuje tego samego co ona, czyli poczuć, że nie jest sam, kiedy się boryka z trudnościami. W tej potrzebie mogą się naprawdę spotkać. Jeśli więc kobieta pójdzie za mężczyzną i go obejmie, a on się nie odsunie, to znaczy, że zrobiła to, czego potrzebował. Pewna koncepcja mówi, że większość ludzi w dzieciństwie przeżywa zbyt wczesne odstawienie od matki, a to powoduje, że i mężczyźni, i kobiety jako ludzie dorośli są pełni pretensji do partnerów. Ale pracę należy zacząć od kobiet. Wyleczyć ich wczesnodziecięce porzucenie, nauczyć tego, by porzuciły pretensje i żądania. Wtedy one są w stanie kochać partnerów, a oni – dzięki tej miłości – mogą uzdrowić swoje wczesnodziecięce porzucenie.

Facet nie umie rozmawiać i znowu kobiety mają coś do roboty.
W tym, że kobieta, która kocha, może uzdrowić mężczyznę, jest coś kluczowego. Moc kobiety, a zwłaszcza matki, jest potężna. Brak lub niedostatek matczynej miłości ma daleko idące skutki. Widzę to i w mężczyznach, i w kobietach. Badania dowodzą, że ten deficyt uderza w chłopców bardziej. Na szczęście mamy dostęp do matczynej miłości nie tylko przez osobę, która była fizyczną matką, ale też przez choćby kontakt z energią Ziemi.

Wracając do twojego pytania, jeśli kobieta kocha i kieruje nią miłość i do siebie, i do swojego partnera, to będzie umiała odkryć to, co najlepsze dla obojga. Podobnie z mężczyzną, ale zwykle droga do tego miejsca miłości – i do siebie, i do partnerki – w przypadku mężczyzn jest trudniejsza do przebycia. Mężczyźni kulturowo są między dwoma progami. Jeden próg jest na wrażliwość. To ten system przekonań, że chłopaki nie płaczą. Drugi to próg na siłę, która utożsamiana jest z dominacją i przemocą. A to sprawia, że wielu mężczyzn wyrzeka się swojej sprawczości, wyrzekając się przemocy. Samo odzyskanie dostępu do wrażliwości nie wystarczy. Konieczne jest, by mężczyźni odzyskali dostęp do siły, która nie jest przemocą. Głęboki kontakt ze sobą jest im w tym niezbędny. Dopiero kiedy przejdą przez te progi, są zdolni do tego, by pokochać siebie.

Czyli gdy facet zamyka się w sobie, jaskinia to kontakt ze sobą?
Tak. Bycie w kontakcie ze sobą cały czas. Ale brakuje nam czasu na trawienie tego, co przeżywamy, taką liczbą bodźców jesteśmy codziennie bombardowani. Rządzą też nami: skuteczność, użyteczność, produktywność, więc nawet w wolnym czasie stawiamy sobie zadania: jeździmy na rowerze, medytujemy, zamiast poleżeć na trawie i popatrzeć w niebo. Nie umiemy robić „nic”, a więc nie spotykamy się ze sobą, czyli z najważniejszą osobą.

Co się dzieje, kiedy „nic” się dzieje?
Straszne rzeczy na początku, bo każde pięć minut bez planowania, co za chwilę zrobię, jest udręką. A „nic” jest bezcenne, bo w nim trawimy to, co przeżyliśmy. To sedno jaskini. Pewnego dnia siedziałem w domu i nic nie robiłem, więc mogłem zobaczyć, co się dzieje w mojej głowie. A tam leciał film, który obejrzałem poprzedniego dnia. Banalna historia o gliniarzach z Nowego Jorku. Scena po scenie. Był to akurat czas, kiedy zastanawiałem się nad granicami odpowiedzialności za uczucia innych. No i patrzyłem w okno i oglądałem w mojej głowie ten film... Gdy doszedłem do kluczowej sceny, zrozumiałem, że pada w niej odpowiedź na moje pytanie. Poprzedniego wieczoru tego nie złapałem. Był więc powód, dla którego to się działo, a ja byłem na tyle otwarty na to, co dzieje się w mojej głowie, żeby zauważyć to, co chciało do mnie dotrzeć. Gdybym zajął się czymś innym, przeoczyłbym tę odpowiedź.

Robienie „nic” może być też jałowym „zawieszeniem się”.
To co innego niż jaskinia. Czegoś jest w życiu za dużo i dlatego się wyłączasz. Potrzebujesz wsparcia, a nie samotności. Rozróżnić to nicnierobienie od jałowej pustki można po tym, jak się czujemy. Jeśli „nic” nas buduje, to znaczy, że jest dobre. Jeśli nie, problem jest gdzie indziej i nie ma co siedzieć samemu w ciszy. To wszystko jest też tajemnicze. Pamiętam jednego z uczestników moich warsztatów, który jak się zajęcia zaczynały, zasypiał, a budził się na przerwę. Po czym zasypiał, jak zaczynaliśmy pracę. I tak przez dwa lata. Zadziwiające, ale jego życie się zmieniało. Zasypianie to sygnał progu. Mówi: to, co się dzieje, to za dużo, ale jest mi to potrzebne, bo nie odchodzę, tylko wracam.

Zbigniew Miłuński, filozof i terapeuta psychologii procesu. Pracuje jako psychoterapeuta, trener, konsultant w zakresie rozwoju osobistego, komunikacji interpersonalnej, rozwiązywania konfliktów. Prowadzi autorskie warsztaty rozwoju osobistego, w tym warsztaty dla mężczyzn.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Porozmawiajmy o ciekawości – karty emocji Katarzyny Miller

Ciekawość to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. (Fot. iStock)
Ciekawość to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. (Fot. iStock)
Lato w niektórych z nas budzi chęć do eksplorowania nowych terytoriów, także w przenośni. Czasem prowadzi nas to do nieba, a czasem… do piekła. O ciekawości, która pozwala przekraczać nam własne i cudze granice – opowiadają na kolejnej karcie emocji Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk.

Ciekawość…

…to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. Zaciekawienie świadczy o otwartej postawie człowieka wobec życia. Kiedy mówimy, że coś wzbudza naszą ciekawość, znaczy to zwykle, że nas interesuje, pociąga, intryguje. Jest nowe, inne, ale też w jakiś sposób zagadkowe i wymagające od nas wysiłku. Zdrowa ciekawość często łączy się z takimi wartościami, jak otwartość, odwaga, dociekliwość czy wnikliwość. Przesadna i powierzchowna to brawura, lekkomyślność, a bardzo często i wścibstwo. Zaspokajanie ciekawości jest bardzo istotne dla naszego zdrowia psychicznego oraz rozwoju jako jednostek i gatunku. Trzeba być jednak bardzo uważnym na cudze granice.

Po co nam to uczucie?

Dzięki ciekawości uczymy się, rozwijamy, zdobywamy wiedzę, poszerzamy horyzonty, ale też oswajamy nieznane, wychodzimy ze strefy komfortu i podnosimy nasze poczucie własnej wartości. Ciekawość uczy nas tolerancji i życzliwości wobec innych. W tym procesie niezbędna jest jednak umiejętność zatrzymania się co jakiś czas na chwilę, skupienia i ułożenia w głowie i sercu tego, co do tej pory poznaliśmy.

Zadania

  • Zastanów się, co wzbudza twoją ciekawość. Jakie dziedziny sztuki lub nauki? A może elementy życia codziennego? Zwykle interesujesz się czymś na chwilę i zaraz przerzucasz na coś nowego? A może lubisz zgłębiać jeden temat – zarówno teoretycznie, jak i praktycznie?
  • A teraz pomyśl chwilę nad tym, jak duża jest twoja otwartość na nieznane? Czy często wychodzisz poza swoją strefę komfortu i próbujesz nowych rzeczy? A może wolisz to, co lubisz i znasz? Czy nie zamyka cię to na nowe spojrzenia na pewne sprawy?
  • Co jest granicą dla twojej ciekawości, której nie chcesz przekraczać? Czyjaś prywatność? Bezpośrednie zagrożenie? A może normy kulturowe lub społeczne?

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło (do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl).

  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Psychologia

Czego boją się mężczyźni?

- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Mężczyźni boją się jak ognia słowa „porażka”. – Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony... – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Świat, w którym żyjemy, przesycony jest lękiem. Media i Internet 24 godziny na dobę donoszą nam o globalnych zagrożeniach. Czy mężczyźni obawiają się tych zagrożeń? W jaki sposób lęki wpływają na ich kondycję psychiczną?
Męskie lęki skoncentrowane są częściej wokół przetrwania własnego i rodziny niż wokół globalnych wyzwań.

Podobno mężczyźnie można odebrać wszystko poza pracą. Bez pracy łamie się i zanika.
Gdy traci relację z kobietą, przeżywa smutek, żal, złość, ale nie spotkałem się z tym, aby czuł lęk. Co innego, gdy chodzi o pracę. Utrata zatrudnienia uruchamia lawinę lęków o przetrwanie rodziny. To godzi w poczucie tożsamości i wartości: „A więc nie sprawdziłem się, teraz będzie już coraz gorzej”. „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia. Porażka jest etykietką, którą przylepia się temu, co się wydarza.

A więc męski lęk to głównie lęk przed porażką?
Tak. Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony. To też lęk przed depresją. Jednak doświadczają go również mężczyźni, którzy mają pracę. Wystarczy, że rozejrzą się dookoła: kolega został zwolniony, innego zredukowali z całym działem, bo w firmie wprowadzono restrukturyzację, jeszcze inny musiał odejść, bo przyszedł nowy szef i zatrudnił swoich ludzi. „Czy zachodnia firma, w której pracuję, nie wycofa się z polskiego rynku?”; „Czy nie nastąpi załamanie koniunktury?”. Rodzi się lęk o przyszłość: „Co będzie, jeśli stracę pracę i nie znajdę innej?”. To są lęki mężczyzn stosunkowo młodych: 35-, 40-letnich, ponieważ oni wiedzą, że korporacje poszukują na ogół pracowników do trzydziestki. Uruchamia się lęk związany z upływem lat, starzeniem się, utratą atrakcyjności. I mężczyzna nieświadomie zaczyna stosować strategię pesymisty.

Czyli rozważa najgorsze opcje rozwoju sytuacji?
Pyta siebie: „Co będzie, jeśli…? Jeśli stracę pracę? Jeśli zachoruję? Jeśli dzieci przestaną chodzić do prywatnej szkoły? Jeśli nie będę mógł spłacać kredytu? A jeśli moja partnerka straci pracę?”. To fatalna strategia, ponieważ sprawia, że nieświadomie zaczynamy szukać odpowiedzi, a więc wyobrażamy sobie najgorsze scenariusze wydarzeń. Tworzymy wirtualną rzeczywistość. Wyświetlamy w głowie horrory. To oczywiste, że ktoś, kto ogląda horrory, boi się i reaguje lękowo. To, czy mężczyzna będzie odczuwał lęk, zależy od sposobu, w jaki myśli, ponieważ lęk jest naturalną konsekwencją myśli i wyobrażeń. Napina ciało. Niektórzy są w tym dosyć uporczywi, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że tworzą fikcję. Upierają się, że przecież myślą i mówią o realiach, że tak wygląda rzeczywistość. A tak wygląda jedynie rzeczywistość w ich głowie. Przywołują przypadki kolegów, którzy marnie skończyli, i hipnotyzują się ich historiami.

Porozmawiajmy więc o strategii optymisty.
Wystarczy być realistą. Realista pyta: „Co mogę, co mógłbym zrobić, aby w najlepszy sposób zabezpieczyć siebie i rodzinę, nawet gdy wydarzy się coś nieoczekiwanego?”. Tego typu pytania odnoszą się do spraw, które leżą w zasięgu naszego wpływu i możliwości. „Co mógłbym zrobić, gdybym tu nie pracował?”. Jeżeli nie zadajemy sobie takich pytań, łatwo zapominamy o swoim doświadczeniu i kompetencjach. Na przykład starsi mężczyźni mogą stawać się mentorami, coachami dla młodych pracowników. Mogą być konsultantami, doradcami, szkoleniowcami.

Jak uruchomić wiarę w swój twórczy potencjał?
Mózg przez całe życie zachowuje neuroplastyczność, to znaczy ciągle tworzy nowe połączenia neurologiczne. Jednak musimy go pobudzać poprzez wyobraźnię, przywoływanie pomysłów, rozwiązań, które nie mieszczą się w schematach. Najbardziej twórcze pytanie, które możemy sobie zadać, to: „Co zrobiłbym, gdybym przestał liczyć się z czymkolwiek i pozwolił sobie na najbardziej szalone rozwiązanie?”. To jest wysadzenie siebie ze starych kolein myślenia i działania.

Wtedy te wszystkie głosy lękowe – nie poradzisz sobie, to już koniec, jesteś nikim, młodzi mają ciężko, a co dopiero ty – uciszają się?
Te głosy to nasz wewnętrzny dialog. Głos wewnętrznego krytyka, który przekreśla, odrzuca, ocenia, na różne sposoby pomniejsza nasze możliwości, może być bardzo demotywujący. Może sparaliżować działanie. To jest najgorsze, co może się wydarzyć. Jednak to my sami jesteśmy autorami wszystkich wewnętrznych dialogów. Możemy je więc zmienić. Zmienić strukturę, nie tylko treść. Nie wystarczy zamienić dialogów negatywnych na pozytywne: „Są firmy, które zatrudniają starszych, rynek jest wielki itd.”. To nie znaczy, że takie afirmacje nie mają sensu, jednak łatwo napotykają nieświadomy opór, ponieważ mogą wydawać się nielogiczne i sprzeczne z tym, co widzimy w świecie. Pytania, które zmieniają strukturę myślenia, to właśnie te odwołujące się do twórczego działania: „Co mogę zrobić? Od czego mogę zacząć?”.

A jeśli odpowiedź brzmi: „Nie wiem”?
Na razie nie wiem. Możemy pytać dalej: „Co mogę zrobić, żeby się dowiedzieć? Z jakich źródeł wsparcia, informacji mogę skorzystać? Jakich umiejętności mogę użyć? Gdzie szukać pomysłów? Do kogo mogę się zwrócić? Jakie środowisko mogłoby być dla mnie pomocne? Czego do tej pory nie próbowałem, a mógłbym?”. Takie pytania otwierają, zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak wiele zależy od nas. A to przestraja na zupełnie inny styl myślenia i natychmiast poprawia stan wewnętrzny. Jest także zaporą dla lęku. Jeśli nawet lęk się pojawia, jest dużo bardziej oswojony i kontrolowany.

Jak długo może trwać oswajanie lęku?
Mężczyźni są bardzo konkretni, więc pytania realisty do nich przemawiają; realista zajmuje się konkretami, czynnościami operacyjnymi, działaniem, organizowaniem. Skupia uwagę na tym, jakich środków użyć, jak wykorzystać możliwości. To mężczyznom pasuje. Czasem wystarczy jedna, dwie, góra trzy sesje z coachem, aby uruchomić w sobie realistę. Mężczyźni mówili mi, że nigdy nie myśleli w taki sposób, że potrzebowali impulsu, uświadomienia, jak skutecznie stosowali strategię pesymisty, a tym samym kreowali lęk. Gdy przestawili myślenie, szybko wchodzili w nowy tryb, zaczynali sprawdzać nowe możliwości.

Miałem klienta, który został zwolniony z pracy w korporacji. Był pogrążony w lęku o przetrwanie rodziny do czasu, gdy zaczął pytać siebie o możliwości konkretnych rozwiązań. „Przypomniał” sobie, że przecież jego ojciec ma bardzo dobrze prosperujące przedsiębiorstwo i chętnie zatrudni syna. Był ogromnie zdziwiony, że wcześniej na to nie wpadł!

Lęk uruchamia się bardzo szybko i często zupełnie niespodziewanie…
To jest nawykowy lęk przed zagrożeniem. Jeden z moich klientów został wybrany przez pracodawcę do sesji coachingowych. Ten 60-letni mężczyzna cały czas pytał siebie, czy coś z nim nie tak, skoro firma go wytypowała. Był niemal sparaliżowany lękiem, który sam tworzył poprzez własne fantazje, wyobrażanie sobie najgorszego. Okazało się, że pracodawca zafundował mu sesje, ponieważ miał wobec niego plany awansu i rozwoju. To pokazuje, jak łatwo uruchamia się lęk przed zagrożeniem, które nie istnieje.

Ten lęk mężczyźni dojmująco odczuwają w ciele. Może na początek mogliby się po prostu odprężyć?
Jednak to myśli spinają ciało. Mechanizmy neurobiologiczne powstawania lęku są już dobrze rozpoznane przez naukowców. Większość z nas, niestety, nie zdaje sobie z nich sprawy. Myśli i obrazy, które tworzymy w głowie, nasze nastawienie, oczekiwanie w stosunku do przyszłości – wszystko to działa na neurobiologię. Wydzielają się hormony, neuropeptydy, które rozprowadzają informacje po całym ciele. Komórki ciała poprzez receptory odczytują informacje. I mówimy: „Gdy tylko o tym pomyślę, aż mnie ściska w żołądku”; „Serce mi pęka”; „Coś mi zalega na wątrobie”. Te metafory precyzyjnie opisują konkretne reakcje w ciele. Gdy pytamy siebie, co najlepszego mogę dla siebie zrobić, ciało reaguje rozluźnieniem.

Wydaje się jednak, że całkowicie od lęku nie uciekniemy, bo to nasze pierwotne wyposażenie.
Dzięki lękowi przetrwaliśmy jako gatunek. Neurobiolodzy zwracają uwagę, że współcześnie cierpimy na nadmiar lęku nawykowego, który jest spuścizną po przodkach żyjących w jaskiniach. Tam zagrożenia czyhały co krok. Dzisiaj nie grozi nam rozszarpanie przez tygrysa szablozębnego. Warunki, w których żyjemy, można uznać za luksusowe pod każdym względem. A jednak nawykowy lęk o przetrwanie uruchamia się z byle powodu.

Możemy go oswajać, zmniejszać albo działać mimo lęku?
Neurobiolodzy sugerują, że najwyższy czas dostosować możliwości naszego systemu nerwowego do tych luksusowych warunków, które mamy. Możemy – jak sugerują – trenować mózg, tworzyć nowe połączenia między komórkami nerwowymi, wyrabiać nowe nawyki poprzez uruchamianie konstruktywnego, twórczego myślenia, podejmowanie nowych wyzwań, naukę nowych umiejętności. Ale przede wszystkim poprzez koncentrowanie się na tym, co dobre, budujące, wspaniałe, inspirujące. Gdy konsekwentnie praktykujemy docenianie nawet drobnych pozytywnych zdarzeń, miłych spotkań, chwil radości, wtedy stopniowo mózg przestawia się na inny tryb postrzegania i zaczyna automatycznie wybierać z otaczającej rzeczywistości właś­nie to, co ma charakter pozytywny. Ta praktyka jest bardzo ważna właśnie dlatego, że ewolucyjnie mózg rozwinął się tak, aby wychwytywać to, co zagrażające. Szkoda mu czasu na zatrzymywanie się przy sprawach pozytywnych, ponieważ nie mają znaczenia z punktu widzenia przetrwania. Na szczęście mamy wybór. Neuroplastyczność mózgu to potężny sprzymierzeniec w eliminowaniu nawykowego lęku. Dobrze to wiedzieć.

  1. Psychologia

Sposób na spełnianie marzeń – metoda Josepha Murphy’ego

„Pomyślność zaczyna się w umyśle. Nie można jej osiągnąć, będąc do niej nieprzychylnie usposobionym” – zapewniał Joseph Murphy, irlandzki filozof, psycholog, religioznawca, autor bestsellerowej
„Pomyślność zaczyna się w umyśle. Nie można jej osiągnąć, będąc do niej nieprzychylnie usposobionym” – zapewniał Joseph Murphy, irlandzki filozof, psycholog, religioznawca, autor bestsellerowej "Potęgi podświadomości". (Fot. materiały partnera)
Awans, podwyżka, służbowy samochód. To wszystko możesz mieć – uważa Joseph Murphy, autor bestsellerowej "Potęgi podświadomości". Zacznij tylko marzyć.

Możesz być szefem wielkiej korporacji. Albo właścicielem świetnie prosperującej sieci sklepów. Lub rentierem, żyjącym z odsetek od kapitału. Jak wolisz. Musisz tylko mocno wierzyć w swój sukces. Proste? Szczerze mówiąc – nie. Ale za to jakie kuszące…

Podświadomość w pracy

„Pomyślność zaczyna się w umyśle. Nie można jej osiągnąć, będąc do niej nieprzychylnie usposobionym” – zapewniał Joseph Murphy, irlandzki filozof, psycholog, religioznawca, pastor Church of Divine Science (Kościół Boskiej Nauki) w Los Angeles, prekursor teorii pozytywnego myślenia i… gorący zwolennik własnej metody. W jego przypadku zadziałała. Książki Murphy’ego, między innymi „Potęga podświadomości”, „Sztuka afirmacji. Uwolniona potęga podświadomości”, „Moc przyciągania pieniądza”, tłumaczone na wiele języków, wciąż sprzedają się w milionach egzemplarzy, mimo że ostatnia została napisana ponad ćwierć wieku temu. Czytelnikom w ogóle to nie przeszkadza. Większość uważa, że nadal są aktualne.

Twórcy „Sekretu” Rhonda Byrne i Drew Heriot, Paulo Coehlo i wszyscy, którzy wierzą w samospełniające się przepowiednie, odpukują w niemalowane i boją się powiedzieć coś „w złą godzinę” – są w jakimś stopniu wyznawcami jego filozofii.

Murphy wierzył w podświadomość. I w to, że wszystko, co osiągamy (lub czego nie osiągamy), jest skutkiem naszego myślenia. Jeśli boimy się choroby, koncentrujemy na trudnościach w pracy, tropimy kłopoty... – zgromadzone w ten sposób w podświadomym umyśle obrazy wkrótce sprowadzą na nas nieszczęścia. Jeśli wyobrażamy sobie złoty medal zdobyty na olimpiadzie, domek z ogródkiem, konto pełne pieniędzy i własny gabinet w nowoczesnym biurowcu – właśnie to nam się przytrafi. Dlatego jedynym sposobem na to, żeby poprawić swoją sytuację zawodową, prywatną, materialną i zdrowotną, jest zmiana myślenia.

W książce „Wykorzystaj potęgę podświadomości w pracy” Murphy zapewnia: „Możesz odmienić swoje życie. Narzędzia, które ci w tym pomogą, zostały zdeponowane w twoim wnętrzu. Wystarczy je naostrzyć, zrobić z nich użytek i patrzeć, co wyniknie z ich stosowania”. Jego zdaniem, umysł reaguje na nasze myśli, zmieniając mentalność, ciało i okoliczności zewnętrzne. Ale samo pozytywne myślenie nie wystarczy. Czeka nas jeszcze ciężka praca. Może warto spróbować, skoro możemy mieć wszystko, absolutnie wszystko, czego zapragniemy?

Czy to działa?

Metoda Murphy’ego ma wielu gorących zwolenników, spore grono sceptyków i kilku wrogów. Sceptykom pewnie nie chce się jej sprawdzać, bo wcale nie jest taka łatwa i przyjemna, na jaką wygląda. Natomiast wrogowie uważają, że może nas rozczarować i zniechęcić. Jeśli uwierzymy w sukces, a on nie nadejdzie, wpadniemy w depresję.

Filozofia irlandzkiego pastora tylko na pierwszy rzut oka jest hurraoptymistyczna, a jej autor – egzaltowany i przesadnie uduchowiony. Gdy baczniej wczytamy się w jego książki, przekonamy się, że zaleca ostrożność, pokorę, elastyczność. Bierze pod uwagę potknięcia i zastrzega, że na efekty będziemy musieli czasem trochę poczekać. Ani na chwilę jednak nie powinnyśmy przestać wierzyć w sukces.

– Dobrze jest mieć marzenia. Ci którzy wyobrażają sobie przyszłość w jaśniejszych barwach, więcej w życiu osiągają i są szczęśliwsi – komentuje teorie Murphy’ego dr Mariusz Zięba ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Twórca psychologii pozytywnej Martin E.P. Seligman pisze o pesymistach, że „wszystkie ich obawy są uzasadnione”, bo będą mieli w swoim życiu to, czego się spodziewają.

Mariusz Zięba zauważa jednak, że odległy cel, który zamierzamy osiągnąć w dalekiej przyszłości, nie może stać się jedynie „nagrodą pocieszenia” za ciężką, nieprzyjemną pracę, którą wykonujemy teraz. Żeby być szczęśliwym, trzeba cieszyć się też z drogi, która prowadzi do celu.

Coach kariery i psycholog Justyna Ciećwierz radzi z kolei, by metody Murphy’ego połączyć ze słuchaniem własnej intuicji i rozpoznaniem rynku: – Nie warto się spieszyć z realizacją marzeń. Lepiej dokładnie zastanowić się nad tym, co chcemy osiągnąć, co sprawiłoby nam przyjemność i dało satysfakcję. Wymyślić sobie wymarzone miejsce pracy ze wszystkimi szczegółami i poświęcić temu trochę czasu. W ten sposób przyjrzymy się naszym planom, oswoimy się z myślą o zmianie i zorientujemy, czy to na pewno jest to.

Jeśli po pierwszej kłótni z szefem, rzucimy posadę w banku i chwycimy za pędzel w nadziei, że zarobimy obrazami na prywatny samolot, może nam się nie udać. I wtedy rzeczywiście czeka nas frustracja, nie sukces.

To, niestety, nie wszystko

Należy też zastanowić się, jak konkretnie można zrealizować swoje marzenia. Jeśli chcesz zostać instruktorem nurkowania, możesz porozmawiać z kilkoma osobami, które wykonują ten zawód, żeby dowiedzieć się, jak wygląda taka praca, jakich kwalifikacji, cech charakteru i nakładów finansowych wymaga. Jeśli planujesz awansować na dyrektora generalnego firmy, w której pracujesz – pomyśl, czy gotów jesteś za dobrą pensję i prestiż zapłacić ograniczeniem czasu wolnego. No i czy wiesz, jakie obowiązki, obciążenia i odpowiedzialność czekają cię na tym stanowisku.

Ważnym elementem metody Murphy’ego jest budowanie poczucia własnej wartości i poskramianie lęków. Nie można tego jednak robić za wszelką cenę. Analizując osiągnięcia i życiowe sukcesy, na ogół wiemy, z czym sobie radzimy świetnie, z czym całkiem nieźle, a z czym wcale. Są rzeczy, których można się jeszcze nauczyć. I takie, których… nie można.

– To ważne, by poznać swoje mocne strony i o nich pamiętać – mówi Justyna Ciećwierz. – Z moimi klientami analizuję ich dokonania oraz ważne życiowe momenty i na tej bazie określamy ich atuty. Oprócz talentów ważne są też przekonania, jakie mamy na swój temat, bo to one wpływają na nasze decyzje życiowe i zawodowe. Karteczki z przekonaniami, które dodają nam sił, warto przykleić w widocznym miejscu, na przykład nad biurkiem.

A co z lękami? Że jednak nam się nie uda, że się skompromitujemy, że na to za późno…

– Nie można ich bezrefleksyjnie tłumić – radzi Justyna Ciećwierz. – Trzeba się im przyglądać, bo zwykle nas przed czymś ostrzegają. To właśnie dlatego warto zebrać informacje z rynku, żeby oswoić obawy przed zmianą, a czasem zgodnie z nimi zmodyfikować swoje zamierzenia. Bo może trzeba będzie.

Przyczyn, dla których biznes nie musi wypalić, jest mnóstwo: kryzys, niewłaściwa lokalizacja, niż demograficzny, konkurencja za rogiem... Trzeba je z pokorą wziąć pod uwagę. I ewentualnie zmienić nieco plany lub przesunąć je w czasie. Ten sam interes lekko zmodyfikowany lub zrealizowany rok później, z innym wspólnikiem i w innej lokalizacji – może okazać się strzałem w dziesiątkę. Co do tego zgadzają się i Joseph Murphy, i współcześni coachowie, i specjaliści od ekonomii.

– Ale nie rezygnujmy całkiem ze swoich planów, chyba że odkryjemy inny cel, który nas bardziej pociąga – dodaje Justyna Ciećwierz.

Jak zrobić karierę – sekret Murphy’ego

  • Wyznacz sobie cel. I to konkretny: nazwij stanowisko, podaj dokładne wyniki sprzedaży… Musi też być inspirujący i możliwy do zrealizowania.
  • Cel główny rozbij na kilka krótkoterminowych, zapisz je. Umieść kartki na biurku, lodówce, lustrze… Czytaj je sobie.
  • Powiedz komuś o tych celach.
  • Dokonuj poprawek. Okoliczności i rynek mogą się zmieniać, dlatego bądź elastyczny.
  • Mów (i myśl) o swoich zaletach, zapomnij o wadach. Wyrzuć ze swojego języka „nie mogę…”. Powtarzaj: „będę…”.
  • Mów do siebie: „Z każdym dniem i pod każdym względem wiedzie mi się coraz lepiej”.
  • Nie daj się przeszkodom! Pokonuj je sukcesywnie i dalej zmierzaj do celu.
  • Nie pozwól nikomu sterować twoją karierą (toksycznemu szefowi, rodzicom). Pamiętaj, że masz wewnętrzną moc, która pomoże ci osiągnąć sukces.
  • Jeśli czekają cię trudności, wyobrażaj sobie, jak się z nimi uporasz. Np. obmyśl strategię przekonania klienta do swojego pomysłu.
  • Zjednuj sobie ludzi. Charyzmy można się nauczyć! Bądź hojny, wielkoduszny, pogodny, empatyczny…
  • Nie narzekaj! Dziękuj za wszystkie dobre rzeczy, które ci się przytrafiają. Najlepiej co wieczór.
  • Wzbudź w sobie entuzjazm. „Utrzymuj negatywne myśli poza obrębem twojego umysłu” – pisze Murphy.
  • Kiedy najdzie cię negatywna myśl, utnij jej głowę. Jeśli rozrośnie się w twoim umyśle, zacznie panować nad tobą i zabarwi lękiem wszystko w twoim życiu. Nie pozwól na to.
  • Porażki się zdarzają. Nie dopuść, by zachwiały twoim poczuciem własnej wartości i wiarą w sukces.
  • Bądź blisko ludzi, którzy ci sprzyjają, wspierają cię i wierzą w ciebie.
  • Obserwuj działania innych, patrz, jak rozwiązują swoje problemy. Może cię to czegoś nauczyć.
  • Poznaj techniki relaksacyjnej korzystaj z nich. Odwołaj się też do swojej duchowości. Modlitwa lub medytacja pomogą ci zachować spokój.
  • Cały czas ucz się i rozwijaj.
  • Grzecznie odmawiaj wykonania zadań, które oddalają cię od twojego celu lub są po prostu stratą czasu.
  • Wyobrażaj sobie swoje marzenia już zrealizowane.
  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.