1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Odzyskaj swoją niepodległość! Katarzyna Miller o tym, jak o siebie zawalczyć

Odzyskaj swoją niepodległość! Katarzyna Miller o tym, jak o siebie zawalczyć

Aby wybić się na swoją niepodległość, trzeba najpierw zdiagnozować podległość. I zrozumieć, że jeśli nie zawalczę o siebie teraz, to potem będzie trudniej - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby wybić się na swoją niepodległość, trzeba najpierw zdiagnozować podległość. I zrozumieć, że jeśli nie zawalczę o siebie teraz, to potem będzie trudniej - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby ogłosić swoją konstytucję, trzeba sobie najpierw przyznać do tego prawo. Tymczasem jesteśmy niewolnikami schematów, które każą się spodziewać, że jeśli my o kogoś zadbamy, to ten ktoś zaopiekuje się nami, doceni nas. Nic z tego! – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller i wyjaśnia, że walkę o swoją niepodległość warto zacząć od strajku. Albo nawet powstania...

Czym właściwie jest osobista niepodległość? Jak ją zachować lub odzyskać, jeśli się straciło?
Pewien amerykański film klasy B, nie pamiętam już tytułu, zaczyna się tak: typowa żona i mama wstaje przed wszystkimi i zaczyna im przygotowywać śniadanie, prasować koszule mężowi... Potem dzieci się budzą, wstaje mąż i się zaczyna… „Mamaaa, a bo on mi zabrał sweter”, „Mamaaa, a gdzie są moje kapcie?”, „Nie mogłaś mi położyć tych spinek do mankietów gdzieś w widocznym miejscu? Przecież wiesz, że się śpieszę”… Nikt nie powiedział „dzień dobry”, nikt nie powiedział „dziękuję” ani „poproszę”. Wszyscy wylecieli z domu, zostawiając za sobą brud i bałagan. Co oznaczało, że tak u nich jest codziennie, czyli ona ich obsługuje, a oni uważają to za oczywistość.

Tego dnia to do niej wreszcie dotarło. Może dlatego, że to trwało za długo. Może dlatego, że była zmęczona. I zrobiła rzecz następującą: zostawiła ten cały burdel, wzięła kij od szczotki, przykleiła na nim tekturę, na której napisała „Mama strajk”. Zrobiła sobie coś do jedzonka, termosik z kawką i zaczęła chodzić wzdłuż trawnika z transparentem. Rodzina wraca, ona strajkuje. W domu niesprzątnięte i nie ma obiadu. Wściekli się domownicy i pojechali na pizzę. Z nadzieją, że następnego dnia wszystko wróci do normy. Ale rano mama najpierw przywitała się z nimi uprzejmie, a potem powiedziała, że już nie będzie robić tego, co do tej pory robiła. Bo ma dosyć. I konsekwentnie strajkowała przez kilka dni. Oni oczywiście starali się wywrzeć siłą jakąś zmianę na niej – bez skutku. W końcu zorganizowali zebranie, na którym powiedzieli sobie, że mama ewidentnie nie zamierza wrócić na łono rodziny. Podzielili się sprzątaniem, zakupami i szykowaniem jedzenia. Po kilku dniach, dumni z siebie, że tak się postarali, spytali: „A może byś wróciła?”. Ona na to: „Mama strajk”. Zorganizowali kolejne zebranie i doszli do wniosku, że właściwie nigdy nie podziękowali jej za to, co robiła, a teraz widzą, ile to kosztuje pracy. Zrobili więc kolację, wysprzątali całe mieszkanie na błysk. Napisali transparent: „Dziękujemy ci, mamo, za wszystko. Wróć do nas”. Mama bardzo się ucieszyła, zjadła, wypiła, podziękowała, a kiedy spytali: „A to wrócisz do nas jutro?”, odpowiedziała: „Jutro zaczynam studia“.

I tak się kończy film?
Tak (śmiech). Czyż nie cudownie?! Trafiłam na niego przypadkiem w telewizji i się zachwyciłam. Opowiadam o nim wszystkim babkom. Bo co jest kobiecie potrzebne, by się wybić na niepodległość? Musi zdać sobie sprawę z tego, że ma już dosyć. Że nie dostaje za swój wkład takiego ekwiwalentu, na jakim jej zależy – nie dostaje troski, wdzięczności, podziwu i szacunku. Co więcej, oczekiwania innych rosną i wszyscy stają się wobec niej psychopatyczni, czyli uważają, że „nam się należy”. Oczywiście są kobiety, które z takiego stanu rzeczy czerpią satysfakcję, bo wydaje im się, że są niezastąpione. Choć prawda jest taka, że zastąpiłaby je pierwsza lepsza służąca. Dlatego kobieta musi najpierw się zeźlić srodze i zadać sobie pytanie, czy jej się to opłaca i czy dalej chce tak żyć.

Chcesz powiedzieć, że jeśli zadajemy sobie pytanie: „Czy jestem niepodległa?”, to znaczy, że jest z tą niepodległością jakiś problem?
Aby wybić się na niepodległość, trzeba najpierw zdiagnozować swoją podległość. I zrozumieć, że jeśli nie zawalczę o siebie teraz, to potem będzie trudniej. Mało tego, dzieci wyjdą z domu, a mąż znudzi się taką żoną i jeszcze jej wygarnie, że on się nie prosił. Bo rzeczywiście się nie prosił, sama mu to dawała. Przyszła do mnie kiedyś 70-letnia dama ze skargą: „Mąż mnie rzucił po 40 latach małżeństwa. Wszystko dla niego robiłam. Dzieci mu urodziłam i wychowałam, dom mu urządziłam i prowadziłam. Kiedy zapraszał gości, to byłam zawsze zadbana i gotowa zrobić kolację w kilka minut, chociaż nie zawsze mnie uprzedzał. I teraz, po tylu latach, znalazł sobie dziewczynę, z którą jeździ po świecie i tylko się bawią. A ja przez tyle lat na to czekałam”. Ja na to: „Wie pani co, ja bym panią rzuciła już po trzech latach”. „Czy pani chce mnie obrazić?”, „Nie, to pani sama siebie obraziła w życiu. Czy pani kiedykolwiek żądała od niego, by pani podziękował i panią docenił?”, „Jak to? Dlaczego miał mi dziękować?”, „No za to wszystko, co od pani dostawał”, „Nie, nigdy nie prosiłam o to”, „A czy pani uważała, że to, co pani robi, to jest bardzo dużo?”, „No nie, to wszystko przecież powinna robić żona”, „Czyli ktoś panią oszukał. Może mama, może rodzice, może pani usłyszała taki przekaz w swoim najbliższym otoczeniu. Nie każdy uważa, że tak trzeba. Na przykład kobieta, dla której mąż panią zostawił, tak nie uważa. Ona dba o siebie i dlatego mu się podoba”. „A dlaczego by mnie pani rzuciła?” – ona na to. „Bo pani jest nudna” – odpowiedziałam.

Ty, Kasiu, jak czasem z grubej rury…
Kochana, ja muszę być okrutna. Muszę, bo chcę być uczciwa. Ludzie mi płacą za to, by się dowiedzieć, o co chodzi, co u nich nie działa. A u niej o to właśnie chodziło. Powiedziałam jej: „Pani MU wszystko robiła. A SOBIE nic. Oczywiście ja rozumiem, że pani to robiła po to, by mieć do końca życia zagwarantowane takie życie. Ale to daje tylko gwarancję na to, że kiedy pani przestanie być młoda oraz sprawna i może należałoby się panią zaopiekować i pani pomóc, to pani mąż nie będzie miał nie tylko inicjatywy, ale nawet ochoty. On nawet się nie domyśli, że należałoby”.

Ta kobieta nie urządziła strajku albo nawet powstania wtedy, kiedy był na to czas?
Właśnie, a tamta była mądra i urządziła. Aby więc wybić się na niepodległość, trzeba jeszcze skądś wziąć sobie do tego prawo. Na przykład wspomniany film może kobietę zainspirować. Amerykanie potrafią robić takie filmy. A my co robimy? Głównie filmy, w których nie ma ani jednego jasnego punktu, tylko się pochlastać. Nie cierpię takiej polskiej kinematografii, gdzie tylko się nakręcamy cierpiętnictwem i fatalizmem. Jest źle i na dodatek nic nie możesz z tym zrobić.

Ale my nie chcemy dołować, tylko inspirować kobiety – i mężczyzn – do wybijania się na własną niepodległość. Choć nie jest to łatwe. W słowniku „niepodległość“ definiowana jest jako nieuleganie wpływom innych. Czy to jest możliwe?
Pod wpływem innych jesteśmy stale i będziemy. Ale tu chodzi o to, by tego wpływu nie odbierać jak objawienia. Tylko przepuszczać go przez siebie i decydować, czy mi się podoba, czy nie. Tak jak dziecko, które widzi, że jego tata coś robi, może powiedzieć: „Ale fajnie, też tak chcę”. Ale może też powiedzieć: „Nie, tego nie chcę”. I tu wrzucam kolejny kamyczek do ogródka „czego nie należy robić dzieciom”. Otóż nigdy nie należy im mówić: „To, że to umiesz, się nie liczy, bo to ci łatwo przychodzi. Masz się nauczyć tego, co przychodzi ci trudno, bo to ma wartość”. W ten sposób przestawia się dziecko z tego, co daje mu satysfakcję i buduje jego zaufanie do siebie, na coś, w czym ono nigdy nie będzie dobre. Owszem, paru rzeczy trzeba się w życiu nauczyć, by dać sobie jako tako radę. Ale wcale nie trzeba umieć gotować, sprzątać lub znać się na matematyce. Ja w żadnej z tych dziedzin nie jestem mistrzynią i dobrze mi z tym. Trzeba robić to, co człowieka rajcuje. I to trzeba mówić córkom: „Bądź z facetem, z którym się będziesz świetnie czuła, a nie z takim, który ci coś zapewni”. Nikt niczego nam nie zapewni na zawsze.

Poszperałam w słowniku i to, o czym mówisz, to „samowystarczalność“, jeden z synonimów słowa „niepodległość”.
Tak jest, niepodległość to jest samowystarczalność. Tylko wielu dziewczynom to się miesza i pytają: „Jak to? To ja mam być bez faceta?”. Ale bądź sobie z facetem, a nawet z dwoma, jeśli chcesz. Chodzi o to, byś nie była od żadnego z nich uzależniona, do żadnego z nich uwiązana. Wiele kobiet, które potrafią gotować, mówi tak: „Wyjechali, nie ma dla kogo gotować”. A ty to nikt? Ja mam zupełnie na odwrotkę. Chodzi na przykład za mną od kilku dni żurek. I mówię Edkowi: „Zrobię żurek”. On na to: „Nie lubię twojego żurku”. „Ale czy ja mówię, że ja tobie go zrobię?”.

Samowystarczalność to jest też to, o czym mówiłyśmy często w naszych rozmowach: mieć swoje pieniądze, swój kąt, ale też mieć od kogo te pieniądze pożyczyć…
To znaczy wiedzieć, że jeśli coś się zdarzy – choroba, bankructwo, rozstanie – cokolwiek, to mam swoje zaplecze. Mam u kogo przenocować, mam za co żyć przez dwa miesiące, mam u kogo zjeść obiad, jeśli nie będzie mnie stać. Mam u kogo dzieci zostawić, mam od kogo pożyczyć. Jestem obstawiona w życiu przez przyjemne bardzo narzędzia i znajomości.

Nie chodzi o to, by samemu dźwigać swoje życie.
Chodzi o to, by być ogarniętym życiowo. Mieć pozapisywanych w notesie fajnych lekarzy, krawcową, znajomego szewca, pana złotą rączkę... Oczywiście na wiele rzeczy nie mamy wpływu, mogą mi zamknąć ulubiony sklep, mogą mi zbudować przed domem gmaszysko zasłaniające widok – ale jakiś wpływ zawsze mam, mogę kupować w innym sklepie, mogę poszukać nowego mieszkania. Najważniejsze, by uznać, że liczą się moje priorytety. Tylko jeśli jest się w związku, to trzeba też brać pod uwagę priorytety partnera, ale nie na zasadzie przedkładania ich nad swoje. Gdy z moim pierwszym mężem urządzaliśmy mieszkanie, to się umówiliśmy następująco: jeśli tobie się coś podoba, a mnie nie – nie kupujemy. Jeśli mnie się podoba, a tobie nie – nie kupujemy. Kupujemy tylko wtedy, kiedy tobie i mnie się podoba. I już! Oczywiście, jeśli są dzieci, to też trzeba uznać ich za członków rodziny i pytać o zdanie.

A jak dziecko uczyć niepodległości?
Dać mu wolność w pewnych sferach, do których jako rodzice nie będziemy się wtrącać. Jeśli chodzi o wychowanie, to tylko parę rzeczy powinno być na mur-beton ustalonych: że nikomu w domu się nie robi krzywdy – psychicznej ani fizycznej; że komunikujemy się na bieżąco; że szanujemy siebie nawzajem, nawet jak nas coś w sobie wkurza, mówimy wtedy: „Jestem na ciebie zła, bo...”; że szanujemy cudzą własność i cudze terytorium; że ustalamy wspólnie zasady, np. możesz chodzić do różnych kolegów, ale mamy wiedzieć, gdzie jesteś, a wraz ze zmianą twojego wieku, zmienia się godzina, o której musisz wrócić, i wysokość kieszonkowego. Taka domowa konstytucja. To są prawa, ale są jeszcze obowiązki. Zastanawiamy się więc, czego kto nie cierpi robić, co zniesie, a co lubi. Najfajniej jest, by każdy robił to, co lubi. Ja na przykład lubię zmywać, a nienawidzę prasować. I nie chcę prasować, tym bardziej że w dzisiejszych czasach wielu materiałów prasować nie trzeba. Ale na pewno znajdą się rzeczy, których nikt nie będzie chciał robić, i wtedy trzeba się umówić, by na rzecz wspólnej ojczyzny, jaką jest nasza rodzina, każdy robił odrobinę tego, czego wszyscy nie lubią.

Inny synonim „niepodległości” to „swoboda”.
Swoboda jest niesamowicie ważna. Są dwie genialne książki, które już dawno powinny być wznowione: „Żyć w rodzinie i przetrwać” oraz „Żyć  w tym świecie i przetrwać”, napisane przez Robina Skynnera i Johna Cleese, cudownego psychoterapeutę oraz świetnego komika i aktora. Poruszają bardzo wiele zagadnień. Między innymi piszą o badaniach na temat szczęśliwych rodzin. Okazuje się, że najważniejszą rzeczą w szczęśliwej rodzinie jest to, że nikt nikogo na siłę w niej nie trzyma. Każdy ma swobodę. Mam nawet ukochany przykład, a raczej bohaterkę, która uczy, jak taką swobodę dawać dzieciom. Mama Muminka. Co mówiła Mama Muminka: „Dzieci, a dokąd idziecie?”, „Idziemy na wyprawę”, „A kiedy wrócicie?”, „Nie wiemy”, „No to bawcie się dobrze. Macie tu sok z malin i naleśniki”. A potem dzieci wracały i mówiły „Mamo, spotkaliśmy potwora”, „I daliście sobie radę, brawo!”, bo widzi, że są cali i zdrowi i nie trzeba się denerwować, tylko ich pochwalić. Polska mama powiedziałaby: „Więcej was nie wypuszczę, bo on was ugryzie”. Ale, kurde, nie ugryzł! Wrócili dumni i stęsknieni. To dzieci, ale ważna jest też swoboda w parze. Ile razy słyszę: „Jak to?! Puściłaś go?! A wiesz, kogo on tam może poznać?”. Kochane panie, poznać to on może sprzedawczynię w sklepie pod blokiem i zdradzać was między 6.00 a 6.45 rano na tyłach spożywczego, jeśli będzie chciał. Odczepcie się od tych facetów, niech sobie latają na paralotni i chodzą na mecze z kolegami – bo oni mają być szczęśliwi i wiedzieć, że ich żona jest najmądrzejsza i najukochańsza na świecie.

Kolejny synonim: „nieskrępowanie”.
To też jest swoboda, ale bardziej w znaczeniu luziku, przyjemności bytu, lekkości. Na zasadzie: wszystko jest proste, nie ma się czym przejmować, jakoś to będzie. Lepsi są w tym mężczyźni. Niekrępowanie bliskich i siebie to pozwalanie im i sobie na bycie takimi, jakimi jesteśmy. Aż się prosi, by tu przytoczyć opowieść o mojej pewnej kompletnie nieudanej psychoterapii. Przyszła do mnie najpiękniejsza, w sensie: najbardziej zadbana, kobieta, jaką miałam wśród pacjentek. Patrzyłam na te jej niebotycznie długie włosy, gładką buzię i gustowne ubranie i spytałam: „A pani tu po co? Przecież tu niczego nie brakuje” (śmiech). „A bo mój partner ogląda się za innymi kobietami na ulicy”.

A czemu była to nieudana psychoterapia?
Bo żadne argumenty do niej nie trafiały. Ona sobie nie życzyła, by on się oglądał, bo ona sama się nie ogląda. „A poszedł kiedyś za jakąś inną?”, „Nie poszedł”, „Jest z panią nadal?”, „No jest”, „Proszę pani, gdyby się nie oglądał, byłby nienormalny. Chodzą przecież po świecie piękne kobiety, co prawda nie tak piękne jak pani. W tej kategorii nikt pani nie przebije”. Nie uwierzyła. „No cóż, pozostaje go skrępować i przywiązać do kaloryfera, żeby nigdzie nie wychodził” – powiedziałam. „Pani mnie chce obrazić”, „Nie, to pani mnie obraża, bo w ogóle mnie nie słucha”. No nie dało się z nią rozmawiać. Nie tylko sama była niewolnicą swojego wyglądu, ale także chciała nim „skrępować” partnera.

I jeszcze jeden synonim „niepodległości“ – „wolność”. Wielkie słowo i wielkie ryzyko nadinterpretacji.
Istnieje wolność „od” i wolność „ku”. Mądrzejsza jest oczywiście wolność ku czemuś, bo nie można być wolnym od wszystkiego, musimy liczyć się z ograniczeniami. Inaczej to anarchia i dziecinna próba udawania, że taka postawa jest nie tylko słuszna, ale i możliwa. Oczywiście ważna jest wolność sądów, myśli, słów, czynów i tożsamości. Dawanie sobie prawa do bycia wyjątkowym i niezastępowalnym, ale też dawanie tego prawa innym i nieograniczanie im ich wolności. To największe wyzwanie, jakie wiąże się z wolnością. Generalnie, podsumowując, można powiedzieć: żyjmy swoim życiem, a będziemy niepodlegli.

 

To Twoje życie Katarzyna Miller; Joanna Olekszyk Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kłopoty z wolnym wyborem według Hanny Samson

Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Dla wielu z nas wolność jest ważną wartością, jednak na co dzień często tkwimy w pułapce powinności i lęku przed opinią innych. Zamiast podążać za swoimi pragnieniami, wolimy spełniać to, czego oczekuje od nas świat. Gdzie leży problem – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Praca z grupą kobiet na platformie Zoom różni się zdecydowanie od tej w realu, ale problemy, z którymi się mierzymy, są podobne.

– W waszych wypowiedziach znacznie częściej padają słowa „powinnam” i „muszę” niż „pragnę” czy „chcę” – zauważyłam na ostatnim spotkaniu. Kobiety nie były zdziwione.

– No jasne! Dzieci, praca, dom, nie mam czasu na jakieś chcenia – oburzyła się Krysia. – A gdybyś miała czas, to co byś chciała zrobić? – zapytałam. – Nie wiem, nawet o tym nie myślę. – Może warto się nad tym zastanowić? Z badań wynika, że pod koniec życia ludzie częściej żałują tego, czego nie zrobili niż błędów popełnionych w działaniu. Co byście chciały zrobić, żeby nie żałować tego zaniechania w przyszłości? – Chciałabym zmienić zawód – mówi Mirka. – Często o tym myślę, ale nikt by tego nie zrozumiał, mąż by się nie zgodził, muszę trwać. – A ty rozumiesz to swoje pragnienie? – Jasne, że tak. Jestem księgową, bo mama chciała, żebym miała dobry zawód, więc mam. I mam stabilną pracę, nieźle zarabiam. Na początku nawet to lubiłam, ale od kilku lat bardzo się męczę. Gdy pomyślę, że całe życie mam siedzieć w tych fakturach i rachunkach, robi mi się słabo. Mam 38 lat, a marzę o emeryturze, chcę, żeby moje życie już minęło – Mirka uśmiecha się smutno.

Dobrze wie, co chciałaby robić, gdyby nie była księgową. Uwielbia projektować i szyć ubrania, skończyła liceum plastyczne, chciała iść na ASP. Czasem uszyje coś sobie albo córce, ludziom się bardzo podoba, mogłaby się tym zajmować na szerszą skalę, ale mąż tylko puka się w głowę: „Zwariowałaś? Jak się ma dobrą pracę, to należy się jej trzymać”. Nawet gdyby przez jakiś czas mniej zarabiała, nic by się nie stało, a zawsze znajdzie pracę jako księgowa. Ale jej mąż nie chce o tym słyszeć, nie lubi zmian, a poza tym boi się, że Mirka nie będzie miała czasu dla domu.

Czas dorosnąć

– Marzę o emeryturze, bo wreszcie będę mogła robić to, co kocham – wzdycha na koniec Mirka. – A do emerytury to mąż kieruje twoim życiem, a nie ty – mówię. – Skoro jesteśmy razem, to nie mogę sama decydować – oponuje. – A on może sam decydować o twojej pracy? On nie chce, żebyś ją zmieniała, więc nie zmieniasz. Najpierw mama wybrała ci zawód, teraz mąż nie pozwala ci go zmienić. Co by się stało, gdybyś odeszła z pracy bez jego zgody? – Mielibyśmy ciche dni albo awantury, włączyłby mamę, z pewnością byłby niezadowolony… – Skoro zadowolenie męża jest ważniejsze od twoich pragnień, to rzeczywiście musisz czekać do emerytury – stwierdzam z nadzieją, że to zdanie będzie w niej pracować.

Jeśli nie robisz czegoś, co chciałbyś zrobić, ponieważ boisz się opinii innych, to oddajesz im kontrolę nad swoim życiem i tak naprawdę nie jesteś dorosły.

Jest taka przypowieść o ojcu i synu, którą już kiedyś tu opowiadałam, bo pasuje do wielu sytuacji. Rzecz dzieje się gdzieś w odległej wsi, syn przychodzi do ojca i mówi: „Ojcze, jestem już dorosły, chciałbym odejść z domu i założyć własne gospodarstwo. Czy zgadzasz się na to?”, „Nie, jeszcze nie czas, synu” – odpowiedział ojciec, więc syn został w domu. Po roku znów młody mężczyzna zadał to samo pytanie i otrzymał tę samą odpowiedź. W kolejnym roku rozmowa wyglądała tak samo, ale gdy się skończyła, ojciec zapłakał: „Czy on nigdy nie dorośnie i po prostu nie odejdzie z domu, zamiast pytać mnie o pozwolenie?”.

Nie, nie spodziewam się, że mąż Mirki czeka z utęsknieniem, aż ona zdecyduje o zmianie pracy. Rzecz jedynie w tym, że dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. Nie oczekuje, że inni będą z niego zawsze zadowoleni i będą myśleć tak samo jak on.

Trudno być zołzą

Moja przyjaciółka Aśka na piątym roku studiów urodziła dziecko. Mąż był już po studiach, pracował w placówce wychowawczej i utrzymywał rodzinę, Aśce została do napisania praca magisterska. Znam wiele kobiet, które po urodzeniu dziecka odłożyły zrobienie dyplomu na kilka lat, czasem okazywało się, że na zawsze. Aśka napisała swoją pracę w terminie. Nim zaszła w ciążę, ustalili z mężem, że obydwoje chcą mieć dziecko i będą się nim wspólnie zajmować. Wkrótce po porodzie umówili się na dyżury przy dziecku. Mąż miał zmienny grafik w pracy, więc do niego dostosowywali godziny opieki nad Zosią. Każdy dzień dzielili sprawiedliwie, ten, kto miał popołudnie, miał też noc. Mąż wychodził do pracy, Aśka zostawała z córką, a gdy wracał, zamykała się w pokoju i pisała magisterkę. Ale w pracy jak to w pracy, czasem coś wypadnie i człowiek wraca później. Aśka to rozumiała, jednak nie zamierzała rezygnować z równego podziału. Zapisywała każdą godzinę spóźnienia i mąż miał dłuższe dyżury w weekendy, ona miała wtedy wolne. Mąż oczywiście się buntował, ale Aśka wychodziła z domu lub zamykała się w swoim pokoju, a on zostawał z dzieckiem.

A że nie działo się to w próżni, każdy miał swoje zdanie na ten temat i byliśmy w tym zadziwiająco zgodni. Dyżury? Co to za pomysł?! Postawa Aśki bulwersowała całe nasze środowisko, wszyscy próbowaliśmy jej tłumaczyć, że to wcale nie jest sprawiedliwe, przecież on pracuje, a ona może pisać swoją pracę, kiedy chce, ale Aśka była nieugięta. Wszyscy współczuliśmy Tomkowi, że jego żona okazała się zołzą, a Aśka trwała przy swoim, choć z pewnością nie było jej łatwo.

– Przecież po obronie ja też pójdę do pracy – wyjaśniała. – I wtedy co? Jego praca także będzie ważniejsza od mojej? Kiedy Zosia zachoruje, to zawsze ja będę brała wolne? Jeśli jemu się przedłuży praca, to nie odbierze jej ze żłobka, tylko ja rzucę swoją i pobiegnę po nią? No hej, to jest nasze wspólne dziecko, więc co w tym dziwnego, że obydwoje tyle samo się nim zajmujemy?

Niby nic, ale nie byliśmy przekonani. Za to Aśka zaraz po obronie poszła do pracy i mogła się w nią angażować w takim samym stopniu jak Tomek w swoją. Dziś już nie muszą nic sztywno ustalać, bo Zosia jest dorosła, a oni obydwoje w równym stopniu angażują się w życie domowe, tworzą naprawdę partnerskie małżeństwo.

Czy byłoby tak, gdyby Aśka tak twardo nie egzekwowała zawartej umowy? Gdyby uległa presji społecznej i odpuściła na jakiś czas? Nie wiem. Ale znam wiele początkowo partnerskich związków, które po pojawieniu się dziecka zmieniają się i bardzo trudno to potem odkręcić. On zarabia, ona zajmuje się dzieckiem i domem – taki układ też można uznać za partnerski, tyle że tworzy podwaliny do nierówności. Dzieci podrastają, ona wraca do zawodu, ale jej odpowiedzialność za dom i dzieci się nie zmienia. Mąż czasem jej pomaga, ale właśnie: pomaga, w jej utrwalonym już zakresie obowiązków. Zdarza się też, że ona w ogóle nie idzie do pracy, bo w domu ma co robić przez długie lata.

Nasze decyzje, nasza odpowiedzialność

Iza ma 57 lat, nie pracuje i właściwie nigdy nie pracowała zawodowo, jeśli nie liczyć udzielanych czasem dzieciom znajomych korepetycji z niemieckiego. Na szczęście pieniędzmi nie musi się przejmować, mąż zarabia wystarczająco. Poznali się na studiach, mają czworo dzieci, najmłodsza córka Julka ma już 17 lat i myśli nad wyborem kierunku studiów.

– Rozmawiali o tym z mężem, podeszłam i chciałam się włączyć, zaczęłam zdanie, że ja uważam..., a wtedy córka przerwała mi, kpiąc, że ja nawet rachunków nie potrafię zapłacić, więc co niby wiem! A więc tak mnie widzi moja córka? – w oczach Izy pojawiają się łzy. – A ty jak siebie widzisz? – zapytałam. – Zupełnie inaczej! – Czyli jak? – nie ustępuję. – Byłam świetną studentką! Miałam propozycję pracy na uczelni! Zrezygnowałam z innych pomysłów na życie, żeby zająć się domem i dziećmi. Uważałam, że powinnam tak zrobić, żeby dzieci były zadbane. Mąż też tego ode mnie oczekiwał! Latami robiłam wszystko, żeby byli ze mnie zadowoleni, byłam na każde skinienie. A w oczach mojej córki jestem nikim! – Żyłaś tak, jak uważałaś, że powinnaś żyć. – Tak! I byłam szczęśliwa, że oni są szczęśliwi dzięki mnie! Byłam pewna, że doceniają to, co robię. A teraz coraz mniej mnie potrzebują. W domu została tylko Julka, wnuki mieszkają daleko, już nie jestem nikomu potrzebna. – Już nie masz tylu powinności, możesz żyć, tak jak chcesz. – Czyli jak? – pyta Iza niepewnie. – Tak, żebyś ty była zadowolona, a nie inni.

Iza milczy przez dłuższą chwilę, w końcu zaczyna mówić: – Koleżanka zaprasza mnie do domu nad morzem, ale oczywiście odmówiłam, bo przecież mąż pracuje, a córka się uczy. Ale chyba mogą sobie sami poradzić przez kilka dni? Tak bardzo chciałabym zobaczyć morze. Myślisz, że to dobry pomysł? – A co cię obchodzi, co ja myślę? – Iza patrzy zdziwiona, a po chwili wybucha śmiechem. – Ważne jest to, co ja myślę, prawda... – Pytasz czy stwierdzasz? – Stwierdzam, bo wiem, że ważne jest to, co ja myślę, to przecież moje życie. Inni niech sobie myślą, co chcą. – A czy mąż się zgodzi na twój wyjazd? – zadaję jeszcze pytanie podchwytliwe, ale Iza nie daje się zwieść. – On mnie nie pyta, kiedy jedzie w delegację, tylko mówi. Ja też go oczywiście poinformuję – odpowiada ze śmiechem.

Miło, jeżeli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. W końcu to my ponosimy za nie odpowiedzialność.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Styl Życia

Martyna Wojciechowska: "Wspieram, nie oceniam"

Martyna Wojciechowska:
Martyna Wojciechowska: "Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam". (Fot. Marta Wojtal)
Czego teraz wszyscy najbardziej pragniemy? Natury, wolności i słońca. Oto więc Martyna Wojciechowska, wcielenie tych trzech jakości. Dziś ma w sobie więcej spokoju i akceptacji, ale ma też nową misję. Chce powiedzieć młodym ludziom, że są wystarczająco dobrzy, wystarczająco fajni i wystarczająco atrakcyjni. I to bardzo chce!

Kiedyś kojarzyłaś mi się z wojowniczką, dziś powiedziałabym, że z matką naturą.
Podoba mi się to porównanie. Bo chyba dobrze obrazuje moją przemianę. Oczywiście nadal potrafię skutecznie walczyć, ale metody tej walki, jeśli w ogóle do niej dochodzi, są już inne. Jest we mnie więcej akceptacji, spokoju, łagodności, ale też pokory i wątpliwości. A bycie blisko natury zawsze było dla mnie najważniejsze, i to na wielu poziomach. Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni.

Natura to zmiana, ale też żywioł. Daje życie, ale i je odbiera. Cierpliwie znosi to, jak ją traktujemy, ale potrafi też powiedzieć: dość.
Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę. Na przykład nie zamierzam już w imię czegokolwiek – tytułów, zaszczytów, pieniędzy czy jakichkolwiek innych korzyści – godzić się na kompromisy dotyczące przebywania w moim najbliższym otoczeniu ludzi, z którymi jest mi zwyczajnie nie po drodze. Dla mnie dziś relacje są ponad wszystko.

Martyna Wojciechowska: 'Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni".(Fot. Marta Wojtal)

Słusznie! Pewne rzeczy jesteśmy jednak w stanie dostrzec dopiero z perspektywy czasu.
Ostatnio wpadł mi w ręce wywiad, którego udzieliłam wiele lat temu. Niesamowite, jak różna jestem od tamtej siebie. Nie chodzi o to, że wtedy kłamałam, a teraz mówię prawdę, tylko po prostu zupełnie inaczej widziałam pewne rzeczy. Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam.
Kiedy tak jak ja dojrzewa się w mediach, bo właściwie całe moje dorosłe życie w nich spędziłam, ma się też możliwość zobaczenia siebie w naprawdę różnych odsłonach. To trochę jak taki oficjalny pamiętnik.

I coś w rodzaju osobistej kroniki zmian. Lubisz wracać do swoich dawnych zdjęć? Ja niedawno przejrzałam swój album z liceum i pomyślałam: „Jaka fajna i śliczna dziewczyna. Szkoda, że wtedy tego nie wiedziała. I że nikt jej nie powiedział”. Zamiast tego ciągle słyszała, że jest za chuda, za wysoka, ma za dużo tu i tam.
Być może osoby z twojego otoczenia robiły to, bo same słyszały w młodości podobne rzeczy, bo nie potrafiły wyjść z kanonu, w którym zostały wychowane. W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych.
Dlatego bardzo się pilnuję i przy mojej córce nie rzucam już od niechcenia takich pustych komentarzy: „Ale mi się przytyło”. Albo: „Cholera, mam grube uda”. Szczerze, to uważam, że mam, ale od kiedy zrozumiałam, że niewinny komentarz powtarzany wielokrotnie zapisuje się na naszej matrycy przekonań i matrycy przekonań naszych dzieci, zaczęłam uważać na to, co mówię o sobie i o innych. Świadomie chcę przerwać ten ciąg powielania zapisu. Oczywiście moja 13-letnia córka, jak każda nastolatka, jest także pod wpływem otoczenia, rówieśników, social mediów, więc nie tylko ode mnie zależy to, jak będzie się postrzegała. Ale staram się jak mogę wspierać ją w niezależności myślenia o sobie i o świecie. Każdy człowiek, szczególnie młody, ma mnóstwo wątpliwości i bez przerwy zastanawia się, czy jest wystarczająco dobry, wystarczająco fajny, wystarczająco atrakcyjny. Dlatego dobrze by było, gdybyśmy wreszcie przestali wypowiadać gorzkie opinie o innych ludziach. Że ta jest gruba, a ta chuda, tamta za niska, a jeszcze inna – za wysoka. To wszystko zostaje w nas na głębszym poziomie, daje przyzwolenie innym do ciągłego oceniania, przypinania łatek. Odetnijmy się wreszcie od tego.
I nie chodzi mi o to, by ludzie, którzy dzięki Internetowi zyskali możliwość zabierania głosu, mieli zostać go pozbawieni. Istnieje natomiast coś takiego jak odpowiedzialność za słowa, które wypowiadamy w przestrzeni publicznej. Dlatego ja #WspieramNieOceniam, mam zero tolerancji dla hejtu i namawiam do tego innych.

Martyna Wojciechowska: 'W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych". (Fot. Marta Wojtal)

Stąd zeszłoroczna kampania twojej Fundacji „Unaweza” i hasło I’m enough, czyli: „Jestem wystarczająca”.
To hasło trafiło na bardzo podatny grunt, bo okazało się, że większość z nas, dorosłych kobiet, czuje się niewystarczająco mądra, ładna, zabawna, ale też często czujemy się niewystarczająco dobrymi mamami, żonami czy kochankami. Pewnego dnia zrozumiałam, że to, co próbujemy zrobić, to potrząsnąć kobietami, które już czują się niewystarczające. A co, gdyby zwrócić się do osób znacznie młodszych? Do tych, których poglądy dopiero się kształtują – i zacząć działać, zanim te przekonania się ugruntują? Dlatego to, czym jako szefowa Fundacji „Unaweza” zamierzam się teraz zajmować, to nasze dzieci i młodzież. Zapraszam do współpracy wszystkie zainteresowane fundacje i organizacje, bo wierzę, że trzeba zacząć działać ponad podziałami.


Czy widziałaś, jakie są statystyki dotyczące samooceny polskich nastolatków, przygotowane przez sieć badawczą HBSC? Jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie, z najwyższym wskaźnikiem negatywnego postrzegania własnego ciała! I to mnie przeraża. A dotyczy „tylko” wyglądu. Celowo mówię to w cudzysłowie, bo przecież wygląd to coś, na czym wyjątkowo skupia się uwaga nastolatków, choć z badań wynika, że „za grube” czują się już dziewięciolatki. I wiemy też, że dziewczynki są znacznie bardziej narażone na depresję z tego powodu niż chłopcy. Nasze dzieci czują się nietrakcyjne, zagubione i niezrozumiane, nie dają rady dźwigać presji. Wzrósł odsetek samobójstw wśród najmłodszych i jest to obecnie najczęstsza przyczyna śmierci dzieci w wieku 15–19 lat w krajach bogatych, w Polsce przyczyną co piątego pogrzebu dziecka jest samobójstwo. Nie można nie reagować, a tymczasem coś tak podstawowego jak telefon zaufania dla dzieci i młodzieży nie ma wsparcia państwa i stosownego dofinansowania!

Martyna Wojciechowska: 'Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę". (Fot. Marta Wojtal)

Może takie statystyki powinny się pojawiać na pasku informacyjnym obok tych covidowych?
U ilu nastolatków dziś stwierdzono depresję, u ilu bulimię, u ilu anoreksję... Ilu się okaleczyło, ilu targnęło się na życie... Im dłużej i im głębiej grzebię w tym temacie, tym mocniej czuję, że to powinna być teraz nasza najważniejsza misja. Od tego przecież zależy, jakie będą nasze przyszłe pokolenia, jaki będzie świat. Dlatego podczas tej sesji występuję też w koszulce z napisem Beautiful enough, czyli: „Wystarczająco piękna”. To początek kolejnej kampanii Fundacji „Unaweza”, której celem jest praca nad samooceną naszych dzieciaków. Wybrałam prowokacyjnie kolor różowy, który w tym przypadku ma być kolorem siły, a projekt pomogła mi stworzyć moja córka Marysia. „Jestem wystarczająco piękna!” – powtarzajmy to sobie każdego dnia i dawajmy sobie wzajemnie wsparcie. Bez oceniania.


To, co robisz, jest bardzo ważne, ale też bardzo trudne, bo trzeba najpierw mocno uderzyć się w pierś. I zastanowić się, co ja robię i mówię. Czy idąc ulicą, nie powiedziałam lub nie pomyślałam o innej kobiecie: „Jak ona się ubrała”? Ja tak. I to nie raz.
Przyznaję, że i ja pomyślałam kiedyś o innej kobiecie: „Gdybym miała takie nogi, w życiu nie założyłabym krótkiej spódnicy”. Dziś myślę inaczej. O sobie także. Moje ciało, choć nie jest idealne, jest najwspanialsze, bo pozwoliło mi zrobić rzeczy niezwykłe, a moje nogi zaniosły mnie na szczyty wszystkich najwyższych gór na siedmiu kontynentach i na wiele niezwykłych krańców świata. A poza tym wygląd to prywatna sprawa każdego z nas i nikomu nic do tego.

Niektórzy mówią, że czyjś strój obraża ich poczucie estetyki.
Na świecie jest blisko 8 miliardów ludzi. Wyobraźmy sobie, że każdy chciałby, by dbano o jego poczucie estetyki. No, nie jest to możliwe. Poza tym piękno jako wartość uniwersalna nie istnieje. Ja mam to szczęście, że spotykam się z kobietami z najbardziej egzotycznych zakątków naszego globu i za każdym razem mam szansę sobie o tym przypomnieć. Na przykład pobyt w Kolumbii podziałał na mnie bardzo odchudzająco, choć zaznaczam, że moja waga się nie zmieniła. Po prostu stanęłam pomiędzy tymi fantastycznymi, pięknymi Kolumbijkami i wyglądałam przy nich jak drobinka – a żadna z nich nigdy nie powiedziałaby o sobie, że ma za duży tyłek, bo są dumne ze swoich rozmiarów. Natomiast w naszym europejskim kanonie urody uchodzę za kobietę solidnych gabarytów. Dlatego powtarzam, że czasem wystarczy zmienić miejsce na Ziemi – dziś nie jest to już żaden problem ani wyzwanie – żeby nagle to, co jest kompleksem czy powodem do wstydu, urosło do rangi atrybutu atrakcyjności. Co znaczy, że wszystko, a piękno w szczególności, jest względne.

W twoim cyklu „Kobieta na krańcu świata” było wiele poruszających odcinków, ale ja zapamiętałam szczególnie jeden, który dla mnie – ale i dla ciebie z tego, co pamiętam – był nie lada wyzwaniem. Chodzi o Larisę Renar prowadzącą w Sankt Petersburgu szkołę dla kobiet, które chcą zostać żonami milionerów.
To było dla mnie jak lądowanie na innej planecie! A jednocześnie bardzo polubiłam Larisę. Miała tak skrajnie inne niż ja podejście do podstawowych spraw życiowych, że niemal wszystko we mnie chciało się z nią kłócić. A jednocześnie świetnie spędzało się nam ten wspólny czas. Oczywiście jej techniki „szkoleniowe” mogą wzbudzać wiele kontrowersji. Począwszy od tego, jak prosić mężczyznę o prezenty: gdzie i jak wtedy siedzieć, w które oko wybranka patrzeć. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie technika „przyciągania bogactwa”. Pamiętam, że wszystkie studentki miały przynieść ze sobą dolary, euro lub ruble i na koniec spotkania trzeba było rzucać te pieniądze do góry i się nimi nacierać. Pomyślałam wtedy: „To się nie dzieje, to jest niemożliwe”. Po czym usiadłam z nimi w kręgu i one zaczęły obsypywać mnie tymi banknotami, a ja dostałam ataku histerycznego śmiechu. Mimo że jechałam do Petersburga z pewną opinią na temat Larisy, to jednak na miejscu otworzyłam głowę, zakładając, że mój punkt widzenia nie jest przecież jedynym słusznym i niech każdy żyje jak chce.

Pamiętam wątek o jej książce…
Tak, Larisa napisała książkę o tym, jak z męża zrobić milionera, która w Rosji stała się bestsellerem. Spytałam ją wprost: „A czy nie byłoby prościej, żebym to ja została milionerką?”. Na co ona zaczęła mi tłumaczyć, że trzeba pozwolić się obdarować, bo kobieta obdarowywana prezentami kwitnie. „A czego ty pragniesz, Martyno?” – zapytała. „Co chciałabyś dostać?”. Powiedziałam, że przydałby mi się nowy kask motocyklowy, a ona gwałtownie zaprotestowała: „Nie, nie! To musi być coś, co napełnia twoją kobiecość, poczucie estetyki, zmysły. To może być biżuteria, pachnąca świeca, coś z zupełnie innego wymiaru niż praktyczny”. Ja z kolei lubię moje praktyczne i raczej minimalistyczne podejście do tematu zakupów, nie mówiąc o tym, że czuję się dumna i niezależna, kiedy sama kupuję sobie prezenty. Larisa – odwrotnie.
Ale za to od jakiegoś czasu lubię dostawać kwiaty. Pamiętam, że kiedy poznałam Przemka, przyszedł i spytał, czy takiej zdeklarowanej feministce jak ja można w ogóle kupić kwiaty. Odpowiedziałam: „Kwiaty? Moje koty je zjadają, a potem wymiotują. To niezbyt dobry pomysł”. Sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam, dziś byłabym chyba bardziej dyplomatyczna. Ale on któregoś dnia przyszedł z bukietem i powiedział: „Zaryzykuję”. Od tamtego czasu dostaję kwiaty regularnie.

Martyna Wojciechowska: 'Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją". (Fot. Marta Wojtal)

A Larisa uśmiecha się do ciebie z Petersburga... W jednym się z nią zgadzam. Za rzadko pozwalamy się obdarować. Cudownie móc i chcieć sobie coś kupić, ale fajnie też coś dostać, nie tylko od mężczyzn.
Ja regularnie doświadczam wspaniałej energii siostrzeństwa. Doszło do tego, że wilczyce, jak mówię o mojej paczce przyjaciółek, nawet mnie nie pytają, czy mi w czymś pomóc. Wiedzą, że odpowiem jak klasyczna Zosia Samosia, że sobie poradzę, co zresztą jest zgodne z prawdą. Więc nie pytają, tylko robią. Kiedy miałam trudny moment w życiu, napisałam na naszej grupie, że jest mi źle, ale nie chcę o tym rozmawiać i w ogóle ogarniam rzeczywistość, więc żeby się nie martwiły. I wiesz co, były u mnie kilka minut później. Rozmawiać faktycznie nie chciałam, ale ze mną pobyły, coś ugotowały. Każdemu życzę takiej watahy, ale przyznaję, że wymaga to też otwarcia się na ludzi. I tu znów uderzmy się w pierś – jak często wykręcamy się od budowania bliskich relacji? Jak wiele stawiamy murów i ograniczeń: „zarobiona jestem”, „oddzwonię”, „może za tydzień”. Uczę się więc mówić, że chętnie przyjmę pomoc, a nawet proszę o nią częściej niż kiedyś. To działa.

Inna sprawa to uprzedzenia i ocenianie innych ludzi jedynie na podstawie wrażenia. Ile razy tak miałam, że myślałam o kimś: „nie lubię jej”, mimo że wcale jej nie znałam.
Wiele lat temu jechałam do Meksyku realizować odcinek o kobiecie wampirzycy – sama nadała sobie taki pseudonim. Maria Jose Cristerna, bo o niej mowa, jest najbardziej zmodyfikowaną kobietą na świecie. Cała jej skóra jest pokryta tatuażami, kolczykami, do tego ma zęby jak wampir i liczne implanty w ciele. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrywanie jej wrażliwości oraz historii, która sprawiła, że jej ciało stało się jedyną sferą, nad którą mogła mieć kontrolę i władzę. Doświadczyła przemocy domowej i bardzo długiego zaniedbywania. Jedyne, co było naprawdę jej, to było właśnie jej ciało. I dlatego tak je zmodyfikowała. A ja skarciłam się za to, że wcześniej, patrząc na jej zdjęcia, widziałam w niej dziwaczkę; nie przypuszczałam nawet, że jest absolwentką prawa i udziela bezpłatnie porad kobietom, które są w kryzysie przemocy domowej; albo że jest przykładną mamą trójki dzieci. Scena, w której smaży im naleśniki, a one odrabiają pracę domową, wbiła mi się w pamięć.

Z drugiej strony to, że kategoryzujemy ludzi na podstawie ich wyglądu, to normalne działanie naszego mózgu. Nie ma co się o to obwiniać, ale trzeba wyjść poza ten pierwszy odruch, ten mechanizm. Nie chciałabym, byśmy teraz biły się w pierś cały czas.
Słowem kluczem jest „zmiana”. Otwartość na to, że można zrobić coś inaczej. I pozwolenie sobie na to. Zmiana jest niepokojąca, bo wynosi nas poza strefę komfortu, dlatego na samym początku może nas uwierać. Ale warto w niej wytrwać.

Życie to ciągła zmiana. Dziś czujemy to bardziej niż kiedykolwiek. Mam wrażenie, że tym trudniej reagujemy na zmiany przychodzące z zewnątrz, im bardziej w środku jesteśmy niepoukładani.
Ja w ogóle powinnam mieć na imię Zmiana. Zresztą swoje prawdziwe imię też zmieniłam, zmieniając tym samym trochę swój los i swoją historię. Marta – piastunka ogniska domowego, słowo z języka aramejskiego – a Martyna – wywodząca się od Marsa, boga wojny – to są dwie różne kobiety. To imię wybrało mnie samo, bo odkąd pamiętam, wszyscy tak do mnie mówili, ale dopiero niedawno zmieniłam je też oficjalnie.
W moim życiu było wiele zmian, czasem to były zakręty, a czasem dramatyczne zwroty akcji. Przeprowadziłam zmiany o charakterze ewolucyjnym, krok po kroku, ale też wykonałam wiele wolt. Jedną z takich rewolucji było i jest dla mnie doświadczenie macierzyństwa i myślę, że wiele z nas zna to uczucie.
Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu. A tobie jakie pierwsze słowo kojarzy ci się, kiedy słyszysz „zmiana”?

Nowość. Lubię nowości.
Czyli czujesz raczej ekscytację, ciekawość.

Tak. A ty?
Ja też. Choć czasem czuję też lęk, niepokój, i to też naturalna reakcja. Ale wierzę też, że wszystko w naszym życiu jest jednak kwestią decyzji. Odwaga przeprowadzenia zmian to też decyzja. Dziś czuję się dużo bardziej poukładana, ale nie traktuję siebie jako osoby dokończonej. Wiem, że jeszcze wiele zmian przede mną. Kiedyś bardzo lubiłam planować i nadal lubię, ale teraz ma to bardziej postać wyznaczenia kierunku niż robienia listy rzeczy do zrobienia. Życie tyle razy mnie zaskoczyło, często też pozytywnie, że nauczyłam się większej elastyczności i otwartości na nowe.

Niedawno na Instagramie napisałaś, jak na przestrzeni lat zmieniało się też twoje podejście do kobiecości. Najpierw chciałaś zawojować męski świat, potem, jak dziś to widzisz, przesadnie podkreślałaś kobiecość. A teraz z czym ci się kojarzy to słowo?
Pierwsze skojarzenie to „wrażliwość”, ale po chwili zastanowienia nie chciałabym, żeby wrażliwość była przypisana tylko kobietom, bo to po prostu bardzo piękna ludzka cecha. Kobiecość i męskość zyskują dziś nowe znaczenia, przestaje być aktualny podział na typowo kobiece i typowo męskie cechy, zawody czy zachowania. Myślę, że warto być po prostu sobą. Nie mnie wartościować, co jest bardziej kobiece, a co mniej. Ale faktem jest, że kobiety liderki w dzisiejszych trudnych i niestabilnych czasach radzą sobie lepiej, bo są bardziej empatyczne, chętniej szukają porozumienia ponad podziałami, mają mniejsze ego.

Co byś chciała, by młode dziewczyny, w wieku twojej córki, myślały o sobie, o kobiecości, o świecie?
Że mogą wszystko, a niemożliwe nie istnieje – w tym sensie, żeby nie czuły sztucznych ograniczeń wynikających z płci, roli społecznej, miejsca, w którym się urodziły, a przede wszystkim z cudzych oczekiwań. To jest to, co chciałabym dziś powiedzieć wszystkim młodym ludziom, choć mam też świadomość tego, że jestem dla nich lamusem.

Słucham?!
Czyli takim oldskulem, dinozaurem. Dowiedziałam się tego od mojego dziecka [śmiech].

Z tym lamusem to jednak mogłabyś się zdziwić. W końcu masz Barbie, która wygląda jak ty i jest sheroską.
I jestem tym zachwycona! Niedawno opublikowałam u siebie na Instagramie informację o tym, że powstała kolejna Barbie – tym razem z protezą nogi. Inspiracją do jej powstania jest cudowna kobieta – brazylijska modelka Paola Antonini France Costa, która w wyniku wypadku straciła nogę. Dopiero co do grona Barbie Sheros dołączyła Anita Włodarczyk i strasznie się cieszę, że jest Barbie, która rzuca młotem. Moja Barbie ma tatuaże i mały plecaczek, który jest idealną kopią mojego, a do tego ciężkie buty. Ma 46 lat, a zaraz 47, i z pewnością wygląda i żyje niestandardowo.

Martyna Wojciechowska: 'Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu".(Fot. Marta Wojtal)

A tak w ogóle to chciałam ci podziękować za twojego Instagrama. To serwis dobrych informacji, zachwytów nad przyrodą i ludźmi.
Przyznaję, że jest to dla mnie bardzo ważna przestrzeń i że czuję się, jakbym codziennie wydawała serwis informacyjny. Podchodzę do tego bardzo poważnie, zresztą grono, które obserwuje moje profile na social mediach, to ponad 2 miliony ludzi na Instagramie, drugie tyle na Facebooku, a to zobowiązuje. Mając świadomość każdego słowa, staram się pisać o inspirujących ludziach, ale też dużo uwagi poświęcam naturze i ochronie środowiska, bo przecież planeta Ziemia to jedyny dom, jaki mamy. Sporo piszę też o fascynujących miejscach, choć wiem, że dziś nasze podróże są raczej wirtualne niż realne. A najbardziej cieszy mnie to, że w przestrzeni moich social mediów nie ma hejtu. Jest za to konstruktywna wymiana myśli.

Kiedy ukaże się ten numer (chodzi o wydanie papierowe naszego pisma, przyp. redakcja), rozpoczniesz kolejną przygodę…
Tak! I to dla mnie zupełna nowość, a pomysł wziął się z tego, że moje dziecko mi powiedziało: „Mamo, jeśli chcesz być naprawdę cool, to powinnaś mieć kanał na YouTubie i podcasty na Spotify”. Kocham moją pracę w telewizji i nie zamierzam z niej rezygnować – wyjeżdżam zresztą zaraz na plan kolejnego sezonu programu „Kobieta na krańcu świata” – ale postanowiłam też zaimponować mojemu dziecku, więc zaczynam szerszą działalność internetową. Mój kanał na YouTubie i jednocześnie podcast noszą tytuł „Dalej”. Opowiadam w nim o ludziach, którym się chce. O tych, którzy chcą więcej, nie w sensie gromadzenia, tylko doświadczania.

I co Marysia na to?
Wyraziła aprobatę, przychodzi ustawiać scenografię do nagrań, konsultuje moje pomysły, a ja bardzo liczę się z opinią Mani, która jest dla mnie głosem nowego pokolenia. Zapraszam ludzi raczej nie z pierwszych stron gazet, takich, którzy robią rzeczy niesamowite, ale rzadko przebijają się z nimi do mainstreamu. Pierwszym gościem „Dalej” będzie jednak kobieta ikona, która od zawsze była dla mnie inspiracją do odkrywania świata – Elżbieta Dzikowska. Podziwiałam ją już jako mała dziewczynka i bardzo chciałam być taka jak ona. Wciąż mnie zawstydza swoją witalnością i ma oczy dziecka – jest w nich nieustająca ciekawość. Jej się zawsze chce.

A tobie?
Totalnie i nieustająco mi się chce!

Nawet teraz, kiedy nikomu się nie chce?
No różnie bywa, bo przecież jestem człowiekiem, a nie cyborgiem, ale generalnie chce mi się. W tej cholernej pandemii to nawet bardziej mi się chce, jakby na przekór. I chciałabym tą swoją energią podzielić się z innymi, bo mi wystarczy też dla tych, którym chwilowo się nie chce. Pomaga mi to, że jestem otoczona pozytywnymi ludźmi, którzy mają zapał i energię, a to jest zaraźliwe. Co chwila wymieniamy się z dziewczynami z redakcji i z fundacji pomysłami, inspirujemy się, wzajemnie motywujemy, kiedy którejś opadają skrzydła.
No i postanowiłam sobie, że przebiegnę maraton. Robiłam wiele rzeczy, ale tego jeszcze nie. Bo skoro kluby sportowe zamknięte, a parki i lasy otwarte, to biegać akurat można, więc biegam coraz więcej. I latam.

Co to znaczy?
W moim życiu stale przewija się motyw skrzydeł, są obecne wszędzie, w Fundacji „Unaweza”, w mojej kolekcji biżuterii dla W.Kruk. Po prostu zawsze chciałam latać, doświadczyć pędu powietrza. Próbowałam siadać za sterami awionetki, śmigłowca, podobało mi się, ale jakoś nie kliknęło. Okazało się, że dla mnie kwintesencją latania są skoki spadochronowe. Kiedy to zrozumiałam, zapisałam się na kurs, zostałam samodzielnym skoczkiem spadochronowym i zaczęłam skakać. Dopiero doświadczenie swobodnego lotu w powietrzu okazało się spełnieniem moich marzeń. Po pierwszym samodzielnym skoku napisałam: „Zrobiłam to!”, do Heather Swan, bohaterki jednego z odcinków „Kobiety na krańcu świata”, bo to ona wiele lat temu podsunęła mi ten pomysł. Sama jest zresztą rekordzistką świata w kilku dyscyplinach skoków spadochronowych. Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją.
Jest taka gra, w którą gram ze znajomymi w podróży – „O kim teraz myślę?”. Mają to być bardzo znane osoby. Inni zadają pytania, ty odpowiadasz: tak lub nie. Kiedyś ty byłaś jej bohaterką i było to najtrudniejsze zadanie, bo nie mieściłaś się w żadnej kategorii.
Rzeczywiście, może trudno mnie zaszufladkować, można powiedzieć, że jestem „wielozadaniowa”. Ostatnio Elżbieta Dzikowska mi tłumaczyła, że podróżnik wyjeżdża, żeby coś odkryć, turysta – żeby wypocząć, więc chyba jestem podróżniczką. Jestem też dziennikarką z wyboru, bo nie z wykształcenia. No i jestem mamą. W sumie to też mam problem ze skategoryzowaniem siebie. Najchętniej zostałabym więc po prostu sobą, Martyną. 

Martyna Wojciechowska, podróżniczka, dziennikarka, autorka kilkunastu książek, zdobywczyni między innymi Korony Ziemi. Od 2009 roku realizuje na antenie TVN program „Kobieta na krańcu świata”. Od 2019 roku stoi na czele Fundacji „Unaweza”, która daje kobietom skrzydła poprzez wyrównywanie szans ekonomicznych, społecznych i prawnych. Prywatnie mama Kabuli i Marysi. Żona dziennikarza i podróżnika Przemysława Kossakowskiego

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Cicha 23 Event Place w Markach, www.cicha23.pl

zdjęcia: Marta Wojtal, makijaż: Eryka Sokólska, fryzury: Ewa Pieczarka, stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, produkcja: Dominika Zasłona-Dukielska. Martyna ma na sobie koszulę dżinsową i dżinsy LEVI'S, botki MAKO, kardigan beżowy MAX MARA/MODIVO.PL, sukienkę jako koszulę POLO RALPH LAUREN/MOLIERA2.COM, top BYNAMESAKKE, dżinsy LEVI'S, buty TAMARIS, sweter beżowy H&M, biustonosz TRIUMPH, spodnie beżowe RESERVED, kardigan na zdjęciu czarno-białym VICHER, top TOMMY HILFIGER/MODIVO.PL, dżinsy LEVI'S, botki MAKO, sweter H&M, koszulę RESERVED, biżuterię W.KRUK.

  1. Psychologia

Macierzyństwo pod presją

Macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.(Ilustracja Aneta Klejnowska)
Macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.(Ilustracja Aneta Klejnowska)
Mają wszystko to, czego nie miały ich matki: roczne płatne urlopy macierzyńskie, 500 plus, zaangażowanych partnerów. Mogą przebierać w teoriach i nowinkach technicznych. Ale matki czują się dzisiaj przytłoczone. Możliwościami wyboru, wymaganiami społeczeństwa i rodziny, ocenami innych mam. Są zmęczone, niepewne. Ale bardzo dzielne.  

Beszta się dzisiaj kobiety, że nie chcą rodzić. A może by je tak zapytać, jak im się żyje, wychowuje, łączy macierzyństwo z pracą? Z odpowiedzi na te pytania mógłby powstać portret współczesnej matki. W pewnym sensie już powstał, stworzyła go na podstawie badań socjolożka Dorota Peretiatkowicz. – To nie jest tak, że mamy jeden typ matki, bo kobiety są różne – mówi. – Starają się dopasować do zmian, a macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.

Matka nie jest jedna

Socjolożka wyodrębniła kilka typów kobiet. Pierwszy to takie, które uwielbiają, jak to się powszechnie mówi, siedzieć w domu i uważają, że zajmowanie się rodziną i dziećmi to ich najważniejsza rola społeczna, a dom – twierdza, której trzeba bronić. – Widzę tu powrót do tradycji – mówi socjolożka. – Spora grupa kobiet, około 40 proc., odstawia pracę na boczny tor albo podejmuje się takiej, która nie przeszkadza być matką i żoną na pełny etat. Te mamy są skoncentrowane na dzieciach i domu, co czyni ich życie uporządkowanym, bo wiadomo, co jest ważne, a co mniej.

Drugi typ to „ogarniaczki”. One każdą czynność traktują jako zadanie do wykonania. A zadań jest mnóstwo: nakarmić dziecko, przewinąć, wyjść z nim na spacer, zapisać na szczepienia. Ale także ogarnąć domowe sprawy, zadbać o zdrowe żywienie, ekologię… – Ogarniaczki czują się spełnione nawet w pandemii, kiedy do stałych spraw do załatwienia doszło wiele nowych, i one są w stanie im sprostać – komentuje ekspertka.

Kolejny typ kobiet wprost przeciwnie – nie ogarnia, nie radzi sobie, męczy się. Ich codzienne życie to ciągłe zmaganie. Z obowiązkami, których za dużo, rodziną, która nie rozumie, z innymi kobietami, które krytykują, wyszydzają. Są jak chodzące nieszczęście, łatwo je zranić. – Każdą z nas łatwo zranić, co warto podkreślić – zauważa socjolożka. – Bez większego trudu udaje się ludziom wzbudzić w nas poczucie winy nawet głupim pytaniem: „O, twój synek ma już cztery miesiące, ale czy je marchewkę?”. I pozamiatane. Bo każda odpowiedź jest niedobra: może je, i to za wcześnie, a może nie je, i to za późno. Mamę „chodzące nieszczęście” takie pytania dobijają.

Krańcowo innym typem kobiet są mamy, które uważają się za najważniejsze. Ja je bardzo podziwiam, bo one same do tego doszły. Nie walczą ze światem, wybrały inną strategię – uważają, że najlepiej dostosować się do otoczenia. To elastyczność najwyższej próby. Bo one wykorzystują fakt, że są kobietami, do tego, żeby dobrze im się żyło. Tak jak mężczyźni traktują swoją siłę fizyczną jak oręż, tak one jak oręż traktują swoją kobiecość. Przymioty kobiece mają zapewnić im szczęście, a one dla swojego szczęścia potrafią zrobić bardzo dużo. I, muszę przyznać, świetnie im to wychodzi.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. Okupują to ciężką drogą, trudnymi doświadczeniami, cierpieniami, walką ze stereotypami, tradycją, pracodawcami. Boksują się ze swoimi matkami, bo nie chcą, tak jak one, płakać po kątach z powodu mężów. Wolą zostać same, wychowywać samodzielnie. – Walka buduje siłę dziarskich dziewczyn – mówi socjolożka. – One potrafią odrodzić się jak Feniks z popiołów, ale są wkurzone, że inne kobiety nie chcą, tak jak one, walczyć o siebie.

Umęczone

Młode matki są różne, ale mają wiele wspólnego. Choćby to, że mimo dostępu do nowinek technicznych i ułatwień wszystkie są mocno umęczone.
Justyna Brzozowska po raz trzeci przerabia bycie mamą. Przy pierwszej Anieli (lat 9) nie było łatwo, ale dopiero jak urodził się Dominik (lat 6), zobaczyła, co to znaczy dziecko. Bo Aniela spała spokojnie, budziła się co trzy godziny na karmienie, można było coś zrobić, odetchnąć. Natomiast Dominik co godzinę domagał się jeść, płakał, nie dał się odkleić od mamy. Przy Teodorze (4 miesiące) nic więc nie jest w stanie jej zaskoczyć. – To, jak funkcjonujemy, w dużej mierze definiuje dziecko, jakie nam się trafi, po prostu – uważa. – Tak jak to wiecznie płaczące, które nie chce jeść i źle śpi, nie jest naszą winą, tak i naszą zasługą nie jest to, które przesypia noce i pięknie je. Jedno mamy jak w banku – totalne zmęczenie przez pierwsze trzy miesiące. Trzeba zapomnieć o swoich potrzebach innych niż te najbardziej podstawowe. Przy pierwszym dziecku dochodzi do tego stres, bo wszystko bierzemy do siebie. Dlatego polecam więcej dzieci, wtedy nabiera się dystansu – śmieje się.

Barbara Nurowska, mama półrocznej Marysi i czteroletniego Józefa, pamięta, jak reagowała wcześniej, gdy koleżanka, świeżo upieczona mama, mówiła, że przez cały dzień nie ma czasu na kawę. Myślała: „przesadza”. A teraz sama pierwszy posiłek je o 17, po powrocie męża z pracy.

Joanna Juhaniewicz-Dębińska, mama półrocznego Piotrusia, też wie, co to nieprzespane noce. Ale nie to jest dla niej najtrudniejsze. – Najtrudniejszy jest brak czasu dla siebie, choćby w minimalnym wymiarze. By móc usiąść na pięć minut i pomyśleć o czymkolwiek, co nie jest związane z dzieckiem. Słuchałam ostatnio w Internecie o skądinąd bliskiej mi idei, czyli o wychowaniu w bliskości. I tam padło stwierdzenie, że małe dziecko powinno być w epicentrum życia rodziny. Wiadomo, że dziecko jest całym światem, ale ja też mam prawo do chwili wytchnienia, niewiedzy, dlaczego ono płacze, mimo że jest utulone, nakarmione.
Joanna może liczyć na pełną współpracę z mężem, informatykiem. Akurat im pandemia bardzo pomogła. Mąż pracuje zdalnie, bez problemu znajduje więc te pięć minut potrzebne żonie na oddech. A po południu chętnie zostaje w domu, gdy ona idzie do kosmetyczki. Joanna podkreśla, że wychodzi z domu bez poczucia winy, bez konieczności wydzwaniania, czy mąż sobie radzi. Bo współcześni ojcowie radzą sobie świetnie.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. (Ilustracja Aneta Klejnowska)Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. (Ilustracja Aneta Klejnowska)

Bez wsparcia innych kobiet

To, co doskwiera dzisiaj młodej mamie, to brak znaczącej pomocy ze strony swoich mam. Kiedyś po wyjściu ze szpitala wracała do domu pełnego kobiet: babć, cioć, sióstr. Teraz czeka na nią mąż, ewentualnie kot lub pies. Dziadkowie są aktywni zawodowo, jak rodzice Barbary, albo mieszkają w innych miastach, jak rodzice Justyny, choć akurat ona może od czasu do czasu podrzucić dzieci dziadkom bądź poprosić: „przyjedźcie”. Justyna dostaje od mamy to, co uważa za najcenniejsze: spokój, zapewnienie, że problemy z dziećmi są czymś normalnym. Wielu młodym mamom właśnie tego brakuje.

Joanna: – Dzisiejsze macierzyństwo, nieco uogólniając oczywiście, jest dużo bardziej samotne, niż było kiedyś. Moja mama kolegowała się z innymi mamami w klatce, mogła liczyć na ich pomoc w zaopiekowaniu się mną, ona to potem odwzajemniała. Teraz mówimy sobie z sąsiadami „dzień dobry”, ale się nie odwiedzamy.
Młoda kobieta ma dzisiaj zapewnioną ze strony innych kobiet raczej krytykę i rywalizację niż wsparcie. Fora internetowe skupiające matki są rozgrzane do czerwoności.
Joanna: – Jestem bierną ich uczestniczką, nigdy nie napisałam postu, ale chętnie czytam. I moja refleksja jest taka, że nie ma większego wroga dla matki niż druga matka. Nie nosisz w chuście – to znaczy, że nie kochasz swojego dziecka. Pytasz o mleko modyfikowane dla czteromiesięcznego szkraba – jesteś złą matką, bo nie karmisz piersią. Usypiasz na rękach – źle, bo powinno zasypiać samo. Nie nosisz? Też niedobrze, bo trzeba być jak najbliżej dziecka. Przefiltrowanie tych rad, znalezienie złotego środka jest bardzo trudne. Większość uczestniczek forów to nie ekspertki, tylko matki, które dzielą się swoimi doświadczeniami. I to jest OK, bo sprawdzają się różne scenariusze. Przeszkadza mi jednak podejście, że moje jest dobre, a twoje – nie. Ocenianie, poczucie wyższości – to może wpędzić w poczucie winy. Smutne, bo robi jej to inna mama.

Dorota Peretiatkowicz: – Zrobiliśmy kiedyś taki eksperyment: wrzuciliśmy na fora dla matek stwierdzenia typu: „Moje półroczne dziecko źle śpi”. Nie upłynęło pięć minut i pojawiły się skrajnie różne odpowiedzi. A zaraz potem rozpętała się burza, co jest najlepsze. Mama szukająca pomocy na forach ma często jeszcze większy mętlik w głowie, niż miała.

W pułapce

Joanna jest chemikiem, pracuje naukowo i takie podejście ma też do macierzyństwa. Wszystkie informacje sprawdza w wiarygodnych źródłach, konsultuje się z ekspertami. Ale nawet ona czasem jest skołowana. Taki przykład: fizjoterapeuta, do którego chodzi z synkiem z powodu drobnej asymetrii, zauważył spocone stópki i doradził: zwiększyć dawkę witaminy D. Joanna skonsultowała to u pediatry i usłyszała: broń Boże, nie zwiększać! Dwa autorytety i każdy mówi co innego. Zaufała pediatrze. Ale wiele matek, idąc za różnymi radami, miota się dzisiaj od ściany do ściany.

Justyna: – W Internecie roi się od różnych opcji wychowania, koncepcji, ocen. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich. Przy Anieli sprawdzałam każdą rzecz w książkach. Lubiłam obgadywać z innymi mamami w parku kupki, jedzenie, spanie. Przy drugim dziecku już tego nie potrzebowałam, a przy trzecim lubię spotykać się z osobami, które dzieci nie mają, i rozmawiać o czym innym. Teraz polegam na tym, czego potrzebuje dziecko. I dostosowuję się do niego. Odpuszczam sobie podejście, że jak na przykład nie będę odkładała dziecka do łóżeczka, to nie nauczy się samo zasypiać. Dominik, którego nie odkładałam, śpi bez problemu w swoim pokoju, a Anielę tak – i do tej pory budzi się w nocy. Nie ma reguły.
Justynę najbardziej denerwują rady obcych kobiet z pokolenia jej mamy. Stała kiedyś z Teodorem na ręku, czekając przed szkołą na dzieci. Podeszła do niej starsza pani i mówi: „Co pani robi?! Przewieje go pani”. Ludzie dają sobie prawo do uwag typu: „Rozpuszcza pani dziecko. Za moich czasów to dziecko samo się bawiło. Ono zaraz sobie coś zrobi”.

Kiedyś dzieci budziły życzliwość, a matka mogła liczyć na ludzkie odruchy w trudnych sytuacjach. Teraz i ono, i ona spotykają się z niechęcią.
Barbara: – Ostatnio podjeżdżam do kasy z wózkiem wyładowanym po brzegi, bo robię zakupy tylko raz w tygodniu, jedno dziecko mam w nosidełku, drugie trzymam za rękę. I słyszę: „Dostaje 500 plus razy dwa, to kupuje”. Nogi się pode mną ugięły.

Młode mamy przyznają, że mają wszystkiego do wyboru do koloru. Z dostawą do domu, bezpłatnym zwrotem. Ale, paradoksalnie, wielość wyboru wcale nie ułatwia im życia. To często pułapka.
Joanna: – Najpierw robię research, on dotyczy wszystkiego, nawet kupna grzechotki. I nagle się okazuje, że jest sto różnych grzechotek, a ja spędzam nad wyborem tej odpowiedniej trzy wieczory. Mogłabym kupić pierwszą lepszą z brzegu, ale nie miałabym poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Bo staram się kupować zabawki wspomagające rozwój, spełniające standardy bezpieczeństwa. Szukałam ostatnio w Internecie mleka modyfikowanego, porównywałam składy, co zajęło mi kolejne kilka wieczorów.

Na dwa etaty

Dzisiejsze młode matki, nawet te wybierające zajmowanie się dziećmi, nie chcą wisieć na ramieniu męża, chcą być niezależne.
Justyna, absolwentka turystyki, przed urodzeniem dzieci pracowała na etacie, potem prowadziła działalność gospodarczą. – Nie jestem typem karierowiczki, ale nie wyobrażam sobie życia bez odskoczni w formie pracy. Fajnie mieć swoje pieniądze, robić coś dla siebie, dla higieny psychicznej. Teraz, gdy jedno dziecko mam przy piersi, a dwójka jest w szkole, to nie ten etap, żeby się rozwijać. Ale do pracy zamierzam wrócić.
Joanna myślała – przyznaje, stereotypowo – że jak urodzi swojego wyczekanego synka, to on wypełni wszystkie jej potrzeby. – I ku mojemu zaskoczeniu tak się nie stało. Oczywiście delektuję się tym, że jestem z dzieckiem, bez namysłu wzięłam roczny urlop macierzyński i nie żałuję. Ale po pięciu miesiącach spędzonych w domu wiem, że po roku na pewno wrócę do pracy. O ile zastanawiałam się wcześniej, co zrobić, o tyle teraz nie mam wątpliwości. Mąż też ich nie ma. Powiedział mi niedawno: „Widzę, że jak zostaniesz w domu, to będziesz nieszczęśliwa”. Ma rację. Zamknięcie z dzieckiem nie jest scenariuszem dla mnie.

Joanna uważa, że dużo musi się zmienić w społecznej mentalności, także w języku. Już samo nazywanie okresu bycia z dzieckiem urlopem, który kojarzy się z relaksem, odpoczynkiem, jest niefortunne. Bo to nie jest tak, że mama z dzieckiem na ręku ogląda seriale na Netflixie. – Może są takie mamy, i super. Mnie udało się z mężem obejrzeć dwa seriale po sześć odcinków i uważam to za rewelacyjny wynik. Chciałabym doczekać czasów, kiedy nie będzie funkcjonowało przekonanie, że jak kobieta jest z dziećmi, to nic nie robi. I żeby matki mogły liczyć na pomoc państwa, gdy wrócą do pracy. Żeby nie było tak, że cała pensja idzie na nianię. Jest całkiem dobry system opieki nad kobietą w ciąży. Ale kończy się w dniu porodu, nie rozumiem dlaczego – mówi.
Młode matki oczekują dzisiaj wsparcia systemowego: bezpłatnych żłobków i przedszkoli, ułatwień dotyczących czasu i form pracy, podatków. Te, które wybiorą pozostanie z dzieckiem w domu – docenienia, także przez państwo, ich wysiłku. Kobiety różnią się, nawet w ocenie sytuacji młodych matek w Polsce, ale wszystkie pragną uznania swoich potrzeb, wyborów, praw. To pokolenie nie odpuści. 

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.