1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak odnieść sukces, czyli 12 składowych powodzenia w życiu

Jak odnieść sukces, czyli 12 składowych powodzenia w życiu

fot. iStock
fot. iStock
Stephen Covey, autor bestsellerów, twórca teorii „7 nawyków skutecznego działania” twierdził, że udane życie opiera się na tzw. wielkości wewnętrznej, czyli poszanowaniu naturalnych zasad. Oto 12 składowych powodzenia w życiu, jakie wyodrębnił.

1. Spójność wewnętrzna.
To stan, kiedy twoje myśli i czyny są ze sobą zgodne. Jej brak oznacza życie w świecie pozorów, a ludziom, którzy w ten sposób funkcjonują, tylko się wydaje, że są kimś, że coś robią, że mają znaczenie... W rzeczywistości to tylko iluzja. Jak osiągnąć spójność wewnętrzną? To wymaga pokory i odwagi – twierdzi Covey.

2. Odkrycie powołania.
Co możesz wnieść do świata? Po zrozumieniu swojej życiowej misji możemy dokonać największych czynów, do jakich jesteśmy zdolni.

3. Określenie priorytetów.
Na świecie są miliony rzeczy, które mogą zrobić za ciebie inni (a nawet zrobią to lepiej), ale są też takie, które możesz zrobić tylko ty – poświęć czas i energię, by je odnaleźć i zrealizować. Kto inny może być ojcem dla twojego dziecka? Kto stanie na czele twojej firmy? – pyta Covey.

4. Synergia.
 Najlepsze efekty niesie praca wielu osób, które dają coś od siebie, nie kalkulując ani nie oczekując oklasków. A to jest możliwe tylko wtedy, gdy między nimi jest więź powstała z szacunku, miłości, gotowości do bezinteresownego poświęcenia dla dobra ogółu.

5. Indywidualne podejście.
Każdy człowiek pragnie być szanowany, doceniany, rozumiany. Jeśli okazujemy komuś uwagę i troskę – pozwalamy poczuć mu się kimś ważnym i wartościowym. „Indywidualne podejście liczy się dla 90 procent ludzi, a i dla pozostałych nie jest obojętne” – pisze Covey.

6. Poczucie odpowiedzialności.
Kwestia brania odpowiedzialności pojawia się w momencie kryzysu, bo – jak wiadomo – sukces ma wielu ojców. Ale unikanie odpowiedzialności stawia nas w pozycji ofiary – ludzie odpowiedzialni wiedzą, że ich życie zależy od ich własnych wyborów.

7. Lojalność.
Miarą lojalności jest szacunek dla nieobecnych. Czy to, co mówisz za plecami innych, miałbyś odwagę powiedzieć im w twarz? Gdy przyłączasz się do plotkarzy, dajesz im przyzwolenie na takie zachowanie. Innym razem to ty zostaniesz obiektem ich kpin.

8. Wzajemność.
W przyrodzie nic nie ginie i to, co wyślesz w świat, wróci do ciebie. Ludzie pragną sprawiedliwości, a świat nie zawsze im ją przynosi. Ci, którzy są fair w relacjach, zyskują już na starcie.

9. Różnorodność.
Podobieństwo nas ogranicza i odbiera energię – przestrzega Covey, bo mamy naturalną tendencję do otaczania się ludźmi podobnymi do nas. A tylko grupy osób o różnych zainteresowaniach, talentach i kompetencjach wymyślają innowacyjne rozwiązania i popychają świat naprzód.

10. Niekończąca się nauka.
Ciągłe dokształcanie się to nie tylko wymóg naszych czasów, w których wszystko zmienia się w zawrotnym tempie, ale i dobro samo w sobie. Dzięki pogłębianiu wiedzy i pracy nad sobą stajemy się mądrzejsi i lepsi.

11. Odnowa i regeneracja.
 Choć tyle pisze się i mówi o konieczności odpoczynku, to wciąż ignorujemy swoje potrzeby duchowe, umysłowe, cielesne i społeczne. Deficyty w którejkolwiek z tych sfer są zagrożeniem dla naszego życia.

12. Edukowanie.
Nie ma lepszego sposobu na poznanie czegoś niż mówienie o tym innym osobom. Nauczanie to naturalna wymiana, na której każdy zyskuje. „Pamiętaj, że nieustannie uczymy innych przez to, kim jesteśmy i jacy jesteśmy” – puentuje Covey.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sukces w biznesie, w pracy i w życiu? Możesz go osiągnąć!

Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czym właściwie jest sukces? Jakie warunki sprzyjają dotarciu do tego miejsca? Kiedy możemy powiedzieć „mam to” i czy wszyscy posiadamy predyspozycje, by tego doświadczyć? David Hawkins obala mity na temat sukcesu i zapewnia, że jest on dla ciebie.

Taki też tytuł – „Sukces jest dla ciebie” – nosi wydana pośmiertnie książka Hawkinsa, doktora nauk medycznych, nauczyciela duchowego i wykładowcy. David Hawkins był też niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Wykonywał różne zajęcia – i w każdym z nich brylował. Wdrażał innowacyjne rozwiązania, z łatwością przyciągał klientów, pomnażał majątek. Odczuwał satysfakcję i radość. Zdobycie bogactwa i sławy jest według niego dziecinnie łatwe: „to tak banalne, że z bólem patrzę na ludzi walczących, cierpiących i poświęcających się bezowocnie, kręcących się w kółko, podczas gdy z góry wiadomo, że obrana ścieżka z pewnością doprowadzi ich do porażki”.

Według autora zdobywanie dóbr i apanaży, powszechnie łączonych z pojęciem sukcesu, a często i szczęścia, przypomina sytuację z małpą zamkniętą w klatce, przed którą położono banany. Małpa dokładała wszelkich starań, by dosięgnąć smakołyku przez pręty. Również wtedy, kiedy drzwi klatki zostały otwarte – wyciągała łapę tak mocno, że omal nie zwichnęła sobie barku. Tymczasem wystarczyło oderwać na chwilę wzrok od łupu, rozejrzeć się i wyjść… Pewnie znamy niejedną taką historię w ludzkim świecie: zmiana percepcji, moment „aha!” i wszystko staje się proste. Nie trzeba nadwerężać się, napierać. Co zatem sprawia, że tylu ludzi zachowuje się trochę jak ta małpa w klatce, próbująca zdobyć banany?

Zdaniem Davida Hawkinsa pomyliliśmy skutek z przyczyną. To, co na zewnątrz, z tym, co w środku. Zapomnieliśmy, że szczęście płynie z satysfakcji, z zachwytu. Że znalezienie otwartych drzwi ma większą wartość niż sięgnięcie po banany. Że najważniejsze jest nasze wewnętrzne mistrzostwo – reszta jest jego naturalną konsekwencją. „Szczęście przychodzi samo, gdy reprezentujemy sobą pewne jakości, żyjemy w określony sposób i mamy określone podejście do życia” – czytamy w książce Sukces jest dla ciebie”.

Puść w ruch kulę

Przyjęło się, że sukces to pieniądze i rozpoznawalność (bądź wysokie stanowisko) i życie w luksusie. A co z licznymi przypadkami celebrytów, którzy, mając to wszystko, odchodzą skłóceni z życiem? Co z menedżerami wysokiego szczebla, którzy nigdy nie wyłączają telefonu, a garnitur zdejmują tylko do snu? Czy wciąż są ludźmi sukcesu czy jego niewolnikami? A może ich życie nie ma nic wspólnego z sukcesem? Może doświadczają właśnie porażki?

Wygląda na to, że klucz do sukcesu to radość, lekkość, przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. Autor „Sukcesu” przyrównuje ten proces do obserwowania puszczonej w ruch kuli śnieżnej, która, tocząc się, rośnie i nabiera rozpędu. Zupełnie inaczej dzieje się, gdy zaczynamy się siłować. Wtedy – cóż – zgodnie z prawami fizyki pojawia się przeciwsiła.

W jednej ze swoich znanych książek, „Siła czy moc”, David Hawkins omawia różnice między tytułowymi pojęciami. Twierdzi, że moc jest czymś, co mamy w sobie. I że zawsze wygrywa z siłą. Podaje przykład Mahatmy Gandhiego – swoją postawą przezwyciężył siłę imperium brytyjskiego, które w tamtych czasach wydawało się niezłomne. „Władało jedną trzecią kuli ziemskiej, ale pokonał je «rachityczny», ważący czterdzieści kilogramów człowiek, którego władze imperium pogardliwie nazywały «kolorowym»” – pisze Hawkins. Skąd pochodziła jego moc? Z uniwersalnych zasad i praw, takich jak wolność i równość wszystkich ludzi.

Jak to się ma do naszych biznesów, naszych relacji zawodowych? Nauczyciel stawia sprawę jasno: mistrzostwo wynika z intencji, z dobrej woli. Nasi klienci, partnerzy biznesowi czują tę intencję. Na jakimś głębszym poziomie potrafią rozpoznać, jaka jest twoja dominująca wartość, postawa; z czym do nich wychodzisz. Czy lubisz to, co robisz, i prawdziwie się w to angażujesz. Czy jesteś życzliwy tym, których spotykasz na swojej drodze. Czy ważniejsze są dla ciebie zyski, obliczenia komputerowe czy ludzkie uczucia. „Niektóre rzeczy są bezcenne, a ludzie nie darują tym, którzy tego nie szanują” – kwituje i dodaje, że jedną z tych rzeczy jest zaufanie.

Przeszkody na drodze do sukcesu? Wygórowane ambicje, chciwość, duma. Chwile, kiedy uznajemy, że idzie nam tak dobrze, że nie musimy specjalnie liczyć się z innymi: obojętniejemy na ich potrzeby, zapominamy o ich wkładzie w nasze osiągnięcia, zaczynamy traktować ludzi przedmiotowo, nie potrafimy przyznać się do błędu. Stajemy się zbyt ważni, by podrzędny pracownik czy klient mógł nam zawracać głowę. „Prawdziwa moc człowieka sukcesu pochodzi z traktowania drugiej osoby jak człowieka” – podkreśla Hawkins. I przypomina: sukces nie jest naszą własnością! Nawet jeśli uważasz, że do wszystkiego doszedłeś sam, sukces jest konsekwencją tego, że spełniasz jakieś ludzkie potrzeby, że ktoś reaguje na to, co masz do zaoferowania. Że śledzi, kupuje, korzysta… Dlatego tak ważna jest wdzięczność. Sprawdzanie, czy ego nie próbuje zawłaszczyć i zepsuć tego, co przyciąga do nas ludzi. Czy nie zaprzedajemy się, nie oddajemy naszej mocy.

To sport, to gra

„Ludzie, którzy skupiają się jedynie na zysku, często na tym tracą”, „zyski są usprawiedliwieniem dla wyzysku”, „sukces to być istotą ludzką w pełni” – czytamy u Hawkinsa. Pięknie, tylko co z pieniędzmi? Mamy udawać, że są nieważne, że możemy się bez nich obejść? Oczywiście, że nie!

„Nie ma większej frajdy od zarabiania pieniędzy” – przyznaje bez fałszywego wstydu Amerykanin. „To sport. To gra. Przynosi dużo satysfakcji, także uzasadnionej. Czemu nie mielibyśmy zarabiać tyle, ile chcemy?”. Warto sprawdzić jednak, co nami kieruje, co jest na pierwszym planie, bo „sukces powstaje w sercu, a zysk w głowie”.

Duże pieniądze nie są nieodzownym składnikiem sukcesu. Doktor Hawkins przekonał się o tym kilka dekad temu. Pracując jako psychiatra, opracował plan leczenia (oparty na suplementacji i wyeliminowaniu określonych pokarmów z diety), który zapobiegał pewnej przypadłości neurologicznej. Badał zagadnienie przez długie lata, a wnioski i wytyczne zamieścił w książce. Tyle że środowisko medyczne nie było zainteresowane jego odkryciami, specjalistyczne czasopisma odmówiły publikacji artykułów na ten temat. Dieta, witaminy? To wydawało się zbyt proste, za mało naukowe! David Hawkins nie zarobił na swoich odkryciach, nie przyniosły mu one rozgłosu ani nagród. Ale tak, czuł satysfakcję. Bo oddał się temu projektowi, zrobił, co do niego należało, co uważał za słuszne. „Moje doświadczenie było pełne samo w sobie. Wszystko, co by się wydarzyło w związku z tym «na zewnątrz», byłoby tylko wisienką na torcie, a nie samym tortem” – wspomina. I dodaje, że nie osiągniemy sukcesu, sprzeniewierzając się sobie. Sukces przychodzi, gdy stoimy na straży naszych wartości. Gdy kierujemy się sercem.

Serce w biznesie? Dla wielu to jakieś mrzonki. Przedsiębiorcy raczej zwykli szczycić się tym, że twardo stąpają po ziemi, że nie popadają w sentymentalizmy. To przecież coś dla mięczaków i frejerów... Zdaniem Hawkinsa taka postawa świadczy o niemożności odróżnienia siły od mocy. Bo oznaką tej ostatniej jest właśnie otwarte serce! „W biznesie serce z kamienia jest bardzo kosztowne. To katastrofa. Nic nie zmarnuje biznesu równie szybko” – ostrzega. Mało tego: uważa, że otwarte serce niesie ze sobą wolność i niezwykłą wytrzymałość, odporność na przeciwności. Kiedy pozwalamy mu się prowadzić, kiedy żyjemy w zgodzie ze sobą, czego mielibyśmy się obawiać?

Swobodni i skromni

Ludzie sukcesu są więc autentyczni, wierni sobie i życzliwi innym. Silni swoją łagodnością. Czerpiący głęboką satysfakcję z tego, czym się zajmują – niezależnie od zysków. Zdaniem Hawkinsa są też rozluźnieni, swobodni i skromni. Potrafią być szczęśliwi w swojej niszy, nie potrzebują wyróżniać się, obnosić ze swoimi osiągnięciami. „Gdy już mamy to «w środku», nigdy nie musimy demonstrować niczego «na zewnątrz»” – przypomina nauczyciel. Jesteśmy jak mistrz karate, który nie wychodzi przecież na ulicę wystrojony w czarny pas i nie wdaje się w bójki. Co jeszcze charakteryzuje ludzi sukcesu? Wysoka kreatywność! I tak – to słynne „coś”, co wielu nazywa charyzmą i co jest niczym innym jak pewnym rodzajem obecności. Tacy ludzie zawsze są we właściwym miejscu – w sobie, w danej chwili. Nie próbują niczego wymusić, nawet swoje cele traktują... cokolwiek umownie. Bo wiedzą, że ważniejsza jest droga, radość z wykonywanej czynności. „Znam artystów, którzy przez wiele lat pracowali nad tym samym obrazem, i pisarzy, którzy przez wiele lat pracowali nad tą samą powieścią” – wyznaje autor książki „Sukces jest dla ciebie”. „Po co mieliby się spieszyć, skoro sam proces sprawiał im przyjemność?”.

A co z tzw. konkurencją? Czy mamy udawać, że jej nie ma? Robić swoje, nie oglądając się na innych i licząc na to, że klienci wybiorą właśnie nas? Patrz na konkurencję – radzi Hawkins – ale nie jak na wroga czy rywala. Ci ludzie nie występują przeciwko nam, co najwyżej rzucają wyzwanie temu, co w sobie nosimy, stymulują naszą kreatywność. Spójrz na nich jak na osoby nadające tempo rozwojowi, będące źródłem cennych inspiracji. Podobnie zresztą możesz podejść do tzw. niesprzyjających okoliczności, do trudnej sytuacji rynkowej. Masz wybór, czy potraktować ją jako próg nie do przeskoczenia, czy jako wyzwanie, które pozwoli ci sięgnąć do ukrytych zasobów, otworzyć się na nowe rozwiązania. Znów zależy od tego, co jest twoją wewnętrzną rzeczywistością. I znów można tu przywołać przykład mistrza karate – on nie panuje nad przeciwnikiem, tylko nad sobą...

  1. Styl Życia

Coaching. Czy to coś dla mnie?

Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Najlepiej porównać go do sportu. Masz jakiś cel, masz trenera, jest pot, czasem łzy, częściej satysfakcja. I upragniony cel wreszcie na wyciągnięcie ręki. Komu coaching pomoże, kogo zniechęci, a także z jakimi ekspertami warto zmieniać swoje ciało i psyche – pytamy uznanych polskich coachów.

Coaching zrobił się modny. Nic dziwnego: jest pozytywny i nastawiony na przyszłość, obiecuje szybki efekt, nie grzebie w smutnym dzieciństwie i nie wymaga leżenia na kozetce. W czasie sesji można rysować, bawić się w teatr i przymierzać kapelusze. A po sesji zmienić swoje życie na lepsze. Na przykład Ania, moja koleżanka, jedną sesją przez Skype’a rozwiązała swój problem (kupić mieszkanie w mieście czy dom na wsi?). Druga koleżanka, menedżerka dużej firmy, została niejako karnie skierowana na coaching biznesowy i choć nie była do niego (ani do coacherki) przychylnie nastawiona, po 10 sesjach jej bardzo złe relacje z szefem zmieniły się na prawie doskonałe. Teraz awansowała i jest jeszcze ważniejszym menedżerem, dlatego pewnie chce zachować anonimowość. Ja wróciłam z wyjazdu coachingowego z Maciejem Bennewiczem i w ciągu 10 miesięcy napisałam książkę, nad którą rozmyślałam kilka lat. Ale bywają też coachingi nieudane. Magda po jednej sesji coachingu diety wyszła zmotywowana do schudnięcia 12 kilogramów. Przez pół roku schudła dwa. I więcej nie mogła. Czy to wina jej, czy coacha? Teoretycznie jej, bo coach nie bierze odpowiedzialności za to, co robisz czy też czego nie robisz ze swoim życiem. I nie może cię zmusić do ograniczenia porcji na talerzu. A co może?

Szukając nowych dróg

– Coaching jako jedna z niewielu współczesnych metod edukacji dorosłych tak bardzo koncentruje się na dostosowaniu do indywidualnych predyspozycji i potrzeb klienta-ucznia – wyjaśnia coach Maciej Bennewicz. – Oparty jest na intensyfikowaniu pragmatycznych doświadczeń klientów m.in. poprzez zadania praktyczne, eksperymenty, kontrolę rezultatów, ćwiczenia doskonalące, trening kompetencji, a także analizę prób i błędów – w kontekście spodziewanego i ustalonego celu.

Żeby ten cel osiągnąć, coach czasem zadaje ci niewygodne pytania, prosi o wylosowanie karty, interpretację zdjęcia… Czasem musisz wstać, zmienić miejsce, przespacerować się po rozrzuconych kartkach, zamknąć oczy… Niektóre metody przypominają ustawienia hellingerowskie czy psychodramę, mają elementy medytacji i wizualizacji. I każda z tych metod jest dobra, jeśli jest etyczna i prowadzi do celu.

– Dróg poszukiwania jest nieskończenie wiele, co więcej, wciąż powstają nowe – zauważa coach Ewa Mukoid. – Kiedy powstają nowe drogi? Gdy się ich aktywnie szuka. Można na nie wpaść przypadkiem, ale trzeba mieć to nastawienie poszukiwacza, aby w drodze dostrzec drogę. Lepiej i pewniej się na nie trafia w towarzystwie kompetentnej osoby – i mam tu na myśli coacha.

Taki coach zna mnóstwo narzędzi, więcej niż ty. Zadania, które ci daje, bywają trudne, wymagają przełamania barier, wyjścia poza schemat, poza strefę komfortu. Możesz odmówić ich wykonania, ale na ogół nie warto tego robić. Chodzi w końcu o twoje życie i twoje szczęście. A kodeks etyczny zobowiązuje coacha, by wszystkie informacje zachował dla siebie, więc nawet jeśli zrobisz coś głupiego albo podzielisz się swoim sekretem – zostaje to między wami. To znaczy ty masz prawo opowiadać o sesji wszystkim, twój coach – nie.

– Trening, kreatywność, sukces – tak opisałbym coaching w trzech słowach – mówi Maciej Bennewicz. – Fundamentem jest trening starych i nowych kompetencji. Następnie pojawia się kreatywna innowacja, która ulepsza dawne nawyki lub zmienia ich jakość. Jednak celem coachingu jest sukces, zindywidualizowany, bo dla każdej osoby istnieje inna jego miara.

Za jaką cenę?

Coaching wymaga inwestycji. I nie chodzi tylko o pieniądze, które są niemałe: jedna sesja może kosztować 150 zł, ale też 3000 zł (zależy od coacha i celu). Coachee, czyli coachowany, musi się też nieźle napracować. W przeciwieństwie do, na przykład, chirurga plastyka, coach nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za zmiany, jakie zajdą w kliencie. Cała odpowiedzialność spoczywa na tobie. Zła wiadomość? Niekoniecznie. – Metoda coachingowa czerpie inspiracje przede wszystkim ze sportu, dlatego model sportowej efektywności jest kręgosłupem coachingu – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – O sukcesie decyduje umiejętne wykorzystanie reguł gry, osobiste uwarunkowania zawodnika i dostosowany do potrzeb trening. Wybór coachingu to wybór treningu efektywności. Wiemy ze współczesnych badań, że samo marzenie o sukcesie może być rozleniwiające, jednak planowanie rezultatów motywuje i zwiększa skuteczność. Nasz mózg lubi aktywować działanie.

Dlatego warto być aktywnym. I dlatego wielu z nas, gdy jest niezadowolonych ze swojego życia, nie idzie na zabieg korekty nosa, ale właśnie na coaching. Podejmuje wysiłek, bo to się na dłuższą metę opłaca. Samodzielnie, ale w obecności specjalisty.

A można samemu?

Mam na myśli taką kolejność, że najpierw czytam o metodach, a potem aplikuję sobie coaching sama, bez nadzoru coacha. – Teoretycznie tak – twierdzi Ewa Mukoid. – Ale mało kto ma czas i determinację na konsekwentny autocoaching. Poza tym bez lustra nie widzimy samych siebie, stąd ogromna rola informacji zwrotnej. I to nie byle jakiej, ale takiej, która pozwala się rozwijać. A bez komunikacji, wymiany z drugim człowiekiem, bez stawianych przez niego wyzwań, trudnych pytań, ale także dostarczanego przezeń wsparcia – ma się tendencję do dreptania w kółko w kręgu własnych przeświadczeń i samopotwierdzających się założeń. Skoro jesteśmy w wieku profesjonalizacji i doceniamy, że ktoś, np. pielęgniarka, kosmetyczka, masażysta czy mechanik samochodowy, kompetentnie się nami (lub naszym sprzętem) zajmuje – to tym bardziej obszar tak istotny jak jakość swojego życia warto „obsłużyć” przy pomocy profesjonalisty, prawda?

Pod warunkiem że jest to profesjonalista, a nie hochsztapler. Bo coaching, jak każda metoda, jest skuteczny tylko wtedy, gdy zajmuje się nim ktoś, kto się na tym zna. Jak z operacją nosa. Chirurg musi wiedzieć, dlaczego chcesz go zmienić, dobrać odpowiedni dla ciebie kształt i jeszcze zręcznie posługiwać się skalpelem.

Po czym poznać profesjonalistę? Z tym jest pewien problem, bo coachem zostaje się dużo szybciej i dużo łatwiej niż chirurgiem plastykiem. Czy psychoterapeutą. Ale od czego jest Google? Można sprawdzić, czy coach ma licencję. Warto też polegać na rekomendacji znajomych. Dobry coach to skuteczny coach. Nawet gdy nie ma pięciu lat studiów i kilku dyplomów.

Ciemna strona mocy

Coaching zbiera ostatnio hejt. Krytykują go nie tylko psychologowie i inni terapeuci, których można by posądzić o zazdrość, ale też sami coachowani, którym wydaje się, że trafili w złe ręce. – Nie ma nic bardziej żałosnego niż hejter wypowiadający się w necie o coachingu, o którym nie ma pojęcia… – mówi coach Jarosław Gibas. – Chociaż nie, istnieje jednak coś bardziej żałosnego. Jest nim ten, który sprawił, że hejter myśli o coachingu to, co myśli… Największym problemem tzw. polokołczingu, opartego na komunałach i banalnych narzędziach, jest jego efektywność nieradząca sobie z próbą czasu. Od procesu mijają tygodnie i miesiące, a wraz z nimi zapał i entuzjazm zmiany odchodzi w zapomnienie. Wtedy coachee słusznie zadaje sobie pytanie: „Za co ja zapłaciłem te pieniądze?” i automatycznie staje się jednym z hejterów, powiększając grono tych, którzy na samo słowo „coach” dostają mdłości. W ten właśnie sposób polokołcz Stefan „wsiądź do Ferrari” Kowalski strzela nie tylko sam sobie w kolano, ale też całemu edukacyjnemu rynkowi.

Jarosław Gibas ma pewnie na myśli charyzmatycznych mówców motywacyjnych, którzy dysponują wyłącznie ową charyzmą i umiejętnością sprzedania siebie. Mają dobry marketing, za którym niewiele stoi. Być może nawet po jednej sesji, wysłuchaniu motywacyjnego wykładu na YouTubie czy przeczytaniu książki czujemy moc, ale… nie zmieniamy swojego życia.

– Dla mnie coachingowym koszmarem jest też realizacja celów – przyznaje Jarosław Gibas. – Wszyscy nagle muszą realizować cele i tabuny coachów prześcigają się w tym, by w tej realizacji pomagać klientom. Problem tkwi jednak nie w tym, jak wreszcie dopiąć celu, tylko w tym, dlaczego jak dotąd nie udało się go osiągnąć. Problem nie tkwi po jasnej stronie mocy, ale po ciemnej!

Umowa o dzieło

No i jeszcze jedna rzecz – musi być między wami chemia. Bo coachingu nie przeprowadza się w znieczuleniu. Dobrze, żebyście z coachem nadawali na tej samej częstotliwości. Na pierwszej albo drugiej sesji coachingowej coachee i coach podpisują kontrakt. Umowa obowiązuje zwykle na 10–12 spotkań, które nazywa się procesem. Klient nie ma problemu, tylko cel i niczego mu nie brakuje, by ten cel osiągnąć. Coach pomaga mu tylko sprawdzić, czy ten cel jest dobrze sformułowany, pozwala odkryć zasoby, zwiększyć motywację i zaplanować skuteczne działania. Jeśli nie uda się tego zrobić w ciągu umówionych 12 sesji, które odbywają się co 2–4 tygodnie, to znaczy, że już raczej się nie uda. – Coaching to praca projektowa, umowa o dzieło – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – Mamy do czynienia z coachingiem, kiedy „dzieło” jest rozliczone, a ustalone na starcie efekty są osiągnięte zgodnie z ustalonymi wskaźnikami. Jeśli ktoś nie odczuwa spodziewanych efektów w wyniku coachingu, to najczęściej z tego samego powodu co w sporcie lub stosowaniu diety: niewłaściwego treningu albo braku konsekwencji. Nie sposób przebiec maraton zaraz po wstaniu z wielotygodniowego seansu telewizyjnego na kanapie.

Dlatego, nawet jeśli po przeczytaniu tego artykułu zdecydujesz się na proces, zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowa zmienić swoje życie. Na lepsze. A zanim podpiszesz kontrakt, spędź z coachem przynajmniej godzinę. Osobiście, przez Skype’a czy nawet telefon. Bo inaczej, bez względu na twoje zasoby, raczej nie zrealizujesz celu.

  1. Styl Życia

Jakie nawyki mają ludzie sukcesu?

Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. (Fot. iStock)
Do sukcesu prowadzą różne drogi, ale ludzi, którzy go odnieśli, coś łączy. Na przykład zaczynają dzień od załatwienia najważniejszych spraw. Nie trzymają się kurczowo swoich planów, nie tracąc zarazem z pola widzenia swojego celu. Czego jeszcze możesz się od nich nauczyć?

Od czego zależy sukces? Większość z nas może bez trudu wyrecytować własną listę niezbędnych czynników. Zazwyczaj trafiają na nią talent, inteligencja, wytrwałość, pracowitość, dobrze zdefiniowany cel, pewność siebie, cenne znajomości oraz łut szczęścia. Rzadko myślimy o tym, że ludzie, których podziwiamy, mają też odpowiednio ustawiony autopilot, czyli zestaw dobrych nawyków. To one pozwalają oszczędzić czas i zasoby silnej woli, które wcale nie są niewyczerpalne. Wreszcie, takie rutynowe zachowania pozwalają obniżyć codzienny poziom stresu, a więc także dostrzegać okazje, których inni nie widzą. Oto pięć nawyków, które mogą cię wspomóc w drodze do osiągania celów.

1. Najpierw najważniejsze

Zanim większość z nas wstanie z łóżka, ludzie postrzegani jako ci, którzy osiągnęli sukces, zdążą już wykonać kawał dobrej roboty: przebiegną kilka kilometrów, pobawią się z dzieckiem (bo dla maluchów świt to najlepsza pora na aktywne życie), napiszą fragment książki – zrobią coś, co ma dla nich duże znaczenie. Ale nie chodzi o to, by pracować więcej i spać mniej, lecz o nawyk poświęcania czasu na to, co jest ważne (a nie pilne), zanim świat się o nas upomni. Często rzeczywiście oznacza to przestawienie budzika na wcześniejszą godzinę (wtedy jednak trzeba ten czas na sen odzyskać, drzemiąc po południu lub kładąc się wcześniej), ale czasem wystarczy na przykład przesunąć „internetową prasówkę” na porę po lunchu i rozpocząć dzień od tego, co rzeczywiście ma znaczenie.

2. Potęga poranków

Specjalistka zarządzania czasem, Laura Vanderkam w książce „Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem” (wyd. Helion) pisze: „Kiedy zmienisz poranki, zmienisz całe swoje życie”. Namawia, by dobrze wykorzystać czas, kiedy masz jeszcze dość silnej woli i nikt ci nie przeszkadza – nawet własny umysł, który w środku dnia często straszy: „Za chwilę zadzwoni szef z zadaniem na wczoraj” czy marudzi: „Muszę w końcu odpisać na tego e-maila”. Vanderkam radzi, by poranki przeznaczyć na to, co nie jest obowiązkowe i teoretycznie mogłoby być wykonane w innych porach dnia, ale wymaga wewnętrznej motywacji i regularnie wykonywane przynosi długotrwałe pozytywne efekty. To taka aktywność, z której możesz dziś zrezygnować bez obaw przed natychmiastowymi konsekwencjami, ale jeśli zrezygnujesz z niej także jutro i pojutrze, wkrótce możesz obudzić się z poczuciem, że wprawdzie wykonujesz wszystkie swoje zadania, ale stoisz w miejscu. Może być to nauka nowego języka, archiwizowanie dokumentów, utrzymywanie porządku na biurku czy chociażby uaktualnianie swojego CV.

3. Planowanie z głową

Wybór rytuałów, którymi mają zostać wypełnione poranki, to oczywiście sprawa indywidualna, ale samo planowanie – to już powszechny nawyk ludzi sukcesu. Nie ma on jednak nic wspólnego z bezrefleksyjnym sporządzaniem kolejnych list z zadaniami do odhaczenia. Chodzi o planowanie z sensem. Dziennikarz Charles Duhigg w książce „Mądrzej, szybciej, lepiej” (wyd. PWN) opisuje fabrykę silników odrzutowych, która znalazła się na skraju bankructwa, mimo że jej pracownicy skrupulatnie wypełniali swoje obowiązki i pracowali według planu. Czyli – jak każą podręczniki zarządzania – dzielili dojście do celu na małe zadania, ustalali termin ich realizacji i go dotrzymywali. Okazało się jednak, że wykreślanie tego, co już zostało zrobione, sprawiało im tak dużą przyjemność, że chętniej wypełniali listy drobiazgami, które szybko da się zrobić, zamiast zastanowić się, czy to, co robią, w ogóle ma sens. A jak mawiał Peter Drucker, ekspert od zarządzania: „Nie ma nic bardziej bezsensownego niż efektywna praca nad zadaniem, którego w ogóle nie powinno się wykonywać”.

Warto zatem zadbać o to, żeby planować uważnie, czyli znaleźć chwilę, by spojrzeć na swój dzień z dalszej perspektywy, zastanowić się nad tym, gdzie jesteśmy, czemu warto poświęcić nadchodzące godziny i czy to, co planujemy, w jakikolwiek sposób przybliża nas do realizacji dalekosiężnych celów.

4. Kalendarz zamiast listy zadań

Jeszcze jedna ważna rzecz dotycząca list zadań. Kevin Kruse, przedsiębiorca i mówca motywacyjny, w książce „15 tajemnic zarządzania czasem. O czym wiedzą ludzie sukcesu?” (wyd. Helion) nazywa je „dręczącymi listami życzeniowymi”. Ostrzega, że zakłócają spokój i dekoncentrują. Przez nie trudno skupić się na tym, co robimy, bo wciąż myślimy o tym, czego jeszcze nie zrobiliśmy. Dlatego Kruse radzi zastąpić listy „rzeczy do zrobienia” kalendarzem, w którym będziemy „blokować” czas na konkretne czynności, np. od 14.00 do 14.30 – obiad w stołówce, od 16.00 do 16.30 – przemyślenie koncepcji prezentacji, od 18.00 do 19.00 – odrabianie z dziećmi lekcji. Już sama czynność rezerwowania czasu pomaga obniżyć poziom stresu, bo pytanie „Kiedy ja to zrobię?!” znika.

Kevin Kruse zachęca, by wpisać do kalendarza wszystko (kwadrans, który zamierzasz spędzić na Facebooku, też) i dodatkowo wstawiać bufory wolnego czasu. Nie na wypadek awarii (gdyby spotkanie się przeciągnęło lub klient się spóźnił), tylko aby „wpuścić” trochę powietrza, zebrać myśli, dać sobie przestrzeń na refleksję nad tym, co się wokół dzieje.

5. Bycie uważnym

Skoro już jesteśmy przy chwili refleksji, psycholog i trener biznesu, dr Paweł Fortuna, przekonuje, że jednym z ważniejszych nawyków prowadzących do sukcesu, jest uważność.

– Życie mówi do nas głosem cichym, oczekując pokory i uważności. Daje nam różne sugestie, które ja nazywam „zarodkami egzystencjalnymi” – stwierdza. Sekret polega na tym, by je zauważyć. Jako przykład takiego zarodka Fortuna przytacza własną historię. Odebrał telefon. Nie znał numeru, z którego dzwoniono. – Dzwonił mój dawny student. Mówił, że jeżdżąc autostopem, poznał Łukasza Bożyckiego, znanego fotografa przyrody, który ma jakiś problem związany z prawami autorskimi. Zgodziłem się pomóc mu i spotkałem się z Łukaszem. W pewnym momencie zapytał, czy zwróciłem uwagę na to, w jaki sposób sikorka, którą właśnie obserwował, ostrzegła inne ptaki przed kotem. Podałem przykład podobnego zachowania u ludzi. Zaczęliśmy szukać kolejnych analogii i jeszcze podczas tego samego spotkania postanowiliśmy napisać wspólnie książkę.

Tak powstała „Animal Rationale”, która przyniosła Pawłowi Fortunie i Łukaszowi Bożyckiemu m.in. Nagrodę Teofrasta dla najlepszej książki psychologicznej oraz własną audycję radiową.

Bo droga do sukcesu nie jest ciemnym tunelem prowadzącym do konkretnego celu, a raczej otwartą ścieżką biegnącą wśród pól i lasów. Idąc nią, z grubsza wiesz, dokąd chcesz dotrzeć, ale jednocześnie powinieneś być czujny i otwarty na nowe możliwości. Paradoksalnie to osobom nadmiernie skupionym na zadaniu bywa trudniej osiągnąć sukces. – Jeśli mają obiecaną sztabkę złota kilometr przed sobą, często nie zauważają kopalni diamentów po drodze – stwierdza Paweł Fortuna. Przy czym zaznacza, że dostrzeżenie życiowej szansy to nie wszystko. – Ważna jest jeszcze pozytywna reakcja na propozycje, jakie daje nam życie. Reakcja podyktowana chociażby ciekawością „co z tego wyniknie?”. Może nic, a może tylko tym razem nic, a następnym… Dlatego warto kształtować w sobie nawyk akceptacji, mówienia „tak” nieoczekiwanym propozycjom. Możesz zacząć od zgody na naszą propozycję zastanowienia się nad tym, które nawyki rzeczywiście ci służą.

Zwyczaje i nawyki znanych ludzi

Nawet najbardziej zaskakujące nawyki mogą wspierać. Poznaj niebanalne zwyczaje wielkich artystów i poszukaj w nich inspiracji dla siebie:

Truman Capote, pisarz Miał wyraźną awersję do piątków – w te dni nigdy niczego ani nie zaczynał, ani nie kończył. Tworzył tylko na leżąco, zwykle popijając kawę i paląc papierosy (pilnował, by w popielniczce znajdowały się maksymalnie trzy niedopałki).

Woody Allen, reżyser Podobno kiedy podczas rozmyślania nad nowym filmem wpada w niemoc twórczą, bierze prysznic. Potrafi stać pod gorącym strumieniem przez 40 minut i rozmyślać o fabule. Uważa, że to bardzo inspirujące.

Charles Dickens, pisarz Dbał o to, by zawsze spać z twarzą zwróconą na północ. Kiedy więc udawał się w podróż, zabierał ze sobą kompas. Twierdził, że ten zwyczaj zapewnia mu niewyczerpaną kreatywność.

Piotr Czajkowski, kompozytor Uważał, że to spacery wyzwalają w nim moc twórczą, więc dwugodzinna przechadzka była żelaznym punktem jego dnia. Ze strachu przed negatywnymi konsekwencjami nie chciał skracać jej nawet o minutę.

Friedrich Schiller, poeta Twierdził, że natchnienie zawdzięcza gnijącym jabłkom i zawsze trzymał ich zapas w szufladzie. Zwykle tworzył w nocy, więc często podczas pisania trzymał nogi w lodowatej wodzie, by zachować trzeźwość umysłu i nie zasnąć.

Aleksander Dumas, pisarz Dla każdego gatunku twórczości miał przeznaczony inny kolor tuszu: niebieski dla powieści, żółty dla wierszy i różowy dla artykułów.

  1. Psychologia

Zmiany w życiu zawodowym: do kogo warto zwrócić się o radę?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zakładając własną firmę lub podejmując inne decyzje dotyczące spraw zawodowych, chcielibyśmy poradzić się kogoś mądrzejszego, z doświadczeniem. Jak rozpoznać, kto nam dobrze życzy, a kto tylko zniechęca? – Po pierwsze, odrzućmy malkontentów – radzi coach Karolina Cwalina.

Uważasz, że powinniśmy słuchać rad innych? Gdy przygotowywałam się do naszej rozmowy, przejrzałam mnóstwo blogów i tekstów na ten temat. Znalazłam skrajne opinie. „Ufaj tylko sobie” albo: „To dzięki wskazówkom innych odniesiesz sukces”. Kto ma rację?
Moim zdaniem nie powinniśmy słuchać wszystkich, ale mądrzejszych od nas – już tak. Chociaż, oczywiście, czasem trudno przyznać się nawet przed sobą, że ktoś jest od nas mądrzejszy.

Ale co to znaczy? Kim jest ktoś mądrzejszy od nas? Jak to zweryfikować?
Powinien być to ktoś, o kim wiemy na pewno, że życzy nam dobrze, dopinguje nas, wspiera. Przeczytałam niedawno tekst, który powstał po rozmowach z kilkudziesięcioma odnoszącymi sukcesy biznesmenami. Zadano im jedno pytanie: „Jaka jest najlepsza rada, jaką otrzymałeś w swoim życiu?”. I choć rady były różne, większość z nich usłyszała je od kogoś z rodziny – matki, ojca, ukochanej babci, ciotki czy wujka. Na przykład T. Boone Pickens, amerykański biznesmen, przewodniczący zarządu BP, którego majątek szacuje się na 1,4 miliarda dolarów, wyznał, że przez całe życie pamiętał radę swojej babci, która powtarzała, że w drodze na szczyt nie ma sensu obwiniać innych za porażki, bo najczęściej to my zawodzimy. Ktoś inny usłyszał od mamy: „niczego nie żałuj” i dlatego odważnie podejmował decyzje.

Tylko czy to są konkretne rady, czy raczej wskazówki, które potem stają się naszymi przekonaniami?
Ale te wskazówki są bardzo ważne. Spójrzmy na przykład na założenie firmy – jak było w moim przypadku. Wiadomo, że nikt ze starszego pokolenia nie będzie raczej się znał na temacie budowania wizerunku na Facebooku, fanpage’ach czy YouTube, ale jeżeli chodzi o życiowe sprawy, będzie wiedział znacznie więcej: co jest istotne, na co zwracać uwagę. Dlatego ważne, żeby umieć słuchać rad, a nie złościć się, obrażać. Zawsze warto przypomnieć sobie siebie sprzed 10 lat. Czy nie mieliśmy wtedy poczucia, że wszystko potrafimy? Prawie zawsze okazuje się, że tak. Dziś z perspektywy czasu widzimy swoje błędy w myśleniu. Często powtarzamy. „Ale byłam głupia”, „Jak tak mogłam?”.

Dlaczego to jest takie ważne?
Bo największą inspiracją do działania są ludzie. Jeśli potrafimy mądrze słuchać, to czerpiemy z tego ogromne korzyści. Są tacy, którzy kompletnie nie potrafią słuchać innych i źle na tym wychodzą. Ważne jest znalezienie złotego środka, bo tak jak już kiedyś mówiłyśmy, są tzw. przyjaciele, którzy mówią, że coś robimy źle, że to nie się nie uda – a wcale nie mają racji.

Rozumiem: „to jest złe, to się nie uda” – to żadna rada, bo nic nie wnosi.
Nie traktujmy poważnie opinii osób, które wiecznie narzekają, a same nic nie robią ze swoim życiem. Jestem zwolenniczką teorii, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Poza tym zobacz, jak to brzmi: „To się nie uda”. Nawet mówiąc to zdanie, czuję w sercu ciężar. Ale to samo można wyrazić zupełnie innymi słowami: „Przemyśl dwa razy, czy to na pewno dla ciebie, czy to jest ten moment. Rozważ wszystkie za i przeciw”. Autorytetem może być dla nas ktoś, kto odniósł sukces w dziedzinie, która nas interesuje. Pytasz przyjaciółki: „Zakładać własną firmę czy nie?”. Ona się na tym nie zna, ale jej siostra tak, bo sama kilka lat temu założyła portal kulturalny, dostała dotacje z Unii. Dobra przyjaciółka wtedy nie stopuje, tylko od razu wpada na pomysł, żeby porozmawiać z jej siostrą. A gdy masz problem w związku, to do kogo zwrócisz się o pomoc? Przecież nie do przyjaciółki singielki, która skwituje krótko: „rzuć go”, tylko raczej do koleżanki, która ma poukładane życie osobiste. Wybierajmy tych ludzi, o których wiemy, że na dany temat mają wiedzę większą od nas. Tak jak do mnie przychodzą kobiety, które chcą zmienić swoje życie. Mogą mi zaufać, bo wiedzą, że ja zrobiłam rewolucję w swoim. Czyli moje doświadczenia sprawiły, że jestem dla nich bardziej wiarygodna.

Ale gdzie jest ta granica? Na pewno masz klientki, które wychodzą od ciebie zafascynowane, gotowe na zmianę, pełne energii, a następnego dnia porozmawiają z kimś sceptycznym i od razu tracą tę siłę.
Jako coach pracuję z takimi kobietami nad umacnianiem ich poczucia własnej wartości. Jeśli je masz, to nie zachowujesz się jak chorągiewka na wietrze. Masz wobec innych postawę życzliwą, ale nie czołobitną. OK, niech inni nam doradzają, słuchajmy mądrzejszych od siebie, ale jednocześnie filtrujmy wszystkie rady, które dostajemy. Jeśli przychodzi do mnie klientka i ja widzę, że ona bardzo chce coś zrobić, to moim zadaniem jest jej nie oceniać. Najwyżej się sparzy. Nigdy nie będzie wiedziała, jeśli nie spróbuje. Natomiast gdy z czegoś rezygnujemy pod wpływem innych, zostaje w nas takie uczucie smutku i żalu: „miałam szansę, nie wykorzystałam jej, a co by było, gdyby…”. To uczucie jest znacznie gorsze.

Tylko że nawet ludzie, którzy osiągnęli sukces w danej dziedzinie, dochodzili do tego różnymi drogami, mają różne osobowości – każdy więc może mówić co innego.
Usłyszałam ostatnio od kolegi bardzo mądrą rzecz. Że on nie patrzy na konkurencję, bo gdyby to robił, to od każdego by chciał coś „wziąć” i w rezultacie nie zrobiłby nic swojego. Dlatego tak ważne jest przefiltrowanie każdej rady. Musimy patrzeć na siebie: czy taka wskazówka będzie mi służyć, czy mam osobowość podobną do radzącego, czy kompletnie nie. Co mogę – mimo wszystko – wyciągnąć z tego dobrego dla siebie.

Załóżmy, że rozmawiasz z kolegą menedżerem i on ci mówi: „Odniesiesz sukces, jak będziesz zarządzała twardą ręką”. A to do ciebie nie pasuje, bo jesteś empatyczna, stawiasz na porozumienie w zespole. Nie możesz wziąć tej rady całkiem do siebie. Ale już zastanowić się, co ci się z tego przyda – tak. Może są obszary, gdzie możesz być twardsza, bardziej konsekwentna, wyraźniej stawiać współpracownikom granice. Albo radzisz się babci, która przeżyła szczęśliwe 60 lat z dziadkiem. Ona mówi: „Najważniejszy jest kompromis, elastyczność, wybaczanie”. To się, oczywiście, kłóci z dzisiejszym trendem, który można określić hasłem: „ja, moje, dla mnie”. Ale coś możesz z tego wynieść. To nie znaczy, że masz nagle akceptować zdrady i przymykać oko na wszystkie słabości, ale może dzięki babci przesuniesz trochę swoje granice. Zrozumiesz, że żaden związek się nie uda bez pewnej miękkości i akceptacji. Mniej będziesz ulegała przyjaciółkom, które często lekko rzucają: „stać cię na więcej”. Tylko co to znaczy „więcej”?

Przeczytałam gdzieś: rady kogoś, kto już osiągnął sukces, są bezcenne na samym starcie.
Tak. Bo choć możemy wybrać inną drogę, pewne wskazówki są bezcenne. Jeśli chcesz być pisarką – od innych pisarzy możesz czerpać wiedzę, do jakich wydawnictw się odzywać, jak się nie zrażać, zdyscyplinować. Zbieramy historie innych, a potem wyciągamy coś dla siebie. Wychodzi z tego też dużo „ogólnych” prawd dotyczących niepoddawania się, wysiłku, który najczęściej trzeba włożyć, momentów zastoju, reakcji znajomych, innych pisarzy i tak dalej. Mnie kiedyś przyjaciółka, która ma duże doświadczenie w biznesie, spytała, jakie mam profity z tego, co robię. A potem zaczęła mi radzić, jak pomysł zamienić w pieniądz. Była w tym bardzo ostra i konkretna. Nie obraziłam się, nie powiedziałam: „Moja sprawa”, tylko posłuchałam. Opracowałam strategię, kolejne plany – wszystko dzięki niej. Z drugiej strony, kiedyś nie posłuchałam tych, którzy mi mówili, że „Sexy zaczyna się w głowie” to infantylne hasło. I wciąż uważam, że miałam rację.

Kogo na pewno nie słuchać?
Ludzi zawistnych i zazdrosnych, którzy boją się wyjść poza swoją strefę komfortu i nic nie robią, tylko narzekają, źle życzą innym.

Nie jesteś zbyt krytyczna? Czasem te osoby udzielają takich rad z dobrej woli.
Być może. Ale dla mnie to jest pseudodobra wola. Jak można radzić komuś dobrze w sferze, o której nie ma się pojęcia? Co nam z tego, że usłyszymy: „Ja na twoim miejscu nie zaryzykowałabym, czasy są ciężkie”. Taki człowiek mówi o czymś przez pryzmat własnego doświadczenia. Mówi o nas, naszej sytuacji, a wyraża w tym własny lęk przed zmianą, porażką. Przyjrzyjmy się osobom, które nam doradzają. Kim są, jaka jest ich osobowość, jak wiele zdobyły w dziedzinie, która jest dla nas ważna.

Karolina Cwalina ECPC, coach, autorka programu „Sexy zaczyna się w głowie”, www.sexyzaczynasiewglowie.pl

  1. Styl Życia

Kasia Sokołowska: "Mam się czym dzielić"

Kasia Sokołowska - reżyserka pokazów mody. Studiowała aktorstwo i reżyserię w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jurorka w programie „Top Model”, prowadząca „Projekt na sukces” w TVN Style. (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Kasia Sokołowska - reżyserka pokazów mody. Studiowała aktorstwo i reżyserię w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jurorka w programie „Top Model”, prowadząca „Projekt na sukces” w TVN Style. (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał – mówi Kasia Sokołowska.

Własny program w telewizji to marzenie i wyzwanie jednocześnie. Dlaczego zdecydowała się pani poprowadzić „Projekt na Sukces” w TVN Style? Bo ten format jest ze mną w stu procentach kompatybilny. A mam taką zasadę, że wchodzę tylko do tych rzek, które są „moje”, które „czuję”, taka filozofia zawsze się w moim życiu sprawdzała. Selektywne podejście do wszystkiego, co przynosi los, zdecydowanie procentuje, takie jest moje doświadczenie.

I zawsze jest pani konsekwentna w swoich wyborach? Swoją drogę zawodową zaczęłam od mody – już podczas studiów dostałam propozycję wyreżyserowania dyplomowego pokazu mody, to był mój pierwszy raz, odnalazłam się w mig, pamiętam dokładnie tamtą błyskawicę – myśl, która przeleciała przez głowę: „To jest to!”. I tak oto od 25 lat reżyseruję pokazy mody. Jestem też producentką, dyrektor kreatywną rozmaitych projektów. Swobodnie czuję się też w świecie designu, włączyłam się na przykład w projekt hotelu Lake Hill Resort and SPA w Karkonoszach. Z czasem moja droga rozszerzyła się także na działalność w telewizji, bo zaczęto postrzegać mnie jako eksperta w mojej dziedzinie. Okazało się, że na ekranie poczułam się bardzo swobodnie, publiczność zaakceptowała mnie jako jurora w programie „Top Model”. Nie bez przyjemności odnalazłam się również w biznesie – stworzyłam swoją markę butów Emeralds and Crocodiles, niszowy start-up, który właśnie połączył się z potentatem, jakim jest firma obuwnicza Kazar. Udało mi się więc dość płynnie i owocnie wejść w świat mediów i biznesu.

Czyli „Projekt na Sukces” to program skrojony pod panią. Dokładnie tak. Dotyczy ludzi, niekoniecznie młodych, którzy mają jakiś pomysł – klarowny, przemyślany – ale brakuje im mocy, wiedzy i narzędzi, by wcielić swoją wizję w życie. Albo tych, którzy już ją wcielili, ale z rozmaitych powodów nie potrafią zrobić kolejnego kroku. Potrzebują wsparcia, rady, kontaktu z ekspertami, mentorami, których zapraszam do programu. W tych ludziach jest pasja, ale gotowi są też, by pracować pełną parą. I to mi się bardzo podoba.

Pasja jest najważniejsza? Tak, ale pasja to nie wszystko. Oprócz niej w życiu trzeba się trochę namęczyć. Myślę, że mam „prawo”, by mówić ludziom, że warto się wysilać, bo moja droga jest tego dowodem. Oczywiście, wiele zależy od siły wyobraźni, woli, od warunków zewnętrznych, od wsparcia, szczęścia, ale nudna prawda jest taka, że to żmudna praca najbardziej popłaca…

A pani tę pasję do pracy ma we krwi? Nie wiem, czy we krwi, czy tak ukształtowało mnie dzieciństwo. Było ściśle związane z muzyką, ze sceną i rzeczywiście – z ogromną dyscypliną. Przez 15 lat koncertowałam z muzyką dawną, klasyczną, współczesną, chóralną, kameralną. Miałam siedem lat, kiedy po raz pierwszy wyruszyłam w trasę z moim zespołem. To nauczyło mnie radzić sobie w różnych warunkach, nauczyło mnie samodzielności. A jednocześnie od wczesnych lat byłam przyzwyczajona do takich ciągłych artystycznych uniesień. Uwrażliwiona na to, co oddziałuje na emocje, a to jest jak nałóg – kiedy się tego raz zazna, chce się więcej, tego rodzaju uderzenia adrenaliny człowiek chce już zawsze.

Ale pomiędzy tymi uniesieniami jest nic innego jak codzienna praca właśnie. W moim życiu dość płynnie romantyzm przeplata się z pozytywizmem. Jedną i drugą potrzebę – „odlatywania” i „pracy u podstaw” – mam w sobie głęboko zakorzenioną i ciężko byłoby się którejkolwiek z nich pozbyć. Nawet gdybym chciała…

Kasia ma na sobie: limonkową marynarkę Paprocki & Brzozowski, sukienkę Hervé Léger/Moliera, szpilki Emeralds and Crocodiles Kasia ma na sobie: limonkową marynarkę Paprocki & Brzozowski, sukienkę Hervé Léger/Moliera, szpilki Emeralds and Crocodiles

Należy pani do tych, o których bez cienia wątpliwości mówi się: kobiety sukcesu. Jak pani, na własne potrzeby, definiuje sukces, czym on jest? Chyba nigdy nie zastanawiałam się, dokąd zmierzam, istotny był sam proces, on mnie nakręca, daje satysfakcję. Ja lubię iść. Nie mam potrzeby, by znać dokładny adres mojego celu. I podobnie mam z sukcesem – nie wiem, czy go osiągnęłam, bo nigdy nie nazwałam, co nim dla mnie będzie. Ale, tak na gorąco, mogę powiedzieć, że dobrze mi tu, gdzie jestem – w „tym” miejscu, w „tym” czasie, z „tymi” ludźmi.

I to jest sukces według mojej osobistej definicji. Więc tak, według takiej definicji – czuję się kobietą sukcesu!

Nigdy nie miała pani chwil zwątpienia? Nie zdarzały się błędy, potknięcia? Jestem dumna, że wystarczyło mi odwagi i – a może przede wszystkim – determinacji, by nie dać się zwieść błyskowi tego, z czym nie było mi po drodze, by słuchać intuicji, wierzyć, że wiem, co robię, bo mam w sobie jakiś talent i jakiś potencjał.

To wymaga ciągłej czujności, mobilizacji… Ale dzięki temu dziś nadal się rozwijam i – tak się jakoś szczęśliwie układa – ciągle trafiam przed kolejne drzwi, które mogę otwierać, czasem ze strachem, ale głównie z ciekawością. Jestem życia bardzo ciekawa. Mam 47 lat i wciąż kręci mnie to, co przede mną, to bardzo przyjemne uczucie.

Według mnie nie ma mowy o sukcesie, jeśli zapominamy, kim jesteśmy i od czego to wszystko się zaczęło. Ja muszę wciąż czuć ten dreszcz, który czułam, kiedy pierwszy raz reżyserowałam pokaz. Ten sam, który czuła siedmioletnia dziewczynka, stojąc na scenie. To charakterystyczne mrowienie jest moim barometrem. Dopóki się pojawia, wiem, że wszystko jest w porządku.

Ale jeśli mowa o sukcesie, to ma on według mnie jeden wymiar, o którym w ogóle się nie mówi, a mnie on przysparza sporo kłopotu.

To znaczy? Równie ciężko, przynajmniej ja tak mam, jest znieść ten czas, kiedy telefon milczy, jak też ten, kiedy wciąż dzwoni. Wielu się pewnie teraz uśmiechnie: „Jasne, nie ma większych problemów, woda sodowa uderzyła jej do głowy”, ale to nie kokieteria, trzeba wielkiej dojrzałości, by bez żalu dokonywać selekcji, nie żałować utraconych szans. Kiedy praca kręci tak bardzo, jak mnie kręci moja, trudno – nie komuś, ale samemu sobie – powiedzieć: „nie”. Pierwszą śluzą przy dokonywaniu wyboru są, oczywiście, wspomniana intuicja i przeświadczenie, czy coś „czuję”, ale potem jest naprawdę ciężko. Nie tylko wypalenie zawodowe prowadzi do frustracji. Natrętne myśli: „Czy na pewno dobrze wybrałam?”; „Czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że odmówiłam?”, potrafią solidnie zatruć życie. Więc tego, jak radzić sobie z poczuciem tracenia, rezygnowania, wciąż się uczę. Zresztą mam wrażenie, że w ogóle dojrzałość polega na tym, by bezboleśnie dokonywać w życiu rozmaitych selekcji, zostawiać za sobą kolejne „okazje” bez żalu. Bo nie tylko o pracę chodzi, ale też o kontakty z ludźmi – umieć nie wchodzić w te, które nam nie służą, bądź nie tkwić w nich. Nie zawsze i nie z każdym jest nam po drodze. Nie zgadzamy się w różnych ważnych kwestiach i zwyczajnie nie trzeba wtedy szukać na siłę porozumienia.

Kasia ma na sobie: kurtkę i kombinezon MMC Kasia ma na sobie: kurtkę i kombinezon MMC

A z kim zdecydowanie nie jest pani po drodze? Nie lubię takiego swojskiego poklepywania się wzajemnie po plecach, to nie moja bajka. Cenię sobie szacunek i dystans. Nawet jeśli jestem z kimś w jakiejś zażyłości, to nie daje mi prawa, by przekraczać granice, wkraczać w jego przestrzeń. Kilka razy zarzucano mi właśnie, że się nadmiernie dystansuję od różnych osób, spraw. Ludziom dystans kojarzy się bardzo negatywnie. Nie rozumiem tego, dla mnie umiejętność zachowania go, respektowanie go jest oznaką psychicznego zdrowia. To coś, co nazywam życiową higieną. Im jestem starsza, tym mocniej czuję, jak ważne jest, by o nią na co dzień dbać.

Mówi pani o życiowej higienie, a podobno jest pani pracoholiczką… Jestem, to prawda. I akurat z tym przestałam walczyć. Mam w sobie sprężynę, której nie da się wyłączyć. Ale to też jakiś dar. Zaczęłam to postrzegać właśnie w takich kategoriach. Choć przyznam, że był czas, kiedy myślałam, że moja nadaktywność jest przekleństwem. Dziś cenię tę swoją sprężynę, tylko uczę się korzystać z niej rozsądnie. Świadomość i doświadczenie, czyli nic innego jak płynący czas, mi w tym pomagają. Pomagają mi ją okiełznać. Kiedyś mnie bardziej nosiło, dziś potrafię sprawniej kanalizować energię, odróżniać to, co mnie stymuluje, od tego, co wprowadza mnie w mrok.

A odpoczynek? Potrafi pani odpoczywać? Odpoczynek to trudna sztuka. Nie jestem w niej mistrzem, ale już umiem się wyłączać raz na jakiś czas. Podróżowanie daje mi poczucie wolności. Czasem to bezmyślny „plażing”, ale zdecydowanie częściej to „podróż awantura”, tak ją nazywam, kiedy jest niewygodnie, kiedy nie ma planu. Właśnie wtedy, paradoksalnie, potrafię się naprawdę wyłączyć, wyciszyć. Nie męczy mnie duża liczba bodźców, wręcz przeciwnie. Czasem podróżuję sama, czasem w towarzystwie, dobrym towarzystwie. Ale samo słowo „odpoczynek” tak naprawdę najbardziej kojarzy mi się ze słowem „równowaga”.

Kasia ma na sobie: pomarańczowy garnitur Boss, T-shirt Ralph Lauren, buty Kazar Kasia ma na sobie: pomarańczowy garnitur Boss, T-shirt Ralph Lauren, buty Kazar

Jak żyje się w równowadze? Przede wszystkim nie wolno robić zamachów na samą siebie. Takim zamachem jest dla mnie na przykład wchodzenie w konflikt. Konflikt mnie nie oczyszcza. Konfrontacje, rozwiązania siłowe nie wchodzą w grę. Niektórym ludziom pomaga, kiedy otwarcie wykrzyczą swoje emocje, żale. A mnie to dodatkowo osłabia, potrzebuję innych, mniej inwazyjnych sposobów rozwiązywania problemów. Przemoc i agresja w każdym wydaniu bardzo mi szkodzą. Szkodzi mi też brak tolerancji, widzę, że tak bardzo lubimy się wzajemnie oceniać, i bardzo siebie pilnuję w tej kwestii.

Powiedziała pani, że aby coś osiągnąć, najważniejsza jest po prostu zwykła codzienna praca, ale sama wspiera pani innych na ich drodze, choćby w nowym programie. A ile wsparcia pani dostała w życiu? Uważam, że aby dostać wsparcie w dorosłym życiu, trzeba coś najpierw światu zaproponować. I to jest fair. Ja zawsze najwięcej wymagałam i nadal wymagam od siebie. Ale świata nigdy nie zdobywa się w pojedynkę. Generalnie mam szczęście do ludzi, choć bywały momenty, kiedy byłam bardzo samotna, smutna, przekonana, że potraktowano mnie niesprawiedliwie. Jednak dość dobrze radzę sobie z huśtawkami, jakie funduje mi życie, z przyjemnym wyrzutem adrenaliny, ale też z jej gwałtownym spadkiem.

Siłaczka z pani… Mam wrażenie, że jestem silną osobą. Ale to się nie wzięło znikąd. Bo ja dostałam bardzo duże wsparcie na początku drogi. Rodzice obdarowali mnie ogromnym zaufaniem. Potrafili ze mną mądrze rozmawiać i mądrze mną kierować. A potem trafiłam na wspaniałych dyrygentów, moich najważniejszych nauczycieli muzyki, ale też wychowawców. W dorosłym życiu także miałam przywilej spotkania kilkorga wyjątkowych osób. A że rodzice nauczyli mnie także otwartości, umiałam z tego wszystkiego skorzystać. Dostałam wiele dobrego. I teraz mam się czym dzielić.

 

Zdjęcia: Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, makijaż: Kamila Wiedeńska, fryzury: Adam Szaro). Dziękujemy firmie High Level  Sales & Marketing za użyczenie apartamentu w rezydencji Park Lane przy ul. Podchorążych 83 w Warszawie. Zdjęcia: Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, makijaż: Kamila Wiedeńska, fryzury: Adam Szaro). Dziękujemy firmie High Level  Sales & Marketing za użyczenie apartamentu w rezydencji Park Lane przy ul. Podchorążych 83 w Warszawie.