1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie pokonasz jej, ale możesz ją oswoić. Oto 7 kroków do zrozumienia zazdrości

Nie pokonasz jej, ale możesz ją oswoić. Oto 7 kroków do zrozumienia zazdrości

Zamiast poddawać się rozczarowaniu sobą, spróbuj wykorzystać zazdrość jako wskazówkę do rozwoju. (Fot. iStock)
Zamiast poddawać się rozczarowaniu sobą, spróbuj wykorzystać zazdrość jako wskazówkę do rozwoju. (Fot. iStock)
Znów poczułaś to przykre ukłucie, które każe ci nie cierpieć kogoś, kto ma od ciebie lepiej? Pomyśl, co ta emocja mówi o tobie. O twoich tęsknotach, deficytach. Bo zarówno zazdrość, jak i zawiść są świetnymi wskazówkami do rozwoju.

Kaśka ma superżycie, wyszła za mąż, a ja wciąż jestem sama – kto by pomyślał, przecież to ja mogłam przebierać w ofertach matrymonialnych!”, „Tomek znów wydał książkę? Ta niemota? Przecież to mnie zawsze wychwalała polonistka!”, „Agnieszka wciąż ma nowe zlecenia, skąd ona je bierze? Ja mam więcej kursów od niej, ale ona ma więcej znajomości”. Wszystko to można zawrzeć w jednym: „Dlaczego inni maja lepiej ode mnie?!”. Życie nie zawsze jest sprawiedliwe, może się zdarzyć, że choć się staramy i dobrze rokujemy, to śmietankę spija ktoś inny, do tego potencjalnie (przynajmniej w naszej ocenie) od nas gorszy.

Masz to, czego ja chcę

Zazdrość to według definicji Gottfrieda Leibniza niepokój, „że ktoś inny jest bardziej uprzywilejowany”, a także smutek, „że to nie my posiadamy jakieś dobro”. „Ty masz miłość, a ja nie; ty masz sukces, a ja nie; ty masz pieniądze, a ja nie; ty masz zdrowie, a ja nie…”. Ta lista może nie mieć końca, dopóki budujemy siebie, porównując się z innymi. Dopóki postrzegamy siebie przez pryzmat braków (tego nie mam, tamto chce). Koncentrowanie się na tym, czego nie mamy, często prowadzi do frustracji (znanej nam już od dzieciństwa), frustracja do złości, cierpienia, a niekiedy (gdy zazdrość staje się chorobliwa) także do zemsty, wyrządzenia szkody temu, komu zazdrościmy, by wyrównać sobie poczucie straty. Z tego też powodu umniejszamy sukcesy innych. Mówimy: „głupi to ma szczęście”, „trafiło się jak ślepej kurze ziarno”, „piękna, ale głupia”. Bo zazdrość, tak jak i jej bliźniacza siostra – zawiść – biorą się z niskiej samooceny. Z drugiej strony, jak im się bliżej przyjrzeć, mają nie tylko negatywną rolę do spełnienia – motywowani zazdrością dążymy np. do poprawy swojej sytuacji – czy to osobistej, czy zawodowej, by dogonić, a nawet przegonić w sukcesach tych, którym zazdrościmy. Dlatego zamiast poddawać się rozczarowaniu sobą, spróbujmy wykorzystać zazdrość jako komunikat i wskazówkę do rozwoju.

7 kroków do zrozumienia zazdrości

Wzmacniaj samoocenę

Zacznij od przyczyny, czyli braku samoakceptacji. Ktoś pogodzony ze sobą, znający dobrze siebie – rozwija swoje talenty, a słabości akceptuje lub próbuje przekuć je w coś bardziej satysfakcjonującego. Nikomu niczego nie zazdrości – co najwyżej powodzenie i sukcesy innych inspirują go do zmian, zachęcają do rozwoju. Żeby osiągnąć taki stan, trzeba mieć zdrowe poczucie własnej wartości – adekwatne, nie za niskie, ale też nie za wysokie, bo wysoka samoocena usypia naszą czujność, budzi arogancje (myślimy, że wszystko już wiemy, potrafimy, jesteśmy lepsi niż inni). Wzmacnianie poczucia własnej wartości to baza. Ale to także proces i oddzielny duży temat, tu pomocą mogą być m.in. wymieniane przez Nathaniela Brandena w książce „Sześc filarów poczucia własnej wartości” podstawy: praktyka świadomego życia, praktyka samoakceptacji, praktyka odpowiedzialności za siebie, praktyka asertywności, praktyka życia celowego i praktyka integralności osobistej. Zmiana nawyków myślowych na temat siebie nie nastąpi od razu, ale ta książka znacznie w tym pomoże.

Zbadaj, nazwij i zachowaj dystans

Jeśli właśnie zalewa cię fala zazdrości, zdystansuj się do niej. Powiedz sobie: „Zazdrość to nie ja, to emocja, którą własnie odczuwam – mogę ją nazwać i zbadać”. Wyobraź sobie, że masz mikroskop albo lupę i możesz przyjrzeć się dokładnie temu, co czujesz. Pomogą ci w tym pytania: „Co teraz czuję?”, „Jak jest to silne w skali od 1 do 10?”, „O jakiej niezaspokojonej potrzebie mi to mówi?”, „Czy mogę w jakiś sposób otrzymać to, czego teraz zazdroszczę?”, „Jeśli tak – to jak?”, „Jeśli nie – czy jest coś innego, co może mi to zrekompensować?”, „Jeśli nie – to co się stanie, jeśli się z tym pogodzę?”, „I co się stanie, jeśli się z tym nie pogodzę?”. Takie zdroworozsądkowe zdystansowanie się pozwoli ci dotrzeć do przyczyny i być może podjąć decyzje.

Oddychaj

Zazdrość to silne uczucie, towarzyszy mu często złość, a nawet agresja. Gdy czujesz mocny gniew, weź 10 pogłębionych spokojnych oddechów, które wyciszą emocje i pozwolą powrócić do logicznego myślenia. Wdychaj i wydychaj powietrze nosem.

Przekieruj energię w ruch

Jeśli wciąż rozsadza cię niedobra energia, przekieruj ją na aktywność fizyczną – wyjdź na szybki spacer lub pobiegaj.

Nie porównuj się z innymi

Na tle innych zawsze będziemy od kogoś w czymś gorsi, ale zawsze też w czymś będziemy od innych lepsi. Nie ma sensu się porównywać, bo każdy z nas jest inny. Jeśli ktoś ci imponuje i zazdrościsz mu np. osiągnięć pisarskich, naukowych, sportowych i innych, to  zadaj sobie pytanie, czy naprawdę włożyłaś w coś tyle pracy i czasu, co ta osoba. Czy za jej osiągnięciami nie idą jakieś wyrzeczenia, których ty nie byłabyś w stanie albo nie chciałabyś ponieść? Czy wiesz, co ona naprawdę przeżywa, co czuje, kim jest, jakim kosztem to osiągnęła? Może widzisz tylko jedną stronę medalu. Poza tym ocenianie siebie przez pryzmat sukcesów innych to pozwalanie na to, by o naszej wartości decydowali inni, nie my sami. Zrewiduj, jaką role pełnią w twoim życiu poszczególni członkowie rodziny, przyjaciele, zwierzchnicy i wszyscy ci, których zdanie czy opinie wpływają na twoje decyzje i zachowanie.

Zrewiduj oczekiwania

„Wielkie oczekiwania niosą ryzyko wielkich rozczarowań” – mówią buddyści. Z drugiej strony – cele i dążenia pozwalają realizować marzenia, o ile tylko wystarczy nam determinacji. Pomoże ci w tym następujące ćwiczenie – weź kartkę, długopis i trzymaj się instrukcji bez podglądania dalszego opisu. Stwórz listę 10 najważniejszych spraw – marzeń, na których realizacji ci zależy. Teraz skreśl piec z nich. Tak, skreśl bezwzględnie pięć swoich pragnień. Z czego mogłabyś zrezygnować? Skreślone piec? To skreśl jeszcze dwa. Jak to – masz jeszcze z czegoś zrezygnować? To niemożliwe! A jednak skreśl. To, co zostanie, to twoje prawdziwe pragnienia, prawdziwe priorytety. To, co naprawdę jest dla ciebie ważne. Skup się na ich realizacji, a sukcesy innych osób w pozostałych dziedzinach nie zakłują igłą zazdrości. Zaakceptuj, że nie możesz mieć wszystkiego – łatwiej mieć coś, na co się świadomie zdecydujesz i skupisz na tym cała uwagę.

Zajmij się sobą i buduj na tym, co masz

Żyj swoim życiem, szukaj własnego potencjału, skupiaj się na tym, co masz, co potrafisz, co umiesz. Jeśli ci czegoś brakuje, jeśli poczujesz w stosunku do kogoś lub czegoś zazdrość, zastanów się, o jakim deficycie ci to mówi, i zadaj sobie pytanie, czy masz wpływ na to, by go uzupełnić. Jeśli tak – zrób to, jeśli nie – zostaw, nie przeżywaj i tak nie możesz tego zmienić. Skup się na czymś innym.

Jak zostać królową

Nie każdy się rodzi w rodzinie królewskiej lub jako spadkobierca fortuny. Ale jeśli jesteś względnie zdrowa, masz co jeść i gdzie mieszkać, jeżeli możesz podziwiać świat każdym zmysłem i robić na ogół to, co chcesz – to jesteś wielką szczęściarą. Jeśli cię coś ogranicza, to zbyt mała ambicja lub pracowitość, a może za duże oczekiwania i złe myślenie na swój temat. Sukcesy i powodzenie  innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. Stwórz własne królestwo, rozwijaj zdolności, potencjały, ciesz się tym, co masz – jednym zdaniem: zostań jego królową! Niech inni zazdroszczą tobie! Po prostu rób swoje i nie oglądaj się na nic.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Martwy punkt – dostrzeż w sobie to, czego nie widać

Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Martwy punkt to taka właściwość człowieka, z której on nie zdaje sobie sprawy, a inni ją widzą. (Fot. iStock)
Masz wrażenie, że coś w twoim życiu nie gra? Mimo dobrych intencji i starań nie układa ci się w związkach, szef nie chce dać awansu, a znajomi jakoś do ciebie nie lgną? Psycholog społeczny Jacek Santorski podpowiada, gdzie mogą leżeć przyczyny.

Czym właściwie różni się martwy punkt od „zwykłej wady”?
Wada to jest coś złego, jakieś nasze ograniczenie, którego możemy być świadomi lub nie, na przykład ja wiem, że jestem zbyt egotyczny w relacjach osobistych i rodzinnych. Znam tę swoją słabość charakteru. Natomiast martwy punkt to taka moja właściwość, z której ja nie zdaję sobie sprawy, a inni ją widzą.

To znaczy, że martwym punktem może być i każda wada, i każda zaleta, pod warunkiem że widzą ją wszyscy poza nami?
Teoretycznie tak. Miałem utalentowaną współpracownicę, która była bardzo introwertywna i nie dość pewna siebie. Kiedyś podczas swojego wykładu na konferencji oddałem jej głos. Nie uprzedziłem jej wcześniej, bo nie chciałem stresować. Wypadła świetnie, chociaż do dziś wspomina, że kiedy zaprosiłem ją na scenę, była na skraju utraty przytomności. Wcześniej nie podejmowała tego rodzaju wyzwań, bo nie zdawała sobie sprawy, że może być tak charyzmatycznym mówcą. W tym przypadku martwym punktem był talent. Zwykle jednak, mówiąc o martwych punktach, mamy na myśli wady, których sobie nie uświadamiamy.

Z jakimi martwymi punktami najczęściej pan się spotyka?
Ostatnio zauważam, że powszechne jest dodawanie śpiewnego „tak?” na końcu średnio co piątego zdania lub nawet częściej. Tę językową manierę można zaobserwować u osób z różnych środowisk. W 70 proc. jednak martwe punkty wiążą się z fizjologią, wrażeniami zmysłowymi. Często dotyczą zachowań inwazyjnych, czyli takich, które bezpośrednio zakłócają osobistą strefę innych ludzi. To te, które zwykle opisujemy, dodając słowo „zbyt”, np. mówimy, że ktoś „zbyt mocno pachnie”, „mówi zbyt głośno” czy jest „zbyt wyzywająco ubrany”. To zachowania, których krytyka jest wyjątkowo trudna do przyjęcia, bo uderza w poczucie własnej wartości, naszą tożsamość – to, jak pachniemy czy mówimy, jest przecież naszą osobistą cechą. Jednocześnie, ponieważ te cechy tak źle działają na innych, ich skorygowanie może nam przynieść wyjątkowo duże korzyści. W Polsce martwe punkty często dotyczą wyglądu. Mamy folwarczne relacje w firmach, a ponieważ estetyką folwarku był jarmark, mamy też jarmarczno-odpustową estetykę w ubiorze. Martwym punktem może być więc zbyt krzykliwy, barwny i bogaty w ozdoby strój noszony w biurze, gdzie ze względu na kontakt z klientem wskazana jest powściągliwość. Często problemem staje się też seksualizacja relacji przejawiająca się nie tylko w tym, co na siebie wkładamy, ale też w tym, jak się zachowujemy w życiu zawodowym i towarzyskim.

Na czym dokładnie polega?
Na wysyłaniu różnego rodzaju sygnałów, które wyglądają jak zaproszenie do kontaktu seksualnego. To może być nieadekwatny do sytuacji strój – bardzo głęboki dekolt, ultrakrótka spódniczka i wysokie szpilki – idący w parze z pełnym erotyzmu sposobem zarzucania nogi na nogę. Oczywiście, mężczyzna też może seksualizować relację. Wtedy na przykład będzie miał rozpięty o jeden guzik koszuli więcej, będzie siedział szeroko, a stojąc, wypnie miednicę do przodu. Do tego zacznie opowiadać sproś­ne dowcipy. Całym sobą będzie wysyłał komunikat: „Jestem macho”, „jestem gość!”, „jestem facet!”, nawet sobie tego nie uświadamiając. Osoby, które przebywają w jego towarzystwie, często czują dyskomfort, mają wrażenie, że ich granice emocjonalne zostały przekroczone.

Są też martwe punkty, które polegają na fizycznym przekraczaniu granic.
To prawda. Niektórzy zawłaszczają sobie przestrzeń, która należy do innych – w biurze wszędzie rozrzucają swoje papiery, u znajomych rozkładają się na kanapie i rozpychają się przy stole. Zasady savoir-vivre’u, na przykład „podczas jedzenia trzymaj łokcie przy sobie”, nie zostały stworzone po to, by znęcać się nad ludźmi, tylko byśmy wszyscy mieli minimum komfortu. Nie bez przyczyny zresztą wspominam tu o dobrym wychowaniu, bo bardzo często martwe punkty są właśnie zachowaniami, które określamy jako „niekulturalne”. To mogą być choćby zbyt głośne rozmowy przez telefon w środkach komunikacji miejskiej czy ciągłe pokrzykiwanie do koleżanki, która siedzi na drugim końcu biura. Innym popularnym martwym punktem jest dominowanie rozmowy opowieściami na swój temat. Nie mam na myśli ciekawych historii z pointą, z których słuchacze mogą wynieść coś dla siebie, tylko długie wypowiedzi, które są interesujące wyłącznie dla tego, kto je opowiada.

Z jednej strony wiemy, że trzeba się ubierać adekwatnie do sytuacji czy dbać o to, by zapach, który roznosimy, był przyjemny i niezbyt intensywny, a z drugiej strony – tych zasad nie przestrzegamy? Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że je przekraczamy, czy może jesteśmy tego świadomi, ale myślimy: „W moim przypadku to nie razi”?
Możliwe są obie przyczyny. Ktoś mógł żyć w mikroświecie, w którym jego zapach był normą. On może rzeczywiście nie mieć świadomości, że np. woń jego perfum jest zbyt intensywna. Ale czasem sądzi, że z różnych przyczyn on akurat nie musi tych znanych mu zasad przestrzegać. To jak ze zbyt szybką jazdą samochodem. Jedną częścią mózgu przyjmujemy statystyki związane z zagrożeniami na drodze, ale nie przerzucamy ich do drugiej części mózgu. Wiemy, że przy 170 km/h ryzyko przejechania kogoś jest bardzo duże, ale jednocześnie myślimy: „Mnie to nie dotyczy”.

Rozumiem, że jeśli ktoś weźmie nas z zaskoczenia, na przykład stwierdzi: „Powiem ci, co nas w tobie drażni”, to my prawdopodobnie tę informację odrzucimy?
Wtedy może się skończyć jak w przypadku pewnej pani – wielo­letniej pracownicy przedsiębiorstwa, którego szef poprosił mnie o pomoc. Chodziło o uwagi, które tej kobiecie anonimowo przekazano. Dotyczyły właśnie jej martwego punktu. Ta pracownica zimą przychodziła w bardzo krótkich spódniczkach i wysokich kozakach na suwaki, które rano rozsuwała i najpierw przez pierwszą godzinę przyjmowała interesantów w takich rozpiętych butach, a potem zakładała kapcie. Do tego przez cały dzień publicznie podciągała sobie rajstopy. Kiedy dowiedziała się, że jej zachowanie jest odbierane przez innych negatywnie, uznała, że uwagi wynikają z zazdrości. Twierdziła, że koleżanki i koledzy są mniej kompetentni i próbują ją wygryźć.

Co więc możemy zrobić, żeby odkryć swoje martwe punkty? Wyobraźmy sobie dobrego człowieka, który ma jakąś nieznośną cechę, powiedzmy, wszystkich krytykuje albo wciąż narzeka. Nie jest jej jednak świadom. Czuje się więc rozgoryczony, że tyle robi dla innych, a ci inni się od niego odsuwają.
Chce pani powiedzieć: nie zasługuje na ten dystans i odrzucenie?

Tak. Co on może zrobić?
Najpierw powinien znaleźć motywację, by dowiedzieć się o sobie czegoś nowego, raczej nieprzyjemnego. Musi mieć ważny powód, dla którego chce przeżyć ten bolesny zabieg, jakim jest wysłuchanie negatywnej informacji na swój temat. Czasem zdarza się, że ktoś deklaruje: „Chcę się dowiedzieć, dlaczego jestem sam”, ale w rzeczywistości liczy na to, że usłyszy: „To nie twoja wina. Z tobą wszystko w porządku”. Ważna jest więc gotowość do wzięcia odpowiedzialności za to, jak jest się odbieranym. Bez niej wszystko, co usłyszy, uzna za wredne recenzje. Od razu zracjonalizuje: „To na pewno nie jest prawdziwy powód, dla którego ludzie mnie źle traktują” czy „Nie chodzi o zapach, bo wiele osób mówiło mi, że świetnie pachnę”. Będzie chciał w ten sposób zredukować napięcie wywołane niezgodnością pomiędzy tym, co o sobie myśli, a tym, co na swój temat usłyszał. Pojawi się rozczarowanie: „A miała być prawda o mnie…”.

Tymczasem to nie ta prawda, o którą mu chodziło.
Tak. Dlatego u nas w Akademii Psychologii Przywództwa podczas sesji odkrywania martwych punktów zawsze jest trener, który między innymi sprawdza, czy osoba, która słucha o swoich martwych punktach, dopuszcza to do siebie i co z tym robi, bo jeśli miałaby ten komunikat obrócić przeciwko sobie, to lepiej, żeby go nie dostała. Wiadomo na przykład, że osoba w łagodnej depresji będzie wprawdzie w stanie przyjąć negatywną informację zwrotną, ale potem prawdopodobnie sobie przywali: „No i potwierdza się, że jestem beznadziejna”.

Nie każdy jednak ma szansę pracować nad swoimi martwymi punktami pod okiem trenera. Można zapytać o nie kogoś znajomego, kto nie jest ani trenerem, ani coachem, ani terapeutą?
Można, ale ja nie zagwarantuję z ręką na sercu, że taka rozmowa nie obróci się przeciwko temu, kto pyta, i temu, kto mówi. Gdybym był trochę nawiedzonym młodym coachem lub terapeutą, mógłbym powiedzieć: „Prawda jest najważniejsza. W atmosferze prawdy powiedzcie sobie wszystko i zobaczycie, co wam się zwróci”. Ale jestem za stary i zbyt odpowiedzialny, żeby coś takiego wygłaszać.

Jeśli jednak ktoś chciałby podjąć ryzyko, to kogo powinien zapytać o swoje martwe punkty i kiedy?
Ludzi, których nazywam bratnimi duszami. To osoby, które nie są nam tak bliskie jak współmałżonek, rodzice czy dzieci, ale z którymi łączy nas jednak pewna zażyłość, może wspólna przeszłość. Mamy podobne kryteria etyczne i estetyczne i wystarczająco dużo doświadczeń, w których nasza lojalność wobec siebie była wystawiana na próbę i które pokazały, że jednak możemy sobie ufać. Mogę odezwać się do takiego człowieka, nawet jeśli utrzymuję z nim sporadyczny kontakt, i powiedzieć: „Mam nową pracę, w której jest bardzo dużo młodych osób, i czuję, że w kontaktach z nimi robię coś nie tak. Ty masz nastoletniego syna, więc chciałbym o tym pogadać”. Na pewno nie należy rozmawiać o swoich martwych punktach w sytuacji konfliktu, w depresji lub napięciu. Najlepiej zrobić to na spokojnie, podczas podróży czy wakacji, gdy mamy jakiś oddech. Daniel Goleman, popularyzator inteligencji emocjonalnej, powtarzał: „Pamiętajcie, nie naprawia się zatopionej łódki. Trzeba ją najpierw wydobyć na powierzchnię, osuszyć i jej się przyjrzeć”.

Czy to znaczy, że bliskiej osoby, np. przyjaciela, lepiej nie pytać o martwe punkty?
Przyjaciel może nie być do końca neutralny, tylko nadmiernie się zaangażować w rolę wybawiciela albo czerpać dodatkową satysfakcję z tego, że konfrontuje nas z jakąś prawdą. Może też nie mieć inteligencji emocjonalnej czy społecznej. Poza bratnimi duszami warto też mieć mentora – osobę, która towarzyszy w dylematach życiowych, pomaga dostrzec talent czy wadę, wskazuje kierunek rozwoju, czyli, jak to się mówi w psychologii, nas „urealnia”.

Jak go znaleźć?
Często wybieramy go intuicyjnie. Jeśli jednak mielibyśmy szukać go świadomie, powinniśmy zwracać uwagę nie na wrażenie, jakie ktoś robi na zewnątrz, jak bardzo jest życzliwy czy atrakcyjny, ale na to, czy ma charakter, bo mentor powinien go mieć. Ma być wierny swoim zasadom, spójny i sprawdzać się nie tylko na scenie zewnętrznej, ale też w życiu codziennym. Może popełniać błędy, ale powinien być ich świadomy.

A można samemu szukać u siebie martwych punktów? Może na przykład powinniśmy przez kilka dni zapisywać uwagi, jakie robi nam otoczenie. Te wszystkie: „Oj, nie marudź” albo „O, tym razem jesteś punktualna!”? W myśl zasady: Jeśli kilka osób mówi, że jesteś koniem, kup sobie siodło?
To dobry pomysł. Można też, zamiast szukać konkretnego martwego punktu, starać się najpierw znaleźć sferę życia, w której te lusterka wsteczne mamy gorzej ustawione. Zastanowić się, czy uwagi, jakie robią nam inni, dotyczą raczej sposobu, w jaki się komunikujemy, tego, jak się ubieramy, czy może jak postępujemy z dziećmi. Kiedy już znajdziemy taką sferę, łatwiej będzie zidentyfikować konkretny problem. Nie do przecenienia jest też junior mentoring.

Co to takiego?
Informacja zwrotna od młodej osoby, choćby własnego dorastającego dziecka. Badania pokazują, że nasze detektory niespójności, czyli zdolność do wyłapywania wszelkich zakłóceń, na przykład tego, że ktoś co innego mówi, a co innego robi, że jego zachowanie nie pasuje do jego stanowiska czy roli życiowej, najlepiej działają u osób pomiędzy ósmym a 18. rokiem życia. Potem stają się mniej aktywne, chociaż pokolenie Y wydaje się wyjątkiem. U jego dwudziestokilku­letnich przedstawicieli detektory niespójności nadal sprawnie funkcjonują. Dlatego dobrze czasem zapytać własne dziecko o to, co jest w nas nadmiarowe czy niespójne, co jest obciachem w naszym funkcjonowaniu. Kiedy na 65. urodziny włożyłem trampki, myślałem, że moi synowie popukają się w czoło, a oni powiedzieli: „Jest OK”, ale kiedy zacząłem stawiać sobie włosy, usłyszałem, że robię z siebie pośmiewisko. Zapytałem: „Ale czy ja gorzej wyglądam?”. Syn na to: „Może nawet lepiej, ale widać, że się starasz, i to jest obciach”. Taka opinia może być cenną informacją zwrotną, chociaż, oczywiście, nie wszystko trzeba brać sobie do serca. W odkrywaniu martwych punktów chodzi o samoświadomość oraz poczucie odpowiedzialności za swoje życie i relacje. Jeśli ja dostrzegam własne ograniczenia, mam szansę zrozumieć, jak ten aspekt mojego funkcjonowania wpływa na innych. Wiem, dlaczego ktoś mnie lubi, szanuje lub nie, i mogę zdecydować, czy chcę dokonać korekty postępowania. Mam szansę uniknąć śmieszności spowodowanej tym, że jako jedyny nie zauważam, jak bardzo szkodzą mojemu wizerunkowi usta po nieudanej interwencji chirurgicznej czy wielogodzinne monologi przed podwładnymi.

Jacek Santorski jest psychologiem społecznym i psychologiem biznesu.

  1. Zdrowie

Nadwaga a zamrożone w ciele emocje

Jeśli masz pomysł, by zadbać o siebie i zrzucić kilka, twoim zdaniem, zbędnych kilogramów, pamiętaj, że sama dieta to za mało. Odchudzanie to proces, który zachodzi dopiero wtedy, gdy odkryjesz język swojego ciała i przeżyjesz zamrożone w nim historie.

Stań przed lustrem, nago albo w samej bieliźnie i spójrz na siebie jak na kogoś widzianego pierwszy raz w życiu. Kim jest ten ktoś?

Ciało jest jak księga życia albo mapa. Sylwetka, mimika twarzy, sposób oddychania, kolor skóry – to wszystko jest twoją historią spisywaną od momentu narodzin, a nawet jeszcze wcześniej... Wygląd, sposób poruszania się to przede wszystkim opowieść o twoich uczuciach; zwłaszcza tych niezauważonych, zamrożonych, nieprzeżytych, niewypowiedzianych. Każdy lęk zatrzymuje oddech, napina przeponę; każdy wstyd zaciska pośladki, ciężar ciała przenosi ze śródstopia na pięty, co usztywnia uda; każdy zawód napina mięśnie kręgosłupa. Te reakcje napinania, zamykania, zaciskania, zachodzące dzień po dniu – usztywniają poszczególne partie ciała, tworząc bloki mięśniowe. Sprawiają, że ciało jest mniej ruchome, tkanka gorzej ukrwiona i dochodzi do gromadzenia się w tych obszarach tkanki tłuszczowej…

Jak zbroja

Z punktu widzenia totalnej biologii automatyczny mózg, czyli podświadomy umysł robi wszystko, aby zapewnić przetrwanie, czyli zachowanie ciała jak najdłużej przy życiu. Każda sytuacja, z której wyszłaś cało, zostaje zapisana na twoim „twardym dysku”, czyli w mózgu. I we wszystkich podobnych sytuacjach pokładowy komputer automatycznie odpala program: przetrwanie. Śmiało można powiedzieć, że owe wzorce zachowań (nie tylko twoje, ale także twoich przodków) tak naprawdę sterują twoim życiem. I tak np. wzorzec przybierania na wadze w sytuacji realnego bądź potencjalnego zagrożenia i konieczności walki – jest zgodny z założeniem, że zawsze wygrywa większy i silniejszy. Odkładanie się tkanki tłuszczowej w okolicach barków, ramion i karku ma na celu obronę przed atakiem, a umięśnione uda ułatwiają ci ucieczkę, kiedy robi się zbyt niebezpiecznie, albo zamarcie – z nadzieją, że agresor zrezygnuje. Tkanka tłuszczowa chroni również przed kontaktem, który może być niebezpieczny emocjonalnie: muszę być większa, żeby chronić się przed zranieniem. Bywa, że fałdki tłuszczu na brzuchu to komunikat: „Popatrz, nie jestem wcale atrakcyjna, nie zbliżaj się”.

Tłuszcz to pancerz, który ma chronić twoje podświadome obszary lęków, wstydu, bezsilności. Może dotyczyć traumatycznych historii z przeszłości, kiedy czułaś bezpośrednie zagrożenie życia, np. tonięcie – tłuszcz chroni przed podobnym incydentem w przyszłości, poronienie – kobieta emocjonalnie nadal nosi dziecko w postaci nadwagi, dotkliwe pobicie – muszę być większa, żeby się obronić.

Z biologicznego punktu widzenia nadwaga jest efektem konfliktu porzucenia – być może w twoim ciele zapisana jest opowieść o małym dziecku, które zostaje opuszczone i, aby przetrwać, jego mózg uruchamia odpowiedni program zwiększenia masy ciała: „muszę stać się bardziej widoczne, aby matka mogła mnie łatwiej zauważyć”. Ten sam mechanizm obrony włącza się, kiedy np. w relacji z mężczyzną czujesz się niezauważana przez niego.

Tłuszcz manifestuje także konflikt związany z niedostatkiem i brakiem – jesteś przekonana, że w życiu dostajesz zwykle to, czego nie chcesz i nie masz tego, czego chcesz najbardziej na świecie. A gdy czujesz się samotna, twój mózg włącza alarm, bo „sama” znaczy „mało bezpieczna”. Gromadzimy zapasy, żeby przeżyć.

Tkanka tłuszczowa jako ważna ochrona gromadzi się zwykle w miejscach, które coś oznaczają. Mózg wysyła sygnał, że dane miejsce jest szczególnie podatne na zranienie i trzeba je otoczyć ochroną. Umownie każda strefa na ciele jest przypisana konkretnym emocjom:

  • talia – może dotyczyć problemów z podejmowaniem decyzji,
  • biodra – być może czujesz się niepewnie w rodzinie,
  • uda – zachwiane poczucie bezpieczeństwa,
  • brzuch – problemy z odczuwaniem emocji,
  • pośladki – strach,
  • duże łydki – lęk przed upadkiem,
  • grube ramiona – chęć uderzenia albo obrony przed ciosem,
  • podwójny podbródek – niezgoda na to, jak wygląda życie, chęć ucieczki do świata marzeń,
  • cellulit – może symbolizować obawę przed utratą domu lub czyjejś ochrony.

Terapia

Tkanka tłuszczowa to efekt gorszego ukrwienia, a jeszcze wcześniej napinania i bezruchu. Owo napięcie i bezruch powstały w celu obrony przed czuciem, bo tak bardzo boli… Masaż, sauna, ćwiczenia fizyczne, leżenie na macie z kolcami czy techniki oddechowe stosowane regularnie – sprawią, że napięcie mięśniowe powoli zacznie puszczać a ty zaczniesz czuć. Prawdopodobnie na początku pojawią się trudne emocje: przestraszysz się, zaczniesz płakać, poczujesz ból i rozpacz. Będziesz miała ochotę wrócić do napięcia: zacisnąć pośladki, zatrzymać oddech, spiąć łopatki, schować brzuch. Jeśli do tego dojdzie, spróbuj pobujać się na boki, pomasować napięte mięśnie ramion, kilka razy delikatnie wciągnąć i wypuścić mięśnie brzucha. Cały czas spokojnie oddychaj, staraj się, by w trakcie oddechu pracował brzuch, a klatka piersiowa była mniej ruchoma. Przyjmij każde doznanie, które pojawi się w ciele.

Zaufaj mu!

O czym szumi ciało?

Wróć do lustra i jeszcze raz popatrz na swoje ciało, z miłością. Te wszystkie krągłości, pomarańczowe skórki, fałdki i oponki są jak ślady po zranieniach. Możesz w nieskończoność je rozdrapywać albo pielęgnować z czułością. Ale najpierw musisz je z uważnością odczytać. Poniżej znajdziesz kilka wskazówek, jak to zrobić, bo tłuszcz najczęściej odkłada się w sześciu obszarach. Pamiętaj jednak, że każde ciało ma indywidualny język, którego nikt poza tobą nie zna.

Cała górna część ciała, od pasa w górę:

  • zdaniem dietetyków takie tycie najczęściej nie jest związane z chorobami, ale błędami żywieniowymi, gdy w diecie pojawia się dużo słodyczy i nadmierna ilość kalorii oraz brakuje ćwiczeń;
  • z psychologicznego punktu widzenia mocniejsza górna połowa ciała może być konsekwencją braku miłości ze strony matki, zbyt wymagającego i zimnego emocjonalnie ojca;
  • mocne barki i ramiona z nadmiarem tkanki tłuszczowej mogą symbolizować zatrzymaną potrzebę wyciągnięcia rąk ,,po miłość”, chęć pokazania „poradzę sobie sama”, obawa przed zależnością i podporządkowaniem albo gotowość do walki.

Oponka na brzuchu:

  • w tej okolicy znajduje się ośrodek stresu (komórki reagujące w sytuacji walki lub ucieczki);
  • nadmiar tkanki tłuszczowej symbolizuje problemy z radzeniem sobie ze stresem;
  • zdarza się, że w zachowaniu dominuje zajadanie stresu i zagłuszanie problemów alkoholem;
  • oponce często towarzyszy podciągnięta przepona, która jest efektem zatrzymania oddechu z powodu lęku;
  • to także solidna ochrona wrażliwości i delikatności, które z pewnością nieraz były atakowane;

Cały brzuch:

  • prawdopodobnie otłuszczone są także narządy wewnętrzne – co może mieć negatywne konsekwencje dla zdrowia i wymaga konsultacji dietetyka i lekarza;
  • tłuszcz w tej okolicy może być konsekwencją zaburzonego poczucia bezpieczeństwa, czasami sięgającego czasów dzieciństwa;
  • nadwaga może być związana z zaniedbaniami w dzieciństwie – niedokarmienie (emocjonalne lub/i fizyczne), które utrwala przekonanie, że świat nie zaspokaja potrzeb i nigdy nie dostaje się tyle, ile się potrzebuje, i tego, czego się pragnie;
  • tłuszcz może być tu tarczą ochronną, na skutek pamięci ciosu zadanego w brzuch (fizycznego lub emocjonalnego) – stąd rodzą się wspomnienia: „kiedy powiedział mi, że odchodzi, poczułam się tak, jakby walnął mnie pięścią w brzuch”.

Biodra, pośladki, uda:

  • bywa, że nadwaga w tej okolicy jest pierwszym objawem zaburzeń hormonalnych albo skutkiem objadania się np. tuż przed miesiączką;
  • psychologicznie może symbolizować zniechęcenie – ciało zamiera i wydatkuje mało energii, tłumione impulsy seksualne, wstyd czy pamięć nadużycia seksualnego;
  • tłuszcz okolicy pośladków symbolicznie chroni przed upadkiem albo kopnięciem czy uderzeniem w pupę (pamięć przemocy w dzieciństwie – bicie, albo przemocy seksualnej czy odrzucenia).

Otyłość w dolnej części ciała, od pasa w dół:

  • duża, ociężała, mało ruchliwa miednica może być skutkiem traumy seksualnej;
  • brzuch, boczki i plecy – to często efekt nadmiaru kalorii i fizycznej bezczynności;
  • nadwaga w tej części ciała często towarzyszy obniżonemu nastrojowi – zajadanie smutku i złości;
  • ciężkie nogi – przekonanie, że życie jest tak mało satysfakcjonujące, że trudno je unieść, ogólna niechęć do jakichkolwiek działań, czasami skutek traumy – wydarzyło się coś strasznego, a ty nie byłaś w stanie uciec.

Zacznij nowe życie w nowym kształcie

Czym jest otyłość? Jakie są jej przyczyny? Jak ją leczyć? Czy otyłość jest chorobą ? Odpowiedzi na te pytania przynosi kampania społeczna „W nowym kształcie”.

Jeśli uważasz, że masz za dużo kilogramów i mimo prób nie jesteś w stanie się ich pozbyć – przestań działać samotnie i dołącz do kampanii. Dzięki pomocy specjalistów dowiesz się, na czym naprawdę polega twój problem, i zyskasz wsparcie na drodze do zdrowego życia. Znajdziesz pomoc w wyborze metody leczenia otyłości oraz certyfikowanego ośrodka, w którym możesz liczyć na fachowe leczenie. Częścią kampanii jest personalizowana aplikacja wspierająca proces leczenia otyłości oraz webinary live z ekspertami, m.in. na temat metod leczenia otyłości, wsparcia w procesie leczenia oraz emocji i roli psychoterapii. Kampanię współtworzą m.in. lekarze, naukowcy zajmujący się otyłością, dietetycy oraz psycholodzy.

Zapraszamy na stronę kampanii www.wnowymksztalcie.pl.

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.

  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.