1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ludzką podatność na manipulację komentuje Kevin Dutton, autor książki "Zaklinanie umysłu"

Ludzką podatność na manipulację komentuje Kevin Dutton, autor książki "Zaklinanie umysłu"

Gdy podczas rozmowy czujesz się pod presją, istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś tobą właśnie manipuluje. (Fot. iStock)
Gdy podczas rozmowy czujesz się pod presją, istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś tobą właśnie manipuluje. (Fot. iStock)
Gdy podczas rozmowy czujesz się źle, pod presją, zawsze słuchaj swojego instynktu. Jest bowiem duże prawdopodobieństwo, że ktoś właśnie próbuje tobą manipulować – mówi psycholog i badacz Kevin Dutton, autor książki „Zaklinanie umysłu”. 

Wydaje się, że wszędzie i w każdej chwili możemy stać się ofiarą czyjejś perswazji.
Perswazja jest wszechobecna, jest w mediach, sklepach, urzędach… Co więcej, my sami non stop się do niej uciekamy: gdy chcemy, by dziecko pomogło nam sprzątać, negocjujemy cenę w sklepie albo przekonujemy szefa, żeby dał nam awans. Nawet teraz, gdy tak sobie rozmawiamy na luzie – to przecież lekcja perswazji. Próbuję przekonać panią, że to, o czym mówię, ma sens, a moja książka jest ciekawa. Tak naprawdę każdy rodzaj komunikacji jest perswazją, bo każdy fragment informacji, który pochodzi od drugiej osoby, oddziałuje na ciebie, zmienia twoją opinię, a czasem sposób myślenia o świecie. W tym sensie każda komunikacja jest perswazyjna.

Do czego porównałby pan perswazję?
Do magii, jak w „Harrym Potterze”. Tam wyraźnie mamy podział na czarną i białą magię, a to samo można powiedzieć o perswazji.

Co to znaczy?
Że choć stosujemy te same techniki, to nasza intencja może być inna. Można użyć perswazji do dobrego uczynku, na przykład ratowania komuś życia, ale można też za jej pomocą manipulować ludźmi, oszukiwać.

W książce nie używa pan słowa „manipulacja”, a z tym chyba perswazja najbardziej się kojarzy.
Myślę, że różnica pomiędzy perswazją a manipulacją jest na poziomie lingwistycznym, zależnie od tego, czy zgadzamy się z intencją perswazji. Jeśli się nie zgadzamy, to nazwiemy ją manipulacją. Choć to właściwie to samo, bo manipulować kimś, to przekonać go do zrobienia czegoś na jego niekorzyść. Dlatego używam nawiązania do „Harry'ego Pottera” bo to właśnie taka biało-czarna magia, zależy, jak się na to spojrzy. To ta sama technika, ale używana do innych celów.

Wydaje mi się, że sporo też zależy od tego, na ile jesteśmy świadomi perswazji. W książce podaje pan przykład płaczącego dziecka i psychopaty. Psychopata doskonale wie, co robi, dziecko – raczej nie.
Zawsze powtarzam, że małe dzieci są najbardziej bezwzględnymi psychopatami, jakich znam, bo chcą wszystkiego, chcą tego teraz i nie obchodzi ich nikt poza nimi samymi. (śmiech) No i – podobnie jak psychopata – potrafią wspaniale utrzymać kontakt wzrokowy, niemal bez mrugania. Kiedy jedziesz metrem, nigdy nie próbuj gapić się na niemowlaka, bo on i tak wygra tę bitwę na spojrzenia. Oczywiście psychopaci manipulują nami świadomie, dzieci chcą po prostu mieć pewność, że przeżyją. Ale nie można myśleć o manipulacji poza kontekstem, ważne jest, żeby wiedzieć, po co się jej używa, dla jakich celów, z jakiej perspektywy na to patrzymy. Gdy masz potencjalnego samobójcę na dachu budynku, to wówczas manipulacja wydaje się konieczna, by uratować temu człowiekowi życie.

No tak, ale nie każdy chce, by mu ratować życie czy wpływać na jego decyzje. Świat jest podzielony na sprawców, czyli mistrzów perswazji, oraz ich ofiary?
Mój ojciec był prawdopodobnie najlepszym graczem w perswazję, jakiego w życiu spotkałem. Pracował jako handlarz, sprzedając chłam w sklepie na bazarku. Nie miał wykształcenia, za to w skali psychopatycznej dostałby dużo punktów – był uroczy, charyzmatyczny, bezwzględny, niczego się nie bał i uwielbiał opowiadać historie. Był genialnym manipulatorem. Pamiętam jedno zdarzenie z dzieciństwa, miałem może 9–10 lat. Pewnego dnia pomagałem mu w pracy, przyjmowałem pieniądze za towary, które sprzedawał. Pod koniec dnia pracy powiedział, że zabiera mnie na obiad do hinduskiej restauracji. I kiedy właśnie przyszło mu zapłacić za posiłek, wziął łyżkę i uderzył w szklankę, jakby miał wznieść toast. Cała restauracja zamarła, a mój tata wstał i powiedział: „Bardzo chciałbym podziękować wam wszystkim za przybycie. Wiem, że niektórzy przyszli tu z okolicy, a niektórzy musieli pokonać dłuższą drogę. Wspaniale, że wam się udało. Tuż po drugiej stronie ulicy jest pub, w którym zorganizujemy zaraz małe przyjęcie i będzie nam bardzo miło was gościć”.

Wszyscy osłupieli?
To nie koniec. Ojciec zaczął klaskać, a inni, patrząc po sobie, od razu do niego dołączyli, bo nikt nie chce wyglądać głupio. Wyszliśmy z restauracji i zapytałem taty, czy naprawdę idziemy do tego pubu, a on objął mnie i powiedział: „Oczywiście, że nie, ale ci wszyscy ludzie z restauracji tam pójdą. Dziś ten pub przejmuje mój najlepszy przyjaciel Malcolm, więc zarobi dużo pieniędzy”. (śmiech)

Sprytnie!
Proszę sobie wyobrazić, ile musiałbym pani zapłacić, żeby pani chociaż pomyślała o takim wystąpieniu! A mój ojciec robił takie rzeczy bez zastanawiania się, bez przygotowania, ale też bez onieśmielenia czy strachu. Ludzie tacy jak on to urodzeni geniusze w sztuce perswazji. I tak, wracając do pani pytania, mamy takich jak on geniuszy i mamy ofiary manipulacji, spotykamy je codziennie – to ludzie, którzy nie odczytują ukrytego przekazu, a potem zostają wmanewrowani w jakąś niechcianą sytuację. Większość ludzi jest tak naprawdę gdzieś pośrodku – pomiędzy ofiarą a sprawcą. Za to wszyscy możemy stać się lepsi w sztuce rozpoznawania perswazji i jej używania, ucząc się jej mechanizmów, zwłaszcza na błędach. Choć trzeba też zaznaczyć, że nigdy nie będziemy tak dobrzy w ich rozpoznawaniu, jak mistrzowie sztuki perswazji.

Kiedy powinna się nam zapalić lampka ostrzegawcza? O jakim rodzaju osobowości mówimy w przypadku mistrza perswazji?
Z taką osobowością trzeba się urodzić. Odpowiednią metaforą jest tenis. Jeśli chcesz mieć dobre zagranie, musisz trafić piłką dokładnie w linię. Kiedy piłka trafi w boisko, będzie łatwa do obrony, jak spadnie za linię – stracisz punkt, dlatego tak ryzykowne jest genialne zagranie. Żeby podjąć się tego ryzyka, musisz być nieustraszony – i tacy są genialni manipulanci, niczego się nie boją. Poza tym taka osoba jest pewna siebie, świetnie opowiada historie, no i naprawdę dobrze rozumie ludzi. Jeśli umiesz sprawić, żeby inni cię polubili, to uda ci się zbudować między wami pomost. Tego wszystkiego można się nauczyć, poza jedną rzeczą – charyzmą. Znów jak w tenisie – możesz nauczyć się w niego grać, lecz musisz mieć odwagę, by być w nim najlepszym.

Ale odwaga to nie to samo, co bycie nieustraszonym.
To prawda. Odwaga jest wtedy, gdy doświadczasz strachu, ale potrafisz go przezwyciężyć z jakiegoś powodu – to wyzwanie. Brak lęku to niemożność doświadczenia odwagi. Niczego nie pokonujesz, bo niczego się nie boisz. Myślę, że to też kwestia oceny sytuacji. Jeśli podejmujesz ryzyko, bo masz świadomość, że w zamian otrzymasz sporą nagrodę (uratujesz komuś życie), to wtedy wiesz, że warto. Ale w sytuacji, gdy ryzyko jest duże, a nagroda mała – rezygnujesz. Tak nakazuje logika. Trzeba umieć zrównoważyć wielkość nagrody z ryzykiem. To trochę jak z poczuciem humoru. Próba opowiadania żartów komuś, kto trzyma cię na muszce, to niekoniecznie dobry pomysł, ale już podczas negocjacji biznesowych humor rozładuje napięcie. Dlatego ważne, by dobrze ocenić sytuację i być czujnym, gdy w głowie dzwoni dzwonek alarmowy.

Proszę opowiedzieć o tej umiejętności rozumienia ludzi. Bo to nie to samo, co bycie empatycznym.
To prawda. Istotne jest potrafić rozumieć ludzi, umieć ich czytać. Z drugiej strony przecież nie nazwiemy psychopaty empatycznym, choć on jak nikt potrafi rozumieć ludzkie zachowania. W książce jeden z moich bohaterów mówi wprost, że czyta z człowieka jak z mapy metra. Ja dzielę empatię na zimną i gorącą. Gorąca występuje wtedy, kiedy naprawdę rozumiemy tę drugą osobę, współodczuwamy z nią. Zimną empatię znajdziemy właśnie u psychopaty. On wyobraża sobie, co myśli i czuje ta druga osoba, bez konieczności odczuwania tego. I to sprawia, że psychopaci są tacy dobrzy podczas dyskusji czy negocjacji – nigdy nie dają się ponieść temperaturze rozmowy. Są jak najlepsi gracze w tenisa, którzy każą ci biegać z jednego rogu kortu na drugi, a sami pozostaną w miejscu. Pewien człowiek powiedział mi, że nie musi widzieć sygnalizacji świetlnej, by wiedzieć, kiedy ma przejść, bo obserwuje przechodniów. To jest ta różnica w sposobie, w jaki świat widzą psychopaci. My widzimy go w kolorze, a oni nie, u nich barwi się tylko pewna jego część. Przerażające, co?

O tak.
Z drugiej strony może to oni mają rację, oglądanie wszystkich rzeczy w kolorze to przecież za dużo informacji, nie potrzebujemy tego, to fanaberia naszego mózgu. Na szczęście, gdy to już wiemy, możemy się ustrzec przed manipulacją.

W jaki sposób?
Po pierwsze, można nauczyć się rozpoznawać techniki perswazji. Łatwiej będzie się obronić. Jeśli kiedykolwiek podczas spotkania czy rozmowy z kimś poczujesz się niekomfortowo, mózg od razu ci to powie, zasygnalizuje, że coś jest nie tak. Gdy poczujesz się wtedy źle, pod presją – zawsze słuchaj instynktu, bo jest duże prawdopodobieństwo, że ktoś właśnie próbuje tobą manipulować. Przez setki tysięcy lat ewolucji rozwinęliśmy w sobie detektor, który reaguje na wciskanie nam kitu przez innych, korzystajmy z niego.

Nie wiem, czy tak łatwo to przyswoić. Podczas czytania książki odpowiadałam na zadania i zagadki, które pan w niej umieścił, i zawsze dawałam się złapać.
Cóż, w języku angielskim mamy takie powiedzonko: stare nawyki najtrudniej wykorzenić (old habits die hard). Nasz mózg jest taki sam jak naszych prapraprzodków, więc oczywiście wpadamy w te same pułapki myślowe. To proste techniki, które działają na zasadzie odbicia piłeczki, odwrócenia napięcia. Dlatego w książce posługuję się pojęciem flipnozy.

Czym się ona różni od perswazji?
To technika, która pozwala w sekundę przestawić mózg z jednego tematu na drugi. Słowo flip oznacza przestawienie, i stąd właśnie gra słów: flip i hipnoza. Mówimy o przestrojeniu umysłu z jednego tematu na drugi. Częścią flipnozy jest również odwrócenie uwagi od tematu, rozproszenie przeciwnika. I bardzo trudno się przed tym obronić, a jednak wszyscy dajemy się na to często nabrać. Nazywam to podatkiem od życia, ponieważ kiedyś od naszej koncentracji zależało przetrwanie, a flipnoza to wybicie z tej koncentracji, czasem ze strefy komfortu. I jest formą perswazji, bo ma na celu skłonienie nas do czegoś, czego nie chcemy zrobić.

Jak w tej anegdocie o Muhammadzie Alim, w której stewardesa próbuje przekonać go,
by zapiął pas, a on twierdzi, że nie musi, bo jest supermanem.
Na co ona odpowiada, że superman nie musi korzystać z samolotu. Bach! I Muhammad Ali, bokser, zalicza nokaut. Masz rację, flipnoza jest jak nokaut, pokonuje cię jednym uderzeniem. Flipnoza działa tu i teraz, bo czasem życie toczy się bardzo szybko, i nagle potrzebna jest szybka akcja, zmiana, by wywołać natychmiastową reakcję i rozwiązać problem. Jak w historii o Muhammadzie Alim. Napisałem książkę o zaklinaniu umysłu właśnie po to, by pokazać ludziom, jak zrobić coś szybko i efektywnie, gdy nie mamy czasu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy rodzina jest najważniejsza w życiu człowieka? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
Mówimy: Rodzina. A zaraz potem: zdrowie. Ale w pracy spędzamy całe dnie, liczba rozwodów wzrasta, a ślubów nie. Co jest więc dla nas priorytetem? Na te i inne pytania odpowiada Wojciech Eichelberger.

Wzrosła akceptacja dla związków bez ślubu, seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji i rozwodów. A jednocześnie nadal większość z nas mówi, że to rodzina jest najważniejsza. Czy to znaczy, że żyjemy wbrew temu, co cenimy? Bo skoro pieniądze i status są „naj” tylko dla kilku procent, to dlaczego tak pochłania nas praca, tyle energii i czasu oddajemy naszym pasjom albo i nałogom?
Deklaracje to jedno, a praktyka to drugie. Ta deklaracja ma swoją bezwładność, bo skądinąd rodzina to rzecz ważna. My też lubimy deklarować, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy. Bardziej moralni, bardziej wzniośli nawet, niż tradycyjny system wartości przewiduje, ale jak się nam przyjrzeć, to okazuje się, że to tylko słowa. Nasze zachowania często nie pokrywają się z tymi deklaracjami. W trakcie psychoterapii takie deklaracje się weryfikuje. Kiedy ktoś mówi: „Kocham swoje dzieci, tylko nie mam dla nich czasu”, odpowiadam: „Jeśli chcesz wiedzieć, kogo kochasz, przyjrzyj się, czemu poświęcasz najwięcej czasu i uwagi”. No i wtedy następuje rewizja tej iluzji. Z reguły bolesna.

A nie zaprzeczenie: „Nie mogę mniej pracować! Haruję tak dla nich, żeby miały najlepsze szkoły, wakacje i kursy chińskiego, skrzypiec” itd.?
Tak, oczywiście. Zaprzeczamy faktom i racjonalizujemy zachowania, które przeczą naszym deklaracjom i fałszywym przekonaniom. Ale w końcu docieramy do prawdy: „Wyszło na to, że najbardziej kocham mój samochód”. Albo: „Najważniejsza jest dla mnie moja praca, a nie dzieci. Jej najwięcej czasu poświęcam. Więc także moja miłość do żony jest deklaracją bez pokrycia”. Takie konstatacje bolą, jednak płynie z nich wielka korzyść, bo tylko trafna diagnoza pozwala na podjęcie skutecznej naprawy.

Na psychoterapii odkrywamy więc, że czasem kłamiemy, mówiąc o naszej wielkiej miłości do bliskich?
Iluzja nie jest kłamstwem, tylko wiarą, a nawet pewnością, że nasze wybory i zachowania są zgodne z wyznawanymi przez nas wartościami. Nie uświadamiamy sobie hipokryzji, w jakiej żyjemy. Zazwyczaj tworzymy iluzje na własny temat, by być w zgodzie z systemem norm i zasad deklarowanych przez religijne i polityczne autorytety.

Jeśli ktoś przyzna, że najważniejsze są dla niego osiągnięcia w bieganiu i sukcesy w pracy, to co wtedy?
Kiedy już to wie i nie udaje przed sobą, że jest inaczej, to jego problem się kończy. Powraca poczucie spójności. Wydawać by się mogło, że wtedy to jego najbliżsi mają problem, bo muszą zdecydować, czy chcą żyć pod jednym dachem z człowiekiem, który najbardziej kocha np. swój samochód. Tak, ale też dzięki poznaniu prawdy i oni doświadczą ulgi, bo do tej pory mogli się obarczać winą za to, że nie czuli się kochani. Mogli myśleć, że to z nimi jest coś nie tak, skoro nie potrafili poczuć i docenić ojcowskiej czy mężowskiej miłości. Bywa jednak i tak, że po nazwaniu sytuacji ludzie uspójniają się w drugą stronę – starają się dorosnąć do tego, co deklarują. Skoro ktoś już zdobywa się na to, by przyjść do terapeuty, to bierze pod uwagę możliwość zmiany na głębszym poziomie niż porzucenie złudzeń na własny temat.

Albo przyszedł, bo żona kazała: „Wciąż mi powtarza, że dla mnie rower jest ważniejszy nawet niż praca, czyli bezpieczeństwo materialne rodziny”.
Warto wtedy, by psychoterapeuta pomógł mu zastanowić się, czy żona ma rację. Jeśli tak, powinien zapytać: „Skoro już wiesz, że rower jest dla ciebie najważniejszy, to czy chcesz dać sobie spokój z tą żoną? Nie zawracać jej dłużej głowy, przeprosić, że się pomyliłeś? Czy może chcesz sprawdzić, dlaczego lekceważysz adresowane do ciebie, uzasadnione potrzeby i oczekiwania, i odkryć kiedyś, że to jednak ona jest dla ciebie najważniejsza?”. W wielu wypadkach, gdy ktoś zrozumie, że deklarował nieprawdę, by dopasować się do tego, co jest społecznie akceptowane, ale chce być osobą spójną, dorosłą i odpowiedzialną (czyli myśleć, mówić i robić to samo, żyć w zgodzie ze swoją prawdą, nie oszukiwać), to po odkryciu prawdy rusza w swoją drogę z ulgą.

Nie zawsze. Znajomy wie, że nie kocha dziecka, ale mimo to daje się szantażować eksżonie i zostaje w kraju, choć za granicą mógłby się rozwijać zawodowo, a tego właśnie pragnie.
To, że mamy świadomość, czego chcemy, i wiemy, co nas rozwija, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy dojrzałymi ludźmi. Dojrzałość polega na tym, że wybieramy to, co jest dla nas najważniejsze, i czynimy to coś najważniejszą sprawą również w praktyce. Twój znajomy ma wybór: rodzina albo satysfakcjonująca i pożyteczna praca za granicą. Jeśli zostaje z rodziną nie dlatego, że dokonał takiego świadomego wyboru, bo uznał to za wartość dla niego prawdziwie nadrzędną, lecz na skutek presji byłej żony i otoczenia, to zachowuje się w sposób niedojrzały. Podkłada też bombę z opóźnionym zapłonem pod całe swoje życie. Wszyscy z powodu jego fałszywego poświęcenia będą cierpieć dłużej i bardziej, niż cierpieliby, gdyby wyjechał. Prawdopodobnie zgadza się zostać, żeby ukoić poczucie winy spowodowane tym, że nie kocha dziecka. Gdyby rozwiązał ten problem, właściwa decyzja byłaby łatwiejsza do podjęcia.

Może kiedy uporządkuje swoje życie wewnętrzne i dojrzeje, to pokocha dziecko i zostanie w kraju z radością?
Na dwoje babka wróżyła. Dojrzały emocjonalnie człowiek też może nie kochać dziecka. To nie świadczy o patologii. Miłość (także do dzieci) to dar. Spotkałem wielu ludzi, którzy z różnych powodów nie kochali swoich dzieci i czuli się z tego powodu tak podejrzani i winni, że nie potrafili się nawet przed sobą do tego przyznać. Udawali więc miłość i oddanie tak zażarcie, że bardziej i dłużej krzywdzili tym dziecko, niż gdyby żyli w zgodzie ze swoją trudną wewnętrzną prawdą. Wypieranie ze świadomości braku miłości do własnych dzieci często sprawia, że stajemy się wobec nich chorobliwie opiekuńczy albo zamieniamy naszą relację w perfekcyjny projekt wychowawczy. Zalewamy dziecko nadmiernymi wymaganiami albo nieustającymi prezentami. Czasami też odwracamy relację i to my siadamy dziecku na kolanach, domagając się od niego współczucia i wsparcia. Zaznaczam, że życie w zgodzie z wewnętrzną prawdą nie zawsze musi się przejawiać komunikowaniem tej prawdy otoczeniu – zwłaszcza dzieciom. Samo to, że niekochający rodzic zrozumie siebie i sobie wybaczy, sprawi, że to jego otoczenie, włącznie z dziećmi, odczuje wielką ulgę. Bo wtedy przestaje nadrabiać brak miłości nadmierną uwagą, napięciem i manipulacją, a także przestaje się dziecka czepiać, umieszczając w nim odpowiedzialność za swój problem: „Gdybyś ty było inne, to pokochałbym cię. To twoja wina, że cię nie kocham”.

Dlaczego kłamiemy nawet przed sobą, że kochamy dzieci, kiedy tak nie jest?
Bo istnieje bezwzględna społeczna i religijna norma, że własne dzieci się kocha z automatu. Nikomu nie wolno nie kochać swojego dziecka. W przeciwnym razie skazujemy się na moralną banicję, wykluczenie ze społeczności. A z drugiej strony – niestety, brak miłości do dzieci zdarza się coraz częściej, bo nie chcieliśmy ich mieć, nie jesteśmy pewni, czy są nasze, bo nie przepadamy za współrodzicem itd. A w świecie ludzkim miłość nie jest stanem hormonalno-gruczołowym. Tylko w pierwszej fazie życia dziecka, tej związanej z karmieniem piersią, matka czuje oksytocynową więź z dzieckiem. Gdy efekt oksytocyny mija, a w dodatku relacja z dzieckiem staje się coraz bardziej wymagająca, matka z przerażeniem może stwierdzić, że nie ma dla niego pozytywnych uczuć. Ojcowie miewają jeszcze trudniej, bo ich organizmy nie wydzielają oksytocyny, czyli hormonu więzi. Dlatego lepiej, jeśli podejmujemy decyzję o rodzicielstwie wtedy, gdy tego naprawdę pragniemy. Gdy dziecko przytrafia się „nie w porę”, wbrew poważnym planom, to tacy przypadkowi rodzice ryzykują kłopoty z jakością więzi między nimi a dzieckiem.

Co zrobić, kiedy odkryję, że nie rodzina, nie dziecko są dla mnie najważniejsze?
To, że nie kocham dziecka, nie zwalnia mnie z obowiązku zapewnienia mu warunków do życia i rozwoju, z obowiązku dbania o nie. Ale jest trudniej, bo jak się kocha dziecko, to starania i wybory same się porządkują. Uwalnia nas to także od nadmiernych – czasami wręcz panicznych – starań, od gorączkowości i histerii, które często biorą się z poczucia winy, że nie kochamy. Powtarzam więc: rodzicielskie niekochanie nie jest samo w sobie krzywdą dla dziecka, a jeśli jest uświadomione, to staje się lepsze od poczucia winy i nadrabiania. Nadmiar rodzicielskich emocji – czy to pozytywnych, czy negatywnych – w wychowywaniu szkodzi i obciąża dzieci.

Gdyby rodzina była dla nas najważniejsza, to jak byśmy postępowali?
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. I jeśli nawet nosimy w sobie zranionego dzieciaka, to powinniśmy wiedzieć, że partner nie będzie naszym wymarzonym rodzicem i nie możemy nieustannie siedzieć na jego kolanach. Rodzina jest najważniejsza, gdy umiemy przetrwać kryzysy pierwszego okresu małżeństwa, a potem przekroczyć trudny próg czwartego i siódmego roku. Trzeba być dojrzałym i wiedzieć, że rozczarowanie w związku jest nieuniknione. Aby być w rodzinie, trzeba zaakceptować wady innych i poznać swoje. Rodzina staje się najważniejsza dopiero wtedy, kiedy przestajemy ją idealizować.

Mamy przestać idealizować rodzinę, jeśli chcemy, żeby naprawdę stała się dla nas najważniejsza?
Myślę, że nasze prorodzinne deklaracje biorą się w dużej mierze z tęsknoty. Na ogół bowiem potrzeby związane z rodziną są bardzo frustrujące. Przeciętny polski dom jest dla dziecka środowiskiem trudnym. Często wychowuje się nas poprzez krytykę, porównania z innymi, podnoszenie poprzeczki i wymuszanie. Nie uczy się nas podążania za naszymi talentami i predyspozycjami. Stąd taka tęsknota za rodziną idealną, wspierającą, dającą bezpieczeństwo, siłę i poczucie własnej wartości. Nie potrafimy jednak takiej rodziny zbudować, w czym nie ma nic zawstydzającego, bo przekroczenie rodzinnego dziedzictwa to zadanie na co najmniej dwa pokolenia.

W dodatku miłość to emocja, a ta jest zmienna. Jak więc na niej budować?
Prawdziwa miłość to trwały stan umysłu, a nie emocja. A po drodze do niej mamy do pomocy dojrzałość, potrzebę spójności i odwagę zaglądania do swego cienia. Więc przedwcześnie nie zawracajmy innym ludziom głowy, że ich kochamy nad życie albo że nie możemy ich kochać, bo z nimi jest coś nie tak. Lepiej dać sobie czas na samopoznanie, zanim zdecydujemy się na rodzinę i dzieci.

Istnieją ludzie stworzeni do życia solo?
Każdy powinien indywidualnie rozstrzygnąć, czy naprawdę został do tego stworzony, czy to raczej jakiś problem w byciu z ludźmi i nawiązywaniu z nimi miłosnej więzi. To trzeba umieć rozstrzygnąć. Bo jeśli mamy bardzo złe doświadczenia w rodzinie pierwotnej, to albo wychodzimy z niej tak pokiereszowani, że mówimy: „Nigdy więcej rodziny!”, albo stwierdzamy: „Ach! Założę idealną rodzinę, taką, o jakiej zawsze marzyłem i na którą nie było stać emocjonalnie moich rodziców”.

Obie decyzje są neurotyczne, bo wynikają z dziecięcej traumy. Ale lepsza jest pierwsza, bo ogranicza możliwość krzywdzenia innych, a szczególnie dzieci. Proponowałbym jednak traktować ją nie jako życiową decyzję, lecz rodzaj poczekalni czy dojrzewalni. Bo życie będzie nas konfrontować z różnymi pouczającymi sytuacjami, sprzyjającymi dojrzewaniu i przekraczaniu naszych dziecięcych uwarunkowań. Kto wie, może za parę lat poczujemy, że już jesteśmy gotowi na rodzinę.

Czy wspomniany wzrost akceptacji dla antykoncepcji, rozwodów to nie dowód, że rodzina nie jest wartością?
Wręcz przeciwnie. Antykoncepcja może scalać rodzinę, czyniąc ją bardziej bezpiecznym środowiskiem dzięki możliwości kontroli nad rozrodczością. Poza tym sprzyja świadomemu rodzicielstwu. Mentorzy i moralizatorzy winni pamiętać, że ani nakazami, ani zakazami nie zbuduje się w człowieku dojrzałości i autonomii. Żeby dojrzeć, trzeba samodzielnie podejmować decyzje i doświadczać ich skutków. Z kolei seks przed ślubem ratuje przed ryzykiem popełnienia zasadniczego błędu w wyborze partnera, partnerki. Wzajemna atrakcyjność i harmonia seksualna w ogromnej mierze decydują o trwałości związków.

Od czego zacząć, jeśli chcemy, by rodzina była też miejscem, gdzie nam po prostu dobrze?
Od starań na rzecz głębokiego zrozumienia siebie. Trzeba poznać swoje uwarunkowania, ograniczenia i wewnętrzne przeszkody, które mogą stanąć na drodze zbudowania trwałych relacji partnerskich i rodzinnych. Na przykład wiedzieć, że w naszym rodzinnym systemie mężczyźni nie brali udziału w wychowaniu dzieci i starać się to dziedzictwo przekroczyć.

  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Dzieci nie uczą się manipulacji. Intuicyjnie wyczuwają, która technika zadziała na rodziców

Dzieci idealnie rozpoznają słabości rodziców, znają ich kompleksy i do nich właśnie dostosowują rodzaj manipulacji. (Fot. iStock)
Dzieci idealnie rozpoznają słabości rodziców, znają ich kompleksy i do nich właśnie dostosowują rodzaj manipulacji. (Fot. iStock)
Dzieci nie uczą się manipulacji. Intuicyjnie wyczuwają, która technika zadziała na rodziców. Trudno bywa im nie ulec, zawsze warto je rozpoznać.

Kto wychował choć jedno dziecko, wie jak przydatny bywa niewinny fortel, by osiągnąć swój cel. Fortel nie zawsze bardzo poczciwy... I oto dzieci też to wiedzą i też mają swoje cele! Podobnie jak dorośli dysponują repertuarem sztuczek, pomocnych w załatwieniu jakiejś sprawy. Do tego idealnie, choć częściej radzi im intuicja i doświadczenie niż przemyślny plan, rozpoznają słabości rodziców, znają ich kompleksy i do nich właśnie dostosowują rodzaj manipulacji. Gdyby człowiek sam był bez skazy, stałby się bardziej na nie odporny, a tak… zwykle im ulega.

Co nią jest?

Manipulacja z definicji jest formą wywierania wpływu na jednostkę lub grupę, po to, by wbrew ich chęciom zaspokoić potrzebę manipulatora. Nie będzie zatem manipulacją płacz niemowlęcia, krzyk dziecka, które spadło z huśtawki, prośba nastolatka o doładowanie konta w telefonie czy pytanie o pozwolenie przekłucia ucha w szóstym miejscu. Jest nią natomiast histeria w miejscu publicznym, gdy tata odmawia kupna lizaka, lub porównywanie mamy do macochy, bo, niedobra, każe iść spać. Mali manipulatorzy uruchamiają swoje umiejętności:
  •  Żeby umocnić swój autorytet, czyli byśmy nie zapomnieli, kto w tym domu ma ostatnie słowo.
  • Żeby utrwalić reakcję i sprawdzić, czy nadal jesteśmy podatni manipulację, czyli: na wszelki wypadek.
  • Gdy czują, że zrobili coś złego i chcą odwrócić naszą uwagę lub odwlec moment ujawnienia prawdy.
  • Gdy czegoś chcą, a podświadomie wiedzą, że nie jest im to niezbędne.
  • Gdy nie chce im się poświęcać czasu na rzeczowe przekonywanie rodziców do czegoś.
  • Gdy chcą nam sprawić przykrość, ale nie mają odwagi otwarcie powiedzieć, co w tej chwili czują
  • Gdy są zmuszone podstępem prowokować nas do poświęcania im uwagi i czasu.

Przegląd dziecięcych manipulacji

Foch

Szantaż emocjonalny, czyli wyrażenie za pomocą mowy ciała informacji: „Widzę, że ty mnie w ogóle nie kochasz”. Do stosowania fochu uciekają się nie tylko nastolatki, ale już przedszkolaki. To manipulacja niezwykle skuteczna – przecież kochający rodzice chcą, by dziecko było szczęśliwe. A ponieważ większość ludzi czuje się w roli rodzica niepewnie, foch działa skutecznie. Smutna minka, drżąca broda, milczenie, smutek, unikanie kontaktu wzrokowego – i wszyscy prześcigamy się w wymyślaniu, co by sprawiło dziecku radość. Na pociechę: odporność na focha jest wśród rodziców rzadkością.

Dezinformacja

Stosowana głównie przez dzieci uczące się, a bazuje na... lenistwie rodziców! Bo nie chce się nam zbadać dokładnie sprawy. Oto Adaś, 11 lat, często mówi o swojej matematyczce. W jego oczach jest złośliwą starą panną, która nie lubi chłopców, i w ogóle złą nauczycielką. Kiedy mama idzie na zebranie, jest już przez dziecko odpowiednio „przygotowana”, wie, z kim będzie mieć do czynienia. Adaś zadbał, by mama nie traktowała rozmowy z matematyczką poważnie.

Zniekształcanie danych

Magda, 14 lat, mówi, że jej koleżanka Ania ma urodziny, ale ona raczej nie pójdzie, bo jej to nie bawi. Pewnie będzie nudno. Cztery dziewczynki mają u Ani jeść pizzę i oglądać film. Chyba znów zostanie sama w domu… Co innego gdyby miała prawdziwą przyjaciółkę, nie czułaby się taka samotna. Zatroskana mama zaczyna namawiać córkę, by jednak poszła na urodziny koleżanki. I Magda w końcu daje się przekonać. Jeśli będzie miała szczęście, jej mama nigdy się nie dowie, że to impreza na trzydzieści osób, nie u Ani, lecz na działce u kolegi, którego Magda nawet nie zna. W razie kłopotów powie: „przecież sama mnie namawiałaś, żebym nie siedziała w domu”.

Zniekształcanie danych najczęściej dotyczy spraw finansowych. Piotrek, 15 lat, często prosi rodziców o pieniądze na szkolną składkę, a to na wyjście do kina, to znów na ubezpieczenie lub jakieś ćwiczenia. Zawsze otwiera dzienniczek i czyta, ile dokładnie ma przynieść. Sam pisze kwotę… zwykle o 20 złotych większą niż jest wymagana. W razie wpadki zawsze może powiedzieć, że się pomylił.

Podsycanie rywalizacji

Ta manipulacja bazuje na braku pewności siebie opiekuna w roli rodzica. Stosują ją zazwyczaj dzieci wychowywane przez rozwiedzionych partnerów. Nie muszą być specjalnie przenikliwe, by dostrzec, jak bardzo każdemu zależy na opinii tego najlepszego rodzica w oczach dziecka. Rzadko powiedzą: „tatuś mi zawsze pozwala oglądać w nocy filmy”, już raczej: „kocham tatusia, bo z nim zawsze jest fajnie”. Niepewna matka sama zapyta, co sprawia, że jest fajnie, i oczywiście zaproponuje, by wspólne obejrzeć jakiś film. Rywalizację tego rodzaju podsycają i wykorzystują też dzieci z dobrych małżeństw, porównując mamę czy tatę do rodziców swoich znajomych. Umiejętnie podsunięte informacje o zachowaniu innych dorosłych mają być drogowskazem, na co można, a nawet trzeba, dziecku pozwolić.

Ewelinka, 12 lat, lubi opowiadać mamie śmieszne historie z życia swoich koleżanek. Ostatnia była o Uli, która kupowała z mamą spodnie. Długo krążyły po centrum handlowym, ale żadne jej się nie podobały. Zirytowana mama powiedziała, że chce mieć dwie godziny spokoju. Kiedy się rozdzieliły, Ula od razu znalazła odpowiednie spodnie, a mama potem tylko za nie zapłaciła. Sprytne, prawda? Tylko że w tej opowieści ani spodnie, ani kupowanie nie mają większego znaczenia. Celem Ewelinki jest przemycenie mamie informacji, że niektórzy rodzice pozwalają dzieciom samodzielnie poruszać się po centrach handlowych.

Ponieważ wszyscy deklarujemy, że nie obchodzi nas wcale wychowywanie u znajomych, mali manipulatorzy, niejako przy okazji, donoszą o tym, jak z dziećmi postępują inni, najlepiej ci, którzy nam imponują (dziecko zawsze wie, kogo uważamy za wzór). To dowód na to, jak dobrze dzieci wyczuwają nasze słabości. Najczęściej bowiem najsłabszym punktem rodzica jest to, że za nic nie chce być gorszy od innych.

Magiczne „proszę”

Gdy dziecko ma na coś ochotę, mówi: „Tatusiu, czy możesz mi kupić loda, proszę…”. To prosta manipulacja. Dzieci wykorzystują przekonanie większości rodziców, że dzisiejsze młode pokolenie jest okropne i w ogóle nie używa zwrotów grzecznościowych. W konsekwencji, gdy tylko mama i tata usłyszą słowo „proszę”, natychmiast miękną.

Paluszek i główka

Dzieci błyskawicznie orientują się, że ich zdrowie jest priorytetem. Jeśli rodzice są na tym punkcie przewrażliwieni, potomstwo natychmiast zaczyna miewać najprzeróżniejsze dolegliwości, które zdarzają im się najczęściej w momentach, gdy zrobią coś niedobrego,  a jeszcze częściej, gdy im się czegoś zrobić nie chce. Żeby zapobiec utrwaleniu tego rodzaju manipulacji, wprowadźmy zasady, które zniechęcą dziecko do chorowania. Kiedy zgłasza złe samopoczucie, a czujesz, że boli je przysłowiowy „paluszek” czy „główka”, pozwólmy mu na leniuchowanie, ale zdecydowanie bez korzystania z komputera, telewizora czy telefonu. Chodzi o to, żeby choroba nie kojarzyła się z nagrodą.

Niewielki upust

Trick powszechnie stosowany przez starsze dzieci. Gdy chcą, żeby im coś kupić, mówią, że to kosztuje sto złotych. Rodzic się oburza, ono wtedy „sprawdza” w sieci i okazuje się, że za czterdzieści też można kupić – wprawdzie nieco gorszy model, ale i taki może być. Zgodzi się, bo nie chce naciągać mamy czy taty. To bardzo inteligentne odwrócenie uwagi od tematu głównego – ceny zakupu.
 

Marudzenie

Ta manipulacja da dziecku satysfakcję, że to ono rządzi w domu. Gdy siedmioletnia Agata o ósmej wieczorem ma iść do łóżka, zawsze po drodze musi... wejść jeszcze do łazienki, pocałować mamę na dobranoc, a to znów coś jej się przypomni albo zapyta rodzica na przykład, jak to jest po śmierci – podejmuje temat, przy których mama nie powie: „jutro, teraz marsz do łóżka”. W ten sposób dziewczynka zasypia dopiero około jedenastej.

Tworzenie nastroju chwili

Dzieci intuicyjnie czują, jak wielką wartością dla dorosłego jest fizyczny kontakt z nimi, choćby buziak, uścisk i potrafią z tego korzystać. Przychodzą, przytulają się, rozczulają do łez i… intuicyjnie wyczuwają, że to dobry moment na marzenia lub zwierzenia. Dziewięcioletni Robert, wtulony w tatę, wyznał, że chciałby mieć własnego konia. To nic nie szkodzi, że konia nie dostanie, nawet lepiej! Po co narażać tatę na takie wydatki. Jak będzie dorosły, sam sobie kupi. A tata Roberta z poczuciem winy, że nie może zrealizować marzenia syna, zgodzi się na wiele pomniejszych, dla Roberta też ważnych rzeczy.

Jak się nie poddać manipulacjom

Portret psychologiczny rodzica podatnego na dziecięce manipulacje jest następujący: to człowiek, który nie do końca wierzy, że jest dobrym rodzicem, i który nie pogodził się jeszcze z tym, że rodzic idealny nie istnieje. Chce szybko załatwić z dzieckiem co trzeba i ważną wartością dla niego jest tzw. święty spokój.

Tymczasem jedyna droga przeciwstawienia się dziecięcym manipulacjom polega właśnie na wyrzeczeniu się świętego spokoju i konsekwentnym działaniu – bez zwracania uwagi na sztuczki, jakie stosuje dziecko. A najważniejszym i najskuteczniejszym sposobem zapobiegania manipulacji jest… niestosowanie jej przez samego rodzica. Nie ma sensu oszukiwać dziecka, wychowując je „na skróty”, wystarczy po prostu spędzać z nim czas, kochać i nie czuć się winnym ani nie wchodzić w rywalizację z teściową czy ekspartnerem.

Jeśli chcesz, żeby twoje dziecko nie uciekało się do manipulacji:

  • Baw się z nim, śmiej, wygłupiaj – nie będzie się bało rozmawiać o pewnych sprawach wprost, a ty pozbędziesz się poczucia winy, że się nim nie zajmujesz.
  • Przyjmij do wiadomości, że czasem trzeba się z własnym dzieckiem pokłócić, zabronić mu czegoś lub odmówić kategorycznie, a potem spokojnie przeczekać, aż się wypłacze.
  • Nie porównuj się do nikogo, bo każdy dom jest inny, każda rodzina funkcjonuje inaczej. Nie dostosowuj się do tego, co robią rodzice innych dzieci (czytaj: na co im pozwalają).
  • Pozwól, by inne osoby były dla twojego dziecka ważne, i ciesz się z tego. Im więcej ich będzie, tym bardziej ono na tym skorzysta. Nie ulegając pokusie podjęcia rywalizacji, kto jest dziecku najbliższy, wybijasz mu broń z ręki, bo nie może już cię szantażować, że kogoś innego też będzie kochać. Nie robi na tobie wrażenia to, że chwali zupy teściowej, czy lubi tatę i jego nową żonę, skoro ty także dobrze o nich mówisz.
  • Szczerze mów o swoich poglądach: „Mamy na to pieniądze, owszem; nie chodzi o to, że nas nie stać. Stać. Ale nie podoba mi się, że kupujesz czwartą grę. Takie jest moje zdanie”.
  • Nie martw się tym, jak to wygląda z boku, czy ktoś pomyśli, że jesteś wyrodnym rodzicem, bo czegoś dziecku odmawiasz. Ludzie w sklepie czy na spacerze to idealna publiczność dla manipulatora.
Zanim jednak skrajnie negatywnie ocenisz zachowanie dzieci, zauważ, że często muszą się uciekać do manipulacji, żeby otrzymać od dorosłych to, co im się słusznie należy: szacunek, czas, zainteresowanie, a nawet miłość.