1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy psychopaci rządzą światem?

Czy psychopaci rządzą światem?

Skąd biorą się psychopaci? Dlaczego tak nas fascynują? I po jakich cechach możemy ich rozpoznać? (fot. iStock)
Skąd biorą się psychopaci? Dlaczego tak nas fascynują? I po jakich cechach możemy ich rozpoznać? (fot. iStock)
Hannibal Lecter, James Bond, twój szef. Charyzma, patologiczny egocentryzm, urok osobisty, brak poczucia lęku. To cechy, dzięki którym udaje się psychopatom wpasować w społeczeństwo. Jednak nie każdy z nich – jak twierdzi Jon Ronson, autor książki „Czy jesteś psychopatą?” – staje się patologicznym zabójcą. Ale każdy potrafi zdemolować czyjeś życie.

Ilu minut potrzebujesz na zdiagnozowanie psychopaty?
Myślę, że w ciągu godziny bym się zorientował, że mam do czynienia z takim przypadkiem.

Rozumiem, że za pomocą testu Hare’a (Skala Obserwacyjna Skłonności Psychopatycznych) zweryfikowałeś listę przyjaciół?
Kiedy moja obsesja na punkcie psychopatów sięgnęła zenitu, diagnozowałem każdego i wszędzie widziałem psychopatów, pod nóż poszli też znajomi...

I?
Wyobrażasz sobie, że mógłbym przyjaźnić się z psychopatą?

Skąd się biorą psychopaci?
Ludzie, którzy zajmują się tym tematem, jak na przykład Robert Hare, odpowiedzieliby, że rodzisz się psychopatą. Bo kiedy dziecko ma dziesięć lub 11 lat, to wtedy psychopatyczne skłonności dochodzą do głosu. I myślę, że w jakiejś części jest to prawda. Wiesz, że w Stanach organizuje się wyjazdy wakacyjne dla psychopatów?

Co za pomysł! I co dzieci tam robią? Dręczą zwierzęta?
Nie, manipulują sobą nawzajem, jak to w życiu – chłopcy dziewczynami, dziewczyny chłopcami. A wracając do twojego pytania, to ja mam drobny problem z definicją Hare’a. Bo urodzenie urodzeniem, ale najczęściej jest tak, że większość psychopatów ma za sobą straszne dzieciństwo, najczęściej pełne przemocy z zaburzonymi rodzicami. A ponieważ diagnozuje się ich na podstawie testu, to psychiatrzy kliniczni stawiają krzyżyk w boksie i tylko to się liczy, nie obchodzi ich jakieś tam marne dzieciństwo pacjenta. Więc mnie osobiście strasznie żal tych ludzi, którzy pewnie byli miłymi dzieciakami, ale pełne okrutnej przemocy dzieciństwo zmieniło ich i ich życie na zawsze. Moim zdaniem te testy są w jakimś sensie odarte z humanizmu.

Czyli nie uważasz testu Hare’a za wiarygodny?
Nie, to dobry test, ale problemem są tacy ludzie jak ja, czyli ci, którzy mogą mylnie go interpretować, bo nie mają doświadczenia medycznego. I także naprawdę silne jednostki, którym łatwo jest manipulować. No i to, co powiedziałem – ten test nie pyta: Dlaczego psychopata staje się psychopatą?

Twoja książka to dowód na to, że psychopaci są wszędzie. Skąd ta fascynacja?
Pewien psychiatra powiedział mi kiedyś, że psychopaci rządzą światem. „Co ty mówisz?” – pomyślałem. Oni rządzą, a cała reszta, czyli my, jesteśmy ich ofiarami? Ci wszyscy szefowie koncernów, głowy państw, przywódcy religijni? Musiałem się tego dowiedzieć, musiałem to sprawdzić.

Jako dziennikarz?
Nie, jako zwykły człowiek. Bo to chyba najbardziej powalająca rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałem. Pomyślałem sobie: „Przecież nie mówi tego do mnie jakiś wariat czy zwolennik teorii spiskowych, tylko psycholog po Harvardzie!”. I to był główny powód. Poza tym ciągle prześladowała mnie myśl, czy to rzeczywiście prawda, że ci ludzie, którzy żyją wśród nas, wyglądają i zachowują się jak my, są inni? Czy są jaszczurami w ludzkiej postaci? Chciałem dotrzeć do prawdy i nurtowała mnie ich tajemnica. Okazało się to bardzo skomplikowane. Rozmawiałem m.in. z dowódcą szwadronów śmierci na Haiti czy prezesem korporacji, który masowo zwalniał pracowników. Część z nich wykazywała jakieś ludzkie cechy, część żadnych. Wszyscy oni byli psychopatami zajmującymi wysoką pozycję w teście profesora Hare’a i rzeczywiście różnili się od ogółu – wiem, bo ich spotkałem.

Czym? Jakie to cechy?
Charyzma, bezwzględność, nieustraszoność, przesadne poczucie własnej wartości, brak empatii, brak realistycznych celów, potrzeba ciągłej stymulacji i wiele innych. Ale kolejna prawda w mojej książce to ta, że ludzie są skompilowani – jesteśmy źli, dobrzy, mądrzy, głupi, mili, okropni, utalentowani. Więc trudno to ocenić.

Dlaczego tak fascynują nas psychopaci?
Bo to tajemnica, a wszyscy lubimy je odkrywać. Największe tajemnice kryją się w zakamarkach społeczeństwa. Poza tym ci ludzie, których spotkałem, mieli niezwykłą charyzmę, byli błyskotliwi, mili, potrafili zaczarować.

Któryś z twoich rozmówców cię przeraził?
Emmanuel „Toto” Constant, przywódca szwadronów śmierci na Haiti. Wydawał się niebezpieczny i rzeczywiście zaburzony, klasyczny przypadek. Powiedział do mnie: „Chciałbym, żeby ludzie mnie lubili, wtedy mogę nimi manipulować”. Naprawdę nie mogłem uwierzyć, że ośmielił się to powiedzieć.

Dwie z moich wielu szefowych były psychopatkami, bawiło je dręczenie i zwalnianie ludzi. Ja zwolniłam się z pracy. Można inaczej obronić się przed psychopatą korporacyjnym?
Zwolnienie się to najlepsze rozwiązanie, ale kiedy wiesz, że pracujesz z psychopatą, to już dużo, bo zdajesz sobie sprawę, że nie możesz brać wszystkiego personalnie, wiesz, że ktoś tobą manipuluje, nie postępuje racjonalnie, jest okrutny dla samego bycia okrutnym. Kiedy rozumiesz, z kim masz do czynienia, będzie ci łatwiej przebywać w otoczeniu psychopaty. Możesz wtedy bezpieczniej przeczekać jakiś czas. Ale ja radziłbym szybkie znalezienie innej pracy.

Którego psychopatę chciałbyś spotkać? Hitlera, Stalina, Mansona?
Tak, ich zdecydowanie. Ale robiłem wywiad z kobietą z grupy Mansona i to była strasznie nudna rozmowa. Tak już jest czasami z psychopatami, że spotykają się tylko dlatego, że trafił im się ktoś, kto wysłucha ich filozofii, nie mają zamiaru spełniać oczekiwań słuchacza i odpowiadać na pytania, które zadaje.

Miała wyrzuty sumienia po tym, co zrobiła?
Nie, dalej wierzyła w to, w co wierzył Manson, była jego wyznawczynią.

„Psychopata może płakać, kiedy umiera jego pies, a ty myślisz, że to nie na miejscu, bo wiesz, że nie płacze, kiedy umiera jego córka” – to cytat z twojej książki. Spotykam coraz więcej ludzi, którzy kochają psy, mają ich kilka, a nie potrafią zbudować więzi emocjonalnej ze swoimi dziećmi czy rodzicami.
Rzeczywiście psychopaci najczęściej mają psy. To dlatego, że one zapewniają bezwarunkową miłość. A psychopaci potrzebują bezwarunkowej miłości. Córki takiej nie zapewniają.Synowie tym bardziej. Myślę, że ta psia miłość przemawia do wybujałego poczucia własnej wartości. Kiedy myślisz, że jesteś wspaniały, to obraża cię, kiedy ktoś myśli inaczej. A psy zawsze uważają, że jego pan czy pani są najwspanialsi.

Nie koty.
Koty są jak psychopaci. Pewnie dlatego raczej nie spotkasz kota w ich mieszkaniach. To tak jakby psychopata mieszkał z psychopatą.

Piszesz o wzrastającej liczbie zaburzeń psychicznych u dorosłych i dzieci. Statystyki są alarmujące.
Coraz więcej ludzi jest diagnozowanych, liczba różnego rodzaju zaburzeń psychicznych drastycznie wzrasta. Kiedy podręcznik DSM 1 (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders – klasyfikacja zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) został wydany po raz pierwszy, był małą broszurą. DSM 2 była odrobinę grubsza, a po latach DSM 5 ma już 886 stron i opisuje 374 zaburzenia psychiczne. Ludzie kupowali tę książkę, uwielbiali ją i zupełnie bezkrytycznie diagnozowali się: „Mam ADHD! Bulimię! Schizofrenię!”.

Ty też?
Oczywiście, zdiagnozowałem u siebie chyba z 12 zaburzeń psychicznych. Ale teraz, kiedy ukazała się piąta edycja, nie ma już tej fali optymizmu. Ludzie (w tym ja) zadają sobie coraz więcej pytań: Czy to w porządku, że każdemu można przypiąć jakąś etykietkę choroby, czy można diagnozować dzieci i przez to stygmatyzować? To nie jest proste.

Czy to znaczy, że świat będzie pełen psychopatów?
To się zmienia. Oczywiście, psychopaci istnieją, choroba afektywna dwubiegunowa istnieje, ale etykietowanie ludzi i faszerowanie ich lekami osiągnęło już punkt kulminacyjny. W Stanach mnóstwo dzieciaków latami przyjmuje leki, bo w taki czy inny sposób zostały zdiagnozowane – ADHD, asperger, autyzm, fobia, nerwica. Właściwie rzadko spotyka się dzieci bez jakiegoś zaburzenia i dlatego coraz częściej pojawiają się głosy: pozwólmy dzieciom być dziećmi, dzieciństwo ma swoje prawa, a my im je zabieramy.

We Francji nie leczy się ADHD lekami, tylko sprawdza się otoczenie i sytuację społeczną, w jakich dziecko żyje.
To bardzo interesujące. I dużo bardziej pozytywne działanie. Wierzę, oczywiście, że są ludzie z ADHD, którym leki pomogły, nie chcę być ekstremalny. Ale jeśli rodzice dziecka, które zachowuje się niegrzecznie, są wzywani do szkoły i delikatnie im się sugeruje, żeby ich pociecha zaczęła brać prozac, to już spore nadużycie.

Zdaje się, że psychopatia jest w modzie. Właśnie wyszła książka „Mądrość psychopatów” Kevina Duttona. Istnieje coś takiego jak mądrość psychopatów?
Jadłem obiad z Kevinem, zanim napisałem swoją książkę. To ceniony psycholog, ale nie wiem, czy podoba mi się pomysł, żeby uczyć się czegoś od psychopatów. Niby czego? Jak manipulować ludźmi? Jak być bezwzględnym?

No, to akurat cechy przydatne w dzisiejszym świecie...
Tak, tylko pytanie, co to za świat. Ja nie chcę w takim żyć. Nie chcę mieć w swoim otoczeniu psychopatów, manipulacja nie jest mi do niczego potrzebna, nawet jeśli spotykają mnie porażki, to chcę, żeby tak zostało. A przekonania Kevina dotyczące psychopatów? No cóż, nie mówię, że są złe, ale na pewno nie dla mnie.

Wielu ludzi znajduje się na granicy normalności i szaleństwa.
I to jest OK. Nie można ludzi stygmatyzować. Na końcu mojej książki mówię, że bardzo często obsesja jest naszym błogosławieństwem, bo zmusza nas do robienia interesujących rzeczy. I to jest mój happy end.

Kiedy zaczynałeś pisać swoją książkę, miałeś stany lękowe. Po tych wszystkich spotkaniach z psychopatami one się pogłębiły?
Niektóre ciągle są, kilka zniknęło. Ale psychopaci nie mają z nimi nic wspólnego. Kiedy gdzieś wyjeżdżałem i dzwoniłem do żony, a ona nie odbierała, byłem pewny, że nie żyje. To było bardzo silne uczucie, kompletnie obezwładniające. Poddałem się hipnozie u Paula McKenny (brytyjski hipnotyzer, ma swoje programy w telewizji) i pomogło. Ale większość moich stanów lękowych, na które cierpiałem wiele lat, minęła sama z siebie.

Z wiekiem zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze: wszystkie straszne rzeczy, o których myślałem, że się wydarzą – najczęściej się nie wydarzały. Kiedy natomiast rzeczywiście coś strasznego się zdarzy – i twój lęk staje się rzeczywistością – jakoś sobie z tym radzisz.

Oswajasz lęk.
Opowiem ci historię. To miała być tajemnica, ale co tam. Mój syn tak jak ja cierpi na stany lękowe. Spędzaliśmy weekend w Martha’s Vineyard kilka tygodni temu. Po kolacji ja grzecznie do łóżka, a on ze znajomą na jakieś party. Wpół do pierwszej dzwoni w totalnym szoku. Kiedy po zabawie pojechali do domu dziewczyny, odkryli tam... zwłoki jej matki.

Takie rzeczy to tylko w filmie.
Wiesz, mój syn ma dopiero 16 lat i stany lękowe, więc dla niego to musiał być totalny szok. Następnego dnia mówię do niego: „Zobacz, wydarzyła się straszliwa rzecz i dałeś sobie radę. Zadzwoniłeś po policję, pomogłeś Kate. Dotknąłeś tego i w jakimś sensie cię to oczyściło”. Więc ja tę historię oceniam pozytywnie. Siedzimy sobie tutaj, ja mam 47 lat i z tą wiedzą, którą zdobyłem przez lata, wiem, że lęk zmniejsza się z wiekiem. Zresztą w jakimś sensie postrzegam lęk jako chorobę niedojrzałości, braku wiedzy o tym, jak funkcjonuje świat.

Widziałeś film „Upadek” z Michaelem Douglasem? Myślisz, że on jest psychopatą?
Dobre pytanie. Tak, widziałem i pamiętam scenę rozmowy z nazistą, który mówi: „Jesteśmy tacy sami”. A Michael na to: „Nie, nie jesteśmy”. Więc chyba nie był, raczej miał depresję i stany lękowe, a psychopaci nigdy ich nie mają.

Musiałbyś mu zrobić test.
Nie, lęk to dowód na to, że nie jest się psychopatą. Dlatego ja też nim nie jestem.

Wywiad z archiwalnego numeru Zwierciadła.

Jon Ronson: walijski dziennikarz i dokumentalista, prezenter radiowy, autor książki „Człowiek, który gapił się na kozy” (na jej podstawie powstał scenariusz filmu pod tym samym tytułem braci Cohenów z George’em Clooneyem w roli głównej). W swojej książce „Czy jesteś psychopatą?” sprawdza, czy rzeczywiście psychopaci rządzą światem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Borderline. Życie nad przepaścią

Zaburzenie osobowości typu borderline nazywa się inaczej zaburzeniem z pogranicza. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. (Ilustracja: iStock)
Zaburzenie osobowości typu borderline nazywa się inaczej zaburzeniem z pogranicza. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. (Ilustracja: iStock)
To zaburzenie z naszego życia nie zniknie, bo, jak mówi psychoterapeutka Monika Kotlarek, zajmująca się terapią osób z borderline, „nie da się wyleczyć osobowości. Ale jesteśmy w stanie ją trochę zmienić. Wyrobić sobie zdrowsze nawyki, sprawić, że będzie nam łatwiej żyć. I innym z nami”. Napisała książkę, która pomoże zrozumieć i wesprzeć – bez szufladkowania i stygmatyzowania.

Tytuł pani książki jest groźny – „Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią”… No tak, bo to zaburzenie trochę tak wygląda.

Co jest tą przepaścią? Zaburzenie osobowości typu borderline nazywa się inaczej zaburzeniem z pogranicza. Bo cały czas w gruncie rzeczy jesteśmy na granicy upadku. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. W jednej chwili kogoś kochamy i marzymy o tym, by z nim spędzić całe życie, 10 minut później go nienawidzimy i chcemy wyrzucić z domu. Ta przepaść nie jest jednoznacznie określona – to balansowanie między dwiem skrajnościami, bardzo ciężko spotkać się na emocjonalnym continuum, zatrzymać się gdzieś pośrodku.

Ale to continuum w ogóle występuje? Tak, osoby z borderline mogą tworzyć szczęśliwe związki, pracować, żyć jak każdy z nas. Pomaga w tym terapia. Oczywiście skrajne emocje się pojawiają, jak u każdego, tyle że osoby z borderline dają się im pochłonąć. Terapia pomaga poradzić sobie z nimi, lepiej na nie reagować. Przepracować je.

Czyli mówiąc w dużym uproszczeniu, istota problemu jest taka, że emocje panują nad nami, nie my nad nimi? W bardzo dużym skrócie – tak. Ale pamiętajmy, że nikt z nas nie jest w stanie do końca zapanować nad emocjami. Chodzi o reakcję. U osób bez borderline na ogół jest ona stonowana. U osób z tym zaburzeniem – nie. Trudno im znaleźć środek, nie reagować agresją, gdy ktoś krzywo spojrzy, nie myśleć: on mnie nienawidzi albo mną gardzi – tylko powiedzieć: ok, może ma gorszy dzień, trudno, idę dalej.

Panują nad nimi emocje negatywne? Emocje jako takie nie są ani pozytywne, ani negatywne, ani dobre, ani złe. Dobre czy złe bywa tylko postrzeganie emocji, to, jak na nie reagujemy. Złość jest informacją. Odczuwać złość możemy różnie. Albo zastanawiać się, dlaczego coś się stało, czy to my zrobiliśmy coś nie tak, czy ktoś wobec nas. A osoba z borderline „idzie po całości” – od razu wszystko jest najgorsze, wszyscy ją nienawidzą, oni sami są beznadziejni, a świat i życie nie mają sensu. Czyli totalne skrajności.

Czy znamy przyczyny powstawania tego zaburzenia? Nie jest to jednoznacznie zbadane. U części osób jest ono na pewno w jakimś stopniu dziedziczne,  w wywiadzie widać, że podobne problemy miała matka czy babcia. Bywa też, że w czasie, kiedy zaczyna się kształtować osobowość, pojawia się przemoc czy molestowanie seksualne. Co może mieć wpływ na powstanie tego zaburzenia. To najczęściej podawane w badaniach przyczyny.

Jest jakiś konkretny wiek, w którym ujawniają się zaburzenia borderline? Nasza osobowość kończy się kształtować, gdy mamy 24 lata. Tuż przed tym momentem widać problem.

Czyli dzieci z borderline – tak jak dzieci z ADHD – nie spotkamy? Mogą być dzieci wykazujące cechy tego zaburzenia, ale to za wczesny okres życia, żeby stawiać taką diagnozę. Jeśli mamy podejrzenia, warto obserwować, jak się to rozwija – może się rozwinąć, ale równie dobrze nie, trudno ocenić, co jest osobowością, zaburzeniem, a co na przykład buntem nastolatka.

Bywają kłopoty z diagnozą, to pewnie kolejny problem. Tak, to trudne, bo niejednoznaczne. Dużo zależy od momentu, kiedy diagnoza jest stawiana. Czasem dzieje się to, gdy akurat czujemy się dobrze, jesteśmy bardziej stonowani. Albo czujemy się źle, jesteśmy przygnębieni – wówczas to zaburzenie bywa mylone z depresją. Czasem też z chorobą afektywną dwubiegunową.

No właśnie, w tym ostatnim przypadku jest chyba pewne podobieństwo zachowań. Tak, ale przy borderline te zmiany zachodzą bardzo szybko. Dosłownie z chwili na chwilę. To zaburzenie utrudnia życie – a dodatkowym kłopotem jest, że nie da się go leczyć farmakologicznie. Jeśli więc ktoś otrzymuje diagnozę choroby afektywnej dwubiegunowej (ChAD) i leki kompletnie na niego nie działają, trzeba się przyjrzeć i może pójść w stronę borderline. Wtedy rozwiązaniem będzie terapia.

Jaki rodzaj terapii jest najbardziej skuteczny? Pod borderline stworzono odłam terapii behawioralno-poznawczej, czyli terapię dialektyczno-behawioralną. Pracuje się z myślami, nastrojami, zmianą nawyków, kontrolowaniem emocji, nauką reagowania w bezpieczny sposób, żeby nie rządziły nami emocje. Kładziemy nacisk na relaksację, na rozpoznawanie emocji i rozumienie ich, na rozumienie siebie samego, swoich reakcji. Nie jesteśmy w stanie ich zmienić, bo ciało reaguje w określony sposób, ale terapia pomaga to zaakceptować.

Na czym ona polega? Zaczyna się od tego, że pracujemy z tym, co dla pacjenta najbardziej palące. Na przykład problemy w związku. Próbujemy też dojść do tego, skąd zaburzenie się wzięło. Jeśli jest wynikiem traumy, to pracujemy z traumami. Zastanawiamy się, jakie myśli towarzyszą pacjentowi na co dzień, co jest triggerem, czyli co wyzwala eksplozję, staramy się to rozpoznawać, uczymy się nad tym panować. I pokochać siebie, bo ci ludzie mają często problemy z samoakceptacją. A bez niej trudno o powodzenie.

Każdemu by się samoakceptacja przydała. Ale to ogólne hasło, jak w praktyce można to osiągnąć? Trudno o tym opowiedzieć generalnie, bo każdy jest inny i ma inne potrzeby. Jeśli trauma związana jest z molestowaniem seksualnym i chory jest oderwany od siebie, swoich doznań, pracujemy nad tym, żeby zaakceptować siebie jako kobietę czy mężczyznę, swoje ciało. Zaczynamy od drobnych rzeczy, od tego, co sprawia przyjemność, co dobrze działa fizycznie. Ważne jest też wyregulowanie snu, ważna jest odpowiednia dieta, ruch, aktywność fizyczna. Istotne, by uregulować pracę hormonów, żeby nie było problemów chociażby z nadczynnością tarczycy, bo to tylko wzmaga kłopoty z emocjami.

Czyli działanie na wielu płaszczyznach? Tak, podejście holistyczne. Bo nie jesteśmy w stanie oderwać umysłu od ciała. One muszą ze sobą współpracować.

A kiedy już dochodzi do „eksplozji” – jak długo taki wybuch może trwać? Zwykle to chwila. Można zdemolować pół mieszkania, ale trwa to pięć czy dziesięć minut. Nastrój zmienia się szybko i gwałtownie. Na przykład cztery razy w ciągu półgodzinnej rozmowy.

Czy to jest tak, że jeśli w ataku furii demoluję mieszkanie, to mam świadomość, że przemawia przeze mnie choroba? Nie chcę demonizować osób z zaburzeniem borderline, nie jest przecież tak, że każdy demoluje mieszkanie. Ale jeśli mamy się już trzymać tego przykładu: ci ludzie nie mają zaburzonego postrzegania tego, co dobre, a co złe. Wiedzą, co się dzieje, choć oczywiście mogą być momenty jakiegoś odrealnienia, poczucia, że nie są sobą. To nie jest jednak zaburzenie, które odocina świadomość.

A czemu leki tu są nieskuteczne? Mamy przecież preparaty uspokajające, wyrównujące nastrój – dlaczego nie pomagają? Bo u osób z borderline, inaczej niż u pacjentów z depresją, nie ma zaburzeń chemii mózgu. Nie ma problemów z wytwarzaniem odpowiedniej ilości dopaminy czy serotoniny, z zaburzonym przewodzeniem nerwowym. Problem leży w naszej osobowości, w tym, jacy jesteśmy. Jeśli pojawiają się na przykład lęki, to oczywiście można z nimi walczyć farmakologicznie, ale to sprawy dodatkowe. Borderline wspiera się terapią.

Ale o wyleczeniu mówić nie możemy? Nie, wyleczyć osobowości się nie da. Ale jesteśmy w stanie ją trochę zmienić. Wyrobić sobie zdrowsze nawyki, sprawić, że będzie nam łatwiej żyć. I innym z nami.

Jesteśmy istotami społecznymi. Związki – wszelkie, nie tylko miłosne – są dla nas podstawą funkcjonowania. Wydaje się, że borderline skutecznie może wchodzenie w związki czy pozostawanie w nich utrudniać. Jeśli nic z tym nie robimy, na pewno. Zwłaszcza że często osoby te mają tendencje autoagresywne, podejmują próby samobójcze, okaleczają się. Partner może tego nie wytrzymać – z lęku o drugą osobę, z poczucia odpowiedzialności za nią. To samo dotyczy przyjaciół, rodziny. Ale to nie znaczy, że sytuacja jest bez wyjścia. Są szczęśliwe związki, to możliwe. Znam takie pary.

Choć oczywiście to trudne dla obu stron. Pamiętajmy, że osoby z borderline są cały czas świadome tego, co się z nimi dzieje. Tego, że są niefajne. I toną w wyrzutach sumienia. To dla nich ciężkie. Czasem kiedy ludzie się poznają, osoba z zaburzeniem borderline nie ma jeszcze diagnozy, zaczynają wspólne życie i okazuje się, że jest problem… Ale kiedy zwrócimy się wówczas do specjalisty, kiedy jest już diagnoza, można zacząć terapię. To wymaga pracy, ale są naprawdę duże szanse, że będzie lepiej.

Co by pani powiedziała partnerowi osoby z borderline – jak jej towarzyszyć, jak ją wspierać? I jak dbać o siebie samego, bo to przecież też istotne? To podstawa. Jeśli nie zadbamy o siebie, nie damy wsparcia i siły drugiej osobie. Możemy też szukać pomocy w terapii albo w grupie wsparcia. Albo mieć prywatną grupę wsparcia, czyli przyjaciół, którym możemy się wygadać. Dbać także o swój sen, o dietę, przyglądać się sobie – żeby nie odcinać się od innych, żeby mieć kontakt z ludźmi. A jakim być dla partnera? Przede wszystkim po prostu być. Pomagać, na ile się da, akceptować go jako człowieka, wspierać od strony czysto technicznej, jak zrobienie zakupów, pilnowanie, żeby poszedł na terapię. Forma trochę dyrektywnej opieki, ale to też istotne.

Ale czy ta dyrektywna opieka nie zmieni relacji z partnerskiej na opiekun – podopieczny? Nie, absolutnie nie chodzi o to, żeby wejść w rolę opiekuna czy „matki”. Ważne, żeby już na początku pewne rzeczy sobie wyjaśnić, powiedzieć, z czym jest największy problem. Jeśli jest nim na przykład autoagresja, to musimy zadbać, żeby zredukować ryzyko, żeby ograniczyć dostęp do ostrych przedmiotów, może się pojawić konieczność, by zawieźć partnera do szpitala. Jeśli brak motywacji do terapii, my jesteśmy od tego, żeby partnera zmotywować. Tak jak w depresji – czasem chory nie ma siły, my musimy tę siłę dać. To nie jest wejście w rolę opiekuna, a partnera, który się troszczy. Fajnie byłoby, gdyby role w związku dzieliły się 50 procent na 50, ale tak bywa rzadko. Czasem trzeba dać z siebie 80 procent, żeby druga strona mogła udźwignąć swoje 20. Ale przecież też nie zawsze tak jest, związek fluktuuje, bywają gorsze i lepsze chwile, w każdej relacji. Nie, ja bym się tej dyrektywności nie bała.

Mówiła pani o tym, że warto ustalić różne sprawy na początku. Ale przecież nie zawsze na początku wiemy o zaburzeniu, diagnoza może zostać postawiona później. Najprościej sprawdzić, czy cokolwiek jest nie tak, zastanawiając się, czy zachowanie naszego partnera w jakikolwiek sposób utrudnia nam codzienne funkcjonowanie. Jeśli ktoś ma problemy z kontrolowaniem emocji i przez to są kłopoty w pracy na przykład, jeśli są zachowania autoagresywne, to znaczy, że mamy problem. Nawet jeśli na razie jest on nienazwany. Kiedy czujemy, że nasze życie jest zakłócone, zaburzone, trzeba pomyśleć, zacząć rozmawiać, pójść po pomoc. Nasze życie nie może tak wyglądać. Musimy stawiać jasne granice. To nie jest wymierzone w partnera, to nie jest przeciwko niemu, odwrotnie, to w naszej wspólnej sprawie.

Fajne związki są możliwe. Ale czy częste? Nie chciałabym generalizować, uogólniać, to kwestie indywidualne. Znam świetne związki mimo trudności, ale znam też osoby samotne, pomimo lat terapii, pracy nad sobą. Albo po wielu nieudanych relacjach.

Wspomniała pani o szpitalu. Choć leczenia innego niż terapia nie ma. To po co ten szpital? Zdarza się, że osoby z zaburzeniem borderline podejmują próby samobójcze. Wtedy konieczna jest hospitalizacja, obserwacja, leki wyciszające. A jeśli pacjent wyrazi zgodę, to terapia indywidualna czy grupowa. Czasem szpital jest dobrym rozwiązaniem, bo odrywa chorego od tego, co powoduje wybuchy.

A jak z pracą zawodową? Czy taka w zespole jest możliwa?Tak, oczywiście. Choć często osoby z borderline pracują na zlecenie, na własnych warunkach, w swoim trybie. To bywa dla nich lepsze. Muszą też właściwie ustawić priorytety – w ich przypadku praca nie może być na pierwszym miejscu, muszą dawać sobie prawo do słabości, do wypoczynku. Po prostu dbać o siebie bardziej niż robi to na ogół większość z nas.

Czy jeśli pracują, powiedzmy, w korporacji, szef powinien wiedzieć o ich problemach? Byłoby fajnie, ale nie mam złudzeń. Nie każdy to zrozumie. Nie każdy przyjmie, że ok, pracujesz, ale może być dzień, kiedy po prostu nie przyjdziesz do biura. Nie każdy zatrzyma to dla siebie. Do tego ciągle mamy jako społeczeństwo problem z postrzeganiem zaburzeń psychicznych. Dlatego byłabym ostrożna. Ale jeśli jesteśmy przekonani, że nasz szef jest osobą otwartą, że można z nim pogadać, to tak, mówmy otwarcie. To wiele spraw ułatwi.

Długofalowe plany, na przykład wakacje, dłuższe wyjazdy – czy jeśli jestem w związku z osobą z borderline, planowanie ma w ogóle sens, czy może się okazać, że nagle wszystko się zmieni? Planowanie fajnych rzeczy jest dobre dla każdego człowieka, jest wtedy na co czekać. Ale oczywiście jeśli są stany depresyjne czy ataki paniki, trudno przewidzieć, czy plany, nawet te miłe, zostaną zrealizowane. Dobrze więc uświadamiać sobie, co jest wyzwalaczem trudnych emocji i, o ile jest to możliwe, eliminować je z naszego życia. Jeśli w jakimś choć stopniu to się uda, będzie o wiele łatwiej.

Oczywiście czasem nie jesteśmy w stanie czegoś wyeliminować, ale można nauczyć się stawiać jasne granice. Jeśli problem dotyczy na przykład pracy, jeśli nie jesteśmy w stanie funkcjonować bezpiecznie w danym środowisku, namawiałabym do zastanowienia się nad zmianą pracy. Utrzymywanie tej, która jest triggerem, na dłuższą metę będzie dla nas po prostu niszczące.

Jak powszechne jest występowanie tego zaburzenia? Zdarza się to częściej u kobiet niż u mężczyzn, ale w ogóle nie jest to dużo – ok. 3 procent w społeczeństwie. Choć rzeczywiście zauważam to coraz częściej.

Częściej występuje czy dziś są lepsze metody diagnostyczne? Chyba lepsze metody. I większa świadomość psychiatrów i psychologów. To nie jest tak, że 30 lat temu osób z borderline nie było. Były oczywiście, tylko mówiono: histeryczka. Albo: choleryk. Pozbyć się tego do końca nie można, ale można mieć rodzinę, pracę, cieszyć się życiem. Czasem będzie pod górkę, ale w końcu czasem każdy ma pod górkę.

Monika Kotlarek „Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią”, wyd. Sensus

  1. Psychologia

Narcyzm ukryty – zaburzenia narcystyczne mogą mieć różne twarze

Narcyzm może przyjąć formę, którą niezwykle trudno jest wychwycić. (fot. iStock)
Narcyzm może przyjąć formę, którą niezwykle trudno jest wychwycić. (fot. iStock)
Narcyz to kochający siebie z wzajemnością człowiek; głośny, przykuwający uwagę, skupiony na sobie niczym wiązka lasera, stawiający się w centrum wszechświata, złotousty, bezkrytyczny manipulant. Jednak narcyzm może mieć również spokojniejszą, introwertyczną twarz…

Myliłby się ten, kto uważa, że spektrum narcyzmu zamyka się tylko w jednym typie, a zaburzenia narcystyczne może mieć jedynie ekstraweryk. Wieloletnie badania W. Keitha Campbella z University of Georgia, oparte na wcześniejszych hipotezach amerykańskich naukowców dowiodły, że narcyzm może mieć również spokojniejszą, introwertyczną twarz! Nazywa się ją „narcyzmem ukrytym”.

Kim jest ukryty narcyz?

To zazwyczaj człowiek bez wielkiej osobowości, spokojny, wycofany, małomówny. Ale w manipulowaniu otoczeniem równie niebezpieczny jak narcyz jawny. Niebezpieczeństwo w przypadku osób cierpiących na narcyzm ukryty jest tym większe, że dość trudno je rozpoznać.

Narcyz ukryty jest paranoikiem, którego cechuje duża podejrzliwość i niemalże zerowa odporność na krytykę. Narcyz jawny informuje nas nieustannie o swojej wspaniałości i nic nie jest w stanie zburzyć mu tego obrazu. Narcyz ukryty również jest przekonany o tym, że jest wyjątkowy, ale nie demonstruje tego głośno, starannie kolekcjonując w głowie krzywdy od tych wszystkich, którzy nie poznali się na jego wielkości. Człowiek cierpiący na narcyzm ukryty nie jest w stanie zbudować żadnej relacji, bo wieczny stan niedocenienia przez innych i „zmowy otoczenia” pogłębia w nim poczucie krzywdy i niezrozumienia.

Współczesny świat skupiony na ładnym obrazku sprzyja namnażaniu zaburzeń narcystycznych, ale nie dajmy się zwieść pozorom i pamiętajmy, że narcyzm ma dwie strony medalu: tę błyszczącą, głośną, jawną i tę zacienioną, cichą, ukrytą. A obie są tak samo niebezpieczne dla otoczenia, bo niezależnie od tego czy jawny czy ukryty, narcyzm jest zaburzeniem osobowości.

Dr Tomasz Sobierajski: socjolog, kulturoznawca, metodolog, wakcynolog społeczny, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Spektrum autyzmu u dorosłych i dzieci - co to jest? Jakie zachowania mu towarzyszą?

Autyzm - odmienna perspektywa (Fot. Getty Images)
Autyzm - odmienna perspektywa (Fot. Getty Images)
Inaczej postrzegają świat. Są bardziej wrażliwi na zranienia. A kiedy tych zranień jest dużo, wycofują się. Chowają w sobie. Ale tęsknią za przyjaźnią, za miłością. – Tak nie musi być. Każdy człowiek potrzebuje innych. Do rozwoju, do życia. Mamy tu pracę do wykonania – mówi Anna Prokopiak, prezes Fundacji Alpha zajmującej się pomocą osobom ze spektrum autyzmu.

Czym jest grupa zaburzeń związanych ze spektrum autyzmu?
Od razu się poprzyczepiam, przepraszam. Osoby ze spektrum autyzmu nie życzą sobie, żeby używać słowa „zaburzenie”. Bo to spektrum, czyli cały obraz, cała paleta barw. Od ludzi z niepełnosprawnością intelektualną po profesorów uczelni. „My nie jesteśmy zaburzeni” – mówią. „To nasza natura”. Ja sama staram się tego słowa nie używać, myślę i mówię o pewnej odmienności. Uta Frith, niemiecka psycholog, mówi, że są mężczyźni, kobiety i osoby ze spektrum autyzmu. Takie, które po prostu inaczej postrzegają świat. Mają odmienną od naszej perspektywę.

Na czym ta perspektywa polega?
Ponieważ to właśnie spektrum, to trudno się o tym rozmawia. Bo co innego 25-letni mężczyzna z niepełnosprawnością intelektualną w warsztatach terapii zajęciowej, co innego człowiek intelektualnie sprawny, nawet wybitny, a to się zdarza, choćby przy zespole Aspergera. Większość z nas pamięta film „Rain Man” i bohatera granego przez Dustina Hoffmana – niemal genialnego, ale z trudnościami w komunikacji i relacjach społecznych. Różnice – poza kwestią sprawności intelektualnej – dotyczą stopnia nasilenia objawów. A chodzi przede wszystkim o komunikację społeczną, o bycie z drugą osobą, o trudności w relacji. Często towarzyszą temu różne stereotypie w zachowaniu czy w mowie.

Stereotypie, czyli co?
Powtarzalne zachowania, słowa, czynności. Uważa się, że mają działanie terapeutyczne – to, że ktoś siada w ustalony sposób, chodzi w ustalony sposób, wykonuje te same gesty, potrzebuje konkretnego układu przedmiotów w pokoju, sprawia, że czuje się bezpieczniej. Zresztą wszyscy, którzy mają w sobie wysoki poziom niepokoju, potrzebują znanych sytuacji.

Ale czy nie jest tak, że w przypadku autystów nieoczekiwane zmiany, zakłócenia tego porządku mogą wywołać kaskadę negatywnych reakcji?
Tak, choć niekoniecznie. Bo ci ludzie, mówię tu o dorosłych, zdają sobie z tego sprawę i próbują mieć nad tym panowanie. Rozmawiałam z pewną kobietą, która niedawno dostała diagnozę spektrum autyzmu i miała dylemat. Czy zasugerować pracodawcy, jak chce pracować? Teraz praca wymaga elastyczności, dopasowania. To nie dla niej. Ona potrafi być świetnym pracownikiem, ale w odpowiednich warunkach. Przewidywalnych. Ale jeśli porozmawia, musi powiedzieć, że ma autyzm. Może wtedy zostanie zwolniona? Mimo swojego potencjału? Ale jednocześnie ponosiła ogromne koszty, dużo wysiłku ją kosztowało, żeby po przyjściu do domu wrócić do pewnego komfortu psychicznego i fizycznego. Nie ma w Polsce pracy dla osób ze spektrum autyzmu. Nie ma zrozumienia ani nie ma systemu pomocy.

Słuchałam matki chłopca ze spektrum autyzmu. Chłopiec ma kilka lat, nie mówi, matka zajmuje się nim non stop, odgaduje potrzeby, czasem trafnie, czasem nie. Ale czas płynie i jej największy lęk jest o to, kto tę opiekę udźwignie, kiedy jej zabraknie. Co będzie, kiedy chłopiec stanie się mężczyzną. Czy w Polsce są drogi dla takich osób?
Nie jestem tą matką. Patrzę z zewnątrz i może to, co powiem, będzie trudne. Ale chyba taki straszny lęk, myślenie, że tylko ja potrafię zająć się moim dzieckiem, jest przeszkodą w tym, żeby inni mogli pomóc. Był czas, że chciałam wybudować dom dla dorosłych ze spektrum autyzmu. Dom, w którym mogliby mieszkać sami. Ale po iluś spotkaniach z rodzicami odstąpiłam od tego planu. Bo tylko jedna, może dwie rodziny były gotowe „puścić” swoje dorosłe dziecko. Coś, co jest naturalne – odłączenie od rodziców, gdy człowiek staje się dorosły – w przypadku osób ze spektrum autyzmu jest problemem. Z jednej strony rozumiem, że ta ich odmienność w relacjach wywołuje w matkach lęk, ale z drugiej – gdyby one trochę odpuściły, można by pewne rzeczy zrobić łatwiej. I skuteczniej pomóc. Czy są takie struktury? Jest ich niewiele, ale to wynika z wielu rzeczy. Raz, że opieka jest droga, wymaga nakładów, a z tym zawsze jest kłopot. A dwa – to właśnie lęk rodziców przed zaufaniem innym. Przeraziłam się, kiedy sprawdziłam, co robią w życiu osoby dorosłe z autyzmem. Okazuje się, że osoby z zespołem Aspergera, czyli ci, którzy mają potencjał intelektualny, najczęściej pozostają pod opieką matki czy rodziny. Ci z niepełnosprawnością intelektualną są w jakichś warsztatach terapii zajęciowej, w opiece strukturalnej, a osoby z aspergerem nie znajdują swojego miejsca. Nie stworzyliśmy go jako społeczeństwo. Ale z drugiej strony myślę, że tu trzeba wielkiej delikatności. Każdy ma w odniesieniu do swoich dzieci marzenia, aspiracje. Przychodzi mi do głowy rozmowa z tego tygodnia z matką nastolatka z diagnozą autyzmu. Ona jest pracownikiem naukowym, poświęciła wiele czasu i sił, żeby syna zainteresować choćby literaturą. A on funkcjonuje intelektualnie poniżej przeciętnej. I teraz myślę, co zrobić, żeby zaspokoić i jej aspiracje, i jego potrzeby. Ona chce rzeczy, które na ten moment w Polsce są po prostu niemożliwe. Tu musi zostać wykonana praca, i duża jej część jest po naszej, osób neurotypowych, stronie. Stworzenie warunków do przełamywania stereotypów, przekonanie, że na przykład osoba z zespołem Aspergera może wykonywać odpowiedzialne zadania, choć często na niewielkim obszarze. I nie stanie się to bez konkretnego modelu, jak w Australii. Tam dorosły z niepełnosprawnością dostaje ogromne wsparcie, żeby mógł pracować, tworzy mu się do tego warunki. U nas odwrotnie – podczas edukacji wsparcie jest, edukacja się kończy – i trzeba dawać sobie radę samemu. My tę dorosłość musimy przygotować, żeby ci ludzie mogli prowadzić lepsze, bardziej satysfakcjonujące życie. Proszę sobie pomyśleć, jak czułaby się pani bez pracy. Słabo, prawda? Ja bym oszalała. A osoby ze spektrum często nawet kończą studia, a potem siedzą u mamy w domu.

Siedzą w domu w poczuciu odrzucenia, braku akceptacji?
Tak, a akceptacja jest szalenie ważna. Akceptacja środowiska. I tu znowu lęk matek nie jest pomocny. To jest właśnie praca do wykonania – żeby miały wobec dzieci aspiracje, ale żeby pozwoliły im pokonywać przeszkody. Jeśli będziemy je kurczowo trzymać przy sobie, nie pozwolimy im rozwinąć skrzydeł. Choć i to się powoli zmienia. W fundacji mamy od ponad dwóch lat psychoterapeutę. Na początku było nam trudno przekonać rodziców, że oni też potrzebują wsparcia; teraz często już przy pierwszej rozmowie dochodzimy do wniosku, że matka wymaga większej pomocy niż dziecko. I to jest szalenie ważne, kiedy myślimy o dorosłości osób ze spektrum autyzmu. To plus pozwolenie im na realizowanie planów w miarę samodzielnie, na dorastanie w grupie rówieśniczej.

Ale osoby ze spektrum autyzmu największe trudności mają właśnie w relacjach. Samo greckie słowo autos, od którego pochodzi termin „autyzm”, znaczy sam. Zamknięty w swoim świecie.
Myślę, że to stereotyp. To są osoby, które nie mają kompetencji do bycia z innymi, a bardzo za relacjami tęsknią. Ale od samego początku doświadczają odrzucenia na różnych poziomach, bo są wymagającymi partnerami w relacji. Na przykład ktoś się spóźnia – trudno im to zaakceptować. Ktoś mówi, że nie może się spotkać, używa jakiejś wymówki, potem okazuje się, że to nieprawda. Nie rozumieją takich zachowań, a po iluś tego typu doświadczeniach w końcu wycofują się, wolą być sami. Ale jestem przekonana, że to wynik tych doświadczeń. Rozczarowań. Każdy potrzebuje drugiego człowieka do rozwoju.

Takie reakcje na głupie spóźnienie pokazują, że te osoby nie potrafią dobrze czytać emocji. To utrudnia nawiązanie relacji?
To nie tak. Jeśli zajrzymy do badań naukowych, zobaczymy, że osoby z autyzmem świetnie sobie radzą, jeśli chodzi o rozpoznawanie emocji u innych. Uważa się raczej, że nazywanie ich własnych emocji jest dla nich trudnością. Kiedy widzą, że ktoś coś kręci, to rozumieją, co się dzieje, ale nadają temu zbyt duże znaczenie. Nie pojmują niuansów w relacjach międzyludzkich, odcieni szarości, tego, że czasem każdy trochę „ściemnia” i nie ma to tak wielkiego znaczenia, bo takie jest życie.

Ta nadmierna interpretacja naraża ich na kolejne zranienia.
Właśnie. Bo osoba ze spektrum autyzmu to ktoś szalenie wrażliwy. I te powtarzające się zranienia są tak silne, że w końcu stawia blokadę i może się wydarzyć, iż się całkiem wycofa. Powie: „Wolę być sam niż z tymi ludźmi, którzy mnie nie rozumieją i nie dotrzymują obietnic”. To jest jakiś rodzaj bezkompromisowości.

A czy ludzie ze spektrum autyzmu, szczególnie ci z autyzmem wysokofunkcjonującym, mogą tworzyć szczęśliwe związki?
Znowu się przyczepię. Tym razem do słowa „wysokofunkcjonujący”, bo rozumiem, że mówi pani o osobach sprawnych intelektualnie. Czyli to „wysokie funkcjonowanie” dotyczy tylko intelektu, z relacjami już dobrze nie jest. Czy skoro z nimi jest problem, można mimo to tworzyć związki? Tak. Tego ci ludzie szukają, tego potrzebują, za tym tęsknią. Tylko… Taki związek jest obarczony pewnymi trudnościami. Raz, że jeśli mówimy o relacji heteroseksualnej, to mogą się w niej naturalnie pojawić dzieci. A dziś wiemy, że za autyzmem stoją geny. Jeśli ojciec ma autyzm, to jest duże prawdopodobieństwo, że dzieci będą mieć autyzm na jeszcze głębszym poziomie. To na pewno ryzyko. Druga rzecz: autyzm częściej dotyka mężczyzn. I teraz pytanie, w jakich mężczyznach się zakochujemy. Lubimy tych tajemniczych, trochę zagadkowych. Oni tacy są. Ale potem, w życiu, szukamy romantyczności, niespodzianek, cudownych gestów, spontaniczności. Mężczyzna ze spektrum nigdy taki nie będzie. Będzie chciał wszystko z góry zaplanować. Peter Schmidt, naukowiec z zespołem Aspergera, napisał książkę „Kaktus na walentynki, czyli miłość aspergerowca”. Opowiada w niej, że umówili się z żoną na seks: zawsze w niedzielę rano. Umowa to umowa – dla niego rzecz święta. A ona niezadowolona. Bo życie oparte jest na subtelnościach, które osobie z autyzmem trudno zrozumieć. Ale pamiętam też rozmowę z kobietą, która się śmiała: „mój mąż jest zawsze słowny, jak powie, że zrobi, to zrobi na pewno”. Potrafiła w trudnościach znaleźć pozytywy.

Nie tak łatwo znaleźć kogoś, kto nasze ograniczenia będzie traktować jak zalety. A bez tego trudno o trwałą relację.
Robiłam badania dotyczące wsparcia społecznego osób ze spektrum. One rzadko się o to wsparcie upominają, a bliscy albo tego nie widzą, albo widzą na znacznie niższym poziomie. Ich samotność nie jest ich cechą indywidualną, ale społeczną. I na świecie tworzą częściej związki homo- niż heteroseksualne. Przy czym nie tyle wynika to z orientacji seksualnej, ile z poszukiwania kogoś podobnego. Czasem odnajdują się w mediach społecznościowych, nie znając się, a potem okazuje się, że obaj mają zespół Aspergera.

Łatwiej o przyjaźń niż o miłość?
Osoba ze spektrum może być przyjacielem na sto procent, ale wymaga tego samego od drugiej strony. A życie nie zawsze jest na sto procent etyczne. W fundacji mamy wolontariat rówieśniczy. „Parujemy” osobę ze spektrum z wolontariuszem, kimś, kto chce nawiązać z nią przyjacielskie relacje. Osoby z autyzmem tęsknią za spotkaniami, za tym, żeby ktoś wysłał do nich w sylwestra SMS… Szukamy osób o wspólnych zainteresowaniach, żeby mogły się tym dzielić. Choć z tym też bywa kłopot. Myślę na przykład o naszym podopiecznym Maćku – jego pasja to komunikacja miejska w Lublinie. I tak głęboko w tym siedzi, że coraz wyraźniej zdaje sobie sprawę, iż nie znajdzie osoby, która to z nim podzieli. Bo te pasje bywają w naszym rozumieniu nietypowe…

Jakie jeszcze fundacja prowadzi działania?
Jedno to nastawienie na dorastających i dorosłych. Moim marzeniem jest stworzyć miejsca pracy dla osób z autyzmem. Druga rzecz to badania przesiewowe dzieci. Mówię o małych, rocznych dzieciakach. Bo jest już potwierdzone, że autyzm można w pewnym stopniu „ominąć”. Że można nie doprowadzić do rozwoju wszystkich objawów. Niesamowite, jak plastyczny jest mózg dziecka. Jeśli szybko uchwycimy trudności związane z komunikacją, z nawiązywaniem relacji, to już wiemy, w jaki sposób rozwijać obszary, które szwankują.

Autyzm u dziecka można „ominąć”. A co z osobami dorosłymi, które nagle dowiadują się, że ta ich odmienność, z którą się całe życie zmagały, właśnie zyskuje nazwę: spektrum autyzmu? Coś da się zrobić? Zmienić?
Człowiek zawsze może się zmienić. To, że mózg jest już ukształtowany, nie oznacza, że nie możemy rozwijać pewnych umiejętności. W dorosłości „ominąć” autyzmu już nie możemy, ale możemy zmniejszyć jego objawy. Choćby zdefiniować, co jest mi potrzebne, żebym mógł poczuć się bezpiecznie – to ważne, bo ci ludzie mają zwykle wyższy poziom lęku. Żeby lepiej funkcjonowali, trzeba ten poziom lęku obniżyć. Samo nazwanie problemu już dużo daje, samo zdanie sobie sprawy z tego, że nie, nie jestem „dziwny”, taka jest moja natura. Osoby, które dostają diagnozę jako dorosłe, często w przeszłości miały diagnozy depresji, czasem próby samobójcze. Ale to wszystko wołanie o pomoc: ja potrzebuję ludzi. Choć w różnym zakresie. Kaktus musi mieć wodę, bez niej umrze. Ale jeśli wody jest za dużo, też może nie przeżyć…

Mówi pani o tym, jak ważna jest akceptacja – ale chyba długa przed nami droga, skoro dorosła kobieta boi się, że na hasło „autyzm” straci pracę. Nie rozumiemy autyzmu. Boimy się go?
Myślę, że jest coraz lepiej. Choć ten proces potrwa. Trudność polega na tym, że często problemu nie widać. Kiedy ktoś porusza się na wózku, rozumiemy, że potrzebuje windy czy podjazdu. A tego, że osoba ze spektrum potrzebuje ściśle określonych reguł, nie widzimy. Więc nie rozumiemy. Jaki kłopot, żeby zostać dłużej czy zrobić coś inaczej? Tak, to może być kłopot! Kiedyś Bartek Topa w ramach akcji fundacji Synapsis pokazywał trudności osoby ze spektrum – i popłynęły negatywne komentarze. Ale to i tak chyba jedyna droga. Mówić, uczyć, pokazywać. Bo jednak zmieniamy się jako społeczeństwo. W tym roku pojechaliśmy całą grupą na wakacje i kiedy usiedliśmy przy ognisku, nie było widać, kto tu jest wolontariuszem, a kto „pacjentem”. Tworzą się relacje, wymagają wsparcia, ale się rozwijają. To cieszy. 

  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.
 

  1. Psychologia

Zespół Münchhausena. Dlaczego pozorujemy objawy chorobowe?

Zespół Münchhausena to zaburzenie, w którym osoba świadomie udaje lub wywołuje u siebie różne objawy chorobowe, aby wymusić proces diagnostyczny oraz terapeutyczny. (Fot. Getty Images)
Zespół Münchhausena to zaburzenie, w którym osoba świadomie udaje lub wywołuje u siebie różne objawy chorobowe, aby wymusić proces diagnostyczny oraz terapeutyczny. (Fot. Getty Images)
To częsty motyw w literaturze i filmach: ktoś pozoruje objawy chorobowe u siebie lub bliskiego, żeby trafić pod opiekę lekarza. Jak mówi psychiatra Anna Rebeka Szczegielniak, zespół Münchhausena i jego zastępcza postać w praktyce są jednak trudne do zdiagnozowania.

Słyszałem o rodzicach, którzy zafałszowują wyniki badań swoich dzieci, dodając krew do moczu. Pewien rodzic oddawał do badania plwocinę pozyskaną od chorych na mukowiscydozę. Jaka jest przyczyna takich zachowań?
Tak jak w przypadku większości zaburzeń psychicznych, nie możemy mówić o jednej konkretnej i pewnej przyczynie, której bezpośrednim wynikiem będą podobne zachowania. Z opisu przypadków wnioskuję, że może chodzić o zastępczy zespół Münchhausena, który jest jednak bardzo rzadko brany pod uwagę w codziennej pracy psychiatry. Wymaga on bowiem najpierw wykluczenia obecności innego zaburzenia czy choroby psychicznej. Zwykle jego występowanie jest efektem nakładających się czynników genetycznych, predyspozycji psychologicznych związanych m.in. z trudnością formowania zdrowej relacji z dzieckiem oraz społecznych, które mogą być skutkiem dorastania w środowisku, gdzie jedynie choroba czy uraz gwarantowały zainteresowanie, okazywanie ciepłych uczuć i otoczenie opieką. Na rozwój patologii bardzo mocno wpływa też stres, szczególnie ten przewlekły, związany z problemami rodzinnymi czy ekonomicznymi. Ponadto wcześniejsze doświadczenia poważnej choroby czy śmierci rodzica lub opiekuna, a także traumatyczne wydarzenia, w tym wykorzystywanie fizyczne, psychiczne lub seksualne. Takie osoby mogą mieć za sobą doświadczenia zaniedbania ze strony własnych opiekunów w dzieciństwie.

Czym zatem charakteryzuje się sam zespół Münchhausena? Przypomnijmy, że jego nazwę zawdzięczamy XVII-wiecznemu baronowi von Münchhausenowi, który zasłynął z opowiadania niestworzonych historii ze swoim udziałem.
Najprościej mówiąc, jest to zaburzenie, w którym osoba w pełni świadomie udaje lub wywołuje u siebie różne objawy schorzeń somatycznych lub psychicznych w celu wymuszenia procesu diagnostycznego oraz terapeutycznego, przyjmując rolę chorego. Zespół ten zalicza się do grupy zaburzeń pozorowanych, nie ma on nic wspólnego z tzw. symulacją, czyli udawaniem choroby. Ważne jest, by ustalić, co na tym działaniu zyskuje rzekomy chory. To jedno z podstawowych pytań, które sobie zadajemy, kiedy czujemy, że pacjenci nie są z nami do końca szczerzy. Jednak w przypadku zespołu Münchhausena trudno się doszukać w sposób oczywisty jakichkolwiek korzyści: finansowych (odszkodowanie), prawnych (chęć uniknięcia odpowiedzialności za czyny), związanych na przykład z uzależnieniem od pewnych substancji leczniczych i chęcią uzyskania do nich dostępu.

Diagnostyka tego syndromu oparta jest więc przede wszystkim na obserwacji pacjenta. To, na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że objawy są zwykle przesadzone, niespójne, wywiad wydaje się niekonsekwentny, a przebieg choroby – nielogiczny. Pogorszenia stanu zdrowia i nawroty dolegliwości są nieprzewidywalne, a stan psychiczny pacjenta poprawia się wraz z pogorszeniem stanu fizycznego. Na dodatek pacjent sprawia wrażenia zadowolonego z pogłębionej diagnostyki, kolejnych badań, a nawet skomplikowanego leczenia farmakologicznego czy zabiegowego. Ważnym elementem jest zebranie informacji na temat przebiegu wcześniejszego leczenia. Osoby z tym schorzeniem najczęściej nie chcą, by personel medyczny kontaktował się z członkami rodziny czy pracownikami ochrony zdrowia wcześniej opiekującymi się pacjentem. Poza tym, jak już wspominałam, w tym wypadku rozpoznanie jest rozpoznaniem z wykluczenia – lekarze muszą wyeliminować wszelkie możliwe choroby fizyczne i psychiczne, zanim będzie można rozważyć zdiagnozowanie zespołu Münchhausena.

Kiedy obsesja na punkcie własnego zdrowia powinna zacząć nas niepokoić?
To pytanie dotyka znacznie szerszego zagadnienia i właściwie trzeba by się zastanowić, co możemy uznać za normę naszego funkcjonowania i gdzie należy wyznaczać jej granicę. Z grubsza możemy założyć, że nie każda patologia stanu psychicznego wymaga interwencji oraz leczenia, część z nich może być elementem procesów wynikających z fizjologii. Trzeba zwrócić uwagę na to, czy dana rzecz zaburza nasze codzienne funkcjonowanie, skutkuje trudnościami w przystosowaniu się i dziwacznością zachowania, czy powoduje cierpienie u danej osoby lub dyskomfort jego bliskich, no i czy wszystko wskazuje na to, że pacjent utracił nad swoją przypadłością kontrolę. Jeśli tak, warto wybrać się do specjalisty.

Czy zgłaszanie się z prośbą o usunięcie fragmentu żołądka, by schudnąć, jest objawem choroby?
Może, ale wcale nie musi. Moje doświadczenie z pacjentami nakazuje przede wszystkim upewnić się, czy wiedzą oni wystarczająco dużo na temat schorzenia, jego diagnostyki oraz dostępnych metod terapii. Pacjenci lubią chodzić na skróty, zaleceń związanych z utrzymaniem higieny snu czy aktywności fizycznej nie będą traktować tak samo jak przepisania tabletki czy zabiegu. Należy być wyczulonym na możliwe objawy zaburzeń psychicznych, ale nie doszukujmy się ich tam, gdzie ich nie ma. Zaskakujące prośby czy pytania często da się szybko wytłumaczyć podczas zwykłej rozmowy z pacjentem.

Czym zespół Münchhausena różni się od znanej nam i trochę wyśmiewanej hipochondrii?
Zarówno zespół Münchhausena, jak i hipochondria to zaburzenia, które związane są z doszukiwaniem się nieistniejącej choroby. Ale to właściwie jedyny punkt wspólny. Zaburzenia hipochondryczne to zaburzenia nerwicowe, występujące pod postacią fizyczną − oznacza to, że pacjent jest przekonany o tym, że poważnie choruje, często zupełnie prawidłowe odczucia i reakcje ciała postrzega jako poważne i utrzymujące się objawy. Towarzyszy temu zwykle silny lęk, niepokój, często zaburzenia depresyjne. Hipochondrycy umawiają się na liczne wizyty lekarskie, poddają się badaniom, jednocześnie mając utrzymujące się poczucie postępującej choroby. Tymczasem w przypadku zespołu Münchhausena mamy świadomość, że z naszym zdrowiem fizycznym wszystko jest w porządku, ale chcemy zdobyć czyjeś zainteresowanie.

A czym różni się od niego zastępczy zespół Münchhausena, o którym mówiliśmy na początku?
Podstawowa różnica polega na tym, czyje zdrowie i życie jest zagrożone poprzez wywoływanie objawów i poddawanie różnym procedurom medycznym, mniej lub bardziej inwazyjnym, a kto jest właściwym sprawcą. W przypadku zastępczego zespołu Münchhausena nie jest to jedna i ta sama osoba. W tym wypadku opiekun wywołuje objawy choroby u osoby będącej pod jego opieką w sposób świadomy i zaplanowany, w celu otrzymania opieki medycznej oraz sprawowania kontroli nad chorym. Zastępczy zespół Münchhausena jest nie tylko zaburzeniem psychicznym, lecz również formą znęcania się. Doniesienia medialne i naukowe, ale też filmy czy literatura popularna pokazują, że opisywane sytuacje przede wszystkim dotyczą kobiet, matek, gdzie ofiarami zostają ich dzieci, ale nie łączyłabym płci jako bezpośredniego czynnika rozwoju takiego zachowania – to raczej wynik ról społecznych, przez wieki to właśnie kobiety były odpowiedzialne za wychowanie dzieci i opiekę nad nimi. Osoba, u której wywoływane są objawy, jest jedynie narzędziem do osiągnięcia założonego celu, i może być nim właściwie każdy wymagający opieki i troski, również osoby starsze czy żyjące z niepełnosprawnością.

Ale co właściwie zyskują rodzice, gdy ich dzieci są leczone lub trafiają do szpitala? Jakie są ich ukryte potrzeby?
W literaturze naukowej najczęściej podkreśla się potrzebę zwrócenia uwagi, utrzymania zainteresowania, zdobycia współczucia i wsparcia. Nie tylko ze strony personelu medycznego, ale również bliższej i dalszej części rodziny, lokalnej społeczności. Stanowi to dla nich pewnego rodzaju nagrodę. U niektórych osób wynika to z chęci poczucia władzy, nie tylko nad ofiarą, ale także osobami, które uznawane są za mądrzejsze. To poprawia samoocenę i sprawia przyjemność. Choroba dziecka może być również narzędziem do odreagowania czy rozwiązania problemów osobistych, jak na przykład rozpad związku czy utrata pracy, oraz utrzymania poczucia kontroli nad biegiem wydarzeń.

Czy wśród rodziców wywołujących u swoich dzieci objawy chorobowe możemy zaobserwować jakieś wspólne zaburzenie osobowości?
Dotychczas opublikowane badania naukowe wskazują na silne powiązanie zaburzeń pozorowanych z występowaniem zaburzeń osobowości należącymi do wiązki B: osobowości z pogranicza, narcystyczne, histrioniczne, a także antyspołeczne – nie należą one do najszerzej rozpowszechnionych, ale jeżeli już je zdiagnozujemy, musimy się przygotować, że są najtrudniejsze do leczenia. Istotnymi cechami u tych osób, często odizolowanych społecznie, będzie niska samoocena, chwiejność emocjonalna, trudności z kontrolowaniem gniewu oraz skłonności do manipulacji.

Kiedy troska o dobro bliskich powinna zacząć niepokoić? Gdzie leży granica pomiędzy zaniepokojeniem a wywoływaniem lęku, napięcia, poczucia winy, a w końcu objawów somatycznych? Mam tu na myśli sytuację, gdy obarczając kogoś własnymi obawami o jego samopoczucie czy bezpieczeństwo, sprawiamy, że zaczyna sam je odczuwać.
Lęk o stan zdrowia bliskich leży w naszej naturze, jest ważny, ponieważ pozwala nam reagować szybko i skutecznie na pierwsze sygnały, że coś dzieje się źle. Ewolucyjnie daje nam też większe szanse przetrwania. Oczywiście nadmierny lęk, wykraczający poza ogólnie przyjęte normy i zaburzający codzienne funkcjonowanie indywidualne oraz w grupie, powinien zachęcić do szukania pomocy u specjalisty. Może być on bowiem związany z wcześniej już występującymi zaburzeniami depresyjnymi czy nerwicowymi. Emocje, którymi się dzielimy z bliskimi, szczególnie jeśli wzmacniają u nich poczucie braku oparcia w sobie i strachu, będą działały negatywnie, w skrajnych wypadkach powodując właśnie wchodzenie w rolę pacjenta.

Anna Rebeka Szczegielniak, lekarka rezydentka na Oddziale Psychiatrii Klinicznej Wielospecjalistycznego Szpitala Powiatowego w Tarnowskich Górach oraz doktorantka w Klinice Rehabilitacji Psychiatrycznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Przewodnicząca Sekcji Kształcenia Specjalizacyjnego Oddziału Śląskiego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz Research Working Group, European Federation of Psychiatric Trainees.