1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zazdrość - rozgrywka z krytykiem wewnętrznym

Zazdrość - rozgrywka z krytykiem wewnętrznym

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To uczucie obudowane szeregiem różnorodnych emocji. Złością, irytacją, żalem. Bezradnością, poczuciem krzywdy i odrzucenia. Zazdrość wiązać się może wręcz z agresją. Jaką informację o nas niesie?

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. Każde z nas w różnym stopniu potrzebuje takiego potwierdzenia. To się zmienia w trakcie trwania związku. Zazwyczaj na pierwszym etapie bycia razem, kiedy jesteśmy zakochani i zafascynowani sobą, dostajemy dużo uwagi. Jest nam dobrze, a nawet wspaniale, cudownie, euforycznie. Mamy poczucie, że partner zawsze staje po naszej stronie i to czyni nas nie tylko szczęśliwymi, ale też wewnętrznie zintegrowanymi. W jakimś momencie ten stan zaczyna się zmieniać. Uwaga, która była skierowana na relację, przesuwa się na inne obszary. I często nie dzieje się to równocześnie u obojga partnerów. Wówczas jedna strona może zacząć się zastanawiać - o co chodzi? Rano zawsze patrzył mi w oczy, obsypywał pocałunkami i robił kawę, a teraz wstaje, łapie za telefon komórkowy i sprawdza, czy nikt do niego nie dzwonił. We mnie zaczyna budzić się niepokój. Taki może być początek zazdrości w związku.

Gdy jesteśmy zazdrości to znak, że potrzebujemy zadbać o swoje poczucie wartości. Sygnał pokazujący, że bardzo potrzebujemy wewnętrznej siły i akceptacji w ogóle w życiu lub od partnera. Ważne jest pytanie kto o kogo i o co jest zazdrosny. Zazwyczaj tak czuje się zagrożone dziecko w nas. Ale uwaga - tu może kryć się postawa tyrana, wymagającego żeby ktoś postępował tak, jak ja chcę, po to żebym czuł się bezpiecznie. Warto się przyjrzeć, na co reagujemy. Bo partner zaczął patrzeć na kogoś z większym zainteresowaniem? Dłużej niż zwykle rozmawia przez telefon albo wieczorem dostaje sms-y? Zazdrość pokazuje, że model związku, który obowiązywał do tej pory, musi ulec zmianie. Pytanie - jakiej? To są zwykle pierwsze sygnały kryzysu. Nie warto ich lekceważyć, tylko odkrywać co się za nimi kryje. Może okazać się, że potrzebuję mieć tego mężczyznę bardzo blisko siebie, a on tak nie chce i w pewnym momencie zaczynam się tego bać. Albo że jestem kontrolująca, a ktoś zaczyna stawiać mi granice i z tego powodu pojawia się napięcie między nami. Dobrze, żeby najpierw rozeznać się w sobie - co ja o tym myślę, jak się z tym czuję. Zazdrość pojawia się u osoby, która ma silniejszego krytyka wewnętrznego. Ktoś taki szybciej reaguje na sytuacje zagrożeniowe.

Pierwszym etapem radzenia sobie z zazdrością jest rozgrywka z własnym krytykiem. Dlaczego uważam, że coś jest ze mną nie tak, jeśli partner nie przychodzi na każdą kolację do domu? Dlaczego nie wpadam na pomysł, że mogę sobie w tym czasie poczytać książkę albo dwa razy w tygodniu spędzać wieczór na kursie tanga argentyńskiego, tylko myślę, że nie umiem stworzyć doskonałej atmosfery ogniska domowego. I zaczynam rozmyślać - może powinnam zrobić na kolację kalmary, albo może on by wolał steki, albo zapalić świece, albo powinniśmy iść do restauracji. Stajemy na baczność, ponieważ słyszymy od krytyka - coś robisz źle, skoro nie jesteś w stanie przyciągnąć tego faceta do domu.

Trudno jest przyjąć, że w związku czasem potrzeba zwiększyć dystans. Co to oznacza? Zazwyczaj w relacji każdy z nas konfrontuje się z konfliktem na ile chce być razem, a na ile osobno. Na początku związku zazwyczaj decydujemy się na „my”. Po jakimś czasie, kiedy w sferze tej nie ma już nowości lub też potrzebujemy bardziej skupić się na sobie, zaczynamy wybierać siebie. I wtedy myślę sobie na przykład, że jak pojadę na weekend sama w góry, świat się nie zawali. Skoro mam go przez miesiąc namawiać, a potem on i tak będzie na tym wyjeździe niezadowolony, lepiej będzie, jeśli sama coś przeżyję i wrócę z poczuciem nowych doświadczeń. To jest zgoda na to, żeby w danym związku sfera „ja” każdego z nas też była realizowana.

Jest jeszcze sfera „ja” bardziej wewnętrzna, związana z tym w jakim wymiarze dzielić się sobą z partnerem. Kobiety często są wylewne, otwarte. Oczekują codziennej bliskości, zakładającej że nie mamy przed sobą tajemnic, dzielimy się wszystkimi emocjami. To jest tęsknota za symbiotycznym związkiem. Takim, w którym będziemy jednością, będziemy tworzyć pełnię, a z dwóch osób będzie jedna. I będzie nam tak bezpiecznie. Tego typu uczucie pojawia się w różnych momentach - pierwszego pocałunku, seksu, wspólnej pasji. Ale na dłuższą metę jest to nie do utrzymania i nie do wytrzymania. Mężczyźni w naszej kulturze są inaczej kształtowani, niż kobiety. One pragną zjednoczenia w związku, a dla nich zwykle dramatem jest, że są wypytywani, naciskani, że oczekuje się od nich całkowitego otwarcia. I na tym tle często pojawia się zazdrość. Czujemy niepokój, bo on ma swoje tajemnice, swoją strefę „ja”, a ja? Nie mam własnego życia, bo wszystko wrzuciłam do wspólnego worka. Te układy się jednak zmieniają - jest coraz więcej związków, w których mężczyźni są zaciekawieni światem, w jakim uczestniczą kobiety.

Przed zazdrością chroni zachowanie równowagi między strefami „my” a „ja”. Problem jest wtedy, kiedy wybieramy „my” ze strachu. Na przykład jadę z nim na zorganizowaną wycieczkę, chociaż nienawidzę imprez grupowych. Jest to kiepski pomysł. Na takiej wycieczce i tak będę miała zły humor i w pewnym momencie odbije się to rykoszetem. On też nie będzie szczęśliwy, bo wyczuje, że jestem z nim nie dla własnej przyjemności, ale w imię kontroli. Poza tym sama ze sobą będę się czuła źle, bo robię coś tylko po to, żeby mi facet nie uciekł. W konfrontacji z zazdrością ważne jest, żeby powiedzieć sobie - stop, wybieram siebie.

Warto zacząć od rozprawienia się z krytykiem, który mówi, że może już mu się znudziłaś, że może tam, na wycieczce, pozna jakąś inną, młodszą, ładniejszą. W tym momencie dobrze jest obronić się przed takim głosem i odpowiedzieć mu - trudno, jak mu się jakaś inna spodoba, niech się mu podoba, znajdzie się ktoś, komu ja się spodobam. Im bardziej czujemy się wartościowi, tym więcej przestrzeni jesteśmy w stanie dać partnerowi. A przy tym należy mieć świadomość, że każdy związek może w dowolnym momencie się zakończyć, może dojść na przykład do romansu. Jednak jeśli mam dobrze ugruntowane poczucie własnej wartości i dobrze zagospodarowaną strefę „ja”, zdrada nie sprawi, że mój świat legnie w gruzach.

Jeśli zazdrość pojawia się w związku, może to być sygnał na konieczność jego transformacji. Często jednak nie widzimy kierunku tej zmiany, bo czujemy się zagrożeni, wydaje nam się że dzieje się coś strasznego. Stawiamy się w roli ofiary albo postanawiamy wymusić coś na partnerze. Wydaje się nam, że on nie ma prawa się tak zachowywać, bo skoro jesteśmy w związku, to musi zrobić wszystko, żeby mnie było komfortowo. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć szerszej perspektywy i celu tej całej historii. Nie chcemy sami coś z tym zrobić, tylko oczekujemy, żeby ta druga strona się zmieniła. Czasem jest tak trudno, że warto iść po pomoc do psychoterapeuty, który może spojrzeć na to, co się dzieje, z zewnętrznej perspektywy. A także pomóc uporać się z odczuwaniem zazdrości, przejść przez różne uczucia, które w nas drzemią, może jeszcze z czasów dzieciństwa. Psychoterapeuta może trochę odczarować ten dramat.

Agnieszka Wróblewska, psychoterapeutka, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Męski kryzys seksualny - jak odbija się na związku?

Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On nie ma ochoty na seks – donoszą już nie tylko 40-latki zaniepokojone jego kryzysem połowy życia, ale także 30-latki. Seks przestał był atrakcyjny dla młodych mężczyzn? Kobietom z pewnością chodzi o seks partnerski, intymny, związany z czułością, otwartością…

Właśnie o taki.
Coraz częściej nawet młodzi, dwudziestokilkuletni, zdrowi, przepełnieni hormonami mężczyźni czują niepokój na myśl o doświadczeniu seksualnej otwartości. Co innego seks sportowy, fizjologiczny, szybki numerek – każdy mężczyzna to potrafi. Wbrew pozorom ekstaza miłosna dla wielu mężczyzn może być – i jest – źródłem niepokoju, a czasami wręcz przerażenia.

Przerażenia?
Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają kontaktowaniu się ze swoją wrażliwością. Intymny związek, intymny seks wiążą się z głębokim kontaktem ze sobą, z odsłanianiem się, z czułością, i to nie przez chwilę, ale na stałe. To wciąż dla wielu mężczyzn nieznany ląd.

Stąd lęk?
Związany także z utratą kontroli. Rozmawiam z młodym mężczyzną, który skarży się, że nie może spać. Pytam, co złego by się stało, gdyby jednak zasnął. Jest zdenerwowany na samą myśl o tym, ponieważ wtedy nie wiedziałby, co się dookoła dzieje. Dlatego najchętniej w ogóle by nie spał. Wyobraźmy sobie takiego mężczyznę w objęciach z ukochaną, oddającego się ekstazie miłosnej… Nie do wyobrażenia, prawda? To, oczywiście, skrajny przypadek, jednak wielu mężczyzn w jakimś stopniu odnajdzie w nim siebie. Boimy się utraty kontroli, ponieważ nie wiemy, co się wydarzy, jakiego siebie wówczas spotkamy. Co innego płatny seks. Tu wszystko jest proste. Nie trzeba czułości, otwartości, jest transakcja – to do mężczyzn przemawia. Znają świat transakcji. Zwierzają się: „Jaka ulga! Wiem, na co się decyduję, usługa wykonana, kładę pieniądze na stół, wychodzę”. Pełna kontrola.

To dopiero skrajny przypadek.
Nierzadki. Zwracam uwagę na to, jak trudno współczesnym mężczyznom otworzyć się na miłość, na seks, który nie jest usługowy, produktywny. Ostatnio jeden z mężczyzn podzielił się ze mną niezwykłym dla siebie odkryciem: „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż seks! Są na to badania!”. Znalazł racjonalny powód, zredukował napięcie. Jednak w głębokim miłosnym związku seks nie służy żadnym pobocznym celom, choć, oczywiście, efekty poboczne mogą być. Służy jedynie doświadczeniu jedności, całości, wspólnej ekstazy. To właśnie tego wymiaru siebie mężczyźni tak bardzo się boją. Nie wiedzą, w jaki sposób to nieprzewidywalne, nieracjonalne, trudne do zdefiniowania przeżycie moglibyśmy dopasować do swojej tożsamości. Paradoksalnie boją się tego, za czym najbardziej tęsknią. I przed czym uciekają. Czasem przez całe życie.

A my, kobiety, staramy się, najczęściej neurotycznie, nadmiarowo. Czegóż nie próbujemy! Nie ma ochoty na seks? Schudnę, zrobię wystrzałowy makijaż, spódniczka mini, seksowna bielizna, kolacja przy świecach…
Tak, to są częste skargi kobiet: „O co chodzi? Co się stało? To ja mam teraz o niego zabiegać? Prosić o seks?”. Dobre, przyjacielskie związki przeżywają kryzys, ponieważ kobieta nie czuje zaangażowania, namiętności. Im bardziej ona wymaga, tym bardziej on się wycofuje. Ona goni, on ucieka. W końcu idzie jak na ścięcie. To mogłoby być zabawne, gdyby nie rodziło tak wiele cierpienia. Mężczyzna zaczyna więc traktować intymny kontakt jako zadanie do wykonania, obowiązek. Boi się, że nie sprosta; boi się impotencji, wczesnego wytrysku. Nie chce zawieść, rozczarować, popsuć tego, co jest, więc woli unikać, nie narażać się.

To rozwściecza kobietę.
Tak, zaczynają się napięcia, spory nie wiadomo o co. Jeśli sytuacja się przeciąga, kobieta zaczyna się interesować innymi mężczyznami i mówi o tym. To z kolei budzi furię zazdrości w nim. Kłopot w tym, że lęki, które mężczyźni odczuwają, nie są przez nich uświadomione. Kobieta wysłuchuje coraz to nowych racjonalizacji. On nie może, bo bierze leki i właśnie doczytał, że takie mogą być skutki uboczne. A poza tym przeciągająca się choroba osłabiła organizm energetycznie. Jest przemęczony. Przeżywa trudny okres w pracy. Kończy duży projekt. Ale gdy już go skończy… Na początku te racjonalizacje brzmią logicznie i rokują na przyszłość – no, bo w końcu kiedyś przestanie brać te leki i skończy projekt. Niestety, najczęściej jest tak, że choroba ustępuje, projekt się kończy, ale problem pozostaje. Jednak mężczyzna się nie poddaje, ma w zanadrzu kolejne racjonalizacje i uniki: teraz po tej wyczerpującej chorobie, po ciężkim okresie w pracy musi doładować akumulatory, wzmocnić się. To kobietę przygnębia, bo ileż można słuchać tego samego. Związek coraz bardziej słabnie. Rozstanie wydaje się nieuniknione.

Wiele kobiet mówiło mi, że mąż, partner „odciął” je od seksu, gdy zaczęły robić karierę, zarabiać więcej od niego…
To jest rodzaj biernej agresji, która – niestety, także nieuświadomiona – rządzi psychiką wielu mężczyzn. Taka jesteś we wszystkim świetna, takie masz sukcesy, ale TEGO ode mnie nie dostaniesz. Wielu partnerów znanych artystek, wziętych biznesmenek mówiło mi, jak fatalnie czują się, gdy w towarzystwie, na spotkaniu rodzinnym to one są na piedestale, je się docenia, chwali, podziwia.

A ona potrzebuje jego zachwytu i adoracji.
Nie dostaje tego, ponieważ mężczyzna nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Nie zna siebie. Nie rozumie swoich wewnętrznych napięć i konfliktów. Nie wie, co go blokuje, czego się obawia. Nie wie, co czuje i czego potrzebuje. Jest rozdrażniony, zirytowany, obrażony. Zaczyna więc karać i manipulować seksem. Tu ma władzę. Fatalne. Dla związku równia pochyła. Seks to sfera miłosnego spełnienia; spełniony seks jest przejawem spełniającej się relacji. W żadnym razie intymność nie może być obszarem władzy, dominacji, karania czy szantażu. Oczywiście, w świecie to się zdarza. W związkach miłosnych też. Jednak nie o to chodzi. Niczego w ten sposób nie wygrywamy. Osłabiamy siebie i więź z najbliższą osobą.

Na zewnątrz to wygląda jak niechęć do seksu. Co jest pod spodem, w psychice?
Niewyrażone frustracje. Żal do losu, do świata, do siebie, przekierowany na partnerkę. Niskie poczucie własnej wartości. Bardzo często niewyrażony ból i smutek wewnętrznego chłopca. Nie sposób namiętnie się kochać, kiedy odczuwa się smutek. Warto poświęcić trochę czasu, aby zająć się wewnętrznym chłopcem, który potrzebuje zaopiekowania, wsparcia. Chłopcy w dzisiejszym świecie nie przechodzą męskiej inicjacji w dorosłość. Mężczyźni nadrabiają edukacją, jednak rzadko zajmują się nierozbrojonymi lękami, obawami, poczuciem winy, wstydu, bezradności. Nie mają okazji zintegrować – jak to się fachowo mówi – serca z miednicą. Oddzielają seks od miłości romantycznej. Bardzo często seks skojarzony jest z poczuciem winy.

Od czego zacząć?
Najważniejsza jest świadomość. Jakie cele sobie stawiam? Czego chcę? Na czym naprawdę mi zależy? Bardzo często wygląda to tak, że mężczyzna niby godzi się z tym, że partnerka zarabia dwa, trzy razy więcej od niego. Że odnosi sukcesy. Że nie ma jej w domu, bo wyjeżdża na tournée czy w delegację. Że to on zajmuje się sprawami rodziny, robi zakupy, dba o dzieci. No więc niby się godzi, a jednak ze smutkiem, żalem i wstydem mówi: „Wiesz, jestem taką kurą domową”. A przecież mógłby powiedzieć: „Jestem dobrze zorganizowanym, koordynującym wszystko gospodarzem, troskliwym ojcem”. Gdy nazywa siebie kurą domową, to jaki obraz wyłania się z nieświadomości? Kogoś zaniedbanego, kto prowadzi życie o małej wartości. Czy doceniam siebie? Czy wybieram to, czym się teraz zajmuję? To są ważne pytania.

Czasem odpowiedź brzmi: „I tak, i nie”.
Te wewnętrzne konflikty także trzeba dogłębnie zbadać. Pamiętam mężczyzn, którzy na terapii małżeńskiej mówili, że źle się czują w domu. Kobiety deklarowały wówczas, że w takim razie nie przyjmą kolejnego awansu, żeby być więcej z rodziną, zatrudnią pomoc do dzieci, a mężczyzna znajdzie lepiej płatną pracę. Na to mężczyźni: „No nie, przecież dzieci potrzebują ojca, a nie opiekunki!”. Kobiety nie dawały za wygraną: „Zrezygnujmy więc z dużego domu, z drogiego samochodu, żyjmy skromniej, oboje będziemy mieli więcej czasu dla siebie i dla dzieci”. Za każdym razem, gdy ona coś proponowała, on się krzywił, wymyślał kontrargumenty; tak źle i tak niedobrze.

W jakimś sensie mężczyznom jest więc wygodnie tak, jak jest.
Nie przyznają się do tego; narzekają, ale nie chcą niczego zmieniać. To najlepszy przykład niepanowania nad sobą, nieświadomości, w jakiej żyjemy; tracę ochotę na seks, ponieważ widzę kobietę jako źródło własnego niespełnienia, frustracji i żalu. Ale to nie kobieta jest tym źródłem. Ja nim jestem. Warto pamiętać, że kryzysy otwierają przestrzeń do rozwijania samoświadomości, uczciwego badania siebie. Przydałoby się lustro, żeby spojrzeć sobie w oczy i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań. Czy sposób, w jaki żyję, mnie satysfakcjonuje? Czego w sobie nie akceptuję? Co mogę zmienić? Co chcę zmienić? W jaki sposób zmiana, której dokonam, wpłynie na mnie i na najbliższe mi osoby?

Zaczęliśmy tę rozmowę od frustracji kobiet…
Tu nie chodzi tylko o zaspokojenie kobiety. Nam, mężczyznom, przydałaby się świadomość, że satysfakcja seksualna pozwala przekroczyć problemy rodzinne i zawodowe. Można być ze sobą blisko w różnych obszarach życia, jednak gdy brakuje tej szczególnej bliskości, brakuje doznań szczytowych, mistycznego domknięcia, dopełnienia. Brakuje czegoś, co wykracza poza dobrą organizację, prosperity; poza wszystko, co da się uporządkować, zaplanować, skalkulować i skontrolować. Poza wszystko, co znane. Po co nam mistyka w świecie, który wymaga przede wszystkim operatywności i sprawności?! Okazuje się jednak, że ten brak sprawia, iż to, co tak świetnie zorganizowane i uporządkowane, zaczyna się rozsypywać albo wygasa, wyczerpuje się. Kobiety to intuicyjnie czują. I podnoszą alarm. To dla nas wyzwanie i szansa.

  1. Psychologia

Rywalizacja kobiet. Co zrobić z zazdrością?

Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dlaczego kobiety mają obsesję na punkcie wyglądu i dlaczego rzadko się do tego przyznają? O co i dlaczego tak naprawdę rywalizujemy? Co najbardziej rozbija relacje między siostrami? Czyli co zrobić z zazdrością – podpowiada terapeutka i australijska pieśniarka i kompozytorka Peuquois.

Jest pani piękną kobietą o niezwykłym głosie, podróżuje po świecie, daje koncerty, prowadzi warsztaty, stać panią na spełnianie marzeń. Można powiedzieć – tylko pozazdrościć. Często spotyka się pani z zazdrością?
Ostatnio rzadziej, choć od dzieciństwa ten motyw mi towarzyszy. Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa. A niemal wszędzie, gdzie jeżdżę, kobiety skarżą się, że brak im wsparcia innych kobiet, nie mają do nich zaufania, czują się samotne i pozbawione czegoś ważnego. To prawda – żaden związek z mężczyzną nie jest w stanie zastąpić siostrzanej więzi. Skoro więc chcemy kobiecą wspólnotę odbudować, musimy coś zrobić z naszą zazdrością.

Czyli co konkretnie?
Jeśli się pojawia, trzeba przez nią przejść. Bo zazdrość jest bramą do wspólnoty. Jeśli ją ignorujemy, spychamy pod dywan – każdy związek, każda wspólnota prędzej czy później się rozpada.

Skąd w ogóle bierze się zazdrość?
Z braku miłości. Jeśli w dzieciństwie nie czuliśmy się kochani albo wystarczająco kochani, w jakimś stopniu nasze serce jest zamknięte. W związku z tym nie jesteśmy w pełni zdolni do kochania innych i siebie. Jesteśmy więc odcięci od źródła miłości w sobie. Zwykle tego nie widzimy, czujemy jedynie jakiś brak, niespełnienie, choć nie wiemy, czego nam brakuje. Zaczynamy się więc rozglądać wokół, szukając podpowiedzi. Przyglądamy się innym, porównujemy się z nimi. Może oni mają to coś, czego nam brak? To pierwszy krok do zazdrości. W świecie kobiet porównywanie się przeważnie dotyczy wyglądu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo zarówno nasza natura, jak i rola, jaką odgrywamy w społeczeństwie, są nastawione na piękno i oparte na pięknie.

To nie stereotyp czasem?
I tak, i nie. Nasza fascynacja pięknem, chociaż dziś wywindowana niebotycznie i spaczona przez kulturę, jest jak najbardziej naturalna. Kobiety symbolicznie to dla ludzkości wyrażają. Podobnie jak mężczyźni wyrażają dla ludzkości waleczność. Choć oczywiście na głębokim poziomie i jedni, i drudzy są waleczni i piękni. Problem powstaje, gdy wmiesza się w to umysł ze swoimi przepisami i pomysłami, czym jest piękno, a czym nie jest. I ze swoimi próbami używania tego piękna w jakimś celu, manipulowania za jego pomocą. Jeśli zamienimy je na walutę, która ma coś nam dać, kupić czy coś dla nas zdobyć, sprowadzamy je do powierzchowności. I piękno traci swoją naturalną jakość, którą jest emanacja miłości. Staje się zewnętrzną urodą, która przecież przemija i którą zawsze da się porównać, ocenić.

Piękno ma w sobie każdy, urodę – już niekoniecznie. Kobieta, nawet najpiękniejsza, zdegradowana do roli pięknej powierzchowności zaczyna czuć strach. Ocenia siebie i inne kobiety, porównuje się z nimi i próbuje odwrócić to przemijanie zewnętrznej urody – w sensie kanonu, który dziś jest szczególnie bolesny, bo oznacza wieczną młodość. Mamy być jak lalki. Bez zmarszczki, śladu zmęczenia, zbędnego włoska. Dlatego kobiety mają dziś niemal obsesję porównywania się. I jednocześnie mało która się do tego przyzna. To temat tabu. Zauważyła pani?

Bo to wstyd. Przyznanie się jest uznaniem faktu, że biorę udział w tym upokarzającym konkursie piękności…
W którym nie ma wygranych. Są same przegrane, oddzielone od siebie kobiety. Wiem, w jaki sposób zazdrość się rodzi, bo doświadczyłam tego w dzieciństwie. Mam siostrę, niedużo starszą, która od najmłodszych lat wyzwalała w ludziach agresję. Wyglądało tak, jakby już się z nią urodziła. Ja z kolei byłam powszechnie lubiana. Dla dziecka, które przecież chce być kochane, a spotyka się z odrzuceniem, to bardzo trudne doświadczenie. Za trudne, by mogło sobie z tym samo poradzić. A więc siostra strasznie zazdrościła mi tego, że wszyscy mnie kochają, a jej nie – jak uważała. Doświadczała niezwykle silnych uczuć. Całe nasze dzieciństwo było przepełnione jej zazdrością.

Jak sobie pani z tym radziła?
Nie było mi łatwo, bo byłam świadomym dzieckiem. Miałam w sobie dużo miłości i współczucia dla siostry. Nie rozumiałam, dlaczego mnie nie cierpi, dlaczego wszystko, co robię, wyzwala w niej takie uczucia. Starałam się ją jakoś rozbroić, przypodobać się jej. Ale to nic nie dawało. Przyznaję z bólem, że zazdrość całkowicie nas rozdzieliła. Kiedy miałam 17 lat i obie wyzwoliłyśmy się spod wpływu mamy, straciłyśmy ze sobą kontakt. Nasz przykład pokazuje, że nieuzdrowiona zazdrość potrafi doprowadzić do rozpadu najważniejszych związków. Próbowałam wiele razy wyciągać do niej rękę, jakoś zasypać tę przepaść między nami, ale mi się nie udało. Czuję wielki smutek.

Mam podobne doświadczenie z dzieciństwa, tyle że to ja byłam tą siostrą, która doświadczała zazdrości. Wejście w to miejsce i spotkanie się ze sobą w nim było jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu.
Bo to niezwykle silne uczucie. Zazdrość ma energię bliską opętania, szaleństwa. Z zazdrości można stracić kontakt ze sobą, z rzeczywistością, nawet zabić. Gratuluję, że miała pani odwagę się z tym zmierzyć. Pamięta pani mój filmik na YouTube? Mówiłam tam o tym, że jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę działają w przypadku zazdrości i rozbrajania jej skutków, jest przyjrzenie się jej z otwartością i szczerością. Trzeba otworzyć to zaciśnięte miejsce i pozwolić uczuciom, które tam zostały schowane, się wyrazić, przepłynąć przez ciało. W zasadzie to jedyna rzecz, która pomaga ją uzdrowić.

Ale to jest właśnie najtrudniejsze…
Bo zazdrość jest jedną z emocji, których najbardziej się wstydzimy. Nie chcemy się przyznać, nawet przed sobą, że ją odczuwamy. Ja? Zazdrosna? Skąd. To upokarzający, poniżający stan, kojarzący się z porażką. Dlatego przyznanie się: „Jestem zazdrosna, czuję się gorsza”, jest tak trudne, a jednocześnie to pierwszy krok w stronę uzdrowienia. To po prostu jeden z normalnych ludzkich stanów. Każdy człowiek ją zna. Kiedy czuje pani zazdrość, w którym miejscu ciała i w jaki sposób pani ją odczuwa?

Czuję zacisk wokół serca, jakby zapadanie się w klatce piersiowej.
No właśnie. Kiedy serce się zamyka, zaciska, trudno je otworzyć i pokazać komuś innemu, bo to dokładnie odwrotna energia. Dlatego zazdrość tak nas od siebie oddziela. Próbujemy schować swoje uczucia, więc przestajemy być w pełni sobą. Nie jesteśmy w stanie się otworzyć i wnieść do relacji istotnej części nas. A przecież na bardzo głębokim poziomie my, wszystkie kobiety, jesteśmy połączone ze sobą i z uniwersalną kobiecością, archetypem. A więc nie tylko doświadczamy tych samych uczuć, ale również doskonale wiemy, kiedy któraś siostra w naszej obecności odczuwa zazdrość. Zazdrość ma specyficzny rezonans, który czujemy i już. Zazdrość przemawia i patrzy w specyficzny sposób – nawet jeśli próbujemy to ukryć. Nie da się. Powoduje, że robimy się krytyczne, sarkastyczne albo chłodne, zamknięte, sztuczne. Chodzi więc o to, byśmy zaczęły być wobec siebie szczere. Pierwszy krok to przyznać się przed sobą, drugi – przyznać się tej siostrze, której czegoś zazdrościmy.

Pani tak robi?
Nauczyłam się tego. Miałam naprawdę dużo doświadczeń tego typu i one pomogły mi oswoić zazdrość swoją i innych kobiet. W tym tę chyba najtrudniejszą, bo o mężczyznę. Przez jakiś czas byłam w związku z mężczyzną, który miał kilka kobiet.

Jednocześnie?
Tak. Był indiańskim uzdrowicielem. Razem ze mną miał siedem żon w różnym wieku. Dlatego uważam, że mogę mówić o zazdrości – przeszłam bardzo świadomie przez jej ogień. Chciałam być z tym mężczyzną, bardzo go kochałam. Mogłam ten fakt zaakceptować i próbować to doświadczenie jakoś zmieścić w sobie, rozszerzyć świadomość albo odejść. Zostałam. I poradziłam sobie z tym dokładnie tak, jak to opisałam. Czułam zazdrość, ten ścisk serca, oddzielenie, które budziło we mnie nienawiść, nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. W końcu ból stał się nie do zniesienia i musiałam coś z tym zrobić. Więc poszłam i powiedziałam im o tym wprost. Dzięki temu te uczucia mogły przeze mnie przepłynąć. Potem już za każdym razem o tym rozmawiałyśmy. To bardzo nas zbliżyło. I zazdrość zaczęła się rozpuszczać.

Dla większości kobiet takich jak ja – wychowanych w zachodnim świecie – taka sytuacja jest trudna do wyobrażenia.
Bo obnaża fundamentalny strach kobiety – że jakaś inna zabierze jej mężczyznę, jakby można było go sobie wziąć jak przedmiot. Warto sobie zdawać sprawę z tego, że nasza rywalizacja o mężczyzn w dużym stopniu bierze się z tego, że mylimy miłość z chęcią posiadania i wiele naszych związków to współuzależnienie. Chcemy, żeby ktoś nas kochał bezwarunkowo, na wyłączność, bo przenosimy na niego nasze niedokochanie z dzieciństwa. Nie nauczyliśmy się kochać siebie, więc chcemy, żeby ktoś nam ten brak zapełnił. To niewiele ma wspólnego z kochaniem drugiego człowieka. Moje doświadczenie pomogło mi to zrozumieć. Nauczyłam się wiele o miłości, wolności, o tym, że związek jest wspólną podróżą, a nie czymś stałym. Ale zgadzam się – wejście na taki poziom jest trudne. I wcale nie zachęcam do takich prób kogoś, kto nie czuje się gotowy.

Czuła się pani kochana?
Tak. Miałam szczęście, bo trafiłam na mężczyznę połączonego ze źródłem miłości w sobie. Ktoś taki nie kocha tylko osobowości kobiety, jej ciała czy wyglądu. Kocha też to, co jest głębiej, rozpoznaje świadomie jej istotę, korzeń, który łączy ją z uniwersalną kobiecością. Jedni nazywają to źródłem życia, inni – boskością. To duchowy poziom miłości, bez którego kobieta podświadomie czuje się niepełna. Niewielu jest mężczyzn, którzy umieją kochać w taki sposób, a jeszcze mniej takich, którzy świadomie widzą tę różnicę. Jeśli mężczyzna kocha kobietę jedynie powierzchownie, tworzy w niej oddzielenie. Bo na poziomie duszy, istoty, ona nie czuje się kochana, czuje brak głębokiej więzi, choć nawet nie umie tego nazwać. A każda kobieta wyczuwa ten poziom i tęskni za spotkaniem w tym obszarze. Można powiedzieć, że dziś to zjawisko o globalnym zasięgu.

Jest też inny rodzaj zazdrości. Na przykład kiedy jakaś kobieta ma jakieś talenty i próbuje przejawić je w świecie, nie zawsze spotyka się ze wsparciem innych kobiet. Często próbują ściągnąć ją w dół. Pani doświadczyła czegoś takiego?
Kobiety reagują na to na dwa sposoby. Albo ściągają ją w dół, nie pozwalając się wybić, albo poniżają same siebie, przez co czują się niewartościowe, zazdroszczą jej i ją w związku z tym odrzucają ze swojego grona. Doświadczyłam tego boleśnie na początku swojej kariery muzycznej. Nie pomyślałam nawet o tym, że jako młoda i utalentowana muzyczka będę dla innych kobiet w branży konkurencją i zagrożeniem. Nie dostałam od nich zachęty, wsparcia, którego szukałam. Zamiast tego napotkałam wrogość, oschłość,odrzucenie. To bolało. Z mężczyznami udawało mi się dużo lepiej dogadywać. To oni wprowadzili mnie w świat muzyki. Mam wrażenie, że wiele z nas doświadczyło czegoś podobnego. To powoduje, że gdzieś w głębi siebie boimy się pokazać, w pełni urzeczywistnić, boimy się swoich talentów, piękna, swojej mocy. Wolimy się nie wychylać, nie pokazywać, pozostać w średniej krajowej. Bo wtedy nie jesteśmy dla nikogo zagrożeniem. Nie zagrażamy niczyjemu poczuciu wartości, nie wywołujemy zazdrości, a więc nie narażamy się na odrzucenie.

Z czego się to bierze?
Według mnie z tego samego, z braku miłości. Z poczucia, że ona jest jakoś ograniczona, więc trzeba o nią walczyć, rywalizować. Bo jeśli ktoś jeden ściąga uwagę i zainteresowanie, to dla innych już tego nie starczy. Tymczasem jeśli się otworzymy na miłość w sobie, nigdy jej nam nie zabraknie, takie jest moje doświadczenie. Moim zdaniem to poczucie braku miłości jest też uzasadnione historycznie. Wojna zabiera mężczyzn. Zostają kobiety, które zaczynają rywalizować o garstkę pozostałych przy życiu potencjalnych partnerów. Mężczyzna jest jak słońce, które oświetla kobietę. Jeśli umie spojrzeć w głąb jej duszy, to energia jego miłości otwiera kobietę na jej własną miłość. Dlatego kobiety o niczym innym nie myślą, nie mówią i nie marzą, tylko o mężczyznach i o takiej miłości. Czyli o połączeniu dusz. Więc kiedy tylu mężczyzn ginie na wojnie, zdarza się, że niemal całe pokolenie znika, pojawia się uczcie braku, głębokie przekonanie, że nie ma wystarczająco dużo mężczyzn, więc trzeba jakoś się bardziej postarać, coś aktywnie robić, żeby dla nas starczyło. I choć dziś realnie nas to nie dotyczy, to poczucie braku odziedziczyłyśmy. Wraz z mechanizmem rywalizowania. W krajach, gdzie było wiele wojen, rezultatem może być na przykład to, że kobiety robią wszystko, by wyglądać na atrakcyjne seksualnie. Albo stają się silne i przejmują męskie role, by spotkać się z mężczyznami na ich gruncie. To się zaczyna już w szkole. Ta desperacja, by zdobyć uwagę, miłość – widzimy to w dzisiejszej kulturze – zasiewa ziarno lęku i oddzielenia wśród kobiet.

Dlatego kobieta, która doświadcza zazdrości, niezależnie od tego, czy to ona zazdrości, czy jej zazdroszczą – powinna przyjrzeć się i zastanowić, w jaki sposób używa swoich talentów i darów. Czy dzieli się nimi ze światem, czy używa ich, by zdobyć uwagę i miłość i stać się lepsza od innych. Takie podejście wymaga głębokiego spotkania ze sobą i szczerości. Ale to jest właśnie jeden z pozytywnych efektów zazdrości. Zachęca do spojrzenia w głąb siebie. Uświadamia nam, że w jakimś stopniu jesteśmy odcięte od źródła miłości w sobie. I możemy to źródło odzyskać. My, kobiety, musimy się nauczyć na nowo wspierać się wzajemnie w wychodzeniu do świata, w stawaniu w swojej pełni. Jesteśmy w naturalny sposób kręgiem siostrzanym. To nasze najważniejsze, bazowe połączenie. Trzeba je odzyskać. To staram się robić, podróżując po świecie: pomagać kobietom nawiązywać na nowo relacje. Namawiam: zbierajcie się, róbcie coś w grupach, śpiewajcie razem. Oddychajcie razem, tańczcie, medytujcie, rozmawiajcie. Rozwój przebiega dużo szybciej, kiedy się wzajemnie wspieramy. Dużo szybciej, niż kiedy każda z nas jest sama.

Peruquois australijska pieśniarka i kompozytorka tak zwanej muzyki świata, nazywana Głosem Bogini. Z wykształcenia jest muzykiem jazzowym, ale przez wiele lat studiowała muzykę rdzennych ludów, m.in. w Meksyku i w Indiach. Jej koncerty są zawsze wielkimi wydarzeniami. Stworzyła również praktykę jogi głosu. Pracuje z kobietami, pomagając im odzyskać głos i dostęp do własnej mocy. Prowadzi warsztaty i spotkania dla kobiet. 

  1. Psychologia

Jak sukcesy partnera wpływają na naszą samoocenę?

Mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki. (Fot. iStock)
Mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Co się dzieje w relacjach, jeśli jedna osoba osiąga większe sukcesy niż druga? Okazuje się, że mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki.

Kiedy bliska nam osoba, może to być na przykład przyjaciel, osiąga lepsze wyniki niż my sami, często prowadzi to do pogorszenia się własnego poczucia wartości oraz obniżenia nastroju. Zaczynamy zastanawiać się nad tym, czemu nie osiągnęliśmy tego, co nasz przyjaciel, zwłaszcza jeśli rywalizujemy na tym samym polu.

Najbardziej jest nam przykro, jeśli bliska osoba odnosi sukces w szczególnie ważnym dla nas obszarze, na przykład znajduje dobrze płatną pracę w tym czasie kiedy my mamy z tym trudności. Jak możemy zareagować na taką sytuację? Istnieje kilka możliwości: zaczniemy oddalać się od zdolniejszego przyjaciela, spróbujemy pomniejszyć jego sukces albo założymy, że następnym razem na pewno mu się nie powiedzie. Im bliższa jest to osoba i ważniejsza dziedzina, w której rywalizujemy, tym bardziej ucierpi na tym nasza samoocena.

Sukces partnera

Na szczęście nie w każdej sytuacji sukces partnera będzie oznaczał porażkę drugiej połowy. Jeśli przykładowo twój mąż awansował w pracy, a ty nigdy nie miałaś aspiracji zawodowych i całe życie marzyłaś by zajmować się rodziną, to taka sytuacja może mieć wyłącznie pozytywne skutki. Pomyśl jednak jak się poczujesz jeśli zawsze chciałaś realizować się zawodowo, ale życie sprawiło, że zostałaś gospodynią domową i przy tym twój mąż szybko pnie się po drabinie kariery. Nie zawsze jednak dochodzi do stwierdzeń typu: mój parter osiągnął dany cel, więc jest lepszy ode mnie. Czasem sukces ukochanego podnosi samoocenę kobiety, natomiast porażka ją obniża. Może to wynikać z poczucia jedności z drugą osobą: jestem częścią kogoś, więc jeśli temu komuś się udaje, to jest to równoznaczne z tym, że mnie się coś udało. Tak samo jest z porażką.

Różnice w postrzeganiu czyjegoś powodzenia bądź fiaska wynikają przede wszystkim z odmienności płci. Mężczyźni z reguły przewidują gorsze wyniki dla przyjaciół w obszarach dla siebie ważnych, natomiast kobiety nie przejawiają takich skłonności. Możliwe, że traktują one sukces przyjaciela jako coś, co rozpowszechnia się również na nie. Prowadzi to do popartego badaniami stwierdzenia, że samoocena mężczyzny bardziej ucierpi w sytuacji osiągania sukcesu przez partnerkę, niż na odwrót. Wynika to z umiłowania mężczyzn do cech sprawnościowych, posiadanie których powoduje, że jest się bardziej skutecznym w osiąganiu celów.

Cechy „męskie” i „kobiece”

Mężczyźni na ogół przeceniają posiadanie cech dotyczących sprawności, są to między innymi inteligencja, zdecydowanie, umiejętności analityczne, przywództwo. Natomiast kobiety przeceniają swoje możliwości w cechach wspólnotowych, takich jak szczerość, prawdomówność, empatia, bycie pomocną itd. Czyli można powiedzieć, że kobiety chcą być pomocne, a mężczyźni skuteczni. Skoro obszar sprawczości jest o wiele bliższy ambicjom mężczyzn, to bardziej przeżywają oni też sukces swojej partnerki, co nierzadko prowadzi do obniżenia poziomu samooceny. Te różnice mogą wynikać z naszej biologii, według której mężczyzna jest dominującym, a nieraz nawet agresywnym zdobywcą i jedynym żywicielem rodziny. Rywalizacja jest czymś naturalnym nawet dla małych chłopców, którzy w grupie rówieśniczej starają się udowodnić, że w czymś są lepsi od innych. Nie zapominajmy też o powszechnych stereotypach dotyczących płci, według których mężczyzna powinien być niezależny, silny i skuteczny. W społeczeństwie istnieje przyzwolenie na to, by kobieta, będącą „słabą” towarzyszką mężczyzny, korzystała z jego sukcesów. Natomiast jeśli partnerzy zamieniają się rolami, mężczyzna jest postrzegany jako zniewieściały, a wysokie osiągnięcia kobiety są pomniejszane i bagatelizowane.

Sukces innej osoby zmusza mężczyznę do zastanowienia się nad tym, czego samemu się nie osiągnęło w tej dziedzinie i czy nie jest się gorszym od kogoś innego. Można powiedzieć, że dla mężczyzny sukces osoby bliskiej jest równoznaczny osobistej porażce. Natomiast samoocena kobiety potrafi zyskać przy wysokich osiągnięciach partnera.

Cechy sprawcze są tak bardzo ważne i pożądane przez mężczyzn również dlatego, że są one jednym z najważniejszych kryteriów, które uwzględnia kobieta przy wyborze partnera życiowego. Lepsze wyniki zawodowe kobiety mogą sprawić, że mężczyzna poczuje się niepotrzebny i będzie miał obawy, że jego druga połówka odejdzie do kogoś bardziej zaradnego. Natomiast kobieta oczekuje od mężczyzny, może nawet nie zawsze świadomie, że będzie on lepszy pod względem sprawnościowym od niej, by móc dbać, troszczyć się i wspierać.

  1. Psychologia

Zazdrość może być świetną wskazówką do rozwoju osobistego

Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. (Fot. iStock)
Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. (Fot. iStock)
Znów poczułaś to przykre ukłucie, które każe ci nie cierpieć kogoś, kto ma od ciebie lepiej? Pomyśl, co ta emocja mówi o tobie. O twoich tęsknotach, deficytach. Bo zarówno zazdrość, jak i zawiść są świetnymi wskazówkami do rozwoju.

"Kaśka ma świetne życie, wyszła za mąż, a ja wciąż jestem sama – kto by pomyślał, przecież to ja mogłam przebierać w ofertach matrymonialnych!”, „Tomek znów wydał książkę? Ta niemota? Przecież to mnie zawsze wychwalała polonistka!”, „Agnieszka wciąż ma nowe zlecenia, skąd ona je bierze? Ja mam więcej kursów od niej, ale ona ma więcej znajomości”. Wszystko to można zawrzeć w jednym: „Dlaczego inni mają lepiej ode mnie?!”.

Życie nie zawsze jest sprawiedliwe, może się zdarzyć, że choć się staramy i dobrze rokujemy, to śmietankę spija ktoś inny, do tego potencjalnie (przynajmniej w naszej ocenie) od nas gorszy.

Masz to, czego ja chcę

Zazdrość to według definicji Gottrieda Leibniza niepokój, „że ktoś inny jest bardziej uprzywilejowany”, a także smutek, „że to nie my posiadamy jakieś dobro”. „Ty masz miłość, a ja nie; ty masz sukces, a ja nie; ty masz pieniądze, a ja nie; ty masz zdrowie, a ja nie…”. Ta lista może nie mieć końca, dopóki budujemy siebie, porównując się z innymi. Dopóki postrzegamy siebie przez pryzmat braków (tego nie mam, tamto chcę). Koncentrowanie się na tym, czego nie mamy, często prowadzi do frustracji (znanej nam już od dzieciństwa), frustracja do złości, cierpienia, a niekiedy (gdy zazdrość staje się chorobliwa) także do zemsty, wyrządzenia szkody temu, komu zazdrościmy, by wyrównać sobie poczucie straty. Z tego też powodu umniejszamy sukcesy innych. Mówimy: „głupi to ma szczęście”, „trafiło się jak ślepej kurze ziarno”, „piękna, ale głupia”. Bo zazdrość, tak jak i jej bliźniacza siostra – zawiść – biorą się z niskiej samooceny. Z drugiej strony, jak im się bliżej przyjrzeć, mają nie tylko negatywną rolę do spełnienia – motywowani zazdrością dążymy np. do poprawy swojej sytuacji – czy to osobistej, czy zawodowej, by dogonić, a nawet przegonić w sukcesach tych, którym zazdrościmy. Dlatego zamiast poddawać się rozczarowaniu sobą, spróbujmy wykorzystać zazdrość jako komunikat i wskazówkę do rozwoju.

Siedem kroków do zrozumienia zazdrości

1. Wzmacniaj samoocenę

Zacznij od przyczyny, czyli braku samoakceptacji. Ktoś pogodzony ze sobą, znający dobrze siebie – rozwija swoje talenty, a słabości akceptuje lub próbuje przekuć je w coś bardziej satysfakcjonującego. Nikomu niczego nie zazdrości – co najwyżej powodzenie i sukcesy innych inspirują go do zmian, zachęcają do rozwoju. Żeby osiągnąć taki stan, trzeba mieć zdrowe poczucie własnej wartości – adekwatne, nie za niskie, ale też nie za wysokie, bo wysoka samoocena usypia naszą czujność, budzi arogancję (myślimy, że wszystko już wiemy, potrafimy, jesteśmy lepsi niż inni).

Wzmacnianie poczucia własnej wartości to baza. Ale to także proces i oddzielny duży temat, tu pomocą mogą być m.in. wymieniane przez Nathaniela Brandena w książce „Sześć filarów poczucia własnej wartości” podstawy: praktyka świadomego życia, praktyka samoakceptacji, praktyka odpowiedzialności za siebie, praktyka asertywności, praktyka życia celowego i praktyka integralności osobistej. Zmiana nawyków myślowych na temat siebie nie nastąpi od razu, ale ta książka znacznie w tym pomoże.

2. Zbadaj, nazwij i zachowaj dystans

Jeśli właśnie zalewa cię fala zazdrości, zdystansuj się do niej. Powiedz sobie: „Zazdrość to nie ja, to emocja, którą właśnie odczuwam – mogę ją nazwać i zbadać”. Wyobraź sobie, że masz mikroskop albo lupę i możesz przyjrzeć się dokładnie temu, co czujesz. Pomogą ci w tym pytania: „Co teraz czuję?”, „Jak jest to silne w skali od 1 do 10?”, „O jakiej niezaspokojonej potrzebie mi to mówi?”, „Czy mogę w jakiś sposób otrzymać to, czego teraz zazdroszczę?”, „Jeśli tak – to jak?”, „Jeśli nie – czy jest coś innego, co może mi to zrekompensować?”, „Jeśli nie – to co się stanie, jeśli się z tym pogodzę?”, „I co się stanie, jeśli się z tym nie pogodzę?”. Takie zdroworozsądkowe zdystansowanie się pozwoli ci dotrzeć do przyczyny i być może podjąć decyzję.

3. Oddychaj

Zazdrość to silne uczucie, towarzyszy mu często złość, a nawet agresja. Gdy czujesz mocny gniew, weź 10 pogłębionych spokojnych oddechów, które wyciszą emocje i pozwolą powrócić do logicznego myślenia. Wdychaj i wydychaj powietrze nosem.

4. Przekieruj energię w ruch

Jeśli wciąż rozsadza cię niedobra energia, przekieruj ją na aktywność fizyczną – wyjdź na szybki spacer lub pobiegaj.

5. Nie porównuj się z innymi

Na tle innych zawsze będziemy od kogoś w czymś gorsi, ale zawsze też w czymś będziemy od innych lepsi. Nie ma sensu się porównywać, bo każdy z nas jest inny. Jeśli ktoś ci imponuje i zazdrościsz mu np. osiągnięć pisarskich, naukowych, sportowych i innych, to zadaj sobie pytanie, czy naprawdę włożyłaś w coś tyle pracy i czasu, co ta osoba. Czy za jej osiągnięciami nie idą jakieś wyrzeczenia, których ty nie byłabyś w stanie albo nie chciałabyś ponieść? Czy wiesz, co ona naprawdę przeżywa, co czuje, kim jest, jakim kosztem to osiągnęła? Może widzisz tylko jedną stronę medalu. Poza tym ocenianie siebie przez pryzmat sukcesów innych to pozwalanie na to, by o naszej wartości decydowali inni, nie my sami. Zrewiduj, jaką rolę pełnią w twoim życiu poszczególni członkowie rodziny, przyjaciele, zwierzchnicy i wszyscy ci, których zdanie czy opinie wpływają na twoje decyzje i zachowanie.

6. Zrewiduj oczekiwania

„Wielkie oczekiwania niosą ryzyko wielkich rozczarowań” – mówią buddyści. Z drugiej strony – cele i dążenia pozwalają realizować marzenia, o ile tylko wystarczy nam determinacji. Pomoże ci w tym następujące ćwiczenie – weź kartkę, długopis i trzymaj się instrukcji bez podglądania dalszego opisu. Stwórz listę 10 najważniejszych spraw – marzeń, na których realizacji ci zależy. Teraz skreśl pięć z nich. Tak, skreśl bezwzględnie pięć swoich pragnień. Z czego mogłabyś zrezygnować? Skreślone pięć? To skreśl jeszcze dwa. Jak to – masz jeszcze z czegoś zrezygnować? To niemożliwe! A jednak skreśl. To, co zostanie, to twoje prawdziwe pragnienia, prawdziwe priorytety. To, co naprawdę jest dla ciebie ważne. Skup się na ich realizacji, a sukcesy innych osób w pozostałych dziedzinach nie zakłują igłą zazdrości. Zaakceptuj, że nie możesz mieć wszystkiego – łatwiej mieć coś, na co się świadomie zdecydujesz i skupisz na tym całą uwagę.

7. Zajmij się sobą, buduj na tym, co masz

Żyj swoim życiem, szukaj własnego potencjału, skupiaj się na tym, co masz, co potrafisz, co umiesz. Jeśli ci czegoś brakuje, jeśli poczujesz w stosunku do kogoś lub czegoś zazdrość, zastanów się, o jakim deficycie ci to mówi, i zadaj sobie pytanie, czy masz wpływ na to, by go uzupełnić. Jeśli tak – zrób to, jeśli nie – zostaw, nie przeżywaj i tak nie możesz tego zmienić. Skup się na czymś innym.

Jak zostać królową

Nie każdy się rodzi w rodzinie królewskiej lub jako spadkobierca fortuny. Ale jeśli jesteś względnie zdrowa, masz co jeść i gdzie mieszkać, jeżeli możesz podziwiać świat każdym zmysłem i robić na ogół to, co chcesz – to jesteś wielką szczęściarą. Jeśli cię coś ogranicza, to zbyt mała ambicja lub pracowitość, a może za duże oczekiwania i złe myślenie na swój temat. Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. Stwórz własne królestwo, rozwijaj zdolności, potencjały, ciesz się tym, co masz – jednym zdaniem: zostań jego królową! Niech inni zazdroszczą tobie! Po prostu rób swoje i nie oglądaj się na nic.

Warto przeczytać: Osho, Księga zrozumienia. Przemień lęk, złość i zazdrość w twórczą energię, Czarna Owca 2014.

  1. Psychologia

Krajobraz po bitwie. Jak wrócić do równowagi po odkryciu niewierności?

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Badaczka związków partnerskich Esther Perel twierdzi, że każda zdrada była kiedyś historią miłosną. Ujawnienie jej może być zatem smutnym zakończeniem księgi albo pierwszym rozdziałem drugiego tomu. Od czego to zależy?

Wiele terapii małżeńskich zaczyna się od indywidualnej wizyty jednego z partnerów i pytania: jak żyć po zdradzie? Czasami w drzwiach gabinetu staje zdradzający, innym razem zdradzony. Ten pierwszy boryka się z poczuciem winy, drugi – nie wie, czy i jak wybaczyć. Wydawać by się mogło, że ludzie, którzy kiedyś wybrali siebie na życie, dziś stoją po przeciwnych stronach barykady, ale tak naprawdę wiele ich łączy – przede wszystkim poczucie krzywdy. Jeśli tylko uda im się to zrozumieć, a jeszcze lepiej: przyjąć, przeżyć i zareagować – mają drugą szansę, a w zasadzie szansę na nowy związek. W książce „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” badaczka Esther Perel pisze, że w dzisiejszych czasach każdy z nas ma szansę na dwa, trzy małżeństwa, czasami z tym samym partnerem, bo związek po zdradzie to budowanie wszystkiego od nowa, na nowych zasadach.

Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku”

To takie proste!

Zdrada nigdy dotąd nie była tak prosta do przeprowadzenia, tak łatwa do odkrycia i tak bolesna do przeżycia jak dziś. Wielu badaczy małżeńskiej niewierności twierdzi, że to poważna trauma, odciskająca trwałe piętno na każdym z partnerów i na związku. Świadomość, że osoba, której wierzyłeś i zaufałeś najbardziej na świecie, fizycznie, emocjonalnie lub choćby wirtualnie, zbudowała intymność z kimś innym i przede wszystkim cię okłamała – to cios prosto w serce. Czujesz, jakbyś stracił grunt pod nogami.

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją kobiecość, atrakcyjność, seksualność; zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej męskości, dumy i godności. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o naszym małżeństwie jako związku na całe życie, na dobre i na złe. Czy po czymś takim można się podnieść i dlaczego to przytrafiło się właśnie nam? – to dwa pytania, które spędzają sen z powiek parom doświadczającym niewierności. Poranieni wierzą, że jeśli tylko uda im się znaleźć na nie odpowiedź, wszystko wróci do normy.

Terapeuci par od lat przekonują, że zdradę do związku zapraszają obydwoje partnerzy i nie chodzi o to, że obydwoje ponoszą winę, na przykład przez lata zaniedbując związek. Niewierność może być również rezultatem chwilowej utraty kontroli czy momentu zauroczenia, efektem chęci przeżycia przygody czy rozładowania napięcia (nie tylko seksualnego, ale wynikającego choćby ze stresu). Esther Perel twierdzi, że zdrada ma głębokie korzenie, ludzie w udanych związkach także się jej dopuszczają: „Szukając czyjegoś spojrzenia, nie zawsze odwracamy się od naszego partnera, ale od osoby, którą w tym związku się staliśmy. Nie chodzi o szukanie innej osoby tylko innej/innego siebie”. W czasach, w których wszyscy przyznajemy sobie prawo do szczęścia, panuje powszechne przyzwolenie na pozamałżeński romans i powszechny przymus, by rozstać się, jeśli partner tego szczęścia nam nie zapewnia, a już na pewno kiedy sam ma romans na koncie. „Wystaw mu walizki za drzwi, przecież sama doskonale sobie poradzisz” – słyszą zdradzane kobiety. To prawda, poradzą sobie, ale czy tego właśnie chcą?

Do gabinetów terapeutycznych zgłasza się coraz więcej par, które chcą się rozstać świadomie, jak najmniej boleśnie i „żeby dzieci nie cierpiały”. Doskonale, czemu nie, brawo za dobre chęci! Czasami zdrada rzeczywiście jest tą kropką nad „i”, ostatnim ciosem dobijającym od dawna martwy już związek. Bywa, że rany są tak wielkie, że tylko czas rozłąki ewentualnie będzie w stanie je uleczyć. Natomiast reanimacja związku to bardzo trudny proces, wymagający ogromnego zaangażowania obojga.

Czy moja miłość jest większa niż twoja zdrada?

Większość terapeutów małżeńskich przekonuje, że do uzdrowienia związku po zdradzie potrzebne są szczerość i świadomość z obu stron, z jednej – szczere i świadome przyznanie się do wyrządzenia krzywdy, z drugiej – szczera i świadoma miłość. Dobrze rokują pary, w których partnerzy są siebie ciekawi, chcą zrozumieć nie tylko to, co się stało, ale także swoje wzajemne potrzeby i ograniczenia. Zdrada zabija nie tyle relację, ile wyobrażenie o niej i o partnerze wyidealizowanym w romantycznej fazie zakochania. Zabranie energii ze związku i zainwestowanie jej choćby w przelotny romans jest niczym najczulszy test, pokazujący, jak rzeczy się mają naprawdę i co nie działa.
„Naprawa związku przypomina odbudowę domu po pożarze. Najpierw czekasz, aż rozwieje się dym i przestaną płynąć łzy. Potem szacujesz szkody, szukasz źródła pożaru i długo sprzątasz, aż wyczyścisz fundamenty. Dopiero wtedy możesz stawiać na nich nową konstrukcję, tym razem lepiej zaplanowaną”

Powrót do równowagi

Zdaniem Perel w powrocie do równowagi po zdradzie trzeba przejść przez trzy fazy: kryzys, tworzenie znaczenia i tworzenie wizji.

Tuż po ujawnieniu zdrady trudno powstrzymać wybuch gwałtownych emocji, trudno rozmawiać o faktach, trudno oddzielić to, co się zdarzyło, od tego, co mogło się zdarzyć. Lęk, złość, rozczarowanie, niedowierzanie, wzajemne oskarżenia i atmosfera nieufności – nie pozwalają na podjęcie jakiejkolwiek decyzji czy nawet usłyszenie argumentów drugiej strony. Musimy jednak skonfrontować się ze wszystkimi bolesnymi uczuciami, przeżyć do końca smutek i ból, na dodatek sami. Partner nam w tym nie pomoże, on przeżywa swoje piekło. Tu nie ma zwycięzców i przegranych. Zdarza się wcale nierzadko, że zdradzany też miał dosyć tego, co działo się w związku, też chciał więcej, tylko zabrakło mu odwagi, by wykonać jakiś ruch. Esther Perel nazywa ten etap tańcem gniewu i wybaczenia, wykonywanym do niekontrolowanego rytmu zaufania. Ma na myśli głównie gwałtowne zmiany emocjonalne w relacji partnerów, którzy próbują ratować związek, choć momentami zachowują się tak jakby chcieli go zniszczyć do końca: „Przytul mnie/Nie dotykaj mnie”, „Wynoś się/Nie możesz mnie teraz zostawić”, „Chcę rozwodu/Zabiję cię, jeśli odejdziesz do niej”. Zdradzany partner domaga się, by zdrajca po wielokroć odpowiadał na te same pytania – a kiedy ten błaga, by zostawić już przeszłość i skoncentrować się na tym, co dalej, zdradzany czuje, że jego cierpienie jest bagatelizowane.

Na tym etapie ruch jest po stronie zdradzającego: „Przede wszystkim powinien pilnować, by romans pozostał w świadomości po to, by partnerka nie musiała się katować przypominaniem” – podkreśla Perel. To on rozpoczyna rozmowę, wysyłając tym samym komunikat, że niczego nie ukrywa ani nie umniejsza, choć najchętniej chciałby już o wszystkim zapomnieć, wymazać gumką myszką to wszystko, co się wydarzyło. Absolutnie nie chodzi o zapewnienia, że ,,to był tylko seks”, ale na przykład uprzedzenie pytania partnerki i oświadczenie, że w restauracji, do której zaprasza ją na kolację, nigdy nie był z kochanką. To on swoimi słowami i czynami musi udowodnić, że warto dać jemu, a tym samym związkowi, drugą szansę. Autentyczne, prowadzące do skruchy poczucie winy na tym etapie jest bardzo ważnym czynnikiem naprawczym, bo, jak wyjaśnia Perel: „Szczere przeprosiny są wyrazem troski i zaangażowania w związek, wspólnego przeżywania cierpienia i świadczą o przywróceniu równowagi i partnerstwa”. Etap kryzysu kończy się (choć nierzadko zdarzają się nawroty), kiedy zdradzający jest w stanie szczerze powiedzieć: „To z tobą chcę być. Zawsze chciałem/chciałam tylko ciebie”, a osoba zdradzana szczerze wierzy, że partner naprawdę ją wybiera.

Bez tematów tabu

Drugi etap to szacowanie szkód, – szukanie źródła pożaru i sprzątanie, aż po fundamenty. I ciągle powracające pytanie: „Dlaczego on/ona to zrobił/zrobiła?”. Ten etap zdrowienia, przynajmniej na początku, również każde z partnerów musi przeżyć w pojedynkę, ewentualnie korzystając ze wsparcia przyjaciół czy terapeuty. Dla osoby zdradzanej ważne jest skupienie się na zlokalizowaniu ran – gdzie boli najbardziej? Co było największym ciosem? Uraza, nielojalność, porzucenie, nadużycie zaufania, kłamstwo, a może jeszcze coś innego? Osoba zdradzająca powinna zrobić emocjonalny rachunek sumienia: co o mnie samej/samym mówi akt niewierności? Co znalazłam/znalazłem w kochanku/kochance? Czego dowiedziałam/dowiedziałem się o siebie? I najważniejsze: czy mogę tego wszystkiego doświadczyć w swoim związku?

Zdarza się nierzadko, że romans budzi do życia; zdradzający partner jest w stanie zastąpić w związku to, co normalne i rutynowe – intensywnym i świeżym. Gdyby partnerzy potrafili wnieść do swojego związku choćby 10 proc. uwagi, radości i werwy, jakie przejawiają w romansie, ich związek na nowo by ożył. I nie chodzi jedynie o seks. Zdarza się, że kłótnie o zdradę przeradzają się w rozmowy tak szczere, jak nigdy dotąd, w końcu nie mamy już nic do stracenia. Może się okazać, że na przykład obydwoje od dawna pragnęli czegoś innego, tylko nie potrafili o tym rozmawiać. W rezultacie jedno uciekło w pracę, a drugie – w romans. Ta wzajemna szczerość często tworzy mocne podwaliny do odbudowywania zaufania. Ważne, by nie tworzyć tematów tabu, tylko otwarcie pytać, żeby rozwiać wątpliwości. Jeśli boisz się, że partner nadal utrzymuje kontakt z kochanką, zapytaj o to, zamiast snuć domysły. Jeśli chcesz sprawdzić jego telefon, poproś, by sam ci go pokazał, zamiast robić to w tajemnicy. Macie prawo mieć większe oczekiwania względem związku, mówcie o swoich potrzebach, dzielcie się pragnieniami. To niepowtarzalny moment, by stworzyć naprawdę solidne podstawy waszej relacji.

Każda zdrada tak naprawdę ma jakiś sens, który para zwykle prędzej czy później odkrywa. Najważniejsze jest jednak, by zdradzany partner porzucił rolę ofiary i spróbował spojrzeć na „zdrajcę” z miłością (moja miłość silniejsza niż twoja wina), a na siebie jak na osobę w pełni zasługującą na miłość. A zdradzający, by nie tkwił w nieskończoność w roli krzywdziciela, tylko wszedł w rolę ratownika związku.

Końcem tego etapu zdrowienia zwykle jest wybaczenie. To długi proces i – jak twierdzą terapeuci małżeńscy – konieczny, by związek trwał nadal. Przy czym najważniejsze jest zdefiniowanie wybaczenia na własny użytek. Zdaniem Esther Perel wybaczyć to dopuścić do siebie doświadczenie niewierności i nadać mu swoje znaczenie. Ujawnić swój ból, ale nie przeżywać go w nieskończoność. Nie rozpamiętywać bez końca tego, co się wydarzyło. Spróbować odbudować więź z partnerem. Ty i twój partner czy partnerka możecie stworzyć własną definicję. To jest również dobry czas na to, by wspólnie ustalić definicję wierności i lojalności, a także listę symptomów świadczących o tym, że za rogiem czai się kryzys, który może (ale nie musi) doprowadzić do kolejnej zdrady.

Trzy scenariusze

Ostatni etap to wizja. Niektórzy terapeuci twierdzą, że obserwując w czasie sesji partnerów po zdradzie – a raczej łączącą ich więź –  są w stanie przewidzieć, czy ten związek ma jeszcze szanse. Ale tak naprawdę wszystko zależy od decyzji partnerów, od tego, na co się umawiają i czy są w stanie stworzyć wspólną nową wizję związku.

Zdaniem autorki „Kocha, lubi, zdradza” możliwe są trzy scenariusze zachowania stron. Pierwszy to tzw. cierpiący – dla nich romans nie jest chwilowym kryzysem związku, ale staje się powodem do rozgoryczenia, pragnienia zemsty i użalania się nad sobą – nawet wiele lat po zdradzie pozostaje ona tematem numer jeden, a para nie rozwija się. Kolejny model to tzw. budowniczy, którzy decydują się zostać razem, ponieważ cenią życie, które wspólnie stworzyli, jednak nie udaje im się wznieść ponad niewierność i małżeństwo nie rozwija się, tylko wraca do poprzedniego stanu, a zdrada niczego ich nie uczy. Wreszcie tzw. odkrywcy, czyli partnerzy potrafiący nadać sens zdradzie, otwarcie mówiący o tym, czego brakuje im w związku i czego szukali poza nim.

To, który scenariusz wybierzecie, zależy wyłącznie od was. Niektóre historie miłosne kończą się na pierwszym tomie. Cóż, takie jest życie.