1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Myślę, że to poważne ostrzeżenie. Okazja, by dostrzec błędy, które człowiek popełnia w imię chciwości – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I zastanawia się, czy pandemia nie zatrzymała nas przypadkiem w drodze do autodestrukcji.

Czy można znaleźć jakiś sens w tym, co się dzieje dziś na świecie?
To się dopiero okaże. Na razie widnokrąg zasłania nam czarna chmura nieszczęścia i lęku. Z bliska oglądamy chorujących i umierających ludzi, więc boimy się o nasze przetrwanie. Z drugiej strony – odczuwamy zagrożenie perspektywą utraty pracy, zarobków i utonięcia na lata w biedzie, w długach. Mamy powody przypuszczać, że świat, jaki znamy, i system wartości, który go napędzał, rozpadają się na naszych oczach. Wszystko to zmusza do zadawania sobie pytań, które wcześniej nie przychodziły nam do głowy, np.: Czy nasze życie ma trafnie zdefiniowany cel? Czego potrzebujemy do szczęścia?, itp.

Dostaliśmy czas, by zastanowić się, czy stworzyliśmy świat, który daje nam to, czego naprawdę potrzebujemy?
Odpowiedź na pytanie, po co nam była groźba „końca świata”, poznamy zapewne dopiero, gdy ta groźba minie. Obyśmy nie uznali jednak wtedy pandemii za przypadkowe i chwilowe zrządzenie losu. Tak jak w dowcipie o mężczyźnie, który w obliczu nieuchronnej śmierci z rąk męża swojej kochanki wyskakuje przez okno na 30. piętrze, a w trakcie tych kilku sekund spadania modli się żarliwie o ratunek. Obiecuje Bogu, że jeśli go ocali, będzie żył w zgodzie ze wszystkimi przykazaniami! Kiedy jednak szczęśliwie ląduje na ogromnym rozłożystym drzewie, myśli: „Co też za głupoty człowiekowi w stresie przychodzą do głowy!”.

Miejmy nadzieję, że i my wylądujemy szczęśliwie!
I że wtedy trudno będzie nam zaprzeczyć, że to, co nas spotkało, było negatywną konsekwencją tego, że nasz system ekonomiczny – a my wszyscy wraz nim – był nastawiony na zysk za wszelką cenę. Za cenę ludzkiego zdrowia i życia, za cenę popsucia powietrza i klimatu, za cenę niewyobrażalnej udręki zwierząt hodowlanych, za cenę masowego wymierania wielu tysięcy gatunków zwierząt dzikich i za cenę destabilizacji ekosystemu Ziemi.

Trudno nie myśleć o apokalipsie…
Koronawirus zatrzymał nas wszystkich w biegu. Prawdę mówiąc, marzyłem o tym, żeby jakimś cudem tak się stało – co nie znaczy, broń Boże, że marzyłem o pandemii. Marzyłem tylko o tym, żebyśmy się wszyscy choć na moment zatrzymali. Nawet jedna z moich pierwszych książek nosiła tytuł: „Zatrzymaj się”. Gdy 1 sierpnia zeszłego roku w Godzinie „W” znalazłem się w miejscu, gdzie wszystkie samochody i przechodnie zatrzymali się na całą minutę – pomyślałem, że powinniśmy się tak zatrzymywać częściej i na dłużej, by uświadomić sobie, jak głęboko jesteśmy uzależnieni, jak, poświęcając wszystko inne, pędzimy na oślep, odurzeni perspektywą kupienia sobie jeszcze jednej niepotrzebnej rzeczy. Gotowi harować na to dniami i nocami.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Konsumpcjonizm nie dał nam szczęścia. Ale wszyscy, choć w różnym stopniu, wpadliśmy w jego sidła. Czy sam nie byłeś przez te lata zapracowany?
To prawda, ale nie w imię posiadania rzeczy i pieniędzy, lecz mojej uporczywej misji pomagania innym w rozstawaniu się ze złudzeniami. Lecz i tak nie zapominałem o tym, by żyć w zgodzie ze sobą, czyli realizować pasje, uczyć się, doskonalić, medytować, bawić się i wypoczywać. Dlatego, patrząc na ludzi biegających w kieracie „zarób – wydaj – zarób”, mogłem dostrzec, jak bardzo są umęczeni i zagubieni. Często miałem nawet wrażenie, że uczestniczę w jakiejś zbiorowej psychozie… Więc mam nadzieję, że to wymuszone przez pandemię gwałtowne zatrzymanie się stanie się dla nas wszystkich początkiem procesu wychodzenia z nałogu. Ciągnąc tę analogię, można powiedzieć, że jesteśmy teraz na przymusowym detoksie.

Szkoda, że nie na dobrowolnym.
Tak, ale przymus bywa konieczny, gdy chodzi o życie. Potem zapewne wejdziemy w fazę odwyku wraz z jej nieuchronnymi epizodami nawrotu. Ale i tak będziemy stopniowo odzyskiwać zdolność do odczuwania wszystkimi zmysłami dawno zapomnianych smaków życia. Do rozpoznawania tych prawdziwych potrzeb naszych serc i dusz. A wtedy już nic ani nikt nie zdoła nas na powrót zaprząc do dawnego kieratu.

Pandemia może więc pomóc nam pokonać konsumpcjonizm z tym, co nam wmówił, czyli sztucznymi potrzebami?
Spod chmury grozy i nieszczęścia trudno dostrzec jakiekolwiek pozytywy w tym, co się nam teraz przydarza. Jednak za jakiś czas być może docenimy to, że pandemia zatrzymała nas – niestety, tylko tych, którzy przeżyli – w nieświadomym pędzie ku autodestrukcji. A więc że dzięki groźbie końca świata uniknęliśmy rzeczywistego końca świata. Stanie się tak jednak, pod warunkiem że ten czas będzie dla ludzkości okazją do opamiętania się. Na szczęście tak się już powoli dzieje! Wkrótce po wybuchu pandemii słyszałem od wielu klientów i znajomych: „W imię czego tak ciężko pracowałem i dokonywałem wyborów, które demolowały moje życie rodzinne, moje relacje z przyjaciółmi, moje prawdziwe marzenia?”. To ważne dla nas wszystkich, by zdać sobie sprawę z beznadziei konsumpcyjnej egzystencji. Ale ile grozy trzeba było nam zaaplikować, aby rozpoczął się proces przemiany zbiorowej świadomości?!

Co nam może pomóc, aby ten proces się nie zatrzymał?
Może nam w tym pomóc zbiorowe poczucie, że śmierć jest realna, przez dekady usiłowaliśmy zaprzeczać jej istnieniu. Ukrywaliśmy ją skrzętnie w szpitalnych kostnicach, przebieraliśmy i szminkowaliśmy w luksusowych domach pogrzebowych. Nawet sama żałoba stopniowo zaczęła być uznawana za stan wymagający leczenia albo wręcz stratę czasu! Żal i świadomość, że nasze istnienie jest kruche i ma swój kres, są nie do pogodzenia z życiem w radosnej konsumpcji. Więc kiedy przypomnimy sobie wreszcie, że jesteśmy śmiertelni, wiele może się zmienić.

Mamy szansę odkryć, czym jest szczęście?
Tak, jeśli ta lekcja pokory nas czegoś nauczy. Jeśli uznamy, wbrew temu, co od lat wciskały nam reklamy, korporacyjne prezentacje, mówcy motywacyjni i różni, pożal się Boże, przywódcy, że nie jesteśmy ani nieśmiertelni, ani wszechmocni!

Poczucie bezsilności może nas wewnętrznie przemienić?
Urealnienie to kolejny ważny warunek przemiany naszej świadomości. Urealnienie, czyli także dostrzeżenie, że cierpliwa natura wystawia nam w końcu słony rachunek za naszą zbiorową agresję, niepohamowaną chciwość, arogancję i ignorancję. Warto uznać to, że Ziemia jest inteligentnym bytem, że dba o swoją równowagę i wszystkie stworzenia. A także i to, że gdy zostanie ona wyprowadzona z równowagi, gdy broni życia jako takiego, działa bezwzględnie. Bardzo ważne jest więc, abyśmy to, co nas teraz spotyka, potraktowali jako bolesną, ważną nauczkę. Dostrzegli wreszcie nasze zbiorowe ślepotę, zadufanie i nielojalność wobec planety, która robiła i wbrew pozorom nadal robi wszystko, aby ratować i wspierać życie – w tym także życie naszego gatunku!

Przyjęcie hipotezy Gai może pomóc nam przetrwać?
Nawet jeśli uznać istnienie Gai za baśń, to jest to baśń warta głoszenia. Baśniową interpretację tego, co nas spotyka, można zamknąć w opowieści o Gai, która zdecydowała się na obronę świata natury przed agresją ludzi. Nie bez powodu wrogie nam wirusy pochodzą ze świata zwierząt. Paradoks polega na tym, że prawdopodobnie sami ich produkcję prowokujemy. Na tej samej zasadzie, na jakiej wyprodukowaliśmy wiele lekoopornych bakterii, bo np. karmimy zwierzęta hodowlane antybiotykami. Niestety, ludzi, którzy ostrzegali przed takim postępowaniem, lekceważono i nazywano ekoterrorystami.

Co teraz będzie? Jak myślisz?
Trudno powiedzieć, jak to się potoczy. Jeśli kryzys ekonomiczny będzie głęboki, gdy zabraknie zasobów potrzebnych do życia, różnie może być. Choć myślenie egotyczne byłoby skrajną głupotą, bo problemy, przed którymi stanęliśmy jako ludzkość, można rozwiązać tylko przez wspólnotowe, świadome działania wszystkich ludzi i krajów – czyli tylko w skali globalnej możemy znaleźć ratunek przed końcem świata.

Czyli dzięki pandemii mogą odżyć i ocalić nas takie wartości, jak poczucie wspólnoty, które tępił neoliberalizm?
Świadomość ludzka, nawet gdy zostanie skonfrontowana z niebezpieczeństwem końca świata, może jednak zmieniać się zbyt wolno. Podobnie jak się to dzieje ze świadomością człowieka skonfrontowanego z diagnozą terminalną. Pierwszą fazą jest zawsze zaprzeczanie: „To jakaś ściema ta pandemia”. Kolejna faza to agresja: „Dlaczego nas to spotyka, to wszystko wina Chińczyków, masonów, Żydów!”. Potem następuje faza targowania się z losem, z naturą czy z Bogiem: „Jeśli nie zachoruję, to pójdę na drobne ustępstwa, np. przestanę jeść mięso”. I dopiero kolejny etap to czas rezygnacji z mechanizmów obronnych i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania, czyli bicie się w piersi. Wtedy dopiero idziemy po rozum do głowy i pojawia się szansa na adekwatne do zagrożenia, racjonalne działanie. Niestety, jako zbiorowość jesteśmy ciągle w fazie zaprzeczania i targowania się. Wciąż wierzymy w wielkie zwycięstwo człowieka w walce z ciemnymi siłami przyrody. To zgubne. Czas wylądować na ziemi, zacząć zachowywać się dojrzale i przyzwoicie.

Przyzwoicie?
Przyzwoicie, czyli tak, by człowiek funkcjonował zgodnie z wymaganiami ekosystemu. Wtedy historycy przyszłości będą mieli szansę uznać, że to wszystko, czego teraz doświadczamy, stało się w głęboko pojmowanym interesie ludzkości, a nie przeciwko niej. I że ludzkość była w stanie z tej strasznej lekcji wyciągnąć naukę.

Klasyczna opowieść o epidemii, czyli „Dżuma” Alberta Camusa, to opowieść o tym, że dopiero uznanie rzeczywistości i podjęcie mądrych decyzji zatrzymało zarazę…
Dopiero teraz, kiedy mamy pandemię i katastrofę klimatyczną, dokładnie widać, jak potężny jest ten mechanizm „zaprzeczania”, który doprowadził naszą cywilizację na krawędź. Dziś wreszcie też widać, że ci, którzy zaprzeczają powadze sytuacji, są ogromnym zagrożeniem dla pozostałych, gdyż to oni w istocie są roznosicielami zarazy. A, niestety, to właśnie oni przez ostatnie dekady decydowali o losach świata. Na przykład pan Trump – jako czołowy „zaprzeczacz” – doprowadził Amerykę do sytuacji tragicznej, bo pozbawił ogromną liczbę swoich obywateli dostępu do służby zdrowia. Jest nadzieja, że w związku z tym przegra najbliższe wybory.

Pandemia pokazuje, że idea państwa jako opiekuna swoich obywateli ma głęboki sens, choć przez ostatnie 25 lat nam ją obrzydzano.
Przyjdzie niebawem czas, aby się nad tym poważnie zastanowić. Na razie wykorzystajmy ten okres wymuszonego zatrzymania i odosobnienia na uporządkowanie naszej hierarchii wartości, na odkrywanie i doświadczanie naszych prawdziwych potrzeb i aspiracji, takich jak: poczucie solidarności, wspólnoty, bezinteresowności, bliskości i miłości. Porzućmy pokusę zaprzeczania i targowania się z pandemią, a w zamian wyciągnijmy właściwe wnioski z tej bolesnej lekcji. Pojmijmy, że w istocie jesteśmy zjednoczeni z naszą planetą, że szkodząc jej, szkodząc innym jej mieszkańcom – szkodzimy sobie. Niech nam się uda dostroić naszą zbiorową świadomość do tej rzeczywistości. A potem urządźmy nasz świat na nowo.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl). 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Szczepienia – przekonujmy nieprzekonanych

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
"Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy”. Z dr Joanną Pietroń, lekarką, specjalistką medycyny rodzinnej z Centrum Medycznego Damiana rozmawiamy o szczepieniach – także tych na COVID-19.

Poziom zaszczepienia dzieci na odrę spadł w Polsce do poziomu poniżej 93 proc. To oznacza, że straciliśmy odporność zbiorową na tę chorobę – donosi UNICEF Polska. Nie chcemy się szczepić. Dlaczego?
Od początku XXI wieku nie tylko w Polsce, ale i na świecie widać masowe zwiększanie się występowania chorób zakaźnych. W 1930 roku w USA było wiele przypadków błonicy, w roku 2000 nie było ich w ogóle, a teraz choroba zaczyna wracać. Wraca krztusiec, wraca odra. Widzę tu dwa powody. Jeden dzieje się to często w miejscach, gdzie są konflikty zbrojne. Na to nie mamy wpływu. Drugi – odmowy szczepień. Zdarza się to w ortodoksyjnych mniejszościach religijnych, ale nie tylko. Mamy coraz mocniejsze ruchy antyszczepionkowe i ludzi, którzy są podatni na różne pseudonaukowe teorie i pseudowiedzę.

No właśnie, te ruchy rosną w siłę. Dlaczego?
Bo jest Internet. Informacje okrążają kulę ziemską w sekundę. Rozprzestrzeniają się i tam, gdzie padają na podatny grunt, dają owoce. Chore owoce. Kiedy wprowadzono powszechne szczepienia ochronne, choroby zakaźne były powszechne. Każdy widział chorych po polio, na własne oczy mógł zobaczyć, jak straszne są następstwa tej choroby – o ile oczywiście pacjent ją przeżył. Słyszało się o tragediach, o zgonach, ludzie znali rodziny dotknięte tragedią. Teraz osiągnęliśmy odporność zbiorowiskową na takim poziomie, że tacy ludzie, takie dzieci zniknęły. Więc choroby zaczęły być abstrakcją, nie konkretem. Zachorowania stały się nieliczne i dotyczą albo osób niezaszczepionych albo zaszczepionych jedną dawką, np. w niepełnym schemacie szczepień przeciwko śwince, odrze lub różyczce. Rzadko zdarza się, żeby chorowała osoba zaszczepiona w pełni, a jeśli już, to choruje łagodnie.

I trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie: twierdzenie, że choroby zakaźne to łagodne choroby wieku dziecięcego, jest nieprawdziwe. One są łagodne, ale po szczepieniu. Na przykład odra. Łagodna choroba? Bzdura. Może wywołać zapalenie ucha, płuc, mózgu. Może na długo obniżyć odporność. Może nawet doprowadzić do śmierci. Nie znamy naturalnego przebiegu tych chorób, bo od lat nie mamy z nimi kontaktu. A bywają po ich przechorowaniu poważnie powikłania, szpital, czasem śmierć. Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy. Myślimy: mnie to nie spotka, po co narażać dziecko na kłucie, ból, może gorączkę. A ruchy antyszczepionkowe nagłaśniają każdą sytuację niepożądanych odczynów poszczepiennych – na takich właśnie emocjach bazują. Ta przesadna troska o bezpieczeństwo szczepień niestety często podważa ich istotę.

Nie chcemy wierzyć nauce?
Świat stał się skomplikowany, dużo w nim niepewności, nauka nie daje odpowiedzi na pewno i na zawsze, takie odpowiedzi za to dają ruchy pseudonaukowe, promujące, powiedzmy to sobie, mity. Nauka opiera się na specjalizacji, na zaufaniu, które jest wpisane w system instytucji kontrolnych. Szczepimy i jednocześnie zwiększamy wymagania co do samych szczepionek. Do jakości preparatu. Obecnie szczepionka powinna zapewniać niemal stuprocentową ochronę, ma stymulować mechanizmy odporności swoistej i nieswoistej, ma wywołać długotrwałą odpowiedź poszczepienną, ma być bezpieczna, bez działań niepożądanych, stabilna, łatwa w stosowaniu, najlepiej jednodawkowa, powszechnie dostępna i z przystępną ceną. Tych wymagań, jak widać, jest dużo. Producenci szczepionek reagują też na głosy opinii publicznej. Tiomersal, substancję konserwującą w szczepionkach, praktycznie wycofano (choć szkodliwości jej działania nie dowiedziono), bo ruchy antyszczepionkowe oskarżały ją o „wywoływanie” autyzmu. I co? Z jednej strony liczba autystyków w społeczeństwie wcale się nie zmniejszyła, z drugiej – rezygnacja z tiomersalu została, paradoksalnie, źle przyjęta: wycofują, aha, znaczy, że coś było nie tak. Truli nas.

Wierzymy w spiski?
Bywa, że ludzie nie odróżniają nauki od pseudonauki. Nauka dąży do poznania mechanizmów, do dania odpowiedzi na pytania, co i dlaczego. Pseudonauka głosi tezę i albo w nią wierzysz, albo nie. Poziom wiedzy dotyczącej biologii nie jest u nas wysoki, często niełatwo zrozumieć procesy zachodzące w organizmie czy mechanizmy działania pewnych substancji. Pseudonauka nie każe rozumieć, każe wierzyć. I to jest dla wielu osób prostsze. Nauka stara się zrozumieć szerokie konsekwencje głoszonych tez, pseudonauka nie uwzględnia choćby społecznych konsekwencji. Nie zaszczepię się i już. Nie zastanawiam się nad dalszymi kosztami takiej decyzji. Nie myślę o osobach z obniżoną odpornością, które szczepić się nie mogą, a które jako pierwsze poniosą konsekwencje powrotu chorób zakaźnych.

Dane mówią, że w roku 2019, kiedy w Polsce zanotowano rekordową liczbę zachorowań na odrę, bo aż 1500, najwięcej przypadków dotyczyło ludzi między 35. a 40. rokiem życia. Skąd to się bierze? Przecież oni w dzieciństwie byli szczepieni?
Ale produkcja czy raczej receptura szczepionek kiedyś wyglądała inaczej. Miały one bardzo wysoką immunogenność, zawierały dużo antygenów, które wywoływały mocną odpowiedź immunologiczną. Czyli na przykład szczepionka na krztusiec zawierała 3200 silnie immunogennych białek. Teraz we wszystkich szczepionkach podawanych dzieciom w ciągu pierwszego roku życia liczba tych białek nie przekracza 50. Im większy jest ładunek substancji, która ma wywołać odporność, tym mocniejsza jest odpowiedź. Ale żeby zmniejszyć ilość NOP, czyli niepożądanych odczynów poszczepiennych, zmniejszano ilość immunogenów.

Czyli u 35-latków odporność mogła wygasnąć, bo szczepionki przeciw odrze, które im podano, były „słabsze”?
Mogło tak być. Może ci ludzie mają własne dzieci, może ich nie szczepili albo miały one w przedszkolu kontakt z odrą – a to wyjątkowo zakaźna choroba, jedna osoba może zakazić 17 – a ich odporność wygasła czy była już słaba, stąd zachorowanie. To samo z krztuścem czy błonicą. Moi pacjenci mają dzieci w przedszkolu, a nie podaje się informacji, że błonicą, tężcem i krztuścem warto doszczepiać się co 10 lat. Odporność wygasa.

A gdyby dzieci były szczepione i mielibyśmy odporność zbiorowiskową, nie trzeba byłoby doszczepiać?
Wtedy chorują jedynie osoby podatne, te, którym wygasła odporność albo te, które nie byłyby szczepione. Ale też rzadziej, bo mniejsze byłyby szanse na kontakt z patogenem. Zresztą to nigdy nie jest tak, że szczepionka zabezpiecza w stu procentach przed zachorowaniem. Zawsze jest grupa osób, które nazywamy „non-responders”, które właśnie „nie odpowiadają” na szczepienie. Poza tym celem szczepionki jest zapobiec ciężkiemu przebiegowi choroby, który grozi poważnymi powikłaniami, z hospitalizacją i śmiercią włącznie.

No właśnie, to podkreślają też wirusolodzy i lekarze zachęcający do szczepienia się przeciw COVID-19. Ale znam osoby, które mówią: nie będę się szczepić, Iksiński się zaszczepił i zachorował.
Powiem jeszcze raz: żadna szczepionka nie zapobiega zachorowaniu w stu procentach. Chodzi o to, żeby było jak najmniej ciężkich przebiegów. I śmierci. I żeby osiągnąć odporność zbiorowiskową. Żebyśmy wszyscy mogli normalnie żyć.

Czy spotyka pani na co dzień w gabinecie ludzi, którzy nie chcą się szczepić?
Spotykam. Jest grupa, która zdecydowanie nie chce. Jest grupa niezdecydowanych. I grupa osób, które mówią: trudno powiedzieć. Ale to się zmienia. Chęć szczepienia jest większa, jeśli ktoś w rodzinie czy wśród bliskich znajomych widział tragedię związaną z COVID-19. Znał kogoś, kto zmarł albo u kogo choroba wywołała spustoszenie. Doświadczenie to najlepsza, niestety, droga do przekonania nieprzekonanych. Dotyczy to zarówno COVID, jak i chorób wieku dziecięcego – kiedy te wrócą i znajome dziecko wyląduje w szpitalu, nasze nastawienie się pewnie zmieni.

Tylko musimy znów zatoczyć to koło, z którego, wydawało się jeszcze niedawno, udało nam się wyjść…
Tak to wygląda. Kiedy zagrożenie znika nam z oczu, przestajemy się bać. To w gruncie rzeczy cena sukcesu programu szczepień.


Kto szczepi się najchętniej?
Mężczyźni z dużych miast, ci, którzy są zmęczeni pandemią, a mają odpowiedzialność za innych. Tak mówią badania i potwierdza mi się to w gabinecie. Najmniej chętni są ludzie z małych miejscowości, mniej przekonane są też kobiety.

Boimy się konsekwencji zdrowotnych szczepienia, nagłaśniane są przypadki powikłań, zatorowości – jak w przypadku Astra Zeneca i Johnson&Johnson – ale to są sprawy jednostkowe. Zwłaszcza jeśli zestawić je z zagrożeniem, jakie niesie sama choroba. Boimy się, że szczepionka jest nowa, że tak szybko powstała, że nie wiadomo, czy będzie skuteczna, czy nie trzeba jej będzie co rok powtarzać. A jednocześnie ci sami ludzie zamykają się na informacje dotyczące epidemii, nie śledzą doniesień, nie widzą realnych niebezpieczeństw. To przypomina mi sytuację, kiedy jest wojna, ogłaszają alarm, a ja wyłączam radio, które jest moim źródłem informacji o zagrożeniu. Tak bym to określiła. To chyba kwestia i zmęczenia przedłużającą się pandemią, i lęku, który wiadomości podsycają.

Jakie jest wyjście? Na razie chyba szczepienia to jedyna droga?
Nie mamy na COVID-19 póki co dostępnych skutecznych i przebadanych leków przeciwwirusowych. To zresztą dotyczy wielu chorób zakaźnych, choćby odry, świnki czy różyczki. Mam nadzieję, że jednak osoby niezdecydowane przy stałym przekazie medialnym i dostępności szczepień będą się szczepić. Naprawdę jedna rozmowa z osobą, która przeszła hospitalizację przez COVID-19, a teraz nie może wejść po schodach, może tu być argumentem decydującym.

Mówiła pani o naszych brakach w wykształceniu. Ale wszyscy znamy osoby po studiach, które deklarują, że się szczepić nie będą.
To nie jest łatwe. Myślę, że mechanizm działania szczepionek nie jest zrozumiały nawet dla części lekarzy. Szczepionki mRNA to nowy krok, choć ta technologia była już wykorzystywana w badaniach nad nowotworami, epidemia spowodowała jedynie przyspieszenie prac. Także procedur rejestracyjnych – to, co kiedyś trwało i trwało, teraz zostało załatwione w szybszym tempie. Strach przed epidemią zmobilizował rzesze urzędników i naukowców do działania dla dobra ludzkości. Motywacja była i jest silna.
Poza tym dziś, kiedy trwają szczepienia, wszystkie instytucje otwarte są na przyjmowanie każdego zgłoszenia dotyczącego NOP.
Może zadziałałoby też, gdyby rzeczywiście wprowadzono realne przywileje dla zaszczepionych. Tak jak dzieje się to w krajach, w których proces szczepień idzie szybciej niż u nas – jak Izrael czy Wielka Brytania. Sądzę, że u nas młodzi ludzie, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje czy nie mieć już ograniczeń w życiu codziennym, zdecydują się na szczepienie, nawet jeśli jeszcze parę miesięcy temu nie byli przekonani. Niedobrze natomiast, że my, lekarze, nie mamy tu jednolitego stanowiska.

Zdarza się podobno, że w szpitalach w mniejszych miejscowościach zaszczepione są pojedyncze osoby z personelu medycznego, zarówno wśród lekarzy, jak i pielęgniarek.
Tak, znam takie sytuacje. Cały czas słyszę: ja mam dobrą odporność, na pewno nie zachoruję, a nawet jeśli, przejdę to lekko. Tylko niestety absolutnie nie ma tu gwarancji.

Co pani wtedy odpowiada?
No właśnie: że nie ma gwarancji. Że jest pandemia i warunkiem powrotu do normalności jest wyszczepienie pewnego procenta populacji. I to dotyczy każdego z nas. A szczególnie tych, którzy mają codziennie kontakt z wieloma ludźmi, pracują w handlu, prowadzą restauracje, uczą w szkole, są lekarzami. Został napompowany lęk przed powikłaniami po szczepieniu. Ja mam wśród pacjentów dużą grupę zaszczepionych i nie wiedziałam jeszcze naprawdę poważnych powikłań poza bólem ręki czy gorączką, która po dniu czy dwóch mija. I jest na dobrą sprawę efektem pożądanym, bo to znak, że szczepionka zaczyna działać. Antyszczepionkowców się nie przekona, tylko straci się dużo energii, a efekt żaden. Powinniśmy walczyć o grupę niezdecydowanych.

Czyli rozmawiać, przekonywać?
Trzeba to robić. Wczoraj rozmawiałam z kuzynką, która nie chce się szczepić. Zrobiłam coś, czego pewnie nie powinnam – zapisałam ją na szczepienie. Ona się obraziła, bo jak ja tak mogłam. Powiedziałam jej, że ma telefon, może odwołać. Ale uważam, że ryzykuje. A ja chcę się jeszcze przez wiele lat móc z nią widywać i nią cieszyć. Wykształcona dziewczyna, a jest w niej ogromny lęk przed następstwami szczepionki, nie ma za to lęku przed następstwami choroby. Cały czas to samo przekonanie: że szczepionka jest gorsza niż choroba. Niemożliwe i nieprawdziwe. Mamy dziś tak wysokie wymagania stawiane szczepionkom, także tym na COVID-19, one też przeszły absolutnie wszystkie obowiązkowe badania i etapy. I cały czas są monitorowane. A mimo to cały czas jest też strach. A strach to silna i trudna emocja, nie jest łatwo z nią walczyć.

Można mieć nadzieję, że jednak powoli będzie się to zmieniać.
Jeszcze rok temu ja sama nie znałam nikogo, kto ciężko przechodził COVID-19 czy zmarł w wyniku tej choroby. Teraz codziennie rozmawiam z pacjentami, z których większość już kogoś straciła. Sąsiadkę, przyjaciółkę, ojca. To już nie jest abstrakcja. Ale może ten przedłużający się stres sprawia, że ludzie to wypierają. I wyłączają się. Nie słuchają o nalocie bombowym. Tak im wygodniej, w ten sposób czują się bardziej komfortowo. Jak znikły czerwone paski w telewizjach informacyjnych, to jakby choroby nie było. No nie, ona jest. I sieje spustoszenie. Liczba zmarłych straszna, a ciągle nie ma w społeczeństwie głębszej refleksji. Choć też w gabinecie widzę zmiany na lepsze. Ludzie, którzy jeszcze niedawno deklarowali, że nie będą się szczepić, dziś martwią się i narzekają, że muszą czekać na termin szczepienia. I jadą do Białegostoku czy Przasnysza, bo tam może być szybciej. Co, z drugiej strony, znaczy, że w Białymstoku czy Przasnyszu zbyt wielu chętnych na szczepienie nie ma…

Ludzie mówią, że kiedyś szczepionki były lepsze, bezpieczniejsze…
Jest dokładnie odwrotnie. Nie były tak dobrze oczyszczone, nie stawiano im tak wysokich wymagań jak dziś. Ja ze szczepionkami przecież pracuję na co dzień i wiem – jeśli jakaś partia jest podejrzana, natychmiast się ją wycofuje. Jeśli w przychodni jest awaria prądu i rozmrozi się lodówka, to cała zawartość tej lodówki idzie do utylizacji. Niestety, ludzie nie wierzą, że tak się dzieje.

Ktoś powiedział mi, że na COVID-19 się nie szczepi, bo szczepionka nieprzebadana. Nie to, co ta na polio.
Pierwsza szczepionka na polio, żywa, doustna, chroniła, ale było co do niej wiele zastrzeżeń. A mimo to była podawana. I zrobiła swoje. Myślę, że dziś trudno byłoby ją zarejestrować, o ile w ogóle by się to udało.
Mogę tylko apelować. Nawet jeśli jesteśmy zdrowi, odporni i zakładamy, że kiedy zachorujemy, nic poważnego się nie stanie, ale na przykład mamy w domu, sąsiedztwie, pracy chorego na nowotwór, w immunosupresji, albo osobę starszą, z osłabioną odpornością i przywleczemy jej COVID, to konsekwencje mogą być tragiczne.

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać.
Zadbajmy też o seniorów. Moim zdaniem wielu z nich nie zgłosiło się na szczepienia, bo nie mieli nikogo, kto im pomoże. Zapisze ich, zawiezie. Cyfryzacja idzie błyskawicznie do przodu, system szczepień jest na tym oparty, starsi ludzie często sobie z tym nie radzą, nie wiedzą, jak, nie potrafią „ogarnąć”, dzieci daleko, czasem za granicą. W ich przychodni nie ma punktu szczepień i czują się często bezradni. Warto im pomóc. Zapytać, zawieźć. Cały czas możemy to zrobić. Bardzo do tego zachęcam.

  1. Psychologia

10 strategii dla wypalonych rodziców

Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Bycie wypalonym rodzicem nie jest ani niczym rzadkim ani wstydliwym. Zdarza się i co najważniejsze można sobie z nim poradzić.

 

Źródło: Studio Psychologiczne Joanna Węglarz w ramach kampanii „Szkoła-od-nowa”

Roczna izolacja społeczna odbiła się na stanie psychicznym wszystkich. Ta trudna sytuacja szczególnie dotyka rodziców, którzy łącząc zdalną pracę zawodową z całodzienną opieką nad dziećmi i edukacją online - czują się wypaleni, przemęczeni i zrezygnowani. Jak temu zaradzić?

Nie ma jednego uniwersalnego schematu działania przy wypaleniu rodzicielskim, Bo co działa na jedną osobę, wcale nie musi być skuteczne dla drugiej. Czasem potrzeba zwrócić się o profesjonalną pomoc psychoterapeuty w innych sytuacjach wystarczy zadbać o siebie i zmienić destrukcyjne nawyki na nowe bardziej konstruktywne. Najważniejsze by w tym wypalaniu nie być samemu i by szukać wsparcia u innych ludzi.

  1. Zaakceptuj swoje uczucia i przestań się ich wstydzić - pamiętaj że masz prawo zarówno do radości jak i do złości, smutku, irytacji czy lęku. Możesz również mieć dość i marzyć o bezludnej wyspie. Wszystko co czujesz jest całkowicie naturalne i normalne.
  2. Zadbaj o swoje poczucie bezpieczeństwa i nie bój się prosić o pomoc – czasem potrzeba tu profesjonalnego wsparcia terapeuty, bywa również, że możesz zwrócić się do swoich bliskich lub wprost przeciwnie poszukać takich aktywności, wykonywanych w samotności, które pomogą Ci odzyskać spokój.
  3. Dbaj o zdrowy balans pomiędzy pracą i życiem rodzinnym – nie jest prawdą to w co wierzą niektórzy pracoholicy, że jeśli lubi się pracę to można skupiać się na niej przez większość czasu. Przesada raczej zawsze bywa zgubna, dlatego istotne jest by we wszystkim co robimy szukać umiaru.
  4. Naucz się odpuszczać - wybierz 1 dzień w tygodniu w którym pozwolisz na urlop od niektórych obowiązków. Warto czasem zjeść kanapki, mrożone pierogi czy zamówioną na wynos pizzę i spędzić miło dzień, niekiedy można odpuścić sprzątanie i poczytać książkę. Pamiętajmy, że to właśnie potrzeba perfekcjonizmu i krytyczne ocenianie samego siebie powoduje, że nie będziemy się wypalać.
  5. Pamiętaj o zdrowym egoizmie - zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
  6. Śmiej się i szukaj tego co daje ci radość - tego akurat najlepiej się uczyć od dzieci, które potrafią cieszyć się i śmiać z drobiazgów. Czy wiesz, że przedszkolak potrafi śmiać się nawet 300 razy na dzień? Może warto się tym zainspirować.
  7. Praktykuj wdzięczność - postaraj się każdego dnia znaleźć choć jedną rzecz, za którą możesz być wdzięczna/y. Warto uczyć takiego rytuału swoją rodzinę, szukać wspólnie tego dobrego co każdy z domowników doświadczył. Pamiętaj, że gdy zaczniesz skupiać się na pozytywach, Twój mózg zacznie je wychwytywać i zauważać.
  8. Stosuj metody relaksacyjne - warto zacząć od pogłębionego oddychania, pamiętając o tym by wdech i wydech robić nosem oraz starać się aktywizować przeponę. Drugą grupą technik, która może dać nam doskonałe efekty jest mindfulness czyli uważność – to pełna obecność czyli skupienie się na doświadczaniu chwili obecnej. Należy jednak pamiętać, że stosowanie metod relaksacyjnych to rodzaj nawyku, który warto pielęgnować bo to by uczyć swój organizm stanu odprężenia.
  9. Pielęgnuj swoje hobby – niestety wiele osób dorosłych nie ma hobby ponieważ praca i obowiązki domowe wypełniają ich kalendarz po brzegi. Ważne jest jednak aby mieć sposoby na relaks i spędzanie czasu wolnego. Idealnie jeśli uda się coś zrobić całą rodziną oraz by znaleźć coś co będzie przyjemne dla wszystkich domowników. Czasem dobrym pomysłem będzie rodzinny seans filmowy z popcornem, kiedy indziej wspólne gotowanie czy pieczenie, można również urządzić sobie szalone tańce do muzyki lub wybrać się do lasu na wyprawę w poszukiwaniu oznak wiosny.
  10. Pamiętaj, że nie musisz być idealnym rodzicem – dziecko potrzebuje nie rodzica, który nigdy się nie myli i jest niedoścignionym wzorem, ale opiekuna z krwi i kości, który popełnia błędy, bywa zmęczony i nie zawsze radzi sobie z emocjami, ale jest sobą dzięki czemu pokazuje jak akceptować siebie samego. Pamiętaj, że superbohaterowie najlepiej sprawdzają się w filmach czy w komiksach, w życiu lepiej radzą sobie niedoskonali i zwyczajni ludzie.

Czym jest wypalenie rodzicielskie?

Wypalenie zawodowe to termin dość powszechnie znany, nie wszyscy jednak wiedzą, że zjawisko wypalenia rodzicielskiego będzie miało analogiczny mechanizm oraz skutki. Wypalenie jest ściśle powiązane z przewlekłym stresem oraz sytuacją gdy sił i zasobów jest mniej niż potrzeb. Szczególnie to widać podczas pandemii, gdyż rodzice, pozbawieni pomocy dziadków, niań i szkoły, sami muszą dźwigać ciężar opieki nad dziećmi. Do tego dochodzi jeszcze własna praca zdalna, brak poczucia bezpieczeństwa finansowego i zdrowotnego, utrata lub ograniczenie możliwości rozwoju osobistego, a także izolacja społeczna.

Objawy wypalenia rodzicielskiego

Wypalenie rodzicielskie będzie odnosiło się do trzech obszarów

Sfery fizycznej – wypalenie i związany z nim przewlekły stres skutkować będą przemęczeniem i wyczerpaniem psychofizycznym. Sytuację pogarsza fakt, że w takiej sytuacji bardzo trudno się zregenerować i wypocząć. Powoduje to przewlekły stan braku energii i przytłoczenia obowiązkami. Z czasem, jeśli sytuacja się utrzymuje mogą pojawiać się kolejne objawy takie jak zaburzenia snu czy problem z apetytem, może pogorszyć się stan zdrowia w związku z obniżoną odpornością.

Sfery myślenia – pojawia się poczucie nieefektywności, braku bycia skutecznym i efektywnym rodzicem, uruchamiają się destrukcyjne skrypty poznawcze, które sprawiają, że rodzic zaczyna coraz negatywnie myśleć o sobie i o swoich kompetencjach rodzicielskich. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia, rodzic ma coraz mniej zaufania do siebie i coraz krytyczniej myśli o sobie.

Sfery emocji – często rozpoczyna się od wzmożonej drażliwości i pobudliwości, którą odczuwamy z błahych powodów oraz sytuacjach, które wcześniej nie rodziły takich uczuć. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia może pojawić się dystans emocjonalny w stosunku do dziecka, partnera a czasem i innych osób. Może pojawiać się silna potrzeba by zamknąć się w sobie i odizolować emocjonalne od bliskich. Niestety z tym wiąże się również błędne koło poczucia winy. Wypalony rodzic, u którego pojawiają się trudne emocje, czuje się winny ponieważ uważa, że pewnych rzeczy nie powinien czuć. To z kolei znów nasila wypalenie i koło się zamyka.

Skąd bierze się wypalenie rodzicielskie?

W marcu 2020 zakończono ponad dwuletni projekt badawczy, w którym zebrano dane od ponad 17 tysięcy rodziców (głownie mam). Wyniki były jednoznaczne: kraje zachowanie oraz rodziny mające mało dzieci są najsilniej dotknięte problemem wypalenia rodzicielskiego. Niestety kultura indywidualizmu i perfekcjonizmu oraz osłabienie więzi społecznych może nasilać to zjawisko. Niestety badania pokazały, że Polska i Stany Zjednoczone to kraje, w których odsetek wypalonych rodziców jest najwyższy i oszacowano go na 8%. Pandemia i związany z nią stres bez wątpienia zwielokrotniły te dane.

Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.

  1. Zdrowie

Trening medyczny - bezpieczny sposób na walkę ze skutkami pandemii bezruchu

dr n.med. Konrad Słynarski, chirurg ortopeda, właściciel Kliniki Chirurgii Kolana w Warszawie.
dr n.med. Konrad Słynarski, chirurg ortopeda, właściciel Kliniki Chirurgii Kolana w Warszawie.
Jak „domowy tryb życia”, do którego zmusiła nas pandemia, wpłynął na nasze zdrowie? Sytuacja zmieniła również nasze sportowe nawyki. O tym, z jakimi problemami fizycznymi obecnie się zmagamy, oraz o pandemii bezruchu porozmawialiśmy z dr n.med. Konradem Słynarskim, chirurgiem ortopedą, właścicielem Kliniki Chirurgii Kolana w Warszawie.

Jak pandemia wpłynęła na naszą aktywność? Dr n.med. Konrad Słynarski: Pandemii, z którą żyjemy już od ponad roku towarzyszy pandemia bezruchu. Wiele osób z oczywistych względów nie mogło uprawiać sportu i być aktywnym. Byli zmuszeni do tego, żeby siedzieć w domu. Wiadomo, że nie zawsze warunki domowe są odpowiednie żeby uprawiać sport.

Co spowodowała ta pandemia bezruchu? Dr n.med. Konrad Słynarski: Na początku pandemii wielu moich pacjentów bało się do nas przychodzić na rehabilitację i zaprzestało ćwiczeń. To spowodowało wiele problemów, z którymi do dzisiaj musimy walczyć. Zaprzestanie ruchu, zaprzestanie ćwiczeń rehabilitacyjnych powoduje bardzo poważne konsekwencje. Niedawno wpadła mi w ręce bardzo ciekawa publikacja, która pokazuje, że ograniczenie dostępu do opieki ortopedów i rehabilitantów będą najpoważniejszą konsekwencją, z jaką będzie musiała zmierzyć się cywilizacja po pandemii. Wiem, że to zabrzmi zaskakująco, ale konsekwencje braku leczenia ortopedycznego mogą w perspektywie wielu lat spowodować większe konsekwencje niż brak dostępności kardiologa, onkologa.

Czy do kliniki zgłasza się teraz więcej pacjentów? Dr n.med. Konrad Słynarski: Kiedy po pierwszy lockdownie siłownie zostały ponownie otwarte oraz przywrócono możliwość uprawiania sportu z początkiem ubiegłego lata też zauważyliśmy problemy. Choć nasz umysł pamięta naszą sprawność, to nasze ciało bardzo szybko jej zapomina. Dlatego bardzo ważne jest, by przed podjęciem ponownej aktywności fizycznej, jeżeli byliśmy zamknięci przez jakiś czas, tym bardziej jeżeli przebyliśmy infekcję i nasz organizm jest słaby, bardzo ważne jest by odpowiednio się do tego przygotować. My zalecamy odpowiednie przygotowanie. Należy powracać do aktywności stopniowo. Wsłuchujmy się w organizm, w stawy, w ból. Jeżeli mamy jakieś problemy nie bagatelizujmy. Ważne jest, by nie odkładać  leczenia na później, a zacząć działać od razu. Czasami nawet banalne sygnały mogą oznaczać poważne problemy. Do naszej Kliniki zgłaszają się osoby z typowymi urazami związanymi z zaprzestaniem ruchu np. zerwanie ścięgna Achillesa, mięśni. Wrócili do nas pacjenci, którzy przerwali rehabilitację i mieli z tego powodu poważne problemy. Czasami bardzo ciężko jest odzyskać kilka straconych miesięcy.

Dlaczego ruch jest tak istotnym elementem naszego życia? Dr n.med. Konrad Słynarski: Ruch wpływa na zmniejszenie rozwoju chorób układu krążenia, zmniejsza ryzyko wystąpienia nowotworów. Istnieje bezpośrednia korelacja między aktywnością fizyczną a długością życia. W związku z czym te konsekwencje bezruchu przyjdą do nas jeszcze w ciągu najbliższych lat.

Jak możemy temu przeciwdziałać? Dr n.med. Konrad Słynarski: My z moim zespołem cały czas pracujemy i staramy się pomagać naszym pacjentom. Prowadzimy rehabilitację i treningi medyczne, dzięki którym pacjenci mogą korygować problemy. Przypomnę tylko, że treningi medyczne pomimo obowiązujących obostrzeń są dozwolone, ponieważ jest to forma terapii. Trening medyczny jest połączeniem treningu personalnego oraz fizjoterapii. Zajęcia dedykowane są wszystkim tym, którzy chcą bezpiecznie powrócić do pełnej formy. W naszej klinice prowadzimy również takie zajęcia.

  1. Psychologia

Dajmon - potencjał, który dusza pragnie ujawnić

Zdaniem znanego psychologa, James'a Hillman'a, wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. (fot. iStock)
Zdaniem znanego psychologa, James'a Hillman'a, wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. (fot. iStock)
Kiedy świat rzuca kłody pod nogi, myślimy zwykle, że jest w nas jakiś defekt. Skupiamy się na docieraniu do traum i ich leczeniu. Psycholog James Hillman twierdzi, że powinniśmy zrobić coś innego. Odzyskać świadomość powołania, powodu, dla którego żyjemy.

Kiedy byłam mała, moja matka...”, „Miałam 10  lat, kiedy mój ojciec”... Zazwyczaj postrzegamy życie przez pryzmat tego, co nas dotychczas spotkało. A gdyby tak przyjąć, że na nasze życie większy wpływ niż dawne dramaty ma przyszłość, cel? Przenieść uwagę na to, kim mamy się stać? Taką śmiałą tezę postawił (zmarły przed laty) amerykański psycholog James Hillman.

On sam stał się wybitnym badaczem, twórcą psychologii archetypowej i oryginalnej teorii żołędzia, autorem bestsellerowych książek (m.in. „Kod duszy”). No i swego rodzaju heretykiem psychologii. Otwarcie polemizował z tymi, którzy gloryfikują dawne traumy. Chcą za wszelką cenę je uzdrowić, więc wciąż się na nich skupiają. Uważają, że skoro mieli tzw. toksycznego rodzica, są gorsi, wymagają naprawy. Tak naprawdę chodzi nie tylko o psychologię, ale o konwencjonalne postrzeganie życiorysu, które sprawia, że nasze „tu i teraz” jest zdeterminowane przez przeszłość. Hillman rzucił wyzwanie takiemu podejściu. Utrzymuje, że nasze życie nie jest określone przez dzieciństwo, tylko przez sposób, w jaki o nim myślimy i mówimy.

Więc jakby to było, gdyby porzucić destrukcyjne mity? Odwrócić przyjęty porządek rzeczy? Ujrzeć swoje życie jako już spełnione i dzięki temu rozpoznać właściwy kierunek? „Jeśli jakaś fantazja trzyma naszą współczesną cywilizację w żelaznym uchwycie, to ta, która głosi, że wszyscy jesteśmy dziećmi naszych rodziców i kluczowym czynnikiem decydującym o naszym losie jest zachowanie naszej matki czy ojca” – grzmi Hillman. Jego zdaniem psychologia rozwojowa zjada własny ogon: przyczynia się do pogłębiania trudnych emocji w rodzicach, dzieciach, terapeutach... Nawołuje, by porzucić mentalność ofiary. Przestać skupiać się na przeszłości, a zacząć szukać swojego przeznaczenia.

Dajmon, czyli powołanie

„Przed państwem następny uczestnik, młoda dama nazwiskiem Ella Fitzgerald... Panna Fitzgerald zatańczy przed nami... Chwileczkę, chwileczkę. Co się stało, skarbie...? Proszę państwa, drobna korekta. Panna Fitzgerald zmieniła zdanie. Nie będzie tańczyć, lecz zaśpiewa...”. To wydarzenie miało miejsce podczas Wieczoru Amatorów w Harlem Opera House w Nowym Jorku. Ella Fitzgerald miała wtedy 16 lat. Po wykonaniu piosenki trzy razy bisowała. Wygrała. Co sprawiło, że przed występem w ostatniej chwili zmieniła zdanie? – pyta Hillman. Czyżby doznała czegoś w rodzaju objawienia, że to śpiew jest jej przeznaczeniem? Czy to był ten moment, kiedy do głosu (dosłownie!) doszedł dajmon?

Ukuta przez Hillmana teoria żołędzia zakłada, że każdy z nas od początku nosi w sobie coś unikalnego. Coś, co „pragnie się ujawnić i zostać w pełni przeżyte”. Żołądź to zarodek dębu, zawiera całą jego esencję. My też rodzimy się z danym nam z góry potencjałem, rodzajem powołania. Można je ignorować, unikać go – wcześniej czy później i tak upomni się o swoje. To powołanie Rzymianie nazywali geniuszem (genius), a starożytni Grecy dajmonem. Platon uważał, że każdy z nas przychodzi na świat wezwany. A reprezentujący późny platonizm Plotyn – że sami wybraliśmy sobie rodziców, ciało i okoliczności, w jakich się urodziliśmy. Jeśli przyjąć optykę Hillmana, tych wyborów dokonuje dajmon. Autor „Kodu duszy” upodobał sobie ten termin, choć chętnie używa też takich, jak los, charakter, dusza, powołanie, przeznaczenie. W każdym razie dla Hillmana liczą się tajemnica i mit. Wizja kreująca ludzki los. W tym ujęciu czynnikiem uzdrawiającym jest po prostu sens życia.

To, co mówi Amerykanin, nie jest bynajmniej nowe. Tyle że Hillman przedstawia swoje teorie jako badacz, psycholog. Notabene uczeń Junga, choć nieortodoksyjny. Ukształtowany w duchu psychoanalizy, nawołuje: przestań analizować to, co minione! Zwróć się do wnętrza i znajdź tam prawdę o sobie. Pyta: dlaczego psychologia nie miałaby zajmować się w swoim głównym nurcie tym, co kiedyś nazywano opatrznością? Twierdzi, że „żołądź widzi, wie, przynagla i nakłania”. To on stoi za nagłymi porywami serca, ale też za frustracją i tęsknotą. Wyposaża nas w uczucie wyjątkowości. Opiekuje się nami, prowadzi... To za jego sprawą – uważa Hillman – małe dzieci ni stąd, ni zowąd prezentują światu swoją wyjątkowość.

Wiedzieć, czego się chce…

W książce „Kod duszy” James Hillman przytacza różne przykłady działania dajmona. Mówi, że niektóre dzieci pod jego wpływem odważnie wychodzą do świata, jak choćby mały Mozart (korzystając zazwyczaj z pomocy mentora), podczas gdy inne próbują mu się opierać. Światowej klasy skrzypek Yehudi Menuhin zażyczył sobie skrzypce już na czwarte urodziny. I dostał – blaszane, dla dzieci. Wybuchnął płaczem, rzucił nimi z wściekłością o podłogę. Interesował go prawdziwy instrument, nie zabawka! Tak jak Menuhin od początku wiedział, czego chce, francuska pisarka Sidonie-Gabrielle Colette wiedziała, czego nie chce. Jako dziecko, z uporem godnym lepszej sprawy, odmawiała nauki pisania. A jednocześnie od początku wykazywała fascynację narzędziami związanymi z jej powołaniem. Gromadziła bibułę, różnokolorowe ołówki, kałamarze, obsadki ze stalówkami w różnych rozmiarach... Wycofana, obserwowała literackie próby ojca. Hillman mówi, że „jej przeznaczenie przyglądało się światu i czekało”. Ona sama – że te opory uchroniły ją przed literackim falstartem. Jakby musiała najpierw nasiąknąć atmosferą, która potem przeniknęła jej powieści (w dużej mierze autobiograficzne).

Na początku jest wizja. Ledwie wyczuwalna, z czasem zaczyna napierać. Upomina się, by zostać urzeczywistniona. Gdyby tak – zamiast studiować historię choroby – psychologowie umieli odczytać historię człowieka, rozpoznać jego dajmona! – wzdycha Hillman. Dajmon chce być widziany i podziwiany. Dlatego tak ważne jest bezwarunkowe uznanie własnego geniuszu. Często takie uznanie przychodzi od innych osób. To rola nauczycieli, mentorów, wychowawców. Może to być też jakaś szalona ciotka, ekscentryczny sąsiad. Ktoś nietuzinkowy. Ktoś, kto przejawia w swoim zachowaniu nieskrępowaną fantazję. Kto w nas wierzy. Zdaniem Hillmana rodzice mają wobec dzieci inne zadania (związane z wykarmieniem, opieką) i nie można wymagać, by przejrzeli je na wylot. Ważne, by zostawili uchylone drzwi dla dajmona dziecka, a przynajmniej tolerowali jego pasję. Żeby pamiętali, że ulubiona zabawa malucha to jego przyszły zawód.

Kontakt ze światem

Jak przystało na naukowca, James Hillman nie był medialną postacią. Jego występ w „Ophray Winfrey Show” w 1996 roku nie należał do szczególnie błyskotliwych. A mimo to psycholog dostał po tym programie wiele listów z podziękowaniami. Ludzie uznali jego teorię za przełomową. Pisali, że wreszcie czują ulgę. Że to takie wyzwalające... Wcześniej tkwili uwięzieni w schematach, wspomnieniach. Rodzice usłyszeli, że mogą przestać się zadręczać poczuciem winy wobec dzieci. Dorosłe dzieci – że życie jest w ich rękach.

„Im bardziej jestem przeświadczony o tym, że moja natura pochodzi od moich rodziców, tym mniej jestem otwarty na inspirujący wpływ wszystkiego, co znajduje się wokół mnie” – przekonuje Hillman. Więc jeszcze raz: wyjdź z domu rodziców, do świata. To on jest twoim prawdziwym domem!

Żeby odzyskać głęboki kontakt ze światem, w pewnym sensie „wzrastamy w dół”, w świat materii. Taka jest droga żołędzia. Przychodzimy na świat głową w dół, żeby z czasem stanąć na własnych nogach. Angażujemy się w sprawy tego świata, wchodzimy z nim w interakcje. Niektórzy chcą być zauważeni tak bardzo, że ich relacja z dajmonem staje się dysfunkcyjna. Starają się zrealizować za wszelką cenę jego wizję, nie licząc się z nikim i niczym. Co się wtedy dzieje? W człowieku zaczyna kiełkować ziarno megalomanii. Hillman nazywa je wręcz „złym nasieniem” (tak też tytułuje cały obszerny rozdział swojej książki, poświęcony Hitlerowi). Dajmon, który pokazuje swoją mroczną stronę, staje się siłą destrukcyjną. Demonem.

A co z tzw. nijakością? Według Hillmana każdy wyposażony jest w dajmona. Nawet osoby, które postrzegamy jako całkiem przeciętne. Wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. Wszyscy jesteśmy „wezwani” – dajmon pomaga przekraczać ustalone granice. Na przekór społecznym uwarunkowaniom, przyczynowości i genetyce. Czy choćby tak cenionemu tu i ówdzie zdrowemu rozsądkowi.

W praktyce…

No cóż, teorię żołędzia trudno praktykować. To teoria... Hillman nie podpowiada, co z nią zrobić. „Nigdy nie napisałem nic, co byłoby chociaż trochę praktyczne” – wyznawał z niekłamaną dumą w wywiadach. Zgodnie z własnymi deklaracjami chce raczej inspirować, „rewolucjonizować” i ekscytować.

Zdaniem Hillmana to, jak wyobrażasz sobie życie, ma ogromny wpływ na wiele rzeczy. Choćby na to, jak wychowujesz dzieci. Jak reagujesz na różne symptomy czy okoliczności. Wreszcie – jak radzisz sobie ze starzeniem się czy nieuchronnością śmierci.

Jak więc wyobrażasz sobie swoje życie? Czy gotowa jesteś przyjąć, że sama je wybrałaś? Dlaczego właśnie takie, dlaczego tu, dlaczego z tymi ludźmi? Jakie jakości i umiejętności pozwoli ci przejawiać? Czego potrzebuje twój dajmon? Jak może to dostać? Czy jesteś gotowa mu to dać? Czy jesteś gotowa dać to światu, sobie?

Jeden z nauczycieli niedualizmu, Adyashanti (wbrew imieniu rodak Hillmana) proponuje takie ćwiczenie: przez tydzień wyobrażaj sobie, że jesteś tu z własnego wyboru, z powodu miłości, jaką chciałaś wnieść do tego świata. I na wszelki wypadek dodaje: „Nie twierdzę, że tak jest, po prostu sprawdź, jak się z tym czujesz”.