1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Jeśli podczas zwyczajnej rozmowy nagle serce zaczyna ci kołatać albo czujesz mdłości, czy jest to znak, że dzieje się coś złego? Twój rozum nie dostrzega zagrożenia, ale widzi je ciało? Czy ono wie coś, o czym umysł nie ma pojęcia? Czym jest ta mądrość ciała – jeśli istnieje – i jakie znaczenie ma dla niej duchowość – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Podczas trudnej rozmowy z przyjaciółką wsłuchałam się w to, co płynęło z mojego ciała. Było spokojne. Pomyślałam więc, że to, co słyszę, jest prawdą. Oparłam się na tzw. mądrości ciała. Czy to miało sens?
To przejaw idealizacji ciała. Uznajemy ciało za depozytariusza mądrości, prawdy, a nawet sumienia, by przeciwstawić je skołatanej i zagubionej głowie. Jazgotowi sprzecznych myśli i poglądów. To na swój sposób miłe, czasami pomocne, ale jednak tylko symboliczne uproszczenie. Bo jak się bliżej przyjrzeć temu, co się z ciałem dzieje w takich sytuacjach, to zobaczymy, że ono tylko przepisuje nasze mentalne i emocjonalne konflikty na odczuwalne sygnały. Szczególnie te konflikty, które wyrzucamy poza obręb świadomości. A więc jeśli nauczymy się trafnie odczytywać sygnały płynące z ciała, staną się one źródłem informacji o nieuświadomionym konflikcie, dyskomforcie, niechęci itp. Sygnały te mogą mieć postać np. kołatania serca, mdłości, duszności czy bólu głowy.

Mówisz o moim konflikcie, a ja myślałam, że ciało sygnalizuje konflikt, jaki przeżywa mój rozmówca, udając na przykład sympatię. Mam kłopot z połapaniem się, o co innym chodzi, więc pytam ciało: czy ta osoba jest mi życzliwa, czy nie?
To też się może zdarzyć. Jeśli jesteśmy bardziej świadomi od osoby, z którą wchodzimy w interakcję, a ona wypiera ze swojej świadomości – czyli nie chce się sama przed sobą przyznać do jakiegoś uczucia czy pragnienia – to możemy w języku doznań ciała i związanych z tym emocji przeżywać to, czego ona nie chce wiedzieć o sobie. Jeśli umówiliśmy się na kawę z kimś, kto jest zagniewany i sfrustrowany, ale nie dopuszcza tego do świadomości, to po jakimś czasie, nie mając do tego powodów, zaczynamy czuć się zagniewani i sfrustrowani. Sami się sobie dziwimy i odbieramy ten stan jako nie nasz, jakby narzucony z zewnątrz. To się nazywa identyfikacja projekcyjna. Jeśli w danej sytuacji nasze ciało milczy albo nadaje sygnały dobrego samopoczucia, to znaczy, że umysł niczego przed sobą nie ukrywa, nie przeżywa nieuświadomionych konfliktów ani wątpliwości. To znaczy także, że nie odbiera sygnałów zagrożenia z instynktownej obserwacji języka ciała, wyrazu oczu, tonu głosu, sposobu oddychania tej drugiej istoty. Ale to nie ciało, tylko umysł czyta i analizuje, tyle że poza naszym świadomym podglądem, i tłumaczy je na język ciała. Tak więc w wielu sytuacjach ciało odgrywa rolę rzecznika podświadomości, która używa języka doznań jako feedbacku – informacji zwrotnej – dla świadomej części naszego umysłu.

W baśniowej metaforze można to opisać tak: królowa Świadomość nie radziła sobie z zarządzaniem odziedziczonym po przodkach, bogatym i pięknym królestwem noszącym nazwę Życie. Postanowiła więc zatrudnić doradczynię, która cieszyła się świetną reputacją i nazywała Podświadomość. Jednak to nie załatwiło problemu. Zatrudniona Podświadomość – mimo że była kuzynką królowej – używała bowiem języka dla niej niezrozumiałego. A też często nic nie mówiła, tylko wymownie patrzyła na królową albo wymownie nie patrzyła. Świadomość rozpuściła więc wieści, że szuka tłumacza, by jej to, co Podświadomość przekazuje swoim językiem i milczeniem, wyjaśniał. Wiele czasu upłynęło i królowa już traciła nadzieję, gdy w końcu przed jej obliczem stanęła zmysłowa, niesforna i trochę dziecinna kobieta o imieniu Ciało, która bez wahania podjęła się roli tłumaczki. Od tej pory królowa wiedziała, że jeśli Ciało miało mdłości, gdy królowa zabierała się do podpisywania jakiegoś traktatu, to absolutnie nie należało go podpisywać. Że był to wyraz dezaprobaty Podświadomości, która miała dostęp do tajnych danych wywiadowczych i do prastarych archiwów. Podobnie gdy królowa Świadomość postanawiała zaprosić jakiegoś rycerza albo dworzanina – w ramach nagrody za wierną służbę – do swojej łożnicy, bacznie wsłuchiwała się w niezbędną tłumaczkę Ciało i gdy ta informowała ją o ciężarze na sercu i zaciśniętym kroczu, to Królowa odsyłała delikwenta. I tak dzięki dobrze układającej się współpracy wielkiej trójki w królestwie Życie zapanowały harmonia, dobrobyt i spokój.

Krótko mówiąc: jeśli między naszą świadomością i podświadomością pojawia się konflikt, to podświadomość wysyła do świadomości sygnał, używając do tego języka ciała. Wtedy w jakimś miejscu odczuwamy dyskomfort.

Czy to, w którym miejscu odczuwamy ów dyskomfort, ma znaczenie dla zrozumienia przekazu naszej podświadomości?
Każda przestrzeń ciała poprzez swoją funkcję specjalizuje się w dostarczaniu świadomości pewnego rodzaju doznań i emocji. (Szczegółowo mówiliśmy o tym w poprzednich wywiadach). Miednica specjalizuje się w dostarczaniu informacji o potrzebach seksualnych i preferencjach dotyczących np. doboru partnerów. Obszar splotu słonecznego i przepony specjalizuje się w motywacji w dążeniu do celu i poziomie niepokoju, frustracji z tym związanych oraz w budowaniu swojej popularności i wpływie wywieranym na innych. Obszar serca dostarcza świadomości informacji o konfliktach emocji i sumienia. Gardło informuje o poziomie wstydu i rozpaczy. Plecy i kręgosłup o przeciążeniach związanych z odpowiedzialnością. Nogi o zagrożeniu poczucia wolności i autonomii. Ręce o motywacji do działania, o bezradności i sprawczości. Bywają jednak duże różnice indywidualne. Każdy ma po części swój własny język ciała.

Na pewnej wymuszonej randce skręciłam nogę i ona boli mnie w podobnych sytuacjach od wielu lat.
To właśnie przykład mechanizmu różnicowania i indywidualizowania języka ciała. Gdy w jakiejś przestrzeni ciała nastąpi doświadczenie silnego bólu, zranienia, traumy, to ponowne zranienie przypomina cały kontekst sytuacji pierwotnego zranienia, a to powoduje podobne do pierwotnych objawy. Na tej samej zasadzie u różnych osób w różnych miejscach ciała może się pojawiać informacja o zamiecionym pod dywan podświadomości konflikcie wewnętrznym.

A kiedy serce łomocze?
Gdy serce łomocze, to zazwyczaj chodzi o zagrożenie i związaną z nim mobilizację organizmu. Może być też tak, że walczą w umyśle dwie konkurencyjne interpretacje sytuacji, w jakiej się znajdujesz, np. „jest fajnie – zostaję” i „jest okropnie – uciekam”. Konflikt sprawia, że serce łomocze. Postępujemy ze sobą tak, jakbyśmy jednocześnie dodawali w samochodzie gazu i wciskali hamulec.

To co w takiej sytuacji robić?
Zarejestrować, co się dzieje. Na przykład: „Podczas rozmowy z tym facetem dziwnie wali mi serce. O co chodzi?”. Ciało, oczywiście, nie odpowie, ono tylko nada sygnał, że coś jest nie tak, że jest jakiś konflikt, że dzieje się coś, z czego sobie nie zdajemy sprawy. To doinformowany umysł musi rozstrzygnąć: czy ten mężczyzna budzi lęk, czy pożądanie. Dobrą metodą jest dokonanie wyobrażeniowej próby obu sytuacji. I ta, w której będzie więcej energii i przekonania, to trafna odpowiedź na pytanie: o co chodzi?

Co mogłoby to jeszcze być? Te dwie interpretacje kołaczącego serca wydają się jedyne.
Serce może walić także z powodu konfliktu sumienia związanego z tym mężczyzną, z tą sytuacją. Może coś przed nim ukrywasz? Albo boisz się, że on coś ukrywa? Wiele różnych sytuacji uzasadnia bicie serca. Jeśli mamy zdolność do głębokiej i szczerej autoanalizy, to sami sobie poradzimy. W przeciwnym razie warto pójść do pracującego z ciałem psychoterapeuty. Bo łatwo tu się pomylić.

Jak można się pomylić?
Jeśli w sytuacji niemającej nic wspólnego z erotyką czy z seksem odczuwamy nagle silne podniecenie, to wcale nie znaczy, że chodzi o seks. Skojarzenie może być odległe i zapośredniczone. Gdy młoda dziewczyna doświadczała zakazanych i wypieranych ze świadomości pragnień seksualnych związanych z nieuwodzącym, opiekuńczym ojcem, to gdy w dorosłym życiu spotka mężczyznę, który podobnie jak ojciec opiekuńczo i ciepło zachowa się wobec niej, może odczuć niezrozumiałe dla niej podniecenie. Czyli kontekst sytuacyjny sprawi, że uruchomią się stare wypierane uczucia i pragnienia. Ciało reaguje zgodnie z tym, co twój podświadomy umysł pamięta.

To, co mówisz, świadczy o tym, że terapia zorientowana na ciało, o której w tym roku opowiadałeś, najtrafniej pozwala poznać siebie.
Niestety, jeszcze niewielu ludzi rozumie i praktykuje psychoterapię, używając ciała jako medium. Nikt nas tego nie uczy, więc nie ma tego w naszej kulturze. I jak coś się dzieje z ciałem, to idziemy do lekarza, a ten daje nam lekarstwo, po którym niepokojący objaw mija. Ale z punktu widzenia psychologii ciała objaw jest po to, aby skłonić świadomość do poszukiwania prawdziwych przyczyn. Bo zgodnie z tą koncepcją choroba jest spowodowana konfliktem lub traumą na poziomie emocji i umysłu. Aby naprawdę wyzdrowieć, trzeba znaleźć ten konflikt i go rozwiązać. Jeśli skoncentrujemy się na likwidacji objawu – zgubimy trop.

Jakie inne stany umysłu mogą jeszcze szkodzić ciału?
Podstawowy konflikt, który większość z nas przeżywa nieświadomie, to konflikt między tzw. małym umysłem, czyli ego, i dużym umysłem, czyli duchem. Konflikt ten bywa brzemienny w skutki, ale jest przez nas nieuświadamiany, ponieważ ego tak się panoszy, że przykrywa ducha. Doświadczamy wtedy jakichś uporczywych, ale niespecyficznych i trudnych do odczytania objawów na poziomie ciała, których lekarze nie są w stanie powiązać z zaburzeniem jego funkcji czy struktury. Czasami takie objawy nazywamy chorobą duszy.

Czyli ciało nie ma swojej mądrości, nie kombinuje po swojemu?
Nawet nie możemy być pewni, że sfera instynktów pozostaje w pełni niezależna od treści świadomości i podświadomości. Doświadczenia psychoterapeutów ciała, a także hipnotyzerów, mistyków, a ostatnio fizyków kwantowych świadczą raczej o tym, że ciało i umysł nie są odrębnymi bytami, które pozostają ze sobą w jakiejś częściowej i niejasnej relacji, lecz podobnie jak energia i materia – dwoma sposobami przejawiania się tego samego. Z tego punktu widzenia zarówno materializm uznający, że świadomość i duch są funkcjami wysoko zorganizowanej materii, jak i spirytualizm, uznający materię za emanację świadomości lub ducha, są w błędzie. Nie ma podstaw do traktowania ciała jako niezależnej od umysłu przestrzeni, gdzie tylko biologiczne i chemiczne oddziaływania mają sens. Patrzmy więc na ciało i umysł jak na dwie strony tego samego medalu. Wprawdzie jeszcze nie wiemy, z czego zrobiony jest ten medal, ale dla naszych rozważań nie ma to takiego znaczenia. Zajmiemy się tym w następnym cyklu.

Skoro ciało i umysł to dwie strony medalu, to jaki stan umysłu najbardziej szkodzi ciału
? Gdy mały umysł ego zaczyna walczyć z ciałem albo je ignoruje i nadużywa. Podejmuje skrajne decyzje, takie jak na przykład: „seks jest najważniejszy” albo „żadnego seksu”, albo „będę palić, pić i objadać się”, albo „ będę jeść ziarnko ryżu dziennie”. Tego typu decyzje to aberracje niepoukładanego ego, które nie może znaleźć ani umiaru, ani kontaktu z ciałem. W rezultacie ciało nadużywane w służbie ego prędzej czy później zachoruje, aby przywołać ego do porządku. Ciału więc pomaga temperowanie ego. Czyli psychoterapia, psychologiczna praca z ciałem, medytacja i inne zaawansowane praktyki duchowe. Ego jest fałszywym królem, więc im mniej ego, tym lepiej dla ciała. Im mniej ego, tym więcej ducha, a z duchem ciało nie ma kłopotu, bo duch widzi rzeczy takimi, jakimi są, i od niczego się nie oddziela. Nie ma więc żadnych konfliktów ani napięć. Wtedy ciało może wreszcie odpocząć od szalonego jeźdźca uzurpatora i realizować swój potencjał w spokoju.

Uważa się, że potrzeby ciała przeszkadzają w rozwoju duchowym, i to umysł musi je tonować.
Ciało jest w naszej kulturze ofiarą ego, które przypisuje mu własne aberracje. Król uzurpator o imieniu Ego, aby ukryć swoją niekompetencję i szaleństwo, znalazł w ciele kozła ofiarnego. Wygodnie jest sądzić, że to nie ja, tylko moje nieme ciało jest siedliskiem zła, zwierzęcych, nieokiełznanych popędów i agresji oraz wynaturzonej seksualności. Ale w istocie to ego wynaturza naturalne potrzeby ciała.

Św. Paweł mówił o ościeniu, z którym żył, zapewne to metafora pożądania, ale też dodawał, że to miejsce siły i spotkania z Bogiem, czyli rozwoju duchowego.
To wszytko prawda, tylko ja bym tego ościenia nie umieszczał w Bogu ducha winnym ciele.

No dobrze. To pójdziemy w stronę duchowości również po to, aby nasze ciała mogły wreszcie odpocząć.
I zachować zdrowie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Psychologia

Świadomy sen - na czym polega oneironautyka?

Świadome śnienie - tę sztukę, podobno, może opanować każdy. (fot. iStock)
Świadome śnienie - tę sztukę, podobno, może opanować każdy. (fot. iStock)
Fascynaci świadomego śnienia (Lucid Dreaming) przekonują, że to nie tylko świetna rozrywka i źródło kreatywności, ale też narzędzie terapeutyczne. To tak, jakbyś grała w ekscytującą grę o twoim życiu, do której na dodatek sama napisałaś scenariusz.

Fascynaci świadomego śnienia (Lucid Dreaming) przekonują, że to nie tylko świetna rozrywka i źródło kreatywności, ale też narzędzie terapeutyczne. To tak, jakbyś mając świadomy sen grała w ekscytującą grę o twoim życiu, do której na dodatek sama napisałaś scenariusz.

Świadomy sen - podróż do wnętrza umysłu

Kim są oneironauci? Ludźmi, którzy poszerzają możliwości swojego umysłu i odkrywają nowe światy, żeglując po morzu własnych snów. Pewnie nieraz słyszałaś o tym, że ktoś obudził się rano z pomysłem na nowy biznes lub we śnie znalazł rozwiązanie dręczącego go problemu. Może sama doświadczyłaś sytuacji, w której podczas nocnego koszmaru – nie budząc się – uniknęłaś upadku w przepaść, zdając sobie sprawę, że to „tylko sen”, więc możesz mieć wpływ na jego przebieg. W skrócie – o to właśnie chodzi w świadomym śnieniu. To zjawisko było istotnym elementem filmów „Vanilia Sky” z Tomem Cruisem, „Zaginionej autostrady” Davida Lyncha czy słynnej „Incepcji”. Ale najwięcej świadomym snom zawdzięcza „Avatar”. Jego reżyser, James Cameron, wpadł na pomysł scenariusza właśnie podczas sesji świadomego śnienia.

Świadomy sen, czyli Lucid Dream, to stan, podczas którego masz świadomość, że śnisz, co z kolei sprawia, że możesz sama sterować tym, co się dzieje. Jedynym, co cię ogranicza, jest twoja wyobraźnia i zablokowany umysł. Jeśli go otworzysz, będziesz w stanie zrobić wszystko. Odwiedzać dalekie kraje, przeżywać niesamowite przygody, a nawet latać… Oczywiście we śnie, ale realizm doznań – zbliżony do tych z prawdziwego świata – oraz wrażenie ogromnego relaksu, a jednocześnie doładowania akumulatorów, z jakim z takiego snu się budzisz – sprawi, że będziesz chciała spróbować tego naprawdę.

Shachar Caspi, nauczyciel medytacji, trener rozwoju, przekonuje, że każdy może opanować umiejętność oneironautyki, wystarczy trochę poćwiczyć.

Więcej informacji na temat świadomego śnienia w artykule: Terapia snem - jakie korzyści daje świadome śnienie?

Świadomy sen - czy zawsze jest bezpieczny?

Zachowaj zdrową granicę - radzi Justyna Matkowska, psycholożka, psychoterapeuta: Autoterapia świadomym śnieniem może rodzić pewne ryzyko. Na przykład dekompensacji, czyli zatracenia granic między tym, co realne, a tym, co nierzeczywiste. Zagubienie się w świecie marzeń, przekonanie o tym, że rzeczywistość jest nieprawdziwa, wypieranie jej. Na to zjawisko szczególnie narażone są osoby, które nie mają mocnej struktury ego – zbudowanego ja. Bez silnych, własnych granic można się w świadomym śnieniu zatracić.

Jak zachować zdrową granicę? Trzeba być mocno osadzonym w realiach życia, bez względu na to, jakie one są. Tu i teraz. Codzienne. Wstawać do pracy, gotować, sprzątać, rozmawiać z dziećmi. Koncentrowanie się na takich prostych czynnościach powinno uchronić przed ewentualnym niebezpieczeństwem zatarcia granicy między fantazją a rzeczywistością. Pogłębianie swojej świadomości, niezależnie od metod, jakie się do tego stosuje, jest korzystne dla człowieka. Bo jeśli mam możliwość świadomego wnikania w swoją podświadomość, to mam lepszą łączność ze sobą – ściślejszy kontakt ze swoimi emocjami. Po prostu człowiek łatwiej się integruje, lepiej siebie rozumie. Znany psychoterapeuta Irvin Yalom mówi, że „niezinterpretowany sen jest jak nieotwarty list od siebie samego”. Szkoda byłoby go nie przeczytać.

Jeśli zależy ci, żeby mieć świadome sny, możesz spróbować kilku prostych ćwiczeń:

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Zdrowie

Menopauza – zwierciadło naszego życia

Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Ostatnio na Facebooku koleżanka zamieściła swoje zdjęcie z podpisem: „50 lat”. Inna znajoma skomentowała to: „Witamy po stronie mocy”. Uświadomiło mi to, jak bardzo zmienił się ostatnio nasz stosunek do menopauzy w życiu kobiety. Myślimy teraz nie o uderzeniach gorąca i zbliżającej się starości, ale o otwarciu kolejnego etapu w życiu, o wiedzy, mądrości, czasie, który mamy tylko dla siebie. Czy pani w praktyce lekarskiej widzi tę zmianę nastawienia?
Kobiety są oczywiście różne. Świadome siebie i mniej świadome. Takie, które mają kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, emocjami – one inaczej wejdą w ten okres niż te, które nie przyglądają się sobie, żyją w pośpiechu, tylko dla innych, „rozdają” całą siebie, a kiedy coś się dzieje z ich zdrowiem, mają tylko jedno rozwiązanie: lekarz i tabletka. Menopauza, a właściwie szerzej, bo także okres przedmenopauzalny, to ważny czas. To, co się wtedy dzieje z kobietą, ja bym nazwała zwierciadłem jej życia. Od początku mojej niemal 28-letniej praktyki lekarskiej starałam się patrzeć szerzej. Poznać pacjentkę, jej historię, jej potrzeby. I do tego dostosować leczenie czy wsparcie. Kiedyś napisałam książkę, której dałam tytuł „Menopauza”. Ostatnio zmieniłam go na „Siła jest w tobie”. Bo to właśnie obserwuję od lat. Menopauza to okres porządków. Oczyszczenia. Wychodzi na wierzch to, co przez lata było tłumione, spychane gdzieś na margines, bo życie szybko płynie, bo nie ma czasu, bo praca, dzieci, dom, bo wszystkim trzeba się zająć. I nagle przychodzi stop. Czas na porządek. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Z drugiej strony miałam też w gabinecie wiele kobiet, które naprawdę o siebie dbały. Zdrowa dieta, aktywność fizyczna, joga. Przychodziły i mówiły: „Nic nie rozumiem, mam kryzys, fatalnie się czuję, nie radzę sobie z emocjami, a przecież się staram, wszystko robię jak trzeba”. Analizujemy to razem i widać, co się dzieje. Otwiera się puszka Pandory, wszystko się wydostaje, żeby się oczyścić, wyrównać, żeby była siła na kolejny etap, żeby można było korzystać z tej mocy, o której mówiła pani koleżanka. Moc, mądrość, to cenne, ale nie przychodzi samo. To nie towar do kupienia, ale nasza inwestycja. Efekt wielu lat życia.

Czyli ten czas wymaga zatrzymania, spojrzenia na siebie, wysiłku, gotowości do zmiany?
Zdecydowanie tak. Kobieta ma 40, 45 lat, coś się zaczyna w organizmie dziać, czasem polipy, mięśniaki macicy, złe samopoczucie. Analizujemy. Trzeba zacząć od ciała. Wprowadzenie regularnej aktywności fizycznej, korekta diety. Czasem wystarczą niewielkie zmiany. Trzeba wyregulować cykl, wprowadzić naturalny progesteron, zioła. Warto uważnie się sobie przyglądać, żeby wychwycić nawet drobne objawy, bo wtedy łatwo je „naprawić”. Dobra menopauza to coś, w co wcześniej inwestowałaś. Jeśli kobieta zajmuje się wszystkimi, tylko nie sobą, to teraz ciało ją prosi, na razie delikatnie: „Zacznij o siebie dbać, to przez menopauzę przepłyniesz. Nie będzie problemów, jeśli zaczniesz patrzeć na swoje ciało, nauczysz się słuchać płynących od niego sygnałów”.

Menopauza to nie tylko uderzenia gorąca czy bezsenność. To też zmiany fizyczne. Starzenie się skóry. Wiele z nas mocno to przeżywa.
Często słyszę od pacjentek: „Będę stara, nie chcę, nie jestem na to gotowa”. Widzę, jak są skupione na fizyczności, na wyglądzie. To zrozumiałe. Teraz medycyna estetyczna daje dużo możliwości i kobiety z nich korzystają. Nic w tym złego. Jeśli im to pomaga, jeśli sprawia, że czują się lepiej psychicznie – oczywiście, niech to robią. Z drugiej strony – żeby ciało dobrze wyglądało, żebyśmy miały siłę i energię, musimy po prostu dbać o siebie. Jest wiele sposobów. Masaże relaksujące, joga, ćwiczenia oddechowe. Bardzo ważne jest też to, co jemy. Musimy inwestować w ciało latami. Nie tylko menopauza je przecież zmienia. Ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że przyjdzie w końcu moment, kiedy żadne zabiegi nie będą już tak skuteczne. Od momentu urodzenia zmieniamy się, starzejemy, wyglądamy inaczej. To naturalny proces. Niby to wszyscy wiemy, ale chyba dla większości to jedynie teoria. Chcemy zatrzymać czas. Nie tylko medycyna estetyczna nam w tym pomoże. Jeśli się ćwiczy pranajamę codziennie, to skóra długo będzie naturalnie młoda. Jogini nawet w podeszłym wieku nie wyglądają na swoje lata. Mają młodą skórę. Wiele rzeczy się na to składa. Pewne procesy można opóźniać, ale nie bez końca. Takie jest życie.

Czyli kluczem jest akceptacja?
Tak. Na Wschodzie mówi się, że wartości od zewnątrz kierują się ku wnętrzu. Ale musi być praca, refleksja, zastanowienie. Skóra ma prawo się zmieniać. Będę o nią dbać, ale muszę zaakceptować, że to, co powstało, przemija. To, co nie przemija, to wartości. Cała kultura Zachodu skupiona jest na tym, co na zewnątrz. Na wyglądzie, na skórze, na opakowaniu. Wszyscy się tą zewnętrzną młodością zachwycają i pewnie dlatego nie potrafimy spojrzeć głębiej. Nie widzimy tych wewnętrznych wartości w sobie, nie szukamy ich też w innych. Budowanie mądrości, o którym mówimy też w kontekście menopauzy, to przefiltrowanie rzeczy, które nam nakazuje społeczeństwo. I wybranie tego, co mnie służy, na czym mogę budować swoje poczucie własnej wartości. To wymaga odwagi i świadomości. Tego aspektu duchowego, emocjonalnego nie da się kupić, żaden lekarz nie wypisze na to recepty.

Na to nie, ale na fizyczne objawy menopauzy już tak. A przecież bywa, że się w tym czasie po prostu źle czujemy, źle śpimy, mamy uderzenia gorąca, bóle głowy, wahania nastroju. Tu już lekarz może pomóc?
Kiedy mamy wyraźne objawy, takie jak na przykład bezsenność, można myśleć o suplementacji hormonalnej. Oczywiście dobranej indywidualnie. Nie każdy potrzebuje tego samego i w takiej samej dawce. Trzeba dopasowywać leczenie do pacjenta. Czasem kobieta w pędzie życia po prostu przegapia różne drobne sygnały ze strony organizmu, „budzi się” dopiero, kiedy zaczynają się uderzenia gorąca. Wtedy idzie do lekarza. Zaczynamy się wtedy przyglądać, badamy poziom hormonów, pytam o rodzaj miesiączek, czy są obfite, czy skąpe, jaka jest ich regularność, czy są krótkie, czy długie. I dobieramy kurację. Czasem wystarczą zioła, choćby olej z wiesiołka, czy zmiana diety tak, żeby było w niej więcej fitoestrogenów, dobrych olejów. Albo włączenie jogi – ona świetnie reguluje układ nerwowy. Niektórym kobietom takie zmiany pomogą i nie trzeba robić nic więcej. Ale dla innych to za mało – potrzebują uzupełnienia hormonów. I znowu – możliwe, że wystarczy bioidentyczny progesteron i poprawi się samopoczucie pacjentki, zmniejszą się obfite krwawienia i inne uciążliwe objawy. Zawsze ważna jest dobra dieta. To fundament gospodarki hormonalnej i prawidłowej pracy jelit. Co z tego, że lekarz hormony wypisze – jeśli ty sama niczego w diecie nie zmienisz, będziesz tych hormonów potrzebowała więcej i więcej. Dla prawidłowej pracy hormonów znaczenie ma też nasz stan emocjonalny. Jeśli w tym czasie kobieta mierzy się z trudnymi sprawami – problemami w związku, w pracy czy odejściem z domu dzieci – objawy mogą się pogłębiać. Tylko żeby wszystko właściwie zdiagnozować, trzeba poznać pacjenta. Dziś w medycynie jest niestety tendencja do patrzenia nie na pacjenta, ale na wyniki badań, i to na ich podstawie ustala się leczenie. A jeśli poznamy kobietę, jej problemy, możemy zobaczyć, że nie każda potrzebuje tej samej dawki hormonów. Czasem w ogóle hormonów nie potrzebuje.

Nie należy więc pani do lekarzy, którzy od razu na wstępie zapisują hormonalną terapię zastępczą (HTZ)?
Powiem tak: zapisuję ją zawsze, kiedy jest potrzebna. Jestem zwolenniczką mądrej pomocy, która nie obciąży dodatkowo ciała i będzie działać dłuższy czas. Często trafiają do mnie pacjentki, które od dawna brały HTZ. I nagle ich lekarz orientuje się, że to trwa już pięć czy sześć lat i mówi: „Oj nie, koniec, taka terapia niesie ze sobą ryzyko, już recepty nie wypiszę”. A ciało kobiety uzależniło się już w jakimś sensie od hormonów i nagle koniec, ucinamy to jak nożem. Ja wtedy mówię: „Nie, zrobimy inaczej, możesz brać hormony, ale może przejdziemy na bioidentyczne, dopasujemy dawkę do ciebie, a jak hormon jest naturalny i dawka dobrze dobrana, możesz brać, dopóki potrzebujesz”. Nikt nie zabiera choremu hormonów tarczycy, bo nagle wpada na pomysł, że to za długo trwa. Nikt cukrzykowi nie zabierze insuliny. A może być i tak, że kiedy wprowadzimy w życie inne zmiany, jak dieta czy joga, to za jakiś czas te hormony nie będą w ogóle potrzebne. Ale wszystko powoli. Z głową. Czasem jest na przykład wysokie ryzyko osteoporozy – wtedy hormony trzeba brać dłużej. Ale przy hormonach bioidentycznych to sprawa absolutnie bezpieczna. Jestem zwolenniczką tego, co może pomóc, bo chodzi o jakość życia, o wsparcie dla kobiety.

Co to takiego hormony bioidentyczne? Doktor Christiane Northrup w swojej książce „Mądrość menopauzy” pisze o nich: „idealny projekt natury”.
Stosuję je w swojej praktyce od 25 lat. To hormony, które mają strukturę identyczną jak te wydzielane przez nasz organizm. Są oczywiście progesterony syntetyczne, mające zmienioną strukturę, czasem trzeba z nich korzystać – na przykład kiedy jest obfite krwawienie. Ważne, by pilnować indywidualnego dawkowania.

Jak poza hormonami można sobie pomagać? Joga, co jeszcze?
Masaże relaksacyjne. Uważam, że są bardzo pomocne. Różnego typu: shiatsu, tajskie, ajurwedyjskie, lomi lomi, terapia czaszkowo-krzyżowa, także refleksoterapia, akupresura. To nie tylko relaks. Zaburzenia hormonalne wynikają też ze złego metabolizmu, ze stresu – masaże pomogą w odprężeniu. Do tego ćwiczenia oddechowe, joga, medytacja.

I dieta. Jaka?
Fitoestrogeny to istotna sprawa. Bardzo ważne, żeby przewód pokarmowy prawidłowo pracował, żeby nie było zaparć, żeby oczyszczały się jelita, wątroba. Zwłaszcza jeśli bierzemy hormony, wątroba przecież je metabolizuje, musi być sprawna, nieobciążona. Tak więc dużo błonnika, czyli warzywa, dobre probiotyki, kiszonki, zakwasy, dobre oleje, dobre tłuszcze, soczewica, ryby, jeśli ktoś lubi. Nie pijmy pięciu kaw dziennie, bo to wypłukuje magnez, pilnujmy, by nie jeść zbyt późno, wieczorami, bo to nie wpływa dobrze na metabolizm, a tym samym na gospodarkę hormonalną.

A co z suplementacją?
Są suplementy, które trzeba brać sezonowo – na przykład jesienią i zimą witamina D3, teraz, w czasie obniżonej odporności, witamina C. To coś, co można zalecić każdej kobiecie, nie tylko podczas menopauzy. Ważne są kwasy omega, można je przyjmować w kapsułkach czy w płynie, jak tran. Pomocne w pracy jelit są probiotyki – choć to nie muszą być tabletki, może też być choćby olej z wiesiołka, zioła.

Mówi pani, że czas menopauzy to czas oczyszczenia. Tworzymy nowy porządek?
Tak – i możemy na nim budować coś nowego, dla siebie. Bo często wcześniej kobieta o sobie zapominała. Oczywiście nie zawsze – niektóre z nas mają naturalną, instynktowną zdolność dbania o siebie, mądrego, i nie ma to nic wspólnego z egoizmem. Inne gromadzą wiedzę, nie mają za to kontaktu z własnym ciałem, czytają książki, a nie bardzo umieją czytać siebie, nie dostrzegają własnych potrzeb czy ograniczeń. Bardzo istotne jest, żeby słuchać organizmu, on nas pokieruje.

Chyba kiedyś to umieliśmy, ale zapomnieliśmy…
To ogromny problem. Żyjemy w czasach nadmiaru. Nadmiaru wszystkiego, rzeczy, jedzenia, informacji, bodźców. I widzę pacjentki, które się w tym nadmiarze gubią. Przeczytały 2 tysiące książek, ale nie mają kontaktu z własnym ciałem. Nie widzą siebie. A jak nie czyta się sygnałów płynących z ciała, trudno potem sobie pomóc. Ten nasz wewnętrzny ekspert to przekleństwo. Mówię zawsze: trzeba poczuć. Obudzić świadomość. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Medycyna jest cudowna, ale też się zmienia. Kiedyś była moda na hormony, teraz przyszła na suplementy, na naturę, a my o tym czytamy, uczymy się, szukamy ciągle na zewnątrz. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Teraz, kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. Nie musisz chodzić do dietetyka, żeby wiedzieć, jak masz jeść. On może ci rozpisać teoretycznie idealny jadłospis na cały tydzień, ale skąd ma wiedzieć, czego dziś potrzebujesz? Czy masz dzień ciężki, czy nie, czy wstałaś wyspana, czy po bezsennej nocy? Czy boli cię głowa, czy masz masę energii? Każdy dzień jest inny, ciało pracuje inaczej – musisz się nauczyć to rozpoznawać. Oczywiście mówimy tu o mądrej diecie, nie o słodyczach czy rzeczach niezdrowych, ale podstawową wiedzę przecież każda z nas ma. Nikt poza tobą nie będzie wiedział, co jest dla ciebie teraz dobre. Trzeba nauczyć się to rozpoznawać. To jest dziś najważniejsze. 

Preeti Agrawal doktor nauk medycznych, specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka medycyny integracyjnej; założycielka Integrative Medical Center w Żernikach Wrocławskich, www.imc.wroc.pl

  1. Psychologia

W drodze poza kanon urody. Jak postrzegamy piękno swojego ciała?

Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Stwórz swój kanon

Waga, wzrost, wiek, sylwetka, rysy twarzy, kolor włosów lub odrostów, kształt dłoni, stóp czy płytki paznokciowej, kształt i wielkość piersi, osławiony stosunek talii do bioder – długo można byłoby wymieniać kolejne potencjalne punkty mapy kobiecego ciała, gdzie może manifestować się nasze niezadowolenie. Ale czy jest ono naprawdę „nasze”? Czy postanowiłyśmy je mieć, by w ten sposób „urozmaicić” sobie życie? Czy może zostałyśmy nim „obdarowane” i wciąż wierzymy w jego zniewalającą nas moc?

W odkryciu części prawdy na ten temat pomóc mogą następujące pytania:

  • Kiedy po raz pierwszy pomyślałyśmy lub poczułyśmy się choć trochę niepiękne?
  • Ile miałyśmy lat?
  • Jakie towarzyszyły temu okoliczności?
  • A jeśli do tej pory to się nie zdarzyło, to czy choć przez chwilę nie zagościł w nas strach o to, że któregoś dnia nasza uroda przeminie?
  • Czego się boimy?
Odpowiedzi powiedzą nam bardzo wiele na nasz temat. Mogą uświadomić nam, do jakich strategii uciekamy się w próbach bezskutecznego doścignięcia kanonu piękna.

A może, przewrotnie, w tej próbie bezskutecznego pościgu ku ideałowi kobiecego piękna tkwi ogromny potencjał? Może to szansa, by poznać swoje przekonania na temat własnego ciała? Wyruszyć w podróż, by odkryć ich źródło oraz sposób, w jaki nas krępują tu i teraz? Zaktualizować bazę danych dotyczących naszego ciała? Rozejrzeć się wokół siebie, odnaleźć osoby, które podobnie jak my, w jakimś szczególnym miejscu, mijają się z obowiązującym kanonem urody, a mimo to uznajemy je za piękne? I, co ważne, również odbieramy je jako swobodne, jeśli chodzi o ów „mankament”, bo zamiast ukrywać się przed światem, eksponują go? To okazja, by zamiast dopasowywać się, zacząć tworzyć swój własny kanon piękna – tworzony przez nas i na nasze potrzeby. Jaki może być pierwszy element naszego własnego kanonu? Co w naszym ciele nas zachwyca, choć w uznanym kanonie piękna nie figuruje?

Wybieraj z istniejącego kanonu

Ze stosunku do własnego ciała pośrednio wynika zawartość szaf. Parafrazując pewne powiedzenie, możemy stwierdzić: „pokaż mi swoją szafę, a powiem ci, co o sobie myślisz, choć pewnie o tym, nie wiesz".

Do naszych preferencji odzieżowych możemy podejść w opisany wcześniej już sposób. Możemy sprawdzić, czy nosimy określony krój bluzek, koszul czy spódnic, bo najbardziej je lubimy, czy może dlatego, że w ten sposób dobrze się maskujemy? Czy dobrze się czujemy w szarych ubraniach, czy może w głębi duszy skrywamy chęć, by założyć karmazynową sukienkę, tylko nie starcza nam odwagi, by zrealizować to marzenie? Mamy okazję, by dowiedzieć się, kto w nas jest ubierany, a kto ubiera? Czy ta para przyjaźni się, a może walczy? Kto w tej parze ma decydujące słowo? Na przykład, ktoś w nas chce dziś wyjść w balerinkach, a ten, kto ubiera, zmusza nas do szpilek, bo przecież inaczej nie wypada. To okazja, by poznać tego, kto kupuje ubrania, które spędzają cały swój żywot w szafie, bo ten, kto ubiera, ma ostatnie zdanie i nigdy nie pozwoliłby nam się w nie ubrać.

Kanon urody zdecydowanie nie musi być odniesieniem, w kontrze do którego budujemy swój własny. Może być również nieocenionym źródłem informacji o nas. Informacji, których właśnie w danym momencie życia potrzebujemy. W rzeczywistości nie zamartwiamy się z powodu pełnego wachlarza cech znajdujących się w kanonie. Przy odrobinie uwagi odkryjemy, że na kolejnych etapach życia, różne, ale nieliczne rzeczy zaprzątają naszą uwagę.

Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Przypuśćmy, że wiemy już kto kogo ubiera i choć ubierająca i ubierana razem świetnie się bawią, wciąż marzymy o minimalistycznych sandałkach – podeszwa i trzy sznureczki z ozdobnym koralikiem. Doszłyśmy do perfekcji w pre­cy­zyj­nym, szybkim wyławianiu z otoczenia kobiet w takich sandałkach. Tylko wzdychamy tęsknie, bo nam wciąż coś nie pozwala ani ich kupić, ani nosić, ponieważ nasze stopy są „nietakie” – zbyt duże, zbyt małe, nieproporcjo­nalne palce itd. Zmienić czy wymienić ich nie sposób, a świadomość, że to tylko nasze przekonanie, na niewiele się zdaje.

To, co możemy zrobić, to wykorzystać kanon i odkryć, co się w danej chwili kryje za tym myśleniem o stopach, ponieważ psychologicznie potrzebujemy „idealnych stóp” jak kania dżdżu. Znajdźmy odpowiedź na pytanie: jak wyglądają idealne stopy, których właścicielka nosi takie sandałki? A może w przyrodzie lub świecie baśni znajduje się zwierzę bądź postać o jeszcze bardziej idealnych stopach? Czy możemy na chwilę wyobrazić sobie, że się nimi stajemy, by odkryć, co jest istotą tych stóp i jaka istotna wartość się z nimi łączy? A wszystko to, by zbadać, w jaki sposób potrzebuję wesprzeć te wartości w sobie, zadbać o nie, czy bardziej świadomie z nich korzystać.

Na te pytania nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. Nawet jeśli wiele kobiet uzna problem stóp za swój, to każda z nas dokona innego odkrycia, ponieważ każda z nas potrzebuje czegoś innego. Hipotetycznie może okazać się, że jeszcze bardziej idealne stopy ma kot (małe, drobne, delikatne, sprężyste), a ich istotą jest lekkość, gracja, wdzięk i precyzja. Pozostanie odpowiedzieć sobie na pytania: jak mogłybyśmy zadbać o poczucie lekkości, gracji i wdzięku w naszym życiu? Czy i gdzie potrzebujemy być bardziej precyzyjne? Finalnie może okazać się, że nie mamy już problemu z kupnem i noszeniem minimalistycznych sandałków lub stracimy całkowicie zainteresowanie nimi, ponieważ istotne było odebranie wiadomości, która dla nas była ukryta w „idealnych stopach”. Kanon urody? Bądźmy przeciw, a nawet za!

Piękna czyli prawdziwa

Nie musimy być biernymi ofiarami kanonu piękna. Możemy przyjrzeć się, w jaki sposób determinuje on nasze myślenie o sobie i działanie – a potem, przebierać, wybierać i decydować. Możemy świadomie sprzeciwiać się mu, budując własny. Możemy odkrywać informację ukrytą we wszelkich niedoskonałościach, które przyciągają naszą uwagę, by się rozwijać i odkrywać nieznane części nas samych.

Możemy również wyjść poza każdy kanon. I z pewnością każdej z nas przydarzyło się to nie raz, nawet jeśli tylko na chwilę. Odwołajmy się do naszego doświadczenia. Czy nieprzerwanie ubolewamy z powodu wieku, długości i kształtu nóg, gdy robimy to, co kochamy? Czy jakikolwiek kanon piękna dyktuje nam swoje warunki, gdy oddajemy się pasji? Czy czujemy się ograniczone przez naszą wagę, wzrost czy sylwetkę, gdy realizujemy marzenia? Czy w ogóle mamy świadomość istnienia jakiegokolwiek kanonu, gdy spędzamy czas z przyjaciółmi i ukochanymi przez nas ludźmi. I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas również wszystkie niedoskonałości, więcej, że nie miał lub nie miała pojęcia, że to w ogóle jest mankament?

Jesteśmy piękne, gdy jesteśmy prawdziwe, gdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Gdy mamy odwagę odkrywać swoje potrzeby i marzenia oraz realizować własne plany. Gdy kochamy i dajemy się kochać. Gdy troszczymy się nie tylko o innych, ale i o siebie, i im także pozwalamy zatroszczyć się o nas. Dbajmy o nasze marzenia i relacje z ważnymi dla nas ludźmi. Ruszmy poza kanon urody – nie ustawajmy w odkrywaniu, kim jesteśmy w ogóle i kim jesteśmy dziś.

Dorota Cendrowska: psychoterapeutka i coach. Od prawie dwudziestu lat zajmuje się pracą z ludźmi. Jest członkiem zespołu psychoterapeutów i coachów PoRozumienie.