1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Matką nie będę. Bezpłodność i bezdzietność okiem Katarzyny Miller

Matką nie będę. Bezpłodność i bezdzietność okiem Katarzyny Miller

Kobiecość to nie jest tylko rodzenie dzieci, ich wychowywanie i kochanie, ale przede wszystkim bycie człowiekiem - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Getty Images)
Kobiecość to nie jest tylko rodzenie dzieci, ich wychowywanie i kochanie, ale przede wszystkim bycie człowiekiem - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Getty Images)
"Matką nie będę". Ale to nie znaczy, że nie możesz wieść ciekawego życia, którego ważną częścią stanie się bycie potrzebną innym dzieciom – przekonuje Katarzyna Miller, która tym razem mierzy się z tematem bezpłodności i bezdzietności.

Gdy ktoś cię pyta, czemu nie masz dzieci, co mu odpowiadasz?
Jeśli jest autentycznie tego ciekawy – a to można wyczuć – zawsze szczerze odpowiadam, czemu podjęłam taką decyzję, bo uważam, że jest to bardzo ważna odpowiedź. Spotkałam kilka kobiet, które odpowiadają na to pytanie podobnie jak ja, i poczułam się, jakbym poznała siostry. Ale gdy widzę, że ktoś mi chce tym dopiec, dokopać – to też mówię prawdę, ale inaczej. Na przykład: „Tak zdecydowałam, jest to wyłącznie moja sprawa i nic ci do tego. Mam do tego prawo”. Oczywiście mam też prawo powiedzieć, że nie chcę o tym mówić albo że w ogóle nie chcę z tym kimś rozmawiać, jeśli jest dla mnie nieprzyjemny. W ogóle nie muszę udzielać żadnej odpowiedzi. Dla osób, które mają niskie poczucie własnej wartości, to jest problem i takim pytaniem – zwłaszcza zadanym w złej wierze, na zasadzie „Co z tobą jest nie tak?” – można im bardzo dokopać. Dużo kobiet czuje, że musi się wtedy z czegoś tłumaczyć, usprawiedliwiać, przepraszać.

Czyli ta twoja szczera odpowiedź brzmiałaby jak?
Że już jako bardzo mała dziewczynka postanowiłam, że nie będę miała dzieci, bo nie chciałam im robić tego, co zrobiła mnie samej moja matka. Co nie zmienia faktu, że bardzo lubię dzieci i bardzo mnie interesuje, co można z nimi i dla nich robić. Uważam, że są naszą przyszłością, dlatego trzeba dbać o to, by ludzie je mieli, bo chcą je mieć, i by wiedzieli, jak je wychowywać, żeby torować im w życiu drogę. Dziecko jest błogosławieństwem, ale każde dziecko, nie tylko moje.

Ty nie masz dzieci, bo tak postanowiłaś. Wiele kobiet nie ma dzieci, bo nie mogą ich mieć z przyczyn czysto biologicznych. Bezpłodność i niepłodność uznawane są za choroby cywilizacyjne. Kobiety, które na nie cierpią, mówią, że czują się, jakby odebrano im szansę i prawo do podjęcia decyzji w tej ważnej sprawie.
Może na początku zróbmy małe rozróżnienie. Bezpłodność i niepłodność to są rzeczy bliskie sobie, kiedy albo mężczyzna, albo kobieta nie mogą mieć dziecka. Natomiast bezdzietność to jest stan nieposiadania dziecka. Z jakiej przyczyny – to już bywa różnie. Można nie posiadać dziecka ze względu na kłopoty biologiczne, a można z powodu podjętej decyzji lub przypadku losowego, w wyniku którego traci się dziecko.

Przyjmuje się, że bezpłodność jest stanem permanentnym, niepłodność jest chwilowa, choć też nie zawsze...
Ja bym powiedziała, że nie ma tu reguł, bezpłodność też często okazuje się chwilowa. Przecież lekarze orzekają według swojej wiedzy i danych, jakie mają na dzień dzisiejszy. Jeśli ludziom się guzy nowotworowe cofają, a specjaliści potem mówią: niemożliwe – to znaczy, że jest coś, co wykracza poza nasze pojęcie i medyczne terminy.

Która z tych sytuacji jest największym kryzysem lub życiową traumą? A może zjawiskiem najbardziej ciekawym dla ciebie jako psychoterapeutki?
Powiem o zjawisku, które uważam za najbardziej niebezpieczne. Jest nim szaleństwo, zwłaszcza kobiet, które za wszelką cenę chcą mieć własne dziecko. Bo dla wielu ludzi nie ma życia bez posiadania dziecka. Po prostu sobie tego nie wyobrażają. Nawet niekoniecznie dlatego, że bardzo chcą zostać rodzicami, tylko dlatego, że dzieci się ma. Oczywiście dla przetrwania ludzkiego gatunku dzieci są wręcz niezbędne, co więcej, są one wielką szansą dla świata i darem dla nas, ale…

…niekoniecznie muszą być naszym przedłużeniem?
Dziecko to osobny twór. Indywidualna osoba. Oczywiście może być tak, że trafi się ród, w którym jest wielu malarzy, inżynierów czy chemiczek, które przekazują sobie talenty z pokolenia na pokolenie, i wtedy rzeczywiście widać jakiś ciąg, sztafetę. Ale znam też przykłady umęczania dzieci przez zmuszanie ich do przejęcia schedy porodzicielskiej.

Obserwuję wiele kobiet, które dostają jakiegoś fioła, gdy się okazuje, że może nie będą mogły mieć własnych dzieci. I staraniom o to, by jednak się udało, podporządkowują wszystko, czyli właściwie popadają w obsesję. Kiedy szczęśliwie zajdą w ciążę, obsesja rozrodczości się kończy, a zaczyna obsesja dbania o dziecko. Jest tak wychuchane, tak wyczekiwane i tak ważne – że staje się największym osiągnięciem kobiety. Zaczyna się nadopiekuńczość. Bo ktoś, kto ma obsesję, ma tendencję do niebycia rodzicem zdroworozsądkowym i ciepłym. Nie chcę nikogo obrażać, chodzi mi jedynie o to, byśmy zdali sobie sprawę z tego, że jeśli do czegoś będziemy przykładać nadmierną wagę, to nam się cała osobowość chybnie w tę stronę i rzeczy przestaną mieć właściwe proporcje. No ale tak się dzieje, kiedy para spłodzi dziecko, urodzi i je ma. Gdy się nie udaje – bardzo często związki się rozpadają. Ponieważ przymus zrobienia dziecka góruje nad wszystkim – koniec z przyjemnością z seksu, koniec z dowolnością i spontanicznością. „Tego nie jedz, bo zaszkodzi na plemniki, teraz wyjdź z zebrania, bo owuluję”. Po czym znowu nic. Mężczyznom bardzo szybko przestaje się chcieć, o wiele częściej niż kobietom, a do tego każdy facet przestaje pożądać partnerki, która nie jest nastawiona na niego i bycie razem, tylko na zapłodnienie.

Częste są też świadectwa takich historii – znamy je z książek, filmów, ale i medycznej praktyki –  że para stara się miesiącami lub latami, bezskutecznie, a kiedy odpuści, da za wygraną – nagle staje się cud...
Jedynym dobrym podejściem jest odpuszczenie. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że gdy odpuścimy, to na pewno zajdziemy w ciążę, bo takiej gwarancji nie ma. Chciałabym tylko, by ludzie otworzyli się na to, że dzieci można też adoptować, można stworzyć rodzinny dom dziecka, to nie zawsze musi być dziecko z naszej krwi. Nie wiem, czemu tak wielu ludzi uważa, że tylko moje dziecko jest wartościowe. Zwróćmy uwagę na to, że przekonanie o wyższości własnej krwi jest dominujące jedynie w dość prymitywnych kulturach. Ja myślę tak, jak myślą nie tylko humaniści, ale ludzie mądrzy i doświadczeni − że wszystkie dzieci są nasze.

A czym byś wytłumaczyła fakt, że dopiero kiedy kobieta odpuszcza, udaje jej się zajść w ciążę?
Ludzki organizm pokazuje to, co przejawia się w bardzo wielu sferach życia, że jeżeli traktujesz coś spokojnie, z dystansem, który jest życzliwy, czyli bez czarnych myśli, bez straszenia się i bez histerii – to wszystko samo się układa. I tak się układa, jak ma się ułożyć. Przecież nie wszyscy będą mieć dzieci. Cóż, takie jest życie. Na siłę nic nie wskóramy. Złoty środek zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Czyli: będę szczęśliwa, jeśli urodzę dziecko, ale jeśli nie, i tak będę wiodła dobre, ciekawe życie, którego ważną częścią może być to, że stanę się potrzebna innym dzieciom.

Znam też takie przypadki, że czasem para nie może mieć dzieci, rozstaje się z tego lub z innego powodu, a potem każde ma dziecko z kimś innym, mimo że oboje byli niepłodni. Tak jakby, mimo deklaracji, podświadomie nie chcieli mieć dziecka akurat z tą osobą.
Można jeszcze powiedzieć, że dusza ludzka wybrała, że do tych rodziców przyjdzie, a do tych nie. To oczywiście wersja new age, najbliższa teorii reinkarnacji, czyli wiary hinduistycznej, która mówi, że dusza wybiera bramę, przez którą wejdzie, i taki dom, w którym będzie mogła rozwiązywać problemy nierozwiązane w przeszłym życiu.

Dla wielu kobiet niemożność urodzenia dziecka jest jednak ciosem prosto w ich kobiecość.
Wiem, i to jest przykre. Tak samo jak cudowne jest to, że macierzyństwo nierozerwalnie wiąże się z kobiecością, że to była zawsze nasza „specjalność” i nie dało się nas w tym zastąpić. Z jednej strony wielki stąd nasz triumf i chwała, z drugiej – wielki ciężar i rola obarczona wieloma oczekiwaniami społecznymi. Kobiecość to nie jest tylko rodzenie dzieci, ich wychowywanie i kochanie, ale przede wszystkim bycie człowiekiem. Czasem patrzę z żalem lub ze współczuciem na to, jak kobiety rozpaczają: „Jakie będzie moje życie bez dziecka?“. No jakie? Takie samo, jak teraz. Skoro ci się nie podoba, jak jest, to znaczy, że twoje życie jest puste, że ty jesteś pusta. A skoro sama jesteś pusta, to co dasz temu dziecku?

„Miłość. Całą miłość, jaką w sobie mam”.
Ale to wtedy nie będzie miłość, tylko uzależnienie. Bo to jest głód.

Mówimy tu już o skrajnej postawie, o obsesji na punkcie posiadania dziecka, ale wróćmy jeszcze do momentu, kiedy starasz się o dziecko, robisz więc badania, i nagle dowiadujesz się, że nie możesz mieć dzieci. Jakby coś zostało ci zabrane…
Są różne typy kobiet. Na przykład takie, które od dziecka chcą mieć potomstwo, lubią swoje młodsze rodzeństwo, opiekują się nim chętnie –  w przeciwieństwie do tych, które są do tego zmuszane – bawią się lalkami w dom, szyją im ubranka, zaglądają w każdy wózek i marzą, żeby i im się takie szczęście przytrafiło. Dla takiej kobiety informacja o tym, że jest bezpłodna, jest jak cios. Oczywiście, że bardzo cierpi i jest jej smutno. Ale taka fajna dziewczyna może być przecież przedszkolanką albo zastępczą mamą.

Niedawno w telewizji śniadaniowej widziałam parę, która przeżyła tragedię utraty dziecka tuż po porodzie. Kiedy byli jeszcze w rozpaczy, dowiedzieli się, że tego samego dnia w tym samym szpitalu przyszło na świat dziecko z zespołem Downa, które matka porzuciła. Postanowili je zaadoptować.
A to są takie wspaniałe dzieci! Cudowna historia. Tylko brać z nich przykład.

Ale żeby to zrobić, trzeba wyjść poza swój ból.
Właśnie. Trzeba wyjść z tego zaklętego kręgu egotyzmu. Nie egoizmu, który jest nam wszystkim potrzebny, tylko egotyzmu, czyli takiej postawy, że ja nie widzę, że inni ludzie to są tak samo ważne jednostki jak ja i że ich świat jest dla nich tak samo ważny jak mój świat dla mnie. Nie musisz od razu adoptować dzieci. Możesz prowadzić zajęcia dla nich, zostać wolontariuszką w fundacji, która je wspiera. Jest w co ręce włożyć, tylko trzeba przekroczyć swoje ego i, jak mówisz, swój ból.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie bohaterka filmu „Lion. Droga do domu”, grana przez Nicole Kidman, a wzorowana na prawdziwej postaci, która świadomie zrezygnowała z posiadania własnych dzieci na rzecz adopcji tych osieroconych. Uważała, że świat jest wystarczająco przeludniony, by powoływać na niego kolejne istoty, lepiej zająć się tymi, które już są.
Szanuję i podziwiam taką postawę. Myślę, że gdyby była powszechniejsza, świat inaczej by wyglądał. Moje, moje, moje – to wieczne moje. Jakaś plaga „moizmu” nas ogarnęła. Albo to słynne: „Nie bij chłopca, bo się zgrzejesz”. Nie ma w tym refleksji, opamiętania, dystansu, dorosłości. Oczywiście rozumiem wyjątkowość sytuacji, że to dziecko wyjęto z mojego brzucha, że nosiłam je dziewięć miesięcy pod sercem i czułam bicie jego serca; piękne są przekazy o tym, że dziecko oddycha razem z matką, a kiedy po porodzie kładzie się noworodka na brzuchu matki, to wtedy on się uspokaja – to wszystko bardzo do mnie przemawia. Marzy mi się, by ludzie mieli dzieci, bo tego pragną, a nie dlatego, że to się robi. Też uważam, że jesteśmy przeludnieni. Ktoś z moich znajomych skontrował kiedyś: „Ale Europa się wyludnia, bo mamy za mały przyrost naturalny”. No to co? Będzie trochę mniej Europejczyków. Zajmujmy się najpierw z szacunkiem tymi, których mamy. To, że dzieci przychodzą na świat, bo są oczekiwane, jest wspaniałe dla reszty ich życia i dla świata, ale jeśli są uważane za pomazańców bożych, to jest to dla nich, ale i dla świata, bardzo szkodliwe.

Jednym z wymiarów tego, że nie mogę mieć dzieci, jest to, że jest już za późno.
Ten zegar tykający bardzo straszy dziewczyny. Często słyszę takie słowa: „Ja właściwie nie wiem, czy chcę mieć dzieci, ale zegar biologiczny tyka. Kiedy się za 10 lat obudzę, to będę żałować, że nie urodziłam dziecka, bo nie miałam z kim albo nie było na to dobrego czasu”. No ale to dla kogo masz mieć to dziecko? Dla siebie czy dla świata? „Bo ja jestem sama. A jeśli mam dziecko, to nie jestem sama”. Na szczęście jak takie dziecko skończy 18 lat, to będzie mogło wreszcie odejść od mamy, która uważa je prawie za swoją własność.

A sądzisz, że zmienił się dziś stosunek społeczeństwa do kobiet lub par bezdzietnych?
Zdecydowanie tak. Oprócz takich zatwardziałych jednostek, które uważają, że jest jedyne dobre podejście na świecie, czyli zero seksu przed ślubem, a potem szybko spłodzić ileś dzieci i pilnować, żeby z nikim się przed ślubem nie puszczały – to jest taka wielość różnych opcji związków, w jakich można być, że zrobiliśmy się bardziej otwarci na różnorodność. Nawet ci konserwatywni muszą uznać, że nie od ich podejścia zależy, co ludzie będą robili ze swoim życiem.

Ale jednak nie wierzą tym, którzy mówią, że bez dzieci są szczęśliwi.
Misiu, chude też mówiły, że mi nie wierzą, że jestem gruba i szczęśliwa. Jeżeli ktoś przez całe życie ukrywa się ze swoim lękiem i jest ściśnięty w środku jak kopytko, to kiedy widzi kogoś, kto chodzi i się cieszy, to po pierwsze trafia go szlag, a po drugie nie wierzy. Bo on tego nie zna. Poza tym, jaka jest ogromna swoboda, gdy nie ma się dzieci.

Coraz częściej się mówi i pisze o tym, że posiadanie dzieci nie zawsze gwarantuje spełnienie i szczęście.
Jedno ci gwarantuje: że będziesz zawsze ponosiła odpowiedzialność za dziecko, dopóki ono nie dorośnie. Ale jeśli nie umie się wziąć odpowiedzialności za siebie, to odpowiedzialność za dziecko jest strasznym ciężarem. Bo tak w ogóle poczucie odpowiedzialności za siebie jest wspaniałe. To fantastyczny stan. Szalenie go sobie cenię. Odkąd poczułam, że jestem naprawdę za siebie odpowiedzialna, ileś kamieni spadło mi z barków. Za to nigdy nie chciałam mieć dzieci – najpierw, tak jak mówiłam, dlatego, że nie chciałam zrobić dziecku tego, co zrobiła mi moja mama, a potem poczułam, że jest mi bardzo dobrze w takim życiu. I proszę bardzo, można mnie wyklinać od egoistek, ale ja spłaciłam dług macierzyństwa, i to jak!

Choć jesteś bezdzietna, to jesteś matką.
Ja jestem nawet wszechmatką (śmiech). Mam na myśli wszystkie dziewczyny i chłopców, wobec których byłam odpowiedzialna, wielu pomogłam metaforycznie urodzić się na nowo. Niektóre dziewczyny pytają mnie nadal: Czy możesz przez jakiś czas być moją mamusią? Odpowiadam im zawsze, że będzie to dla mnie wielki zaszczyt i przyjemność. Chwalę je za to, co robią i jak się zmieniają, one to przyjmują, cieszą się z tego i coraz bardziej się oduzależniają ode mnie. A potem na przykład dostaję kartki lub listy z podziękowaniami – za to, że są teraz kimś, kim zawsze chciały być. Czuję wtedy dumę matki.

A czy uważasz, że to, czy mamy dziecko, czy nie, kiedy je będziemy mieć, z kim i ile dzieci – to nasza prywatna sprawa i innym nic do tego? A i my nie powinniśmy wchodzić z butami w życie innych?
Przede wszystkim powinniśmy dawać innym i sobie prawo do prywatności. Z drugiej strony czasem matki mają rację, kiedy mówią córkom: „Nie z tym facetem”, tylko one to źle robią, bo im zabraniają, a to zawsze działa na odwrót.

Czyli jaki najlepiej mieć stosunek do posiadania dzieci?
Otwarty. I warto wiedzieć, czy chcemy je mieć. Jeżeli nie chcemy – nie miejmy sobie za złe i nie uważajmy, że przez to nie jesteśmy kobiece. Tak samo jak nie przestaję być kobieca, gdy mam menopauzę, jestem dziewicą czy lesbijką. Jest ileś rodzajów kobiecości, tak jak jest ileś rodzajów męskości i ileś rodzajów androgyne. Wykorzystujmy to, co dostajemy od natury, a nie wiecznie to przerabiajmy. Fajnie, że medycyna ratuje życie, tylko że przez to ludzie są coraz słabsi, choć coraz dłużej żyją.

Dużo par narzeka na to, że ciągle są indagowane: A kiedy dzieci? Macie już dom, pracę, na co czekacie? Mówią, że nie wiedzą, co odpowiadać.
Trzeba odpowiadać bardzo złośliwie. To jedna z rzeczy, których też uczę: jeśli ktoś ci dokucza, jest wobec ciebie inwazyjny – oddaj tak, żeby mu się odechciało. Jeżeli ciocia ci mówi: „No a kiedy dziecko?“. „Wtedy, ciociu, kiedy zmądrzejesz. I przestaniesz się zachowywać wobec mnie nieładnie”. I już. Zostaw ją z tym. Ale ciocia się obrazi. Właśnie ma się obrazić. I odczepić. Grzeczne dziewczynki tak nie powiedzą, dlatego cierpią. A ciocie się panoszą. Wujkowie zresztą też.

Moje koleżanki mówią czasem, że są zapraszane na przyjęcia dla rodziców z dziećmi i źle się tam czują, bo są jedyne bez dziecka.
Ale skoro ktoś je tam zaprosił, to znaczy, że je tam chciał. Więc niech się bawią i dobrze czują. Niech powiedzą: „Jakie macie fantastyczne dzieci, jakimi jesteście wspaniałymi matkami! Jak dobrze, że to za mnie robicie”.

Poza tym jakimi fajnymi ciociami mogą dla tych dzieci być.
Dzieci mają ogromne pragnienie fajnych cioć. Mało tego, są często przez takie ciocie ratowane. Sama byłam, więc wiem, co mówię.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.