1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mężczyzn mogą uratować kobiety. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Mężczyzn mogą uratować kobiety. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej.
Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. "Mężczyzn mogą uratować kobiety" - twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. (Fot. iStock)
Związki przyszłości? Ale z kim? Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. Co zrobić, żeby na świecie nie zostały tylko same one? I dlaczego mężczyzn mogą uratować kobiety – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Warren Farrell, amerykański publicysta, twierdzi, że wizerunek medialny mężczyzny się zmienił. Z odpowiedzialnego i poważnego przywódcy, mądrego ojca i dobrego męża mężczyzna zamienił się w okrutnika, złego szefa, bezwzględnego mordercę, pedofila, gwałciciela. Mężczyzna – samo zło! No i jak z kimś takim planować ślub?
Do niedawna patriarchat – tak jak każdy totalitarny system – mógł bez trudu ukrywać swoje słabości i zbrodnie, manipulując językiem, wartościami i umysłami. Ale teraz, gdy okazało się, że jego rządy doprowadziły do kryzysu cywilizacji, mężczyznom musi się oberwać. To też wyrównywanie rachunku krzywd. Potęguje się proces wyzwalania emocji, potrzeb i możliwości kobiet, które przez wieki nie mogły dojść do głosu. To nowa, bezkrwawa rewolucja. Ale jak każda rewolucja i ta nieuchronnie popada w nieznośną przesadę, arogancję i egzaltację.

Ale to nie tylko feministki są autorkami czarnego PR. Scenariusze powieści o złych mężczyznach piszą też mężczyźni.
Może kieruje nimi – nie do końca uświadamiana – potrzeba męskiej pokuty. Samooczyszczenia, którego chcą dokonać, uświadamiając zbiorowe i indywidualne winy, wydobywając z szafy męskiej zbiorowej podświadomości kościotrupa szowinizmu i arogancji. A poza tym taki temat jak upadek idola zawsze dobrze się sprzedawał. Więc teraz dobrze się sprzedaje upadek mężczyzny. Ludzie chcą to oglądać, bo antymęska nagonka opiera się na podobnym mechanizmie jak popularność tabloidów, które tworzą iluzję, że są głosem sumienia porządnych ludzi. Ten spektakl jest wspierany i podkręcany także przez mężczyzn, którzy uważają się za skrzywdzonych przez ojców, nauczycieli, szefów, premierów – a więc mających swoje powody, by także czuć się ofiarami patriarchatu. Oni patrzą na ten upadek i myślą: „no, nareszcie im się dostaje!”.

Znaczenie może mieć też to, że coraz więcej mężczyzn to synowie samotnych matek.
Ciągle jeszcze bardziej „samotne” niż „samodzielne” matki zazwyczaj, niestety, wychowują synów w duchu potępienia, lekceważenia, a nawet pogardy dla ich ojców. Nie zdają sobie sprawy, że dewaluowanie ojca niszczy poczucie wartości syna jako mężczyzny. W rezultacie ci chłopcy, szukając wzorca na bycie sobą, który zaakceptowałaby ich matka, nadmiernie czerpią z jej sposobu przeżywania i nazywania świata, z jej ocen, przekonań i emocji. Nie wyrastają więc na dzielnych mężczyzn, lecz na rozgoryczone, depresyjne i rozemocjonowane kobiety, tyle że przyobleczone w męskie ciała. Samotne matki wychowują też córki, którym również przekazują jednostronny, negatywny obraz mężczyzn: słabych, niedojrzałych, nielojalnych i leniwych. Tragikomiczny paradoks tej sytuacji polega na tym, że mężczyźni o takich psychologicznych parametrach to z reguły ci wychowani przez samotne matki. I tak powstaje błędne koło, które produkuje coraz więcej słabych, niedojrzałych mężczyzn i coraz więcej samodzielnych, rozgoryczonych, nieufnych i wyrachowanych kobiet.

Szczęśliwej pary taki mężczyzna i taka kobieta nie stworzą?
A jakim cudem kobieta obciążona negatywnym stereotypem mężczyzny i psychicznie wykastrowany przez swoją matkę, odcięty od ojca mężczyzna mogliby stworzyć szczęśliwy związek? Oboje nauczyli się przecież, że zaangażowanie emocjonalne w relacje z osobnikiem płci przeciwnej kończy się cierpieniem i upokorzeniem. Facet w takim związku jest z góry skazany na potwierdzanie negatywnego stereotypu mężczyzny zainstalowanego w umyśle partnerki, a kobieta – na przeżycie gorzkiej satysfakcji wynikającej z potwierdzenia jej najgorszych przewidywań.

Gdzie mamy szukać ratunku?
Aby dać szansę trwałym, partnerskim związkom, obie strony muszą zakwestionować jednostronny, negatywny stereotyp ojca. Odtworzyć w swoich sercach jego pozytywny aspekt i jednocześnie – co bardzo ważne – przestać idealizować matkę. Wtedy dopiero kobieta i mężczyzna będą mogli odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę – a nie w imię rodzinnej tradycji czy politycznej poprawności – od siebie nawzajem oczekują? Czarno jednak widzę przywrócenie szacunku dla postaci ojca i odidealizowanie matki w czasach feministycznej rewolucji. Tym bardziej że zawalczyć o nie, i to na przestrzeni dwóch pokoleń, musiałyby kobiety. No ale: pierwszy krok to znalezienie przez kobiety prawdziwej odpowiedzi na pytanie, czego potrzebują od mężczyzn. Gdy ją poznają, wtedy będą wiedziały, jak wychowywać synów i córki. Bo chyba nie chodzi o to, by wyrugować ze świata takie tradycyjne atrybuty męskości jak: odwaga, odpowiedzialność, lojalność, niezależność, umiejętność walki i zdolność do solidarnej gry w zespole?

No nie. Te cnoty znikają, bo coś nie wyszło. Mężczyźni mieli być męscy, ale też wrażliwi. A są niemęscy i narcystyczni.
Uogólniona krytyka i dewaluacja mężczyzn przez matki demoluje wewnętrznie synów. Nie pozwalają młodym mężczyznom identyfikować się z własną płcią. I co wtedy mają robić? Priorytetem ich życiowej strategii staje się unikanie niezależnych, wymagających, często gardzących mężczyznami kobiet – czyli kobiet podobnych do ich matek. Ale testosteron działa, więc ich wyparta, niedojrzała seksualność realizuje się w kontakcie z internetową pornografią, w autoerotyzmie, w skłonnościach do pedofilii, a także w eksperymentach homoseksualnych. Dzieje się tak, bo kobiety nie dają im nadziei na bycie kochanymi. Z tego samego powodu mężczyźni coraz częściej nie chcą dorastać i mieszkają z mamą aż do jej śmierci, czyli do 40., a nawet 50. roku swego życia. Albo wybierają strategię casanowy, który swoją potrzebę miłości i uznania próbuje na próżno zaspokoić wykradanym, wyłudzanym seksem. Jeśli więc nadal krytyka patriarchatu będzie się przeradzać w krytykę męskości, wylejemy dziecko z kąpielą.

Chyba już wylaliśmy: w książce „Żelazny Jan” Roberta Bly znalazłam przejmującą scenę. Terapeuta każe mężczyznom skupionym w kręgu podnieść symbolicznie miecze w górę. A oni nie mogą, bo dla nich demonstracja siły i męskości jest równoznaczna z agresją. Tymczasem mężczyźni nie chcą nikogo skrzywdzić.
Podniesienie miecza w górę to także symbol męskiej erekcji, męskiej wydolności i siły – nie tylko seksualnej. To także symbol zdolności do walki, obrony siebie i wszystkiego, co mężczyźnie drogie. Siła ta drzemie w każdym i decyduje o jego dorosłym poczuciu męskości. Staje się groźna tylko wtedy, gdy mężczyzna nie nauczył się nią mądrze zarządzać. Pozostając pod opieką nastawionej niechętnie do mężczyzn mamy, ma na taką naukę marne szanse. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu młodzi mężczyźni mieli okazję nauczyć się tego przez sport, a także dzięki wojsku. Dziś sporty walki albo wojsko to dla większości wykształconych mężczyzn skrajny obciach. Ale testosteron i agresja nie wyparują z męskich ciał tylko dlatego, że nie są trendy. I nic tu nie pomoże wegetarianizm ani unikanie lekcji WF-u, kolczyki w uszach, malowanie paznokci. Męska agresja zamiatana pod dywan może zamienić się w bombę zegarową groźną dla świata.

Ale mężczyźni sami nie chcą być sobą. To widać choćby w modzie. Jeszcze wiek temu emancypantki przebierały się w męskie stroje, dziś odwrotnie – mężczyźni noszą kolorowe rzeczy, używają kosmetyków.
Wyraźnie się feminizują. Mają też coraz więcej problemów z ciałem. Chorują na anoreksję, bulimię, stawy, kręgosłup, przedwczesny wytrysk, impotencję. Zaczynają golić nogi, depilować torsy, farbują włosy. Wygląda na to, że robią coraz więcej, by upodobnić się do kobiet, a dzięki temu zejść z linii ognia. Jeśli tak dalej pójdzie, to przypuszczam, że kobiety na zawsze pozostaną w dzielnie wywalczonych spodniach, a mężczyźni niebawem zaczną chodzić w spódnicach. Nie znam statystyk dotyczących transseksualizmu, ale w kontekście naszej rozmowy zaryzykowałbym hipotezę, że więcej mężczyzn chce zostać kobietami niż kobiet mężczyznami, bo dziś bycie mężczyzną nie jest ani trendy ani sexy.

A 20-latki skarżą się, że nie ma mężczyzn. W książce „Męskie pół świata” piszesz, że wkrótce będziemy miały do wyboru albo Piotrusia Pana albo skamielinę przeszłości, czyli tyrana.
No tak. Piotruś Pan to mężczyzna, który nie chce dorosnąć, bo niby kim miałby wtedy zostać: przeklętym samcem alfa i szowinistycznym wieprzem, a może uległym podnóżkiem swojej kobiety albo... Właśnie, wyboru prawie nie ma. Dlatego mężczyźni muszą się sami za siebie wziąć i stworzyć nowy wzorzec męskości, który nie będzie się opierał na demonstrowaniu przewagi nad kobietami. Z drugiej jednak strony kobiety muszą stworzyć taki wzorzec kobiecości, który nie będzie się opierał na pogardzie dla mężczyzn. W przeciwnym razie ofiary przeistoczą się w prześladowców. Marzenia o tym, żeby w pełni zanegować męskość i wejść w nowy matriarchat, to strata czasu. Doniesienia z czasów matriarchatu mówią, że rolę prześladowców odgrywały wówczas kobiety. Mężczyźni byli w pogardzie i by sprostać oczekiwaniom władczyń, zademonstrować negatywny stosunek do własnego podgatunku i chęć znalezienia się w kaście sprawującej władzę, dokonywali masowych, rytualnych kastracji. W warstwie symboliczno-psychicznej podobne zjawisko pojawia się obecnie wśród chłopców i młodych mężczyzn.

Za kryzys męskości ma też odpowiadać antykoncepcja. Powoduje ona, że kobiety wybierają niemęskich mężczyzn, to znaczy bez zewnętrznych oznak wysokiego testosteronu. Dlaczego? Pigułka blokuje jajeczkowanie na podobnej zasadzie jak ciąża. A więc kobiety po jej zażyciu czują się tak, jakby spodziewały się dziecka. Spada im libidio (tracą ochotę na seks) i szukają miłych opiekunów, a nie supersamców.
To całkiem prawdopodobne, że kobiety stosujące hormonalną antykoncepcję mogą mieć chemicznie podkręcony instynkt opiekuńczy. Więc przytulają różnych chłopaczków, a potem się dziwią, że ci przy pierwszej scysji czy problemie lecą do mamusi albo przeprowadzają się do następnej opiekunki. Co więc mają począć ci faceci? Nie mieszczą się w mainstreamie, więc na społecznych peryferiach tworzą patriarchalne enklawy: harleyowcy, kibice, a szczególnie nacjonaliści, którzy na sztandarach głoszą szczególną wartość swojej krwi i spermy.

Może popularność cyklu „Millennium” wynika z tego, że tam możemy odnaleźć to, czego tak szukamy – pozytywny wzór mężczyzny. Bohaterem jest nowoczesny wojownik, feminista, który walczy o prawdę i staje w obronie kobiet – a jego polem bitwy są media.
Trzeba tworzyć nowe wzorce – to pewne. Próbują tego mężczyźni skupieni w męskich kręgach rozwojowych, sięgając do pierwotnych indiańskich i szamańskich tradycji. To interesujący kierunek, bo oni poszukują w kulturach opartych na wzajemnym szacunku płci. Do roli wzorców męskości urastają także popularne postaci z kręgu literatury fantasy, takie jak Wiedźmin czy Harry Potter. Są to mężczyźni, którzy rozwinęli w sobie nadprzyrodzone moce, a także dzielność i odwagę. Dla nich kobiety nie są osią życia. Ci i inni męscy bohaterowie zamieszkujący wyobraźnię współczesnych mężczyzn wyrażają ich ogromną tęsknotę za szlachetną mocą, intencją i misją, za autonomią, wolnością i godnością. Jednym słowem – za współczesną wersją wspólnoty Rycerzy Okrągłego Stołu. To ważne i budzące nadzieję.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał

- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ryzyko czy rutyna? Stawiając wyłącznie na to, co łatwe i znane, drepczesz w miejscu. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Serial na ulubionym portalu, wygodny fotel i trochę czasu. Po co mam kupować bilet i jechać do Afryki? Jeśli nawet nuda mnie zżera, może wystarczy popatrzeć, jak inni ryzykują? Nie wdawać się w to, co nazywamy przygodą?
Pragnienie prawdziwej przygody jest powszechne. Dlatego mimo mediów społecznościowych, gier, interaktywnej telewizji i okularów VR (rozszerzonej rzeczywistości) większość ludzi nadal chce przeżyć coś niezwykłego, nadzwyczajnego, fantastycznego w prawdziwym życiu. Co prawda nasz mózg, a za nim również ciało mogą w pewnych sytuacjach uznać za realne sny, a nawet fantazje. Jednak ani sprawności fizycznej, ani tym bardziej odwagi, doświadczenia czy mądrości życiowej nam od pozbawionych realnego ryzyka pseudoprzygód nie przybędzie. Nie nauczymy się z nich tego, co z prawdziwych spotkań z ciekawymi, czującymi całym sercem ludźmi. W głębi duszy o tym wiemy i dlatego to, czego pragniemy, daleko wykracza poza wirtualną grę czy pasjonujący serial. Nie zaznamy pełni radości z kąpieli w najwierniejszym nawet obrazie wody. A bliskie spotkanie z doskonałym pikselowym złudzeniem mężczyzny czy kobiety pozostawi nas tylko z poczuciem zawodu i frustracji.

To jakie są zalety prawdziwej przygody? Czy tylko ćwiczenie mięśni i charakteru?
To już dużo. Prawdziwa przygoda ma to do siebie, że w niewielkim stopniu poddaje się naszej kontroli. Niesie więc realne ryzyko niepowodzenia lub straty. Jest wyzwaniem dla naszego charakteru, zaangażowania, umiejętności i odwagi. A także doskonałą okazją do poznawania siebie, naszych silnych i słabych stron. Dając nam impuls do przekraczania ograniczeń, przyczynia się do rozwoju i wykorzystania naszego ukrytego potencjału.

Mówisz o powszechnym pragnieniu przygody, ale w realu niewielu z nas jej szuka. Czy brak nam odwagi, by świadomie kupić bilet w nieznane? Wolimy, by to los za nas zdecydował?
Większość z nas odczuwa w sprawie przygody silną ambiwalencję. Z jednej strony półświadomie o niej marzymy, chcemy, by coś się w nas i wokół nas zmieniało. Coś nas korci do podejmowania ryzyka. Z drugiej strony – chcielibyśmy jednak żyć w bezpiecznej strefie komfortu, w spokojnej i przewidywalnej rutynie – po to, by wkładać jak najmniej wysiłku w codzienne życie i wybory z nim związane. Najczęściej więc kończy się na tym, że pozostawiamy pragnienie przygody boleśnie niespełnionym. Dlatego gdyby zapytać ludzi zmierzających do kresu życia, czego najbardziej żałują, większość odpowiedziałaby: „Tego, że za mało ryzykowałam, ryzykowałem”.

Czy nawet pracująca od 30 lat na tym samym stanowisku zachowawcza w ocenach i stylu życia 50-latka marzy o wyjściu z rutyny?
Tak, choć znaczna część ludzi ze swoimi własnymi pragnieniami niezwykłych wydarzeń czy zmian wcale się nie identyfikuje. To dla nich niezrozumiałe i groźne, więc je zagłuszają i wypierają. Ale w końcu nawet w schematycznym, bezpiecznie ułożonym życiu pragnienie przygody potrafi niespodziewanie dojść do głosu. Jeśli nie w realu, to w marzeniach i snach. A także wtedy, gdy zachłysną się miłością albo wiosną, albo alkoholem, albo czymkolwiek innym, co doda im odwagi. Uwolniona w ten sposób skumulowana przez lata potrzeba przygody może wówczas wybuchnąć z nadmierną siłą i narobić zamieszania. Lepiej więc potrzebę przygody sobie uświadomić i dzięki temu odpowiedzialnie, acz kreatywnie nią zarządzać.

Wejść na portal randkowy, bo dziś przygoda to często tyle co romans? Albo włączyć grę komputerową?
Przeżywanie przygód w świecie wirtualnym nic nie kosztuje. Można w każdej chwili przerwać, mamy kilka żyć, nic nam się nie może stać, nic nas nie zaboli, ale i nie zachwyci. Wszystko jest odwoływalne. Siedząc w fotelu, popijając piwo albo cappuccino, możemy zostać superbohaterami, superwojowniczkami, zdobyć skarby i atrakcyjnych partnerów, partnerki. Głód prawdziwej przygody usiłujemy wtedy oszukać erzacem i, niestety, wiecznie nienasyceni uzależniamy się od fikcji. Szaleństwo wieczorów kawalerskich i panieńskich dobrze obrazuje w realnym świecie powszechną ambiwalencję – pomiędzy pragnieniem stałości i przewidywalności a marzeniem o szalonej przygodzie.

Skąd się w nas bierze to rozdarcie?
Zapewne ze zmagania się dwóch wielkich sił – pierwotnego popędu nawykłych do zmiany i wędrówki nomadów oraz zassanego z kultury i obyczaju superego. Popęd szuka ryzyka, zmiany i nowości, a utkane z kultury i obyczaju superego apeluje do rozsądku, namawia do umiaru i przewidywalności. Wygląda na to, że osadnictwo, własność ziemi, rolnictwo i hodowla przykrywają naszą pierwotną cygańską duszę warstwą pozoru.

Po co nam dziś ten apetyt na ruch i przygodę?
Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie. Twórca szkoły terapii Gestalt Fritz Perls, mój pierwszy mistrz, mówił, że najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest bezruch, to, że nic się nie będzie zmieniać. Badania nad kreatywnością i mechanizmem tworzenia nowych połączeń neuronalnych potwierdzają pozytywną rolę zmiany i przygody. Bo im więcej połączeń neuronalnych, tym lepsze są parametry mózgu i tym większy zakres danych jesteśmy w stanie odbierać i przetwarzać. Przygoda rozumiana jako wyjście ze strefy komfortu – czyli tego, co już wiem i potrafię – najlepiej stymuluje rozwój mózgu. Dlatego to osoby przekraczające rutynę, poszukujące tworzą nowe wartości i cele dla wszystkich. Gdy ktoś taki utknie w strefie komfortu, czuje się jak uwięziony w dziecięcym pokoju i ucieka czym prędzej w nową przygodę.

Chyba nie wszyscy tak dramatycznie doświadczają życia w komforcie?
To prawda. Ale nawet ludzie bardzo niechętni zmianie od czasu do czasu czują, że muszą choćby poprzestawiać meble w pokoju, inaczej się uczesać czy ubrać w nowym stylu.

Czy nie byłyby dobrym rozwiązaniem stabilny dom i praca, a w weekendy surwiwal?
To zawsze coś, ale ważne, by znalazło się miejsce na ryzyko, zaskoczenie, nowość i trudność. W przeciwnym razie surwiwal ułoży się w nową rutynę. Potrafimy, jeśli zechcemy, zamienić w nią każdą przygodę. Są nawet firmy, które się w tym specjalizują, organizując bezpieczne wyprawy w nieznane. Do wewnętrznej prawdy, która nas wyzwoli, prowadzi prawdziwa droga, która wymaga trudu.

Jak wybrać tę drogę?
Mój nauczyciel zen miał dla uczniów prostą receptę na to, by nie utknęli w strefie komfortu i nie popadli w życiową rutynę: „Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał”. Wybierając to, co łatwe i znane, drepczemy w miejscu, chodzimy w nieskończoność po własnych śladach. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować.

„Zawsze pod górkę” jako motto na życie? Oj...
Nawet w Nowym Testamencie jest przypowieść o panu, który zostawił sługom przed wyjazdem talenty po to, by je pomnożyli. I kiedy po jakimś czasie wrócił, był zły na tego, który nie zaryzykował i ukrył je, bojąc się, że zostanie z niczym. Pochwalił zaś tych, którzy inwestowali odważnie, starając się zrobić z tego, co dostali, jak najlepszy użytek. Oni też pomnożyli swoje talenty. Wniosek: w ostatecznym, czyli duchowym, rozrachunku, ryzykując, zyskujemy.

Ale czy szczęśliwy dom nie wymaga stabilności, a nawet rutyny?
Zawsze gdzieś jakieś ryzyko można i warto podjąć. Jeśli na przykład uważamy, że nasze dzieci chodzą do kiepskiej szkoły, która deformuje ich mentalność i obraz świata, to trzeba poszukać mądrzejszej szkoły, a nawet nowych edukacyjnych rozwiązań. Jeśli mieszkamy w toksycznej okolicy, która truje nas i nasze dzieci wyziewami z kominów, to trzeba stamtąd uciekać. Jeśli partner lub partnerka są nieodpowiedzialni, agresywni i nielojalni, to dla dobra dzieci i ich przyszłych rodzin lepiej wybrać ryzyko rozstania.

A przygoda serca, czyli romans? Stawiać na niego czy na wierność?
Jeśli mamy poczucie, że w naszym związku źle się dzieje, że nie ma w nim wymiany intelektualnej, emocjonalnej i energetycznej – włącznie z tą, która dokonuje się w seksie – to wbrew naturalnemu odruchowi ucieczki warto podjąć trud naprawy tej sytuacji. Wymaga to dobrej woli obu stron. Jeśli jednak jedna ze stron nie chce wziąć swojej części odpowiedzialności za kryzys, to pojednanie jest niewykonalne. Wtedy trzeba sprostać ogromnemu wyzwaniu, jakim jest rozstanie się z klasą. Gdy braknie nam świadomości i samodyscypliny, to w sytuacji kryzysowej wdajemy się w romans, który na ogół jest wyborem łatwiejszej drogi, bo nie konfrontuje nas z naszym wkładem w to, że związek się nie udał.

Zmiana jest więc wszędzie i zawsze potrzebna?
Zawsze – jeśli chcemy być wewnętrznie żywi, zmieniać się i rozwijać, w pełni doświadczać bolesnych i radosnych aspektów życia, ciągle się uczyć, twórczo pracować i mieć wdzięczne, tkliwe serce. Nie ma więc co marudzić i narzekać na to, że coś się w naszym życiu zmienia, tylko iść za tym. Na tym polega wyższa forma sztuki życia. Potraktujmy poważnie ostrzeżenie przed tym, by nie być kostką lodu w płynącej rzece. Rzeka życia – jak to rzeka – raz przyspiesza, raz zwalnia, meandruje, ale wciąż płynie. Nie zapominajmy, że w istocie jesteśmy tą rzeką. Nie próbujmy jej zatrzymać, nie próbujmy jej zamrozić. Bo wtedy zamrażamy i zatrzymujemy siebie samych.

Czyli rutyna zamraża nasze serca?
Często, a ostatnio chyba coraz częściej. Boimy się ryzykować i inwestować w miłość. Bo miłość to jazda bez trzymanki, potężna energia, nad którą nie do końca panujemy. Oczywiście, można wyprzeć się miłości i zamrozić swoje życie, ale koszty tej operacji są tak wielkie i zasmucające, że ponad wszelką wątpliwość lepiej poddać się tej nieobliczalnej – ale jakże ożywczej – chorobie niż leczyć się z niej lekarstwem, które nas zabija.

Znam ludzi, którzy powiedzieliby, że liczy się lokata w banku, a nie szaleństwo serca.
Dlatego wielu z nas w nocy śni, że nie żyje, a w dzień śni, że żyje. Sami sobie to robimy. Świetny film „Dzień świstaka” opowiada właśnie o tym, jak zabrnąć w życie, w którym nic się nie zmienia, a każdy dzień staje kopią poprzedniego. Dzieje się tak, gdy przekonamy sami siebie, że życie polega na rozbudowywaniu strefy komfortu i że już wszystko o sobie i o życiu wiemy. Wtedy podobnie jak bohatera tego filmu tylko miłość może nas wyzwolić z tragicznej pułapki. Więc niech żyje miłość – nawet gdy czasami boli.

  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Psychologia

Czy mit mężczyzny jako samotnego wilka jest nadal aktualny?

Mężczyźni potrzebują czasem samotności. Problem w tym, że kobiety traktują to jako coś kierowanego przeciwko relacji. Myślą wtedy: dlaczego on nie chce wpuścić mnie do swojego świata? Tymczasem on robi to po to, żeby być z tobą blisko i mieć poczucie ciekawości ciebie. (Fot. iStock)
Mężczyźni potrzebują czasem samotności. Problem w tym, że kobiety traktują to jako coś kierowanego przeciwko relacji. Myślą wtedy: dlaczego on nie chce wpuścić mnie do swojego świata? Tymczasem on robi to po to, żeby być z tobą blisko i mieć poczucie ciekawości ciebie. (Fot. iStock)
Każdy człowiek chce czasem pobyć w samotności, ale zdaniem terapeuty Roberta Milczarka mężczyźni potrzebują tego wyjątkowo, biologicznie i kulturowo. To dobre dla ich psychiki, ale i dla związku, bo po czasie spędzonym osobno bardziej doceniają ten spędzany razem.

Czy stereotyp mężczyzny jako samotnego wilka nadal jest aktualny?
To wcale nie stereotyp. Moim zdaniem w mężczyznach tkwi głęboko atawistyczna potrzeba tego, żeby oddalić się w samotność, choćby na chwilę. I to z różnych powodów, najczęściej po to, by poukładać się ze sobą, podjąć ważne życiowe decyzje, w poczuciu, że nie jest się wystawionym na ocenę innych. To nie zmienia się od lat, różnią się tylko dekoracje i współczesne atrybuty.

Kim zatem jest współczesny samotnik i jak wygląda jego wyprawa w samotność?
To są na przykład różne samotne podróże, wyprawy w góry czy konfrontowanie się ze słabościami poprzez sport uprawiany w pojedynkę. U wielu mężczyzn chęć oddalenia się od świata rozgrywa się na zupełnie nieświadomym poziomie. Dlatego uważam, że stoi za tym jakiś pierwotny mechanizm.

Mówimy o pewnym etapie życia w samotności, a znasz samotników, którzy żyją w pojedynkę przez całe życie, z dala od ludzi?
W moim gabinecie pojawiają się czasem mężczyźni, którzy mają taką konstrukcję, że faktycznie potrzebują więcej przestrzeni i wolności. Po to, żeby zbliżyć się do partnerki, muszą się od niej najpierw oddalić, inaczej mają poczucie sklejenia i niemalże wchłonięcia. Może to zabrzmi kontrowersyjnie, ale podoba mi się metafora mężczyzny sprężyny i kobiety fali z książki Johna Greya, „Kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa”. Dlatego, że kobiecy cykl emocji można metaforycznie porównać do fali, gdzie bycie „na fali” to odczuwanie mocy, spokoju i dobrego nastroju. I tak jak fala potrafi się dynamicznie załamać, również emocje mogą się zmieniać, aż do stanu bycia pod falą, w poczuciu beznadziei, bezsilności. Mężczyźni często popełniają błąd, próbując jakoś na to wpłynąć, pomóc i sprawić, by kobieta poczuła się lepiej. To pogarsza sprawę, bo mężczyznom trudno uznać emocje bez próby ich zmiany, a wystarczyłoby być obecnym, uważnym, bez zamiaru naprawiania, tłumaczenia czy wpływu na ten stan rzeczy.

A co oznacza metafora mężczyzny sprężyny?
Tak jak sprężyna, która kurczy się i rozszerza, mężczyźni potrzebują oddalenia po to, żeby się do kobiety zbliżyć. Mężczyzna, żeby zatęsknić, musi nabrać dystansu. Bo jeżeli jest się z partnerką cały czas blisko, to nie ma przestrzeni na to, żeby poczuć i doświadczyć, czym ta bliskość jest. Można powiedzieć, że to dość stereotypowe spojrzenie, a jednak jest w tym sporo racji. Oczywiście taka dynamika może dotyczyć też postaw i reakcji kobiet. Z pewnością jeśli mężczyzna nie nosi w sobie głębokich traum, a samotność nie jest ucieczką, tylko potrzebą wyznaczenia granic i posiadania swojej przestrzeni – to oddalenie się jest potrzebne dla jego zdrowia psychicznego. Tak samo jak i jest potrzebne kobiecie, ale myślę, że ze względów kulturowych mężczyzna jednak bardziej potrzebuje wylizać swoje rany bez ekspozycji społecznej. I to jest właśnie to ogromne wyzwanie w relacjach damsko-męskich. Bo mam poczucie, że kobiety traktują to oddalenie się mężczyzny jako coś, co jest kierowane przeciwko relacji. Oczywiście nie jest tak zawsze, ale kiedy mężczyzna rusza w podróż na motorze albo przesiaduje sam w garażu, to kobieta może odczuwać złość i żal, bo dlaczego on nie chce wpuścić mnie do swojego świata? No właśnie po to, żeby być z tobą blisko i mieć poczucie ciekawości ciebie, kobieto.

Rozumiem to, bo sama mam silną potrzebę autonomii i wolności. Jednak zaskakuje mnie, gdy w rozmowach z terapeutami pracującymi z mężczyznami pytam o to, co robią na męskich kręgach czy warsztatach, a oni odpowiadają mi: a co cię to obchodzi? Jako kobieta nie masz tam wstępu.
To jest czysto archetypiczna sprawa, bo skoro energia ma być męska, to dotyczy tylko mężczyzn. I nie chodzi o wykluczanie kobiet. Po prostu jest w życiu przestrzeń na wspólnotę i przestrzeń na odrębność. Mówiąc retoryką sportową: to, co się dzieje w szatni, zostaje w szatni.

Dlaczego uważasz, że kultura sprawia, że to właśnie więcej mężczyzn szuka dzisiaj samotności? Większość pustelników to mężczyźni?
Myślę, że to nie jest kwestia większych oczekiwań wobec mężczyzn, tylko sprzecznych wymagań. Bo dzisiaj nie do końca wiadomo, co to znaczy być prawdziwym mężczyzną. Kliszą jest to, że mężczyzna powinien być powściągliwy, silny i nie okazywać emocji będących objawem słabości. Współczesny mężczyzna musi sprostać wymaganiom, które wiążą się z wrażliwością emocjonalną. Ale jak w tym zachować pierwiastek męski? Bez agresji, z uczuciem i wyczuciem. Jak nie być miękkim, a wyrazistym? Mężczyzna ma dzisiaj wiele do przerobienia, dlatego tak potrzebuje samotności. Dostrzegam to także w terapii, na przykład gdy pracuję indywidualnie z mężczyznami, którzy jednocześnie są w terapii małżeńskiej. I widzę, że w pracy indywidualnej mężczyźni są bardziej otwarci niż podczas tej w parze – wtedy zamykają się i wycofują. Szczególnie gdy terapeutką jest kobieta. Czasem postrzegają to jak kobiecy sojusz przeciwko mężczyźnie. I to jest temat do przerobienia, trudny i żmudny.

Myślę, że bliskość z drugim człowiekiem staje się coraz trudniejsza dla nas wszystkich. Czy męska samotność nie jest dzisiaj bardziej ucieczkowa?
Każdy z nas ma potrzebę bliskości i dzielenia się swoimi doświadczeniami z innymi, cieszenia się, wspólnego doświadczania. Jednak część z nas potrzebuje być bardzo blisko, a inni czują się lepiej, będąc w pewnej odległości. Znaczenie mają tu trudne doświadczenia życiowe, które traumatyzują nasze relacje. A człowiek ma przecież ogromne możliwości do generowania w sobie mechanizmów obronnych. I ucieczka w samotność staje się dzisiaj jednym z nich. Dlatego, że samotność możemy sobie dzisiaj dość dobrze zracjonalizować: samotność jest fajna, bo lżej nam się żyje. Nikt od nas nie wymaga chodzenia na kompromisy, których uczenie się jest elementem bycia w relacji z drugim człowiekiem. Istnieje pozytywny wymiar samotności, o którym mówiliśmy: potrzeba zdystansowania się, pobycia ze sobą czy nasycenia się energią samotności. I myślę, że w uniwersalnym wymiarze każdy człowiek tego potrzebuje – umiejętności bycia ze sobą. Faktycznie dzisiaj to dla nas trudno dostępne, w małym stopniu potrafimy kontaktować się ze sobą w samotności.

Negatywny wymiar samotności to właśnie rodzaj ucieczki: z lęku przed bliskością czy oceną, z niechęci do angażowania się w relacje i pogłębiania bliskości. Jednak mężczyźni dopiero uczą się kontaktowania ze swoimi emocjami. I pomimo że sam jestem feministą, to mam taki apel do kobiet: „dajcie mężczyznom więcej czasu”. Potrzebnego, by odkryli, jak dziś być mężczyzną silnym i wrażliwym jednocześnie. Bo niby od kogo mieli się tego nauczyć? Od nieobecnego, wycofanego czy przemocowego ojca? A może od matki próbującej wypełnić obie role rodzicielskie? Postawy żądaniowe, roszczeniowe i krzyczące ze strony kobiet budują u wielu mężczyzn jedynie opór. I chęć ucieczki. Dlatego proponowałbym raczej terapeutyczną zasadę: tym szybciej coś się wydarza, im wolniej działamy. Dojrzewanie do bliskości i uczenie się odrębności to indywidualny i długotrwały proces.

Ale czy mężczyźni potrzebują tej samotności od kobiet?
I tak, i nie. Tak, ponieważ nie chodzi o samotność w ogóle, od wszystkich, tylko fakt, że mężczyźni czują się bezsilni i nie rozumieją oczekiwań współczesnych kobiet. Nie, ponieważ mężczyźni chcą bliskości, w której możliwa jest własna odrębność i nieprzeżywanie wszystkiego i zawsze razem. Powiem ci, jak to wygląda u mnie: lubię pobyć sobie sam lesie, w górach czy w domu, i to nie jest ucieczkowe, tylko ma funkcję regenerującą. Po to, żebym później mógł zbliżyć się do partnerki, podzielić się swoim doświadczeniem, powiedzieć o tym, co przeżyłem, mieć ciekawość jej jako drugiej osoby. I myślę, że w relacji z kobietą to bardzo ważne, bo bycie ciągle razem w takim sklejeniu zabiera tajemnicę, ciekawość i niedosyt. Myślę, że z byciem w związku jest jak z kulinariami – lepszy niedosyt niż przesyt.

Mężczyzna samotnik dla mnie jako kobiety to facet sukcesu lub porażki. To na pewno nie jest facet taki jak inni...
A dla mnie taki samotnik to mężczyzna, który potrafi być sam ze sobą i wyznaczyć innym pewne granice. Potrafi też znieść to, że nie jest czasem rozumiany przez innych, a jednak pozostaje lojalny względem siebie. Dzięki temu ma zdrowe relacje z innymi ludźmi, którzy uznają stawiane przez niego granice i wiedzą, że samotność nie jest przeciwko relacji między nimi. Mężczyzna samotnik potrafi zbliżać się i oddalać, nie wypadając z ról: partnera, męża, ojca, brata czy syna. A wypadanie z ról polega na tym, że mężczyzna w ogóle nie chce wchodzić w relacje, nie potrafi ich inicjować i pogłębiać.

A jak wyglądają relacje mężczyzny samotnika z kobietami?
Mają się dobrze, jeśli to, na czym polega potrzeba samotności, jest jasne dla obu stron. Na pewno są kobiety, które mają w sobie nieświadomą potrzebę naprawiania czy leczenia takiego mężczyzny. Wtedy potrzebę samotności partnera traktują jako stan przejściowy, który wynika z poranienia. Za zadanie stawiają sobie, by z ich pomocą wrócił na łono rodziny czy relacji. Jednak tego rodzaju zabieranie tlenu i osaczanie przez rozżaloną kobietę będzie tylko powodowało wycofywanie się tego mężczyzny. Co ciekawe, kobiety trafiają do mojego gabinetu częściej w poczuciu, że są samotne i chciałyby kogoś poznać. Mają w sobie lęk przed samotnością, który zamienia się w desperację szukania bliskości za wszelką cenę. Z kolei mężczyźni w samotność uciekają. Wtedy gdy czują, że kobieta jest za blisko, za mocno chce wejść w ich życie i złamać tajemnicę. Do pewnego momentu rozumiem ich chęć ucieczki. Ale jest też drugi rodzaj męskiego uciekania – przed dorosłością. Wynika on z ich emocjonalnej niedojrzałości, niechęci do mierzenia się z codziennością czy bycia obecnym ojcem, partnerem, mężem.

A może lepszą partnerką dla samotnika jest samotniczka, która go rozumie, bo sama ma dużą potrzebę autonomii?
Nie do końca, bo bliskość tworzą: obecność, kontakt, codzienność wspólnego życia, więc jeżeli partnerzy mają dwa odrębne życia, bez przestrzeni wspólnej i bez miejsca na znalezienie kompromisu – to bardzo trudno taką relację utrzymać i rozwijać. Uważam, że związek dwóch silnych i odrębnych osobowości jest bardzo trudny do pogodzenia.

Freud mówił, że człowiek zdrowy psychicznie może kilka godzin spędzić w pustym pokoju na krześle.
Właśnie ta równowaga pomiędzy bliskością i oddaleniem się jest dla mnie, terapeuty, miarą czyjegoś zdrowia psychicznego. Umiejętność bycia ze sobą zwiększa szansę, że będę potrafił być w związku i że nie jestem z partnerką tylko dlatego, że nie potrafię być sam.

Mówisz jednak, że mężczyźnie łatwiej jest dzisiaj żyć bez ludzi, w samotności?
Jeżeli dokonało się już wielu prób życia w związku, a to nie przynosi efektu, tylko cierpienie, to ile można? Nie chodzi o to, żeby teraz nawracać każdego samotnika na życie z ludźmi. Bo czasem to wynika z jego lub jej wysokiej wrażliwości, z tego, że obecność innych jest przebodźcowująca, emocje są zbyt intensywne i po prostu łatwiej jest żyć w pojedynkę. Jest taka piosenka, którą uwielbiam – „Driving Home for Christmas” Chrisa Rei. Warto wsłuchać się w jej tekst: „Jadę do domu na święta. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę te wszystkie znajome twarze. Czuję, że już są blisko mnie“. Kiedy słyszę ją w radiu, mam wtedy przed oczyma właśnie taki obraz mężczyzny, który jest sam, jest daleko, a jednak ma do kogo wrócić. Bo jest ktoś na tym świecie mu bliski. Dlatego dobrze jest czasem zatęsknić i właśnie do tego potrzebna jest nam wszystkim samotność.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.

  1. Psychologia

Kryzys męskości. Czy jego przyczyną są relacje matek z synami?

Czy istnieje lekarstwo na kryzys męskości? (Fot. iStock)
Czy istnieje lekarstwo na kryzys męskości? (Fot. iStock)
- Przyczyną kryzysu męskości są relacje matek z synami. Pracując z mężczyznami w Polsce, obserwuję waszą tradycję wychowania synków przez mamusie. Syn najczęściej jest od zapewnienia matce tego, czego nie dostała od swojego męża. Oni nie są decydentami, są traktowani bez szacunku, przedmiotowo - mówi Piotr Pałagin, psychoterapeuta, lekarz, astrolog.

- Przyczyną kryzysu męskości są relacje matek z synami. Pracując z mężczyznami w Polsce, obserwuję waszą tradycję wychowania synków przez mamusie. Syn najczęściej jest od zapewnienia matce tego, czego nie dostała od swojego męża. Oni nie są decydentami, są traktowani bez szacunku, przedmiotowo - mówi Piotr Pałagin, psychoterapeuta, lekarz. 

Podobno, od dawna już zresztą, mamy kryzys męskości. Wzorzec męski zanika po prostu w sposób skandaliczny i szybki. Kiedyś mężczyźni walczyli o terytorium, wzorcem męskim byli bohaterzy - silni, okrutni, brutalni, bo przecież wrogowi trzeba było odrąbać głowę. Nieważne, kto kogo napadał, takie same gadki były z każdej strony. Krwiopijcy - to był męski wzorzec. Od dawna jest już jednak nieaktualny. No i do czego teraz mężczyzna się nadaje?

Ma pieniądze zarobić na przykład. Dokładnie. A to jest coś drapieżnego? W tym celu ma komuś głowę odrąbać? Dzisiejsza walka to już nie to, już nie machamy szablą. Teraz mężczyzna nie bierze spraw w swoje ręce, raczej idzie do sądu, żeby sąd to za niego zrobił. A potem może powiedzieć: „Jaki ten świat jest niesprawiedliwy!”. Albo nie idzie do sądu, tylko siedzi i wódkę pije. Bo jest załamany, zestresowany i nerwy go biorą. A jak słyszy, że ktoś mówi: „To zrób coś!”, odpowiada: „Nie, no co ja mogę? Ten system jest nie do obalenia?”. To nie jest po męsku.

Jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy? Przyczyną są relacje matek z synami. Pracując z mężczyznami w Polsce, obserwuję waszą tradycję wychowania synków przez mamusie. Syn najczęściej jest od zapewnienia matce tego, czego nie dostała od swojego męża. Albo ma bronić jej przed ojcem, albo jest od tego, żeby spłodzić jej wnuki i mieć grzeczną żonę. Oni nie są decydentami, są traktowani bez szacunku, przedmiotowo. Nie mają wolności, są przez matki wykorzystywani, chowani twardą ręką, krytykowani, poniżani. Muszą być słabi, żeby spełniać ich oczekiwania. Albo są skrzywdzeni nadopiekuńczością, co daje ten sam efekt. Ich męskość wcześnie zostaje złamana.

Co się dzieje potem? Później mężczyzna spotyka kobietę, z którą jest mu cudownie, bo wydaje mu się, że ona wcale nie jest taka jak matka. Jednak kiedy ona rodzi dziecko, cały ten wstręt do matki budzi się i jest przenoszony na żonę. I przychodzi taki czas, że ten facet wpada w depresję, przychodzi do mnie i mówi: „Jest mi ciężko, czuję się osaczony. Wszyscy czegoś ode mnie chcą, a ja nie wiem czego”. I nawet gdy ma kochankę, to ona okazuje się taka sama jak żona. Żonie mówi, że jest wolny i będzie robił, co chce, a kochance mówi, że ma żonę i dzieci i nie może on nich odejść, bo nie jest wolny. Taka sytuacja ciągnie się latami.

Jacy jeszcze polscy mężczyźni do ciebie przychodzą? Druga grupa to ci, którzy nie wiedzą, co mają w życiu tak naprawdę zrobić. Taki mężczyzna był zawsze grzeczny, bardzo dobrze się uczył, skończył prestiżowe studia i poszedł do pracy, której teraz nienawidzi, ale trzeba przecież zarabiać, żeby z czegoś żyć. Trudno mu jednak w tej pracy przejawiać własną wolę, kreatywność czy siłę. On całe życie marzy, żeby się porządnie upić, wyjechać na koniec świata albo przynajmniej na trzytygodniowy urlop. Ci wszyscy mężczyźni cały czas znajdują się w pułapce, w którą wpędziły ich mamusie. Została odebrana im władza i decyzyjność. I oni teraz czują się jak biedna śrubka w tym złym okrutnym świecie. Są wykończeni i jest im bardzo źle.

Co im te matki zrobiły?! Co czuje kobieta, która jako dziewczynka ciągle słyszała, że ma być grzeczna i niczego jej nie wolno, a to, co chce, jest nieważne?

Ona teraz nie wie, czego chce. Tak. A mężczyzna?

Nie działa właściwie. No właśnie. Mężczyzna jest tak skonstruowany, że od razu to po nim widać. U kobiety są to sprawy wewnętrzne - brak jakiejś tajemnicy, umiejętności tworzenia atmosfery, tego, co jest pomiędzy wierszami. Ona to nadrabia pewnymi męskimi zachowaniami, niby świetnie sobie radzi, ma jakiś plan na życie, chociaż to nie jest jej pomysł. W dzisiejszych konsumpcyjnych czasach, gdy liczy się działanie, organizowanie i zdobywanie, trudniej to odkryć. A facet? Od razu wiadomo, że on nie robi właściwego ruchu. To widać zwłaszcza w relacjach z kobietami. Niby działa, ale boi się całkowicie zadeklarować, prawdziwie zaangażować. On będzie czekać na bieg wydarzeń. Będzie oczekiwał, że ktoś za niego zaryzykuje. On musi mieć gwarancję, że nie zostanie skrzyczany, skrytykowany, że nie spotka się z dezaprobatą swojego postępowania. Dziewczyna siedzi obok niego, niby jest kawiarnia, kwiaty, kawa, spacer, ale czegoś brak. A dziewczyna chce barbarzyńcy, chce, żeby zrobił coś tak, jak tylko facet potrafi. Tymczasem on, nawet gdy jest już w związku, jest wycofany. Jego tam nie ma.

Kobieta czuje, że go nie ma, że nigdy nie zrobił tego właściwego ruchu. Czasem taki facet zrobi jakiś ruch, ale potem żałuje i udaje, że to wcale nie o to chodziło, że tak jakoś dziwnie wyszło i żeby sobie nikt czasami nie myślał, że on czegoś chce. Albo przegrywa i żyje z poczuciem porażki i przekonaniem, że nie ma prawa sięgać po swoje. Moja żona ma na przykład takiego wielbiciela. To dawny kolega jej starszego o osiem lat brata. Kiedy miała 15 lat, pierwszy raz się z nim całowała. On poczekał, aż ona dorośnie i poszedł zapytać mamę, czy może się z nią ożenić. A mama powiedziała: „Absolutnie nie, zabraniam, nie wolno!”. Biedny zastanawiał się, a ona w tym czasie zaliczyła paru chłopaków i 2 małżeństwa. Ale on cały czas kręcił się gdzieś w tle. Nagle niedawno wyciągam ze skrzynki na listy kartkę, a tam jest napisane: „Jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu, ale ja szanuję twoją rodzinę i na pewno nie zrobię żadnego ruchu”. Wściekłem się i pytam, co to za typ. Żona opowiada mi całą historię i dodaje: „Jak matka żyła, to on się nie odzywał, a jak matka umarła, pojawił się”. Tak to już jest z takimi mężczyznami. Kobiety, które do mnie przychodzą, mówią mi czasem o tym, że spotkały się z jakimś mężczyzną, aż iskrzyło między nimi, a potem on milczy. Spotyka go przypadkowo, a on pyta: „Dlaczego nie dzwonisz?”. To niesamowite! Ona ma do niego dzwonić!

No dobrze. Mamy takiego już złamanego faceta, stało się z nim to, co się stało. Jest dla niego jakaś nadzieja? I dla jego potencjalnej kobiety? Jak kobieta będzie za niego robić to wszystko, co on ma zrobić, nie ma szans. A kobieta zwykle nie chce czekać. Albo mu coś gada, albo robi za niego. Nie wolno! Zabójstwem dla motywacji faceta jest, kiedy kobieta sama zabierze się za podrywanie, zaciągnie do łóżka i wytapetuje ściany. Jeśli on nie chce, to trzeba zająć się swoim życiem, zacząć umawiać z kimś innym albo wynająć przystojnego fachowca od tapetowania. Niech przyjdzie, kiedy on wraca z pracy do domu. Każdy normalny mężczyzna powie: „Co? A co, ja nie mogłem tego zrobić?”. Tak trzeba postępować i wtedy facet będzie chodzić i żarówki sprawdzać sam, będzie naprawiał kran, a nawet zrobi generalny remont. Kobieta nie może gadać mu tak jak matka, bo obudzi się w nim stary mechanizm - jemu będzie się wydawać, że musi to zrobić dla matki, a nie dla siebie i partnerki. On ma uraz psychiczny, automatyczny odruch.

A jeśli on na początkowym etapie relacji nie wykonuje właściwego ruchu? Wtedy warto, żeby kobieta się zastanowiła, czy w ogóle coś z tego będzie. Może też napisać wypracowanie na temat tego, czym różni się obraz Jasia od Jasia. Bo kobieta ma różne obrazy w swojej wyobraźni na temat wymarzonego wirtualnego mężczyzny i nawet, jak patrzy głęboko w oczy tego, który przed nią stoi, to nadal widzi cały zestaw czynności, który on musi, według jej standardów, wykonać. A on nic. Jak zacznie z nim o tym mówić, jest spalona. Jak nie zacznie, może się nie doczekać. A jak istnieje groźba, że może się nie doczekać, trzeba zadać sobie pytanie - czy jest to wyobraźnia, czy jest to rzeczywisty facet. Niech się zastanowi, czy chodzi jej przede wszystkim o to, żeby wymarzony obraz się urzeczywistnił. Jeśli tak, wtedy może dać sobie spokój z tym facetem. Albo niech poczuje w sobie, czy może jednak wartość tego prawdziwego mężczyzny jest tak wielka, że może poczekać na niego nawet 100 lat. Jeśli kobieta zrezygnuje ze swoich oczekiwań, on może zacząć postępować tak, jak chce i będzie dobrze. Co jest dla ciebie ważniejsze - kochać czy być kochaną?

Jedno i drugie. No właśnie. Jeśli impuls idzie z dwóch stron, relacja sama się rozwija. Odbywa się w tym wymiarze, w którym impulsy się spotykają. Jeśli nic się nie dzieje, to znaczy, że kimś rządzi jakiś obraz i że ta druga osoba nie jest ważna. To nie jest miłość, tylko oczekiwanie konsumpcji miłosnej. Nikt się nie rusza i frustracja narasta. Wtedy trzeba to przerwać.

Jest jakieś lekarstwo na kryzys męskości? Wrócić do prawdziwej idei mężczyzny i kobiety. Uszanować, że mężczyzna i kobieta to nie jest to samo. Żyjemy w czasach propagandy mediów. W filmach amerykańskich na przykład jest zawsze ten sam schemat - dobry czarny, zły biały, dobry policjant, zły złodziej. Funkcjonuje mnóstwo sloganów, którymi częstuje się ludzi. My tak samo możemy wypromować mężczyzn i kobiety. O czym marzy większość kobiet w Polsce? Obserwuję, że o tym, żeby mężczyzna dał jej poczucie bezpieczeństwa. I wtedy kobiety kreują ten obraz mężczyzny, który daje poczucie bezpieczeństwa, a on wcale nie musi być prawdziwy. A czym marzy facet w Polsce?

Zależy z jakiej grupy. Przedstawiciele pierwszej marzą o tym, żeby mieć zaradną żonę, niewiele robić i udawać, że jest się ojcem rodziny. Stoi za tym mechanizm dominującej matki. Bo jak matka rządziła wszystkim w domu, to on chce mieć taką żonę jak ona. I mówi: „O, mamusia nie tak zupkę gotowała. Pogadaj z mamusią, ona cię nauczy”.

A druga grupa to faceci, którzy tak bardzo nienawidzą mamusi, że nie chcą żadnej żony. Mogą ewentualnie mieć kochankę bądź kochanki. Marzą o kobiecie jako o obiekcie seksualnym. Tak. I nie chcą w ogóle rodziny. Dla jednych dom, rodzina są potrzebne, bo odebrali naukę religii katolickiej, a drudzy nie chcą tych dyrdymałów. Ani jedni, ani drudzy nie przeszli jednak inicjacji męskiej, to nie są dojrzali mężczyźni.

Nie przeszli inicjacji męskiej? Tak. Drodzy rodzice, jak wasze dziecko robi coś od siebie, co jest dla niego wyzwaniem, mówcie: „Jak fajnie!”. Sąsiadów niech nie zabija, bomby niech nie podkłada, ale jak ma się wybrudzić, trochę połobuzować, pozwólcie mu. Kiedy mój synek zdecydował się być dorosły, palił jakieś ogniska i wracał do domu cały okopcony (ale trzeźwy). „Co się tak na mnie patrzysz? Myślisz, że piję?” - pytał mnie, a ja: „Nic nie myślę”. Kiedyś wrócił z przypalonym butem, ja nadal nic. To była taka jego inicjacja. Potem wreszcie przyszedł do mnie i powiedział, że trzeba mu buty kupić i zaczął opowiadać, jaki już będzie grzeczny. Sam sobie granicę ustawił, bo nikt mu w tym nie przeszkodził. Ta granica nie może zostać ustawiona przez kobietę, przez matkę. Ojciec co najwyżej może powiedzieć: „Uważaj!”.

Po czym rozpoznać dojrzałego mężczyznę? Jak pytam kobiety, czego oczekują od partnera, mówią o tym poczuciu bezpieczeństwa i o tym, żeby on był dla niej dobry i ją kochał. A chodzi o to, żeby pojawił się przekaz „my”. Wtedy nie ma tego, że ktoś kimś rządzi i nikt na nikim się nie opiera, nikt nie jest krzywym słupkiem. Każdy jest prostym słupkiem, który w sobie ma oparcie i wewnętrzny spokój. I wtedy oni we dwójkę są zainteresowani, żeby zbudować wspólne życie. To jest ta dojrzałość. A co to znaczy wspólne życie? Są różne kryteria, jedni będą biznes prowadzić, drudzy dzieci płodzić, trzeci książki pisać, następni tylko seks uprawiać. Ale z dwóch stron, równolegle, jest podobna energia, podobne intencje, podobna moc. Nie identyczne, ale podobne. Tak się tworzy wspólne życie.

Czyli dojrzałość to gotowość do prowadzenia wspólnego życia? Do partnerstwa. I dzielenie odpowiedzialności tak, jak się umówiliśmy lub tak, jak się samo ułożyło i dobrze się z tym czujemy. Nikt nie musi niczego robić, ale robi, bo tak chce. W prawdziwej chęci bycia razem nie ma sztywno podzielonych ról. Partnerstwo polega na tym, że nie ma przemocy z żadnej strony, ale obopólna chęć budowania wspólnego życia. Dojrzałego mężczyzny z dojrzałą kobietą.

Piotr Pałagin, lekarz homeopata, członek Stowarzyszenia Homeopatów Wielkiej Brytanii, psychoterapeuta, astrolog, seksuolog, doradca biznesu, coach, trener sukcesu. Od 1991 roku pracuje jako terapeuta. Wieloletnie doświadczenie pozwoliło mu opracować zintegrowaną metodę terapeutyczną, która oddziałuje na cztery aspekty człowieka: fizyczny, eteryczny (energetyczny), astralny (podświadomy) i mentalny (świadomy). 

  1. Psychologia

Męska rywalizacja

Jedni rywalizują po to, aby zdobyć jakieś zasoby. Drudzy chcą wywrzeć na innych wpływ. Jeszcze inni pragną coś udowodnić sobie lub innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania. (Fot. iStock)
Jedni rywalizują po to, aby zdobyć jakieś zasoby. Drudzy chcą wywrzeć na innych wpływ. Jeszcze inni pragną coś udowodnić sobie lub innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania. (Fot. iStock)
Niektórzy twierdzą, że jest kwintesencją męskości, że sączy się do krwiobiegu razem z testosteronem. Inni podkreślają, że to raczej produkt wychowania i społecznych oczekiwań. Co dziś daje, a co zabiera mężczyznom rywalizacja? Z kim teraz toczą boje? I o co? Odpowiedzi szuka psycholog dr Dariusz Parzelski, wspierany przez terapeutę Roberta Milczarka.

Czy rywalizacja to typowo męska cecha?
Przez wiele stuleci do rywalizacji potrzebna była siła fizyczna, która ściśle związana jest z płcią. Współczesna technika daje jednak pewne możliwości, żeby to równoważyć. Dlatego powiedziałbym, że dziś rywalizacja nie ma płci, chociaż faktycznie przez wiele lat miała.

Gdy myślę o mężczyźnie, który z kimś rywalizuje i o coś walczy, to w moich oczach jest on męski.
No tak, ale czy kobiety, które rywalizują i zapewniają zasoby rodzinie, są niekobiece? W różnych czasach co innego będziemy nazywali męskością. Obecnie definiuje ją nie tylko siła, spryt i pokonywanie innych. Nie chodzi o to, by przetrwać, ale też by dobrze żyć: być partnerem, ojcem, przyjacielem, autorytetem.

No właśnie, rywalizacja ma dzisiaj złą prasę. Obecnie stawia się na współpracę. Nawet w sporcie...
Możemy sobie używać innego słowa, ale wiadomo, o co chodzi... W sporcie liczy się przede wszystkim wygrana. Kilkanaście lat temu jedna z moich studentek przeprowadziła badanie w zakresie psychologii sportu na temat idealnego trenera i trenerki. Wybieraliśmy typowo męskie i kobiece cechy oraz pewną liczbę cech neutralnych płciowo. Okazało się, że to trener w porównaniu z trenerką uważany jest za bardziej zdyscyplinowanego, pracowitego i punktualnego, czyli definiowany jest przez neutralne płciowo cechy. Ciekawe, jak te badania wyglądałyby dzisiaj? Z moich obserwacji wynika, że w sporcie nadal istnieje szklany sufit, bo jeśli popatrzymy na żeńskie sporty, to mężczyźni prowadzą większość kadr narodowych – to oni dbają o kobiecy duch rywalizacji.

Zajmował się pan psychologią sportu, teraz zajmuje się pan biznesem – czy w tych dwóch obszarach można mówić o dobrej i złej rywalizacji?
To jest pytanie natury filozoficznej. Przywykliśmy myśleć, że w biznesie, by wygrać, trzeba prowadzić nieczystą grę albo wypracowywać zysk kosztem pracowników. Jednocześnie zachwycamy się odnoszącym sukcesy sportowcem, współczesnym gladiatorem, i myślimy, że to dlatego, że ma talent. Nie widzimy jego wysiłku, czyli setek godzin treningów i wypruwania sobie żył, a czasem także patologii, w jakiej funkcjonuje, żeby ten sukces osiągnąć. Złoty medal to jest tylko wisienka na torcie.

W serialu Netfliksa „Ostatni taniec”, opowiadającym o drużynie koszykarskiej Chicago Bulls, Michael Jordan mówi, że jego duch rywalizacji zniknął, gdy zabrakło mu motywacji. Wtedy musiał odejść ze świata koszykówki.
Jeden może rywalizować po to, żeby zdobyć jakieś zasoby. Drugi chce wywierać wpływ na innych. Jeszcze inny pragnie coś udowodnić sobie albo innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania.

Czym jeszcze różni się rywalizacja sportowa od tej w biznesie?
Mówca motywacyjny Simon Sinek w książce „The Infinite Game” pisze, że sport jest skończoną grą o jasnych regułach. Wiadomo, kiedy się zaczyna i kończy, kiedy się wygrywa, kiedy remisuje, a kiedy przegrywa. Tymczasem biznes jest grą, która nie ma żadnych reguł ani skończonej rywalizacji. Nie ma jednej formuły ligi mistrzów, więc jak się w tym odnaleźć? Myślę, że podobnie jest w świecie kultury, tam również rywalizacja jest grą o nieokreślonych regułach. Bo osoby, które coś tworzą – przedstawienie, muzykę, film, książkę, tekst – chcą, żeby to miało wpływ na innych. Czy ten wpływ jest elementem rywalizacji? Moim zdaniem tak, bo chodzi o władzę nad ludźmi. Potwierdza to zresztą narzędzie do badania motywacji – Profil Motywacyjny Reissa.

Mam wrażenie, że artysta rywalizuje przede wszystkim z samym sobą. W biznesie czy w sporcie zawsze jest drugi rywal.
Pamiętam historię, którą opowiadał mi jeden z amerykańskich psychologów sportu, kiedy ze zdziwieniem zauważył na igrzyskach olimpijskich, że złoty medalista biegu na 200 metrów po zejściu z podium zdjął medal i rzucił go o ziemię. Wyobraża to pani sobie? Swój złoty medal! Inni daliby sobie uciąć ręce, żeby tylko ten medal powąchać... Okazało się, że dla niego celem był nie sam medal, tylko pobicie rekordu olimpijskiego, a tego nie zrobił. Rywalizacja w sporcie oznacza więc także wygranie z samym sobą, bo każdy z nas jest dla siebie największym przeciwnikiem.

A z jakimi emocjami wiąże się rywalizacja?
Z zazdrością, ale także chęcią uznania i zaspokojenia swoich ambicji.

Chyba też z potrzebą triumfu, a czasem nawet pogardą dla przeciwnika – zwłaszcza w sporcie?
Przecież sport jest piękny, uduchowiony, tam się zdobywa medale!

Rozumiem, że mówimy to z przymrużeniem oka.
No właśnie nie. I to jest ta ważna różnica, bo w sporcie rywalizacja jest kwintesencją. Sport bez rywalizacji to jedynie aktywność fizyczna.

Harówka w biznesie nie przynosi medali, a może jednak powinna?
Prawda jest taka, że ludzi trzeba cisnąć i w sporcie, i w biznesie – aby osiągnąć sukces, trzeba się przyłożyć. To nie jest tak, że sportowcy, nawet ci na wysokim poziomie, zawsze robią to z chęcią i zaangażowaniem... Nie ma jednego i najlepszego sposobu zarządzania. Są różne w zależności od sytuacji i osoby. Zarządzanie siłą bywa skuteczne, ale ma wiele ograniczeń. Z kolei demokratyczne podejście często okazuje się nieefektywne. Najlepsza jest hybryda. No i trudniej też powiedzieć o biznesie, że jedna firma współzawodniczy z drugą, to nie jest ten język.

Bo w rywalizacji biznesowej chodzi głównie o pieniądze? A w sporcie niby o co chodzi?
Co tak naprawdę daje sportowcowi medal?

Poczucie, że jestem panem świata, sprawczym, męskim, no, najlepszym!
Tak, ale medal również daje dzisiaj pieniądze. To trochę przypomina mi film „Testosteron” na podstawie scenariusza Andrzeja Saramonowicza. O co faceci rywalizują? O samochody. A po co im te samochody? Żeby zwrócić uwagę kobiet. Oczywiście jest pewna grupa sportowców, którzy robią to dla idei i momentów na podium, ale tym nikt się nie naje. Mam doświadczenie pracy z zawodnikami na wysokim poziomie, którzy gdy tylko poznawali perspektywę tego, ile można zarobić w biznesie, mówili: „to po co ja w ogóle trenuję?!” i przynajmniej przez chwilę zastanawiali się nad zmianą profesji.

Czyli mężczyźni rywalizują głównie o pieniądze?
Nie tylko mężczyźni, kobiety też. Gdybyśmy rozmawiali 30 lat temu, to kierownicze stanowiska w większości zajmowaliby mężczyźni, dzisiaj te proporcje się wyrównują i, co ciekawe, w Polsce są mniej wyraźne niż w krajach starej Europy. Zróżnicowanie płacowe w biznesie jest u nas dużo mniejsze niż w krajach starej demokracji.

To czym różni się rywalizacja męska od tej kobiecej? Wiele badań psychologicznych pokazuje, że mężczyźni rywalizują głównie o zasoby, a kobiety o uwagę.
Wie pani, co się okazało, kiedy w latach 70. badaliśmy zjawisko lęku przed sukcesem? Wyniki pokazywały go jako typowo kobiecą cechę osobowości. Tymczasem obecnie niektóre badania sugerują, że nie tylko przestaje być typowo kobiecą cechą, a wręcz przesuwa się w kierunku...

…typowo męskiej?!
To mężczyźni obawiają się dzisiaj osiągnąć sukces. Bo facet odnoszący sukces to barbarzyńca, a to już nie jest społecznie poważane. Niech pani zobaczy, jak komentuje się to, że ktoś jeździ bardzo drogim samochodem. Że jest pusty, płytki…

Kiedyś mówiło się, że mężczyźni lubią rywalizować między sobą, ale kobietom wolą imponować... To czysta socjobiologia, tyle że dzisiaj to już nie działa. Ewolucja nie nadąża za zmianami społecznymi, bo imponować można komuś, kto jest ode mnie słabszy, tymczasem dziś kobiety stają się równe mężczyznom. Jak więc im zaimponować? Zastanawiam się nawet, czy to wcale nie mężczyźni rywalizują dzisiaj najmocniej, a kobiety. Rywalizują z facetami o należne im miejsce. A jak mężczyźni się z tym czują?
Wielu wymięka. Część musi się na nowo poukładać, a część czuje się zalękniona. To naturalny przejaw szukania odpowiedzi na pytanie: jak sobie poradzić ze zmianą? Trochę jak w sporcie, gdy mówimy, że trzeba znaleźć czas na przegrupowanie i przemyślenie swojej taktyki. A później, przynajmniej tak dzieje się w sporcie, trzeba będzie przygotować się na walkę z przeciwnikiem.

Rywal powinien wiedzieć, że nim jest?
To chyba nie ma większego znaczenia. Często widzę mężczyzn, którzy płyną swoim torem na basenie i gdy dopływają do końca, unoszą ręce w geście zwycięstwa. Podczas gdy ktoś, kto płynął obok, nawet nie wiedział, że się ścigał. „No, ale płynął wolniej… Czyli ja wygrałem” – tak myśli czterolatek, ale i czterdziestolatek. Może my naprawdę się z tym rodzimy?

Dariusz Parzelski, doktor psychologii. Certyfikowany psycholog sportu kasy mistrzowskiej Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Współpracuje z zawodnikami i trenerami w przygotowaniu mentalnym do treningów i startów.

O co dziś warto walczyć? Rozmowa z terapeutą Robertem Milczarkiem

Współczesny mężczyzna ma już wybór, może rywalizować ale nie musi. Tradycyjne modele społeczne wywierały na mężczyzn presję: nie można było pokazywać swoich słabości, trzeba było walczyć o swoje. Tymczasem w obecnym modelu na wielu polach rywalizacja nie jest już konieczna. A mimo to część mężczyzn nadal to robi, testując w ten sposób swoją męskość. Robią to jednak w sposób cywilizowany, czyli rywalizują w sporcie czy biznesie. Myślę, że dlatego przeżywamy dzisiaj wysyp maratonów czy klubów sztuk walki, które pozwalają skanalizować w zdrowy sposób męski pierwiastek agresji. Mam też poczucie, że w dzisiejszym świecie mówi się najczęściej negatywnie o rywalizacji, a przecież to ona warunkuje nasz rozwój. Trochę jak w cyklu życia jakiejś idei, np. w związku dwojga ludzi czy w społeczeństwie. Najpierw jest motywacja deficytu jakichś potrzeb, potem są starania, walka o lepsze życie; następuje realizacja potrzeb, stabilizacja, a później rozpad – i cały cykl zaczyna się od początku. Rywalizacja może napędzać nas do rozwoju, jednak gdy nie obowiązują żadne zasady, staje się bezwzględną agresją. Miarą męskiej dojrzałości emocjonalnej jest umiejętność dostępu do pokładów zdrowej rywalizacji i zdrowej współpracy.

Inna sprawa, że dzisiaj wielu mężczyznom trudno jest odpowiedzieć sobie na pytanie: „o co właściwie warto jeszcze walczyć?”.
Życie jest jasno zdefiniowane: szkoła, dom, praca, rodzina; bywa ciężko, ale nie trzeba już tak mocno skupiać się na przetrwaniu. To wymaga poznawania siebie, swoich wartości i marzeń, o które warto powalczyć w świecie, w którym osobiste zaangażowanie, wychodzenie z inicjatywą i znoszenie dyskomfortów nie jest oczekiwane. Jesteśmy jak najedzony kot, któremu nie chce się już polować. Ale męskość może mieć przecież wymiar bycia solidnym w słowie i czynie, dbania o innych, dotrzymywania obietnic. Obecnie to właśnie mężczyźni stereotypowo postrzegani jako męscy i silni fizycznie, mają trudności z tym, żeby sprostać codzienności życia w relacjach i związkach. Ciężej jest im być wspierającymi partnerami czy ojcami, tym bardziej że oczekiwania partnerek wzrosły i ubiegają się one o swoje prawa. Mężczyźni stają się pogubieni, nie potrafią zdefiniować siebie w nowej rzeczywistości i zdarza się, że uciekają od odpowiedzialności, raniąc bliskich. To kobiety prowadzą ich do psychologów, aby nauczyli się tam nowego wymiaru męskości: komunikacji, wyrażania potrzeb, kontaktu z emocjami. Taka praca nad sobą wspiera budowanie wspomnianego balansu pomiędzy zdrową współpracą a zdrową rywalizacją.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych  www.robertmilczarek.pl.

Rywalizacja kobiet w sporcie. Rozmowa z Ewą Serwotką - psychologiem sportu i Aleksandrą Zienowicz-Wielebską - certyfikowanym Psychologiem Sportu. 

Z jakich powodów kobiety rywalizują ze sobą w sporcie? ES: Współzawodnictwo i rywalizacja, uznawane są za synonimy ale niosą za sobą inną narracje. Pierwsza podkreśla wspólnotę, silniej wybrzmiewa tu wzajemna zależność między zawodniczkami. Bo właśnie dzięki osobie z drugiej strony siatki, planszy bądź boiska, mamy możliwość wzrostu sportowego. Kobiety bardzo często zaznaczają szacunek do współzawodniczki jako tej, która pozwala im czuć adrenalinę i mobilizację.

Czym rywalizacja kobiet różni się od rywalizacji mężczyzn? AZ: Męska rywalizacja powszechnie traktowana jest „bardziej serio”, a damskiej umniejsza się wartość. Może gdybyśmy podchodzili z większą akceptacją do rywalizacji kobiecej to spotykalibyśmy się z mniejszą ilością zaburzeń psychicznych, depresji wśród zawodniczek. Poza tym poczucie więzi, relacyjności i inne aspekty społeczne oraz emocjonalne są wyjątkowo ważne właśnie w sporcie kobiecym.

ES: To głównie zawodniczki rywalizują o uwagę, szacunek, zainteresowanie mediów i sponsorów czy kibiców, żeby pokazać, że to co robią jest równie wartościowe.

Czego uczy, co daje kobietom rywalizacja? ES: Często wśród kobiet podkreślana jest rola lekcji życiowych, które można wyciągnąć ze sportu. Ten transfer umiejętności ze sportu na życie prywatne dotyczy takich aspektów jak: zarządzenie czasem, sumienność, spryt w poszukiwaniu różnorodnych rozwiązań w dążeniu do określonych celów. A to na ile potencjał budowania charakteru poprzez sport będzie wykorzystany, zależy w dużej mierze od otrzymywanego wsparcia ważnych osób: rodzina, trener.

Kobieca rywalizacja jest bardziej ukryta? AZ: Rywalizacja w sporcie z zasady jest otwarta. Natomiast każda zawodniczka posiada swoje indywidualne powody bycia w sporcie, które są bardziej jawne albo ukryte, świadome czy podświadome. Wynika to z wielu rzeczy, m. in. wychowania, przekazywanych wartości od dzieciństwa, poziomu pewności siebie czy poczucia własnej wartości.

Ciekawy przykład przedstawia serial „Przegrani” (odcinek z Sury Bonaly), gdzie motywem przewodnim jest odpowiedź na pytanie: Jak poradzić sobie z porażką w świecie, w którym liczy się tylko zwycięstwo? Surya Bonaly zachwycała fanów łyżwiarstwa figurowego swoimi umiejętnościami. Jednak ze względu na swoje pochodzenie, była jedną z pierwszych czarnoskórych łyżwiarek w światowej czołówce, przez co musiała mierzyć się z uprzedzeniami sędziów.

W życiu często myślimy że nam, kobietom, z rywalizacją nie do twarzy. Rywalizuje każdy, to czysta biologia. ES: W sporcie jest inaczej, pracując z zawodniczkami dostrzegam spójność ich wizji samych siebie jako kobiecych i rywalizujących. Gest zwycięstwa kobiety jest równie mocno odbierany jak gest zwycięstwa mężczyzny

W byciu najlepszą wpisane jest poczucie samotności. Dlaczego kobiety chcą być jednocześnie najlepsze ale jednocześnie takie same jak inne, nie chcą za bardzo odstawać. AZ: Bycie najlepszą i najgorszą wiążę się z poczuciem samotności. Sukces i porażka mają podobne konsekwencje psychologiczne. Warto zwrócić uwagę iż sportowiec niezależnie od wyników spotyka się z samotnością na różnych etapach swojej kariery.

Mężczyźnie łatwiej przychodzi bycie w profesjonalnym sporcie? ES: Czy w ogóle warto dzielić rywalizację na męską i kobiecą? Jedni i drudzy mierzą się ze wszelkimi wyzwaniami uczestniczenia w sporcie: kontuzje, przetrenowanie, życie z dala od rodziny, nieprzewidywalny rozwój kariery. Dbajmy o to jaką my budujemy narracje o sporcie kobiet.

Ewa Serwotka - psycholog sportu, współautorka ,,Poradnika pozytywnego trenera. Model i7W w sporcie" oraz ,,Psychologii osiągnięć dla twórców filmowych", kierownik studiów podyplomowych ,,Psychologia sportu dzieci i młodzieży" na Uniwersytecie SWPS w Katowicach.

Aleksandra Zienowicz-Wielebska - certyfikowany Psycholog Sportu II Klasy Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Od pięciu sezonów związana z drużyną superligi piłki ręcznej kobiet Młyny Stoisław Koszalin. Współpracuje z Akademią Leszka Blanika AZS AWFiS w Gdańsku. Współautorka „Poradnika Pozytywnego Trenera – Model i7W w Sporcie” (2019 r.) oraz "Psychologii osiągnięć dla twórców filmowych (2017 r.). Wykładowca na studiach podyplomowych "Psychologia sportu - w nurcie sportu pozytywnego" na Uniwersytecie SWPS Warszawa.