1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kampania społeczna "Mów do mnie grzecznie". Wyjaśniamy, jak reagować na agresję słowną

Kampania społeczna "Mów do mnie grzecznie". Wyjaśniamy, jak reagować na agresję słowną

"Mów do mnie grzecznie" to kampania, której celem jest promocja asertywnej i grzecznej komunikacji. (Ilustracja iStock)
Ad rem, nie ad personam, czyli odnoś się do rzeczy (faktów), zamiast obrażać. – Mówiąc do rzeczy, mówimy grzecznie, czyli szanujemy i nie przekraczamy granic innych ludzi. Nie poniżamy, nie krytykujemy – wyjaśnia dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, pomysłodawczyni kampanii przeciwdziałającej agresji w komunikacji.

„Mów do mnie grzecznie”, kiedy słyszę te słowa, wszystko się we mnie gotuje. Bo słowo „grzecznie” ma dla mnie negatywne konotacje: posłuszna, bez woli. Skąd hasło tej kampanii społecznej?
„Mów do mnie grzecznie” to kampania, której celem jest promocja asertywnej i życzliwej komunikacji. Masz rację, że słowo „grzecznie” zazwyczaj kojarzy nam się z brakiem autonomii czy z posłuszeństwem. Tymczasem dawniej oznaczało po prostu: „do rzeczy”; w kontekście komunikacji chodzi o to, żeby mówić z rozsądkiem, o faktach. Zasady, na których opiera się „grzeczna komunikacja”, opisaliśmy w Kodeksie Grzecznej Komunikacji (w ramce na kolejnych stronach) i będziemy o nich mówić na warsztatach planowanych dla szkół (na początku warszawskich) w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko.

Słowa kreują naszą rzeczywistość. Każde wypowiedziane zdanie ma jakiś cel i wpływa na świat oraz innych ludzi. Czy zdarzyło ci się kiedyś płakać na filmie? Niby wiemy, że to fikcja, a jednak łzy cisną się nam do oczu. Ktoś mógłby o tobie powiedzieć, że jesteś rozhisteryzowana lub niestabilna emocjonalnie. Ktoś inny – że jesteś wrażliwa i empatyczna. Nie wiem, jak ty, ale osobiście wolałabym usłyszeć ten drugi komunikat. Grzecznie to znaczy z szacunkiem i akceptacją, bez ocen i krytyki.

Skąd pomysł na kampanię? Czemu, jako psycholożka, uważasz, że jest tak bardzo potrzebna?
Przełomowym momentem było dla mnie zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza podczas mojego ukochanego finału WOŚP 13 stycznia 2019 roku. Dokładnie wtedy zaczęłam uważniej obserwować zmieniający się dyskurs społeczny. Agresywna komunikacja często zastępuje – szczególnie w szkołach – tę normalną i kulturalną, a my nic z tym nie robimy. Postanowiłam coś zmienić, a że zawodowo zajmuję się edukacją i nauczaniem psychologii – od 11 lat jestem dydaktykiem w Uniwersytecie SWPS – stworzyłam kampanię, w trakcie której będziemy uczyć, jak powinniśmy się ze sobą komunikować, by kreować świat otwarty i tolerancyjny.

Z moich obserwacji wynika, że niezależnie od miejsca – szkoła, praca, media, przestrzeń publiczna czy Internet – w naszej komunikacji pojawia się coraz więcej hejtu, agresji, mowy nienawiści, pogardy. Język jest narzędziem i podstawą takich zjawisk, jak mobbing, staffing (znęcanie się pracowników nad szefem – przyp. red.) czy propaganda. Ich efektem jest poczucie wykluczenia społecznego, obniżenie nastroju, depresja czy myśli i czyny samobójcze. Ludzie coraz częściej stosują agresywną komunikację, a my przyzwyczajamy się do tego. Właśnie ta desensytyzacja agresji i przemocy, czyli akceptacja i ciche przyzwolenie na nią, kończy się bardzo źle, co wiemy chociażby z historii. Dlatego tworzymy kampanię społeczną, w której krok po kroku będziemy wprowadzać zmianę w tym obszarze.

W psychologii mówi się, że istnieją trzy postawy komunikacyjne: agresywna, uległa i asertywna, która jest najtrudniejsza...
Agresywna komunikacja to wszechobecny hejt, mowa nienawiści, ale i obrażanie drugiego człowieka, poniżanie czy ignorowanie. Postawa uległa zakłada brak reakcji, kiedy ktoś nas atakuje, obraża czy poniża. Natomiast postawa asertywna składa się z dwóch elementów – obrony własnych granic oraz szacunku i akceptacji drugiego człowieka, i myślę, że to ona jest najbardziej wymagająca. Do asertywności musimy dojrzeć, dobrze poznać i zrozumieć jej założenia. Asertywność to nie tylko umiejętność mówienia „nie”, ale też stawiania granic z poszanowaniem drugiego człowieka.

U siebie w domu stosuję tak zwaną pozytywną przerwę. Gdy zalewają mnie emocje, odchodzę w bezpieczne dla mnie miejsce, żeby się uspokoić.
Robisz tak zapewne, bo jesteś świadoma różnych mechanizmów i wiesz, że kiedy jesteśmy sfrustrowani, to istnieje większe prawdopodobieństwo agresji – możemy kogoś obrazić, powiedzieć o jedno słowo za dużo, zranić. Chwilowe oddalenie się wówczas jest dobre, ale pod jednym warunkiem: gdy już się uspokoisz, to wrócisz do męża czy syna i z nimi porozmawiasz. Bo ty potrzebowałaś ciszy, ale twoi bliscy potrzebują zrozumieć twoje potrzeby, zachowanie i sytuację.

Mam wrażenie, że żyjemy dzisiaj w świecie silnych kobiet, którym mówi się, że lepiej być niegrzeczną, bo wtedy można wyrazić siebie. A jednak warto komunikować się z innymi bez oceny, z tolerancją. Co innego być grzeczną, co innego mówić grzecznie.
Dużo łatwiej promuje się postawy skrajne, bo są bardziej wyraziste. Kobiety mają dzisiaj trudno. Gdy jesteśmy dziewczynkami, oczekuje się od nas, że będziemy uległe, posłuszne i podporządkowane. Kiedy dojrzewamy, spostrzegamy, że lepiej być w życiu agresywną zołzą. Oglądamy filmy o Kleopatrze czy poznajemy takie postaci filmowe jak Miranda Priestly („Diabeł ubiera się u Prady”). To kobiety, które są władcze, a ich cnotą jest egoizm. Tymczasem ani uległość, ani agresja nie są dobrymi postawami komunikacyjnymi. Dlatego chciałabym mówić o życzliwej asertywności, którą Marshall Rosenberg nazywa Porozumiewaniem się bez Przemocy (Nonviolent Communication, NVC). Mamy prawo wyrażać swoje potrzeby i uczucia, ale róbmy to bez ocen, tolerancyjnie i z szacunkiem do innych. Myślę, że to jest klucz do indywidualnego, lecz i społecznego szczęścia. Niezależnie od biologicznej czy psychologicznej płci.

Czyli jak? Można być niegrzeczną i mówić grzecznie?
Ależ oczywiście! Mamy prawo zachowywać się niegrzecznie czy niekonwencjonalnie, tańczyć nago przy świetle księżyca czy upijać się na umór, co nie ma nic wspólnego z grzeczną komunikacją. Mówić grzecznie to znaczy: potrafić mówić o swoich potrzebach, ale szanować i nie przekraczać granic innych ludzi. Nie obrażać, nie poniżać, nie krytykować. Żyć tak, jak chcę, bo mam do tego prawo. Ale widzieć przy tym innych ludzi wokół siebie.

Teraz, przy okazji strajków, przetoczyła się przez Polskę dyskusja, czy mówić grzecznie, skoro inni tak mocno naruszają naszą granicę osobistą. Jeśli biją nas po głowie, powinniśmy wyznaczyć jasno granicę. Tylko jak to zrobić?
Mój siedmioletni syn zadał mi kilka tygodni temu pytanie przy obiedzie: „mamo, a co to znaczy w...ć?”. Usłyszał to słowo w serwisie informacyjnym. No i właśnie. Osobiście nie popieram ani tego słowa, ani ośmiu gwiazdek, ale – jak rozumiem – celem tych protestów nie było wysłanie osób rządzących na księżyc czy zaproszenie do seksu. Celem było powiedzenie: „nie zgadzamy się na to, aby ktokolwiek decydował za nas, co się będzie działo z naszym ciałem”. Do mnie dużo bardziej trafiają słowa wyśpiewane przez Anitę Lipnicką i Moriah Woods – „Dość już!”. To wspaniały utwór, który pokazuje, jak wielkim wsparciem możemy być dla siebie nawzajem, a także jak można wyznaczać granice, mówiąc grzecznie.

Mam poczucie, że mężczyzn się dzisiaj z kolei ugrzecznia – kastruje ich agresję w ogóle: zarówno tę złą (przemoc), jak i dobrą (sprawczość, decyzyjność). Mężczyźni z obawy przed byciem przemocowymi wycofują się z działania i wyłączają w sobie jakąkolwiek agresję. Stają się grzeczni, jednak wewnątrz wszystko w nich buzuje.
To, o czym mówisz, w NVC jest znanym zjawiskiem. Osoba, która jest agresorem, chcąc przestać mówić językiem szakala (agresja) i zacząć mówić empatycznym i życzliwym językiem żyrafy, powinna przejść przez fazę uległości. Nie żyjemy dziś na szczęście w czasach wojny. Nie potrzebujemy wojowników czy rycerzy. Skoro my, kobiety, stajemy się bardziej przebojowe i wojownicze, to dla zachowania równowagi mężczyźni stają się bardziej empatyczni i łagodni.  Ale czy to źle?

Co mówią najnowsze badania na temat naszego dzisiejszego sposobu komunikowania się? Mamy z tym coraz większy problem?
Badań i projektów na temat komunikacji, mowy nienawiści czy agresji i przemocy jest wiele. Najbardziej wstrząsające dla mnie były badania prowadzone przez Zespół prof. Michała Bilewicza w Centrum Badań nad Uprzedzeniami, które wykazały, że niemal 96% młodzieży w wieku 16–18 lat styka się z mową nienawiści w Internecie. Pozwolisz, że podkreślę – 96%!

W moim rodzimym Uniwersytecie SWPS koleżanki i koledzy stworzyli genialny projekt o nazwie RESQL, który dotyczy monitorowania i zwalczania przemocy w szkole, a ma im w tym pomóc nowoczesna aplikacja i system wspierający szkoły w rozwiązywaniu problemów przemocy rówieśniczej. To nasza realna odpowiedź na sytuację, która dzieje się obecnie w szkołach i o której słyszymy dopiero, gdy któreś dziecko popełni samobójstwo lub zaatakuje nożem kolegów. Zgodnie z piramidą nienawiści Gordona Allporta wiemy, że każda przemoc poprzedzona jest agresywną komunikacją – poniżanie, obrażanie, krytykowanie. Dlatego pilnie potrzebujemy zmiany.

Komunikacja bez ocen. Rozmowa, a nie mówienie. Przecież psychologowie zachęcają do tego od lat…
Tyle że ta komunikacja bez oceny w naszym wykonaniu jest zazwyczaj abstrakcją, nadal oceniamy wszystko i na każdym kroku... Patrząc na dzieci, mam wrażenie, że oceniają i kategoryzują w co drugim zdaniu: jesteś głupi, fajny, nerd, emo... Jasne, że można komunikować się bez ocen, ale to bardzo trudne i wymaga specjalnego treningu. Przykład: wyobraź sobie, że wracasz do domu, a twój partner od progu krzyczy: „Jesteś nienormalna!”. No i teraz: po co to powiedział i co możesz zrobić z takim komunikatem? Nic. Zapewne wyrzucisz go do kosza. Komunikat, a później może także partnera.

A jeśli twój partner zastosowałby „grzeczne mówienie”, mogłabyś usłyszeć: „Zostawiłaś rano włączone żelazko. Nie zauważyłem tego i oparzyłem się w rękę, bardzo mnie boli. Prosiłbym na przyszłość, żebyś pamiętała o takich rzeczach”. To jest właśnie komunikat bazujący na narzędziu, które się nazywa FUO, czyli na modelu asertywnego wyrażania krytyki (patrz: ramka na wcześniejszych stronach – przyp. red.). Czyli jeżeli chcemy komunikować się dobrze, mówimy o Faktach, swoich Uczuciach i Oczekiwaniach.

Twoja teza brzmi: mowa nienawiści i agresywna komunikacja są efektem frustracji podstawowych potrzeb człowieka. Jak temu przeciwdziałać? Zawsze reagować na mowę nienawiści?
Zawsze! Profesor Ervin Staub, (uznany autor badań nad psychologią zachowań altruistycznych  i przemocą – przyp. red.) powiedział, że naturalne podstawy dobra i zła leżą w zaspokojeniu lub frustracji naszych podstawowych potrzeb psychologicznych. A każdy z nas ma swoje potrzeby. Staub wyróżnia sześć podstawowych: bezpieczeństwa; skuteczności i kontroli; pozytywnej tożsamości; więzi z innymi; rozumienia rzeczywistości oraz niezależności, czyli autonomii. Jeżeli człowiek odczuwa jakikolwiek brak, jedna z potrzeb jest niezaspokojona, wówczas jest sfrustrowany, agresywny i staje się skłonny do przemocy.

Z tego względu w NVC tak dużą wagę przykłada się do poznawania własnych potrzeb. Bo kiedy już wiemy, czego chcemy, możemy to komunikować i mamy większe szanse na zaspokojenie. Jeżeli powiem mojemu partnerowi: „Potrzebuję w ciągu dnia pół godziny spokoju”, wtedy on zrozumie, że kiedy zamykam się w pokoju, to nie dlatego, że nie chcę spędzać z nim czasu. Marshall Rosenberg twierdzi, że od momentu, kiedy para prawdziwie usłyszy siebie nawzajem oraz dostrzeże własne potrzeby, w kilka minut jest w stanie rozwiązać każdy konflikt w związku. Myślę, że to działa we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Tyle że wszyscy jesteśmy inni. Jak mówić, żeby się porozumieć? W jaki sposób nauczyć się tego grzecznego mówienia?
O tym właśnie chcemy rozmawiać i tego uczyć w ramach kampanii. Już od wiosny tego roku rozpoczynamy w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko realizację warsztatów dla szkół na terenie Warszawy – dla dzieci, rodziców i nauczycieli. Będziemy tworzyli także materiały informacyjne, w tym miniwykłady, a to dopiero początek. Każdy z nas jest inny, i to jest właśnie wspaniałe. Tyle możemy się od siebie nauczyć, tyle dowiedzieć. Słowa kreują naszą rzeczywistość, zatem mówmy do siebie grzecznie – z szacunkiem i tolerancją do tego, co nas dzieli. Wówczas stworzymy prawdziwą wspólnotę, o której marzył mój przodek – profesor Wojciech Jastrzębowski. Chciałabym kontynuować jego myśl.

Dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, psycholożka społeczna, adiunkt, Uniwersytet SWPS, członkini Stowarzyszenia Wspólne Podwórko.

Ćwiczenie FUO

1. Pomyśl o sytuacji konfliktowej w swoim życiu, kiedy powiedziałaś coś agresywnie (ocena, krytyka, poniżenie) lub w której zachowałaś się ulegle i nie powiedziałaś nic.

2. Stwórz komunikat FUO (Fakty, Uczucia, Oczekiwania): a. Fakty są takie, że… [uwaga – tu wpisz tylko to, co nagrałaby kamera – TO SĄ FAKTY(!) – bez ocen czy spostrzeżeń]. b. Uczucia. Czuję się w tej sytuacji… [tu opisz, jak się wtedy czułaś]. c. Oczekuję, że na przyszłość…

Kodeks grzecznej komunikacji

Mów do mnie grzecznie, czyli…?
  1. Do rzeczy – mów wprost o swoich potrzebach i oczekiwaniach.
  2. Z szacunkiem dla siebie, lecz także dla innych.
  3. O sobie – mów, co czujesz i jakie są fakty, zamiast krytykować i oceniać innych.
  4. Empatycznie – myśl o tym, jak twoje słowa mogą odebrać inni.
  5. Będąc w zgodzie ze swoimi uczuciami. To one jako pierwsze poinformują cię o niezaspokojonych potrzebach.
  6. Z akceptacją i tolerancją dla innych, którzy mają prawo się od ciebie różnić, a także czuć i myśleć inaczej niż ty.
  7. Masz prawo do wolności słowa, lecz granicą tej wolności jest godność drugiego człowieka, a tej nigdy nie wolno nam przekroczyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Dorosły facet a łobuz, do tego w krótkich spodenkach. Ma fantazję i urok, ale życie z nim na dłuższą metę może doprowadzić do szewskiej pasji. Nie potrafi czy nie chce zachowywać się dojrzale? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka.

Kim jest współczesny Piotruś Pan?
To mężczyzna, który nie dorósł, bo nie miał okazji tego zrobić. Dorosłość, w tym psychologicznym wymiarze, to wolność wyboru i jednocześnie uznanie konsekwencji tychże wyborów. Branie odpowiedzialności za siebie, uznawanie granic swoich i innych ludzi.

A nie jest tak, że dzisiaj my wszyscy, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, stajemy się coraz częściej Piotrusiami Panami? Chcemy wolności, a nie odpowiedzialności.
Z mojej perspektywy ten syndrom jednak głównie dotyczy mężczyzn. Kiedy pracuję z kobietami, często żalą się, że mają w domu chłopców, którzy nie dotrzymują słowa – mieli odkładać pieniądze na remont kuchni, a okazuje się, że w tajemnicy kupili sobie drona. Zdecydowanie rzadziej spotykam się z sytuacjami, w których to mężczyźni narzekają na niedojrzałe emocjonalnie partnerki.

Kto nie dał dorosnąć Piotrusiowi?
Nadmiarowa i sklejona z nim matka, wyręczająca go we wszystkich aspektach życia. Nie dała mu poczuć tego, czym jest odpowiedzialność. Taka matka uznaje, że dziecko to jej przedłużenie. Nie pozwala mu się wyodrębnić.

Mam teraz w głowie obrazek sprzed kilku lat, kiedy odwiedzałem kuzyna w Szwajcarii i zobaczyłem, że dużo częściej niż u nas wychowuje się tam dzieci do samodzielności. Na jednym z placów zabaw w Zurychu zaobserwowałem sytuację, gdy malutki chłopiec chciał wdrapać się na huśtawkę, a obok stała mama, która przyglądała się temu cierpliwie i z uśmiechem. W końcu po którejś nieudanej próbie chłopiec się wdrapał. Był szczęśliwy, że zrobił to sam. U nas takie obrazki są rzadsze.

Druga sprawa to separacja ojca w pierwszych etapach życia malucha, rodzaj lękowej pacyfikacji zaangażowania mężczyzny w proces aktywnego uczestniczenia w rozwoju dziecka. Na zasadzie: „źle go trzymasz, daj, ja go wykąpię, przecież główka mu opada”. Najczęściej ojciec wycofuje się wtedy ze swojej roli, ma poczucie, że nie jest dość silny. To też nie najlepiej świadczy o mężczyznach, którzy „wywieszają białą flagę”, bo tak im łatwiej, wygodniej. Albo nie ma ich w domu.

Mężczyźni nie są często na tyle silni, sami w sobie osadzeni, żeby powalczyć o swoje ojcostwo i powiedzieć: „idź zajmij się sobą, odpocznij, jest bezpieczny pod moją opieką”. Nie walczą, bo dla nich to wygodniejsze, w tym czasie obejrzą sobie coś na Netflixie. A przecież pierwiastek męski, w tym zdrowym wymiarze, to jest pierwiastek walki, konfrontacji i uznania. Są takie sytuacje w życiu mężczyzny, kiedy trzeba się z czymś wreszcie zmierzyć…

Taki chłopiec jako mężczyzna nie potrafi uruchomić w sobie męskiego pierwiastka?
Żeby go w sobie uruchomił, musi mieć z czego brać, dostać wcześniej. Jeśli zatem nie ma takich formujących doświadczeń, to łatwiej jest z czegoś zrezygnować, niż wziąć odpowiedzialność za to, że są takie sytuacje w życiu, w których trzeba się trochę wysilić, poczuć smak porażki, zmierzyć się z trudnościami. To część życia taka sama jak przyjemność, a dziś cywilizacyjnie próbujemy uciec od tego, co trudne, nieprzyjemne.

W najnowszym filmie Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” mamy bohatera, który przypomina mi Piotrusia Pana. Błażej ucieka od realu, żyje w bajce, w której buduje swoją Nibylandię. Ale jest też nietypowy: założył rodzinę, ma partnerkę i dziecko, a nawet chciał je mieć.
Ja nie zobaczyłem tu klasycznego Piotrusia Pana. Uważam, że ten bohater wykonuje jakąś pracę nad sobą, uczestniczy w życiu rodziny, zarabia na siebie. To nie jest tak, że on leży i pachnie albo oczekuje, że ktoś mu coś da i zrobi za niego. Jest zaangażowany w rodzicielstwo. Buduje dom na obrzeżach miasta, który niekoniecznie musi być Nibylandią. I pomimo różnych swoich deficytów stara się spełniać role życiowe, które wiążą się z odpowiedzialnością – być ojcem i partnerem.

Jest w tym filmie scena, jedna z pierwszych, kiedy Błażej stoi za kamerą i kręci relacje z warsztatów, a ja widzę, że jest tym poruszony, dostrzegam szklące się oko w reakcji na to, co przeżywają uczestnicy spotkania. Coś się w nim wtedy otwiera, coś mu się przypomina – być może jakiś rodzaj traumy. Dlatego dla mnie to jest bardziej opowieść o poranionym, porzuconym i samotnym dziecku w ciele mężczyzny.

Wiele kobiet po tym filmie mówiło mi: „to taki facet, który nic nie robi, tylko pali jointy, nie potrafi nawet sprzątnąć kubków po sobie i trzeba o wszystkim za niego myśleć”. To także słowa partnerki Błażeja…
Może dlatego, że oglądanie filmu to czysta projekcja siebie na ekran, a kobiety często narzekają dzisiaj na mężczyzn, na ich brak poczucia odpowiedzialności, lojalności czy dotrzymywania słowa. Warto, żeby się to zmieniło, ale w nowej tożsamości mężczyzny w równowadze pomiędzy sobą i światem, a nie w schemacie „zajedź się, mężczyzno, i zatyraj dla swojej rodziny”. Błażej nosi w sobie tęsknotę za nieobecnym ojcem i potrzebą wzmocnienia przez męski pierwiastek. Nie bardzo miał od kogo dostać tę energię, żeby poczuć się pewniej ze sobą w dorosłych rolach.

Brak zainteresowania brudnymi kubkami w mieszkaniu to nie jest dla mnie zachowanie Piotrusia Pana, tylko otwierająca się na nowo trauma tego porzuconego, wewnętrznego dziecka. Taki rodzaj rozedrgania, wybicia z rytmu, za który odpowiada wewnętrzny ból. Bo co odróżnia Piotrusia Pana od zranionego dziecka? Piotruś jest skoncentrowany na sobie, nie bierze za nic odpowiedzialności, kłamie, potrzebuje wysokiej stymulacji, zabawek, to może być jakiś gadżet albo przedmiotowe traktowanie kobiety w relacji. Tak jak dziecko, które mówi: „mamusiu już więcej tego nie zrobię”... a potem robi to po raz kolejny. Ale dlaczego miałby stać się dorosły, jeżeli nikt nigdy mu na to nie pozwolił?

Piotruś Pan wiąże się często z odpowiedzialnymi kobietami.
Bo taki mężczyzna jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak kiedy faza zauroczenia mija, okazuje się, że ten mężczyzna nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niestety, kobiety wtedy myślą, że zrobią z niego dorosłego mężczyznę. Otóż nie zrobią. To jest jego zadanie.

Co jest w stanie zmienić takiego mężczyznę?
Kryzys, strata czegoś życiowo ważnego: związku, relacji, komfortu na skutek utraty pracy. Jakieś bardzo silne doświadczenie, które daje okazję do tego, żeby się urealnić i ponieść konsekwencje.

Na czym polega terapia Piotrusia Pana?
Jeśli trafia do gabinetu sam, a nie ciągnięty za uszy przez partnerkę, to już jest diagnostyczne, bo to znaczy, że on musiał się urealnić. Wie, że coś zepsuł. Mężczyźni, którzy trafiają na indywidualną terapię, chcą coś ze sobą zrobić. Czegoś się o sobie dowiedzieć i coś zrozumieć. To jest praca nad przeformułowaniem celu, z tego, co spieprzył, na to, co to mówi o nim w relacji. Często motywacją jest chęć tego, żeby zrobić wszystko, co się da, i uratować swój związek. Jeśli będzie w stanie urealnić się w tym, że rozpad związku to objaw, a celem jest zmiana siebie, to jest dobra prognoza.

Jakie problemy ma Piotruś Pan? Z czym się do ciebie zgłasza?
Z tym, że inni nie dają mu tego, czego oczekuje. Albo że się do niego przyczepiają, każą mu coś robić i brać na siebie odpowiedzialność, a on się wtedy obraża. „Ktoś chce mnie zmienić na siłę, więc nie chcę być w takim związku”. Wieczny chłopiec wchodzi też często emocjonalnie w pozycję dziecka, czyli tłumaczy swoje postępowanie, usprawiedliwia się, bywa, że kłamie i deklaruje, że coś zrobi – przestanie chodzić do kasyna albo grać z kumplami online – ale nic się nie zmienia. A kobieta to akceptuje, z pozycji grożącego palcem rodzica, że toleruje to już ostatni raz…

Tak się nie da żyć!
Motywacja do zmiany rośnie, gdy to już drugi, czwarty i kolejny związek się rozpada. Mężczyzna zaczyna dostrzegać schemat: coś jest nie tak. Znam takie historie, że facet przychodzi i mówi: „Rozwalił się mój piąty związek na przestrzeni 15 lat, ale trafiłem na mądrą kobietę, bo potrafiła mi powiedzieć, dlaczego się rozstaliśmy. A ja zobaczyłem, że wcześniej było podobnie”. Jako terapeuta cieszę się, bo to pokazuje, że Piotruś Pan zaczyna się urealniać w tym, że jakaś odpowiedzialność leży po jego stronie. Wtedy mogę go wspierać i wzmacniać, dodawać mu odwagi do wzięcia tej odpowiedzialności, bycie mężczyzną, a nie chłopcem.

Najważniejsze jest to, że Piotruś Pan przyszedł na terapię i już wie, po co to zrobił. Nazwał swój problem. Później dochodzimy do kwestii odpowiedzialności, w procesie psychoterapii staramy się stworzyć okoliczności do tego, żeby brać tę odpowiedzialność najpierw w najmniejszych sprawach. Chociażby w tym, że ma przyjść do gabinetu zawsze o tej samej godzinie. To również praca nad jego genogramem, nad tym, jaka była jego rodzina, jakie ma schematy przywiązania, wzorce i wartości. Bo jednym biegunem dysfunkcyjnych zachowań jest Piotruś Pan, a z drugiej strony mamy dziecko-bohatera, które czuje wewnętrzny przymus opiekowania się całą rodziną, przejmuje role niewydolnych dorosłych, choć jest dzieckiem. To też jest w jakimś sensie niedojrzałe, choć chroni rodzinę przed rozpadnięciem się. Mężczyzna, który wyrasta z dziecka-bohatera, w przeciwieństwie do wiecznego chłopca, w ogóle nie skupia się na sobie. Nie ma w jego życiu miejsca na przyjemności. Dźwiga wszystko na swoich barkach, jest nadodpowiedzialny, nie umie odpoczywać...

Sam byłeś dzieckiem-bohaterem, a później przekułeś to w coś pozytywnego, wykorzystałeś ten zasób w życiu i dzisiaj jesteś psychoterapeutą. Czy z bycia Piotrusiem Panem też da się wyciągnąć coś dobrego na przyszłość?
Jestem przekonany o tym, że da się to wykorzystać i między innymi po to jest właśnie proces terapii. Zasób polega na tym, żeby rozwijać korzyści, redukować koszty emocjonalne. Chodzi o to, żeby to było bardziej zbalansowane. Kiedy Piotruś Pan dojrzeje, to nadal będzie kreatywny i pełen pasji, ale jednocześnie nie będzie wypadał z różnych ról: partnera, ojca. Dorosłość też jest od tego, żeby czerpać z tej radości wewnętrznego dziecka, które ma w sobie każdy z nas. Ale najpierw trzeba zbudować się na nowo, przyglądając się wartościom, które są nam bliskie, ale też otoczeniu mądrych mężczyzn. Czasem to jest dawno niewidziany wujek, który w dzieciństwie nauczył nas łowić ryby i podarował scyzoryk. Zresztą w filmie, o którym wspominałaś, również pojawia się postać wujka, który jest dla głównego bohatera wzorcem korekcyjnym.

Pożegnanie się z wiecznym chłopcem w sobie musi być jednak nieprzyjemne...
Wzięcie na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności nie jest przyjemne. Lepsze jest życie w kompulsji, pobudzeniu. Bo dzieciństwo, o jakim marzymy, to ciągła stymulacja i radość. Ale musi w nim też znaleźć się czas na posprzątanie swoich zabawek. Nie pozbycie się ich, ale uporządkowanie.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.

  1. Psychologia

Przyjrzyj się swojej samoocenie – 10 wskazówek

Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Gdy pracujemy nad samooceną, odpowiadamy sobie na pytania: „Kim jestem?”, „Jak się z tym czuję?”. Niska samoocena oznacza negatywną ocenę siebie i płynące z tego złe samopoczucie. Jak to zmienić?

Źle się oceniamy zazwyczaj wtedy, gdy zraniona została nasza wrażliwość. Ktoś nas skrytykował, obraził, zawstydził, przestraszył, obwinił. I teraz my, w sposób często podświadomy, cały czas źle się z tym czujemy, bo cudzą opinię, czyjeś emocje wzięliśmy za własne. Teraz działamy jak automat, odtwarzając dawne sytuacje, bo wyparte emocje domagają się uwolnienia. Jeśli tego nie podejmujemy, nie uzdrawiamy tych emocji, zachowujemy się autodestrukcyjnie. Praca nad stłumionymi emocjami wymaga ukierunkowanej pracy wewnętrznej i często potrzebna jest tutaj pomoc psychoterapeuty... Co można zrobić samemu? Jak wpłynąć na podniesienie swojej samooceny?

1. Bądź świadomy swoich emocji i nastrojów. Zidentyfikuj swoje lęki, smutki, gniew.

2. Opiekuj się sobą. Rób to, co dla ciebie dobre. Jeśli czujesz, że potrzebne jest ci na przykład towarzystwo ludzi, wyjdź do nich. Jeśli dokucza ci nadwaga, zajmij się swoją dietą i sportem. Jeśli boisz się czegoś, sprawdź dlaczego tak się dzieje i podejmij wyzwanie.

3. Zidentyfikuj wyzwalacze niskiej samooceny. Zastanów się kto i kiedy skrytykował cię i przypomnij sobie jak cię to zabolało. Następnie odpowiedź sobie na pytanie, jakie dzisiaj ponosisz tego konsekwencje. Czego nie robisz, czego się nie podejmujesz z tego powodu?

4. Zmień zachowania. Kiedy czujesz, że niska samoocena hamuje cię lub popycha do zachowań, które nie są dla ciebie dobre (na przykład unikanie ludzi bądź roszczenia w relacjach) – zatrzymaj się. Skorzystaj z technik relaksacji, medytacji, ćwiczeń oddechowych. One cię zdystansują do uczuć, które dzisiaj są już nieaktualne. Przestaniesz działać pod wpływem dawnych impulsów. To pozwoli ci podjąć nowe zachowania.

5. Rozwijaj nowe umiejętności. Jeśli na przykład bardzo lękasz się samotności, bo ktoś cię kiedyś opuścił, ćwicz rozkoszowanie się swoim towarzystwem, ćwicz bycie samej. To może boleć na początku, potem jednak pojawi się poczucie własnej mocy. Gdy się boisz ciemności, zgaś światło a zobaczysz, że wcale nie jest tak ciemno.

6. Wyrażaj uczucia. Lękasz się czegoś? - Powiedz o tym. Szczere, jasne wyznanie, np.: „Jestem nieśmiała” lub „Boję się, że mi się nie uda, bo to dla mnie nowe”, otworzy serca tych, którzy zechcą ci pomóc.

7. Myśl opcjonalnie. Przekonania typu - to już koniec, albo - albo, nie ma wyjścia - zwykle są bezpodstawne. Zawsze jest trzecie wyjście i często ono właśnie jest dla nas najkorzystniejsze. Ćwicz się w elastyczności, myśl w odcieniach szarości.

8. Powiedz „nie”. Tym, którzy cię ograniczają, tym, z którymi się nie zgadzasz. Powiedz „nie” fałszowi wokół ciebie, nadużyciom, temu, z czym chcesz się pożegnać.

9. Bądź w kontakcie ze swoim ciałem. Wszystkie emocje są w ciele. Poprzez praktykę uważności możesz je rozszyfrowywać i twórczo wykorzystywać. Złość popchnie cię do działania a smutek otworzy na radość.

10. Bądź otwarty. Otwórz zmysły na to, co do ciebie dociera. Słowa ludzi, zdania przeczytane w książkach. Badaj co w związku z nimi czujesz. To, co z tobą „rezonuje”, jest ważne.

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (ilustracja iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Psychologia

Gniew, niechęć, frustracja – jak pokonać destrukcyjne emocje?

Mario Alonso Puig w książce „Wymyśl siebie od nowa” zauważa, że gdy pojawiają się bodźce wywołujące w nas dyskomfort, automatycznie uruchamiają się negatywne reakcje, czyli napięcie i złość. (Fot. iStock)
Mario Alonso Puig w książce „Wymyśl siebie od nowa” zauważa, że gdy pojawiają się bodźce wywołujące w nas dyskomfort, automatycznie uruchamiają się negatywne reakcje, czyli napięcie i złość. (Fot. iStock)
Takie reakcje jak gniew, niechęć, pragnienie zemsty czy frustracja, jeśli trwają na tyle długo, żeby przejść w stan ducha, wywierają na nas bardzo negatywny wpływ. Dowiedz się, co zrobić, by pokonać destrukcyjne emocje i powrócić do stanu równowagi.

Czy zdarza ci się, że po dniu pełnym napięć masz kłopoty z zaśnięciem? Albo że po burzliwej dyskusji czujesz zmęczenie, masz wrażenie, że opuściły cię siły witalne? To wszystko wina destrukcyjnych emocji, które mogą nie tylko pogarszać stan zdrowia i wpływać negatywnie na układ odpornościowy, ale także zmniejszają jasność umysłu i zdolność racjonalnej oceny sytuacji.

Mario Alonso Puig w książce „Wymyśl siebie od nowa” zwraca uwagę, że otaczający świat – pomimo że wydaje się racjonalny – w rzeczywistości nie jest światem logiki, lecz automatyzmów. W momencie, gdy pojawiają się bodźce wywołujące w nas dyskomfort, automatycznie uruchamiają się negatywne reakcje, czyli napięcie i złość. A ponieważ niosą one ze sobą tak wiele ujemnych konsekwencji, warto rozważyć, czy mamy jakąś alternatywę. Mario Alonso Puiga proponuje, aby w momencie, gdy znowu poczujemy, że zalewają nas destrukcyjne emocje, spróbować zatrzymać się i przekierować nasze myśli na bardziej konstruktywne tory. Wyróżnia poszczególne poziomy:

Pierwszy poziom: Żadne zdarzenie ani okoliczność, choćby nie wiadomo jak zasadne, nie może stać się powodem negatywnego myślenia, które z kolei uruchamia emocje dysfunkcyjne. Aby się z tym uporać, pierwszą rzeczą, którą należy zrobić (jak tylko zauważymy tego typu myśli lub zaczniemy odczuwać takie emocje), to zatrzymać się, wziąć trzy lub cztery głębokie wdechy i starać się powstrzymać proces owładnięcia przez te myśli i emocje. Należy pamiętać, że to zazwyczaj jest trudne, po pierwsze dlatego, że zmagamy się z automatyzmami ugruntowanymi przez lata, a po drugie, bo nasz umysł stanowi część problemu i na pewno będzie stosował strategie unikowe.

Drugi poziom: Akceptacja tej sytuacji. I to nie jako ciężaru, lecz jako daru od wszechświata dla nas – by łatwiej rozwijać się w spokoju, współczuciu i miłości.

Trzeci poziom: Na tym poziomie trzeba być otwartym (z wielką pokorą) na możliwość, że za tym, co teraz widzimy i czego doświadczamy, leży nowa przestrzeń – pełna radości. Dlatego bardzo ważna jest wiara i pewność, że za murami umysłu istnieje inna rzeczywistość, na razie niewidoczna.

Czwarty poziom: W tym momencie musimy pokierować naszą uwagę w radykalnie inny sposób, niż dokonuje się to automatycznie. Kiedy czujemy, że ktoś nas skrzywdził, automatycznie nasza uwaga jest natychmiast poświęcona wszystkim negatywnym cechom tej osoby. Jeśli chcemy przekraczać ograniczenia reakcji automatycznych i być naprawdę wolni, ważne jest, byśmy zaczęli poszukiwać najlepszych cech tej osoby, bo można znaleźć coś godnego podziwu w każdym człowieku. Tak naprawdę szukamy nie pozorów, lecz samej istoty danego człowieka, tego, co kryje się za jego ranami i załamaniami emocjonalnymi i co jest źródłem jego bólu.

Piąty poziom: Jest to poziom, który zderza się bezpośrednio z naszym zwykłym poziomem pychy, rozumianej jako chęć poradzenia sobie samodzielnie, bez czyjejkolwiek pomocy. Istnieją siły, których nie możemy pojąć rozumem – nauka dopiero zaczyna je rozumieć. Na piątym poziomie prosimy o pomoc tę siłę, wszechświat – zarówno w sprawie naszego stosunku do nas samych, jak i do innych ludzi.

Źródło: Mario Alonso Puig, „Wymyśl siebie od nowa”, Świat Książki 2010.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.