1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pierwsza kobieta w życiu mężczyzny - relacja z matką ma wpływ na całe życie

Pierwsza kobieta w życiu mężczyzny - relacja z matką ma wpływ na całe życie

Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy to prawda, że im mniej chłopiec otrzymał od matki: bliskości, czułości, troski i akceptującej miłości jako dziecko, tym bardziej będzie z nią związany jako dorosły? – pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Relacja z matką – trudny temat. Mężczyźni niechętnie o tym rozmawiają. Zwłaszcza gdy nie jest ona dobra. Ale jakie ma znaczenie, jaka była matka, kiedy syn jest już dorosły? Ma własną firmę, jest dyrektorem albo prawnikiem… Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. Ona jest pierwszym, najważniejszym wzorcem kobiecości. Tego, jak się zachowuje, jak się wyraża, jakie ma emocje i jaką ma instrukcję obsługi. Nie trzeba dodawać, że uczy się tego wszystkiego w kontakcie tylko z jedną przedstawicielką tej różnorodnej, barwnej i niedającej się zamknąć w uogólnieniach populacji. Nabywa więc wiedzy, doświadczeń i przekonań bardzo specyficznych, uwarunkowanych i ograniczonych. Oczywiście dla jego przyszłych relacji z kobietami duże znaczenie ma też to, czy jego rodzina jest pełna i jakie uczucia cementują związek rodziców. Obserwując ich, uczy się, jak wygląda i na czym polega relacja dorosłego mężczyzny z dorosłą kobietą.

Czyli to, czym chłopiec nasiąknie w relacji z matką, decyduje o tym, jakim będzie partnerem? A jeśli nasiąknie niekochaniem? To, co wydarza się w rodzinnym domu, ustawia chłopca na całe życie. Chyba że podejmie świadomą, trudną i wytrwałą pracę nad zmianą swojego nastawienia. Jeśli nie podda refleksji i weryfikacji tego, co odziedziczył ze swojego systemu rodzinnego, to będzie związki z kobietami budował na zasadzie: kopiuj – wklej. Na próżno też będzie szukać możliwości kompensacji tego, czego mu od matki zabrakło w dzieciństwie.

Matki moich partnerów były często zimne emocjonalnie, wymagające, oceniające, krytyczne… Matka zimna emocjonalnie, która nadmierną krytyką i karami zamyka serce syna i demoluje jego poczucie wartości, funduje mu bardzo trudne życie w związkach. Wychowa mężczyznę, który będzie miał ukryty pod pozorem układności lub jawnie agresywny stosunek do kobiet. Choć jednocześnie jego niezaspokojone w relacji z matką potrzeby, takie jak: bliskość, czułość, troska i akceptująca miłość, sprawią, że będzie szybko i mocno uzależniał się od każdej kobiety, która go zechce, lecz która (jak się później okaże) nie będzie potrafiła go kochać…

Patrzysz na mnie i myślisz, że skoro wiązali się ze mną mężczyźni mający zimne matki, to sama mam w sobie lodową część?! Bywają rzadkie odstępstwa od tej reguły. Ale najczęściej jest tak, że kobiety wybierające na partnerów synów oziębłych i wrogich matek, są córkami odrzuconymi przez swoje matki. Wybierają spragnionych kobiecej akceptacji, bliskości i troski mężczyzn, bo to łatwy łup. Wystarczy sięgnąć i taki miś przylepka i słodziak jest ich. Wspaniale i wesoło – ale na krótko. Szybko zaczynają się komplikacje i napięcia. Bo misio słodziak będzie od swojej kobiety oczekiwał niemożliwego, czyli tego, czego sama nie dostała od swojej matki.

I zaczyna się emocjonalna szarpanina: pretensje i szukanie dziury w całym? Właśnie. Ratunkiem jest odżałowanie swoich frustracji i deficytów z dzieciństwa. Zadowolenie się tym, co w dorosłym związku z partnerką jest możliwe, czyli tym, co można dostać tu i teraz. Choć będzie tego tylko trochę, to jednak trochę to dużo więcej niż nic. Jeśli potrafimy być wdzięczni za „trochę”, to uleczymy starą ranę w sercu i sprawy zaczną układać się wystarczająco dobrze.

A co z matkami, które były jawnie agresywne, biły, wyzywały? Matka jawnie nienawidząca swojego syna zapewne od ojca albo starszego brata doświadczyła przemocy i upokorzenia. Mogła też zostać w jakiś sposób seksualnie lub erotycznie wykorzystana. Takie doświadczenie – często zresztą wyparte i zapomniane – z reguły zaszczepia głęboko ukrytą, przejawiającą się na różne sposoby niechęć, a nawet nienawiść do mężczyzn. Często objawia się ona w zakamuflowany sposób jako agresja wobec syna. Szczególnie wtedy, gdy zostaje z synem sama, bo wtedy widzi w nim nieobecnego, znienawidzonego partnera i z braku właściwego obiektu wywiera nieświadomą zemstę na synu. Czasami są to wyzwiska, przemoc fizyczna, znęcanie się psychiczne. Od czasu do czasu daje synowi iskrę nadziei, że gdyby tylko się zmienił, gdyby był inny, a nie taki podobny do ojca – to byłaby szansa na to, żeby go pokochała. Tak potraktowany syn może całe życie spędzić, będąc uwikłanym w emocjonalną grę matki, i na próżno starać się, by zasłużyć na jej miłości. Prawdopodobnie nie zwiąże się na dłużej z żadną kobietą, bo będzie przekonany, że jest coś z nim nie tak, a to coś dyskwalifikuje go w oczach kobiet. Gdy matka umiera, grozi mu depresja, gdyż ostatecznie traci nadzieję na to, że kiedykolwiek usłyszy od matki upragnione: „Dumna jestem z ciebie i kocham cię”.

Mam smutną, ale nie wiem, czy w pełni uznaną obserwację życiową: im mniej matka dała, tym bardziej syn jest z nią związany. Zgoda. Bo frustracja dziecięcej naturalnej potrzeby bycia bezwarunkowo kochanym przez matkę może na całe życie uwikłać dziecko w nadzieję, oczekiwanie i staranie się za wszelką cenę o miłość – często w trybie autoagresji, na przykład polegającej na przepracowywaniu się, podejmowaniu ryzykownych decyzji życiowych. A ewentualne partnerki zamęczał będzie dziecięcymi oczekiwaniami i potrzebami, które powinny być adresowane wyłącznie do matki, jak: potrzeba bezpieczeństwa, opieki, komfortu i przyjemności, czyli karmienia, ubierania, dawania prezentów, nieustannej obecności, pochwał, zachwytów i seksu. A ponieważ dorośli nie są w stanie zaspokoić tych dziecięcych potrzeb, niedokochany chłopiec zamienia się w chorobliwie zazdrosnego, kontrolującego, a nierzadko także przemocowego potwora.

A co z seksem? Czy mężczyźni głodni miłości matki są wierni? Na ogół są niewierni. Doświadczenie odrzucającej matki budzi w mężczyźnie przekonanie, że nie zasługuje na miłość kobiety, że nie ma na nią szans. No bo skoro nawet matka mu tej miłości nie dała, to tym bardziej nie ma nadziei na dostanie jej od obcych, niespokrewnionych ludzi. W rezultacie taki mężczyzna, będąc w bliskiej relacji z kobietą, żyje w poczuciu zagrożenia nieuchronnym porzuceniem. Wtedy skutecznym sposobem redukowania jego lęku jest bycie w dwóch lub więcej związkach jednocześnie.

A więc wiele kobiet zamiast jednej, by uniknąć bólu? Tak właśnie, bo szuka tylko przyjemności. Jak dziecko chce być bezwarunkowo i bez żadnych zobowiązań kochany przez kobietę. A ponieważ kobiety potrzebują też czuć się wybrane, ważne, kochane i bezpieczne i z czasem zaczynają się o to upominać, więc wówczas niedokochany przez mamę mężczyzna ucieka przed taką kobietą i biegnie tam, gdzie te oczekiwania ze strony nowej kobiety jeszcze się nie pojawiły. Czyli skacze z kwiatka na kwiatek i spija sam nektar, unikając trwałych więzi i jakichkolwiek zobowiązań. Na nieświadomym poziomie ma ambiwalentne uczucia do uwodzonych przez siebie kobiet: pragnie ich, żyć bez nich nie może, ale jednocześnie ma do nich wiele skrywanej agresji i żalu, które są obroną przed upokarzającym uczuciem wiecznego nienasyconego pragnienia kobiety i uzależnienia od jej nieustannej obecności w jego życiu.

Rozwiązanie dla takiego mężczyzny? Tylko psychoterapia albo głębokie duchowe przebudzenie. No, może jest jeszcze szansa na zmianę, jeśli usłyszy od wielu kobiet, że ma nieadekwatne i niedojrzałe oczekiwania, że odrzuca i rani tych, którzy go kochają.

A matka nadopiekuńcza? Nie czyni chyba takiego spustoszenia w sercu chłopca? Nadopiekuńczość to też strategia wikłania, która ma nie pozwolić synowi odejść od matki. W istocie jest obezwładniającą syna agresją. W skrajnym przypadku matka nadopiekuńcza stara się być dla syna niezbędna, ale żeby być niezbędna, musi pozbawiać go możliwości uczenia się tego, co uczyni go kiedyś niezależnym i autonomicznym. A więc prawie wszystko robi za niego i dla niego. Nie pozwala mu ścielić łóżka, sprzątać, przygotowywać posiłków, robić zakupów, grać z kumplami w piłkę, a nawet liczyć pieniędzy. Będzie z nim wszędzie chodzić: do lekarza, do apteki, na pocztę, do urzędów, kupować mu ubrania. Będzie negatywnie recenzować jego kolegów i koleżanki, a szczególnie sympatie.

Nie ma szans na to, żeby związał się z jakąś kobietą? Może się związać tylko z taką, którą matka zaakceptuje, a więc którą będzie mogła zdominować, skontrolować. No i oczywiście będzie miała klucz do ich mieszkania. O ile oni się w ogóle od niej wyprowadzą, bo na ogół tacy mężczyźni mieszkają z matkami nawet po ślubie, instalując partnerkę w przestrzeni należącej do matki. A wtedy matka będzie im sprzątać, gotować, grzebać w szafach i uczyć partnerkę syna, jak powinna się nim opiekować.

Otrucie potrawką z muchomora to dobre rozwiązanie? Na szczęście rzadko do tego dochodzi, bo agresja do nadopiekuńczej matki jest głęboko wyparta i na ogół nie osiąga natężenia tego, co nazywa się morderczą pasją. Ale zdarza się, że taki mężczyzna może zachować się wobec niej bardzo agresywnie, a nawet stać się…

Seryjnym mordercą kobiet?! Czasami tak. Ale aby coś tak strasznego się z nim stało, musiałyby zaistnieć w jego życiu lub w jego systemie rodzinnym jeszcze inne silnie demoralizujące czynniki lub kompletna blokada rozumu i sumienia pod wpływem jakichś substancji odurzających.

Co jeszcze może się stać z chłopcem uwikłanym w nadopiekuńczą, agresywną matkę? Wiele zależy od tego, jak wygląda związek tej matki z ojcem syna. Często bywa tak, że dominująca, agresywna matka doprowadza też do psychicznego wykastrowania swojego partnera, a w jej uczuciach do niego dominuje pogarda. Syn, widząc, jak matka upokarza i niszczy jego ojca, może podjąć podświadomą decyzję, że nigdy nie znajdzie się w podobnej upokarzającej sytuacji. Wówczas nabyty w jego doświadczeniu z matką uogólniony lęk przed kobietami może go skłaniać do tego, aby potrzebę bliskości, a także bycia akceptowanym i chcianym realizować w związkach z mężczyznami. Mówimy wówczas o psychogennych przesłankach do wyboru orientacji homoseksualnej.

A matki uwodzące, które pochylając się nad dorastającym synem, żeby go otulić kołdrą, półświadomie eksponują biust? Albo siedząc w wannie, mówią do dorastającego synka: „Chodź, umyjesz mi plecy”. To zdarza się samodzielnym matkom dość często szczególnie wtedy, gdy z różnych powodów rozstały się z ojcem syna, są po bolesnych zdradach i rozwodach albo gdy wcześnie w życiu syna jego ojciec z jakichś powodów odszedł z tego świata – lecz matka zachowała jednak w swoim sercu przywiązanie. Wtedy ich syn ma szansę stać się zastępczą, a nawet lepszą wersją utraconego partnera. Lepszą, bo kochającą wiernie, zawsze i stale. Ale taka sytuacja może się stać również początkiem, zazwyczaj nieświadomej, uwodzącej gry ze strony matki, której trudno się pogodzić z tym, że kiedyś ukochany syn odejdzie do innej kobiety, ale która może też po prostu nie radzić sobie z niezaspokajanym libido. Dla syna jednak taka sytuacja jest bardzo trudna, bo piętrzy w nim potężne i sprzeczne uczucia. Dwa najważniejsze to: trwożna i zarazem wielka nadzieja na fizyczną bliskość z matką oraz lęk przed złamaniem obyczajowego tabu. Dochodzą do tego niejasne poczucie bycia manipulowanym i wykorzystywanym oraz lęk przed ośmieszeniem jego ewentualnych seksualnych prób. Tu kolejny cytat z doświadczeń moich pacjentów: „Synku, ja się teraz przebiorę w piżamę, ale nie musisz wychodzić, wystarczy, że zamkniesz oczy”. Oczywiste jest, że chłopiec zmruży oczy, ale z bijącym sercem będzie chciał przez te zmrużone oczy coś zobaczyć. Wytwarza się po obu stronach jakieś erotyczne napięcie, któremu towarzyszą silne, konfliktowe emocje.

Są na szczęście matki po prostu zachwycone swoimi synami! Ale jeśli pochwały i zachwyty są bezkrytyczne i bezpodstawne – to taka mama wychowa narcyza, czyli mężczyznę o zaburzonym, w tym wypadku nadmiernie wysokim i nieustannie zagrożonym, poczuciu wartości własnej. Bo w głębi serca będzie przeczuwał, że został wykreowany, że nie wie, jaka jest jego prawdziwa wartość. Wszystko to sprawi, że narcyz z lęku, „że się wyda, jak mało jest wart”, będzie unikał głębokiego związku z kimkolwiek, dopuszczając do siebie tylko osoby bezkrytycznie nim zachwycone, których jednak nie będzie szanował. Grozi mu życie samotne i poświęcone nieustannej walce o zachowanie pozorów sukcesu i szczęścia. Ale gdy trudne okoliczności życia zachwieją tą fasadą, wpadnie w rozpacz i depresję.

A co czeka syna pracoholiczki, alkoholiczki, hazardzistki? Najprawdopodobniej znajdzie sobie kobietę od czegoś uzależnioną i będzie powtarzał sytuację ze swojego dzieciństwa, która ukształtowała w nim przekonanie: „Nigdy dla nikogo nie będę najważniejszy”. W dorosłym związku będzie to usiłował przewalczyć w nadziei, że swoją kobietę bohatersko uwolni od nałogu i wtedy w końcu stanie się dla niej najważniejszy. To się jednak zazwyczaj nie udaje. A jeśli się uda, to ona odchodzi, bo brakuje wtedy spoiwa tego związku, czyli współuzależnienia.

Są mamy, które nie krzywdzą nikogo, ale są krzywdzone. Kobieta, która daje się upokarzać partnerowi, ryzykuje, że wychowa chłopca z psychopatycznym rysem charakteru. Mówiliśmy o tym w naszym cyklu: że będąc świadkiem bezradności matki i jej cierpienia – z lęku przed ojcem – syn utożsami się z nim i przejmie pogardliwy stosunek wobec kobiet. Żona lub partnerka będzie dla niego domową niewolnicą. Od prawdziwego seksu będą kochanki, obdarowywane hojnie ciuchami i biżuterią…

Nie zapomnijmy o kochających, fajnych matkach! Niech żyją. Wygląda na to, że jest ich na szczęście coraz więcej. To te, które są dojrzałe, poukładane, potrafią kochać, słuchać, okazywać czułość, a jednocześnie mają własne życie. To matki, które miały dobrą relację z własnym ojcem i które mogły patrzeć na udaną relację swoich rodziców i uczyć się od nich kochania. Synowie takich matek będą mieli partnerskie, uczciwe, kreatywne związki z kobietami.

Ale ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, też mają szansę, prawda? Przede wszystkim taki mężczyzna musi sobie zdać sprawę ze swoich trudnych uwarunkowań i bardzo chcieć zmiany. Wtedy wszystko jest do naprawienia. Ale jeśli nie pojawi się świadomość ani chęć zmiany, to i tak działa pewien bezpiecznik. Bo nawet silna niechęć i agresja do kobiet są w sercach i brzuchach mężczyzn kontrowane i mitygowane przez ogromną potrzebę czułości i bliskości. Nawet ci najbardziej przez matki skrzywdzeni zawsze pragną tego, czego nie dostali, i mają nadzieję, że kiedyś to dostaną. Tylko utrata tej nadziei może czasami zmienić ich w potwory. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie. Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców! I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli. Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa. Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować? Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć. Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka? Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów. Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii. Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci? Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Psychologia

Mężczyzn mogą uratować kobiety. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej.
Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. "Mężczyzn mogą uratować kobiety" - twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Związki przyszłości? Ale z kim? Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. Co zrobić, żeby na świecie nie zostały tylko same one? I dlaczego mężczyzn mogą uratować kobiety – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Warren Farrell, amerykański publicysta, twierdzi, że wizerunek medialny mężczyzny się zmienił. Z odpowiedzialnego i poważnego przywódcy, mądrego ojca i dobrego męża mężczyzna zamienił się w okrutnika, złego szefa, bezwzględnego mordercę, pedofila, gwałciciela. Mężczyzna – samo zło! No i jak z kimś takim planować ślub? Do niedawna patriarchat – tak jak każdy totalitarny system – mógł bez trudu ukrywać swoje słabości i zbrodnie, manipulując językiem, wartościami i umysłami. Ale teraz, gdy okazało się, że jego rządy doprowadziły do kryzysu cywilizacji, mężczyznom musi się oberwać. To też wyrównywanie rachunku krzywd. Potęguje się proces wyzwalania emocji, potrzeb i możliwości kobiet, które przez wieki nie mogły dojść do głosu. To nowa, bezkrwawa rewolucja. Ale jak każda rewolucja i ta nieuchronnie popada w nieznośną przesadę, arogancję i egzaltację.

Ale to nie tylko feministki są autorkami czarnego PR. Scenariusze powieści o złych mężczyznach piszą też mężczyźni. Może kieruje nimi – nie do końca uświadamiana – potrzeba męskiej pokuty. Samooczyszczenia, którego chcą dokonać, uświadamiając zbiorowe i indywidualne winy, wydobywając z szafy męskiej zbiorowej podświadomości kościotrupa szowinizmu i arogancji. A poza tym taki temat jak upadek idola zawsze dobrze się sprzedawał. Więc teraz dobrze się sprzedaje upadek mężczyzny. Ludzie chcą to oglądać, bo antymęska nagonka opiera się na podobnym mechanizmie jak popularność tabloidów, które tworzą iluzję, że są głosem sumienia porządnych ludzi. Ten spektakl jest wspierany i podkręcany także przez mężczyzn, którzy uważają się za skrzywdzonych przez ojców, nauczycieli, szefów, premierów – a więc mających swoje powody, by także czuć się ofiarami patriarchatu. Oni patrzą na ten upadek i myślą: „no, nareszcie im się dostaje!”.

Znaczenie może mieć też to, że coraz więcej mężczyzn to synowie samotnych matek. Ciągle jeszcze bardziej „samotne” niż „samodzielne” matki zazwyczaj, niestety, wychowują synów w duchu potępienia, lekceważenia, a nawet pogardy dla ich ojców. Nie zdają sobie sprawy, że dewaluowanie ojca niszczy poczucie wartości syna jako mężczyzny. W rezultacie ci chłopcy, szukając wzorca na bycie sobą, który zaakceptowałaby ich matka, nadmiernie czerpią z jej sposobu przeżywania i nazywania świata, z jej ocen, przekonań i emocji. Nie wyrastają więc na dzielnych mężczyzn, lecz na rozgoryczone, depresyjne i rozemocjonowane kobiety, tyle że przyobleczone w męskie ciała. Samotne matki wychowują też córki, którym również przekazują jednostronny, negatywny obraz mężczyzn: słabych, niedojrzałych, nielojalnych i leniwych. Tragikomiczny paradoks tej sytuacji polega na tym, że mężczyźni o takich psychologicznych parametrach to z reguły ci wychowani przez samotne matki. I tak powstaje błędne koło, które produkuje coraz więcej słabych, niedojrzałych mężczyzn i coraz więcej samodzielnych, rozgoryczonych, nieufnych i wyrachowanych kobiet.

Szczęśliwej pary taki mężczyzna i taka kobieta nie stworzą? A jakim cudem kobieta obciążona negatywnym stereotypem mężczyzny i psychicznie wykastrowany przez swoją matkę, odcięty od ojca mężczyzna mogliby stworzyć szczęśliwy związek? Oboje nauczyli się przecież, że zaangażowanie emocjonalne w relacje z osobnikiem płci przeciwnej kończy się cierpieniem i upokorzeniem. Facet w takim związku jest z góry skazany na potwierdzanie negatywnego stereotypu mężczyzny zainstalowanego w umyśle partnerki, a kobieta – na przeżycie gorzkiej satysfakcji wynikającej z potwierdzenia jej najgorszych przewidywań.

Gdzie mamy szukać ratunku? Aby dać szansę trwałym, partnerskim związkom, obie strony muszą zakwestionować jednostronny, negatywny stereotyp ojca. Odtworzyć w swoich sercach jego pozytywny aspekt i jednocześnie – co bardzo ważne – przestać idealizować matkę. Wtedy dopiero kobieta i mężczyzna będą mogli odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę – a nie w imię rodzinnej tradycji czy politycznej poprawności – od siebie nawzajem oczekują? Czarno jednak widzę przywrócenie szacunku dla postaci ojca i odidealizowanie matki w czasach feministycznej rewolucji. Tym bardziej że zawalczyć o nie, i to na przestrzeni dwóch pokoleń, musiałyby kobiety. No ale: pierwszy krok to znalezienie przez kobiety prawdziwej odpowiedzi na pytanie, czego potrzebują od mężczyzn. Gdy ją poznają, wtedy będą wiedziały, jak wychowywać synów i córki. Bo chyba nie chodzi o to, by wyrugować ze świata takie tradycyjne atrybuty męskości jak: odwaga, odpowiedzialność, lojalność, niezależność, umiejętność walki i zdolność do solidarnej gry w zespole?

No nie. Te cnoty znikają, bo coś nie wyszło. Mężczyźni mieli być męscy, ale też wrażliwi. A są niemęscy i narcystyczni. Uogólniona krytyka i dewaluacja mężczyzn przez matki demoluje wewnętrznie synów. Nie pozwalają młodym mężczyznom identyfikować się z własną płcią. I co wtedy mają robić? Priorytetem ich życiowej strategii staje się unikanie niezależnych, wymagających, często gardzących mężczyznami kobiet – czyli kobiet podobnych do ich matek. Ale testosteron działa, więc ich wyparta, niedojrzała seksualność realizuje się w kontakcie z internetową pornografią, w autoerotyzmie, w skłonnościach do pedofilii, a także w eksperymentach homoseksualnych. Dzieje się tak, bo kobiety nie dają im nadziei na bycie kochanymi. Z tego samego powodu mężczyźni coraz częściej nie chcą dorastać i mieszkają z mamą aż do jej śmierci, czyli do 40., a nawet 50. roku swego życia. Albo wybierają strategię casanowy, który swoją potrzebę miłości i uznania próbuje na próżno zaspokoić wykradanym, wyłudzanym seksem. Jeśli więc nadal krytyka patriarchatu będzie się przeradzać w krytykę męskości, wylejemy dziecko z kąpielą.

Chyba już wylaliśmy: w książce „Żelazny Jan” Roberta Bly znalazłam przejmującą scenę. Terapeuta każe mężczyznom skupionym w kręgu podnieść symbolicznie miecze w górę. A oni nie mogą, bo dla nich demonstracja siły i męskości jest równoznaczna z agresją. Tymczasem mężczyźni nie chcą nikogo skrzywdzić. Podniesienie miecza w górę to także symbol męskiej erekcji, męskiej wydolności i siły – nie tylko seksualnej. To także symbol zdolności do walki, obrony siebie i wszystkiego, co mężczyźnie drogie. Siła ta drzemie w każdym i decyduje o jego dorosłym poczuciu męskości. Staje się groźna tylko wtedy, gdy mężczyzna nie nauczył się nią mądrze zarządzać. Pozostając pod opieką nastawionej niechętnie do mężczyzn mamy, ma na taką naukę marne szanse. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu młodzi mężczyźni mieli okazję nauczyć się tego przez sport, a także dzięki wojsku. Dziś sporty walki albo wojsko to dla większości wykształconych mężczyzn skrajny obciach. Ale testosteron i agresja nie wyparują z męskich ciał tylko dlatego, że nie są trendy. I nic tu nie pomoże wegetarianizm ani unikanie lekcji WF-u, kolczyki w uszach, malowanie paznokci. Męska agresja zamiatana pod dywan może zamienić się w bombę zegarową groźną dla świata.

Ale mężczyźni sami nie chcą być sobą. To widać choćby w modzie. Jeszcze wiek temu emancypantki przebierały się w męskie stroje, dziś odwrotnie – mężczyźni noszą kolorowe rzeczy, używają kosmetyków. Wyraźnie się feminizują. Mają też coraz więcej problemów z ciałem. Chorują na anoreksję, bulimię, stawy, kręgosłup, przedwczesny wytrysk, impotencję. Zaczynają golić nogi, depilować torsy, farbują włosy. Wygląda na to, że robią coraz więcej, by upodobnić się do kobiet, a dzięki temu zejść z linii ognia. Jeśli tak dalej pójdzie, to przypuszczam, że kobiety na zawsze pozostaną w dzielnie wywalczonych spodniach, a mężczyźni niebawem zaczną chodzić w spódnicach. Nie znam statystyk dotyczących transseksualizmu, ale w kontekście naszej rozmowy zaryzykowałbym hipotezę, że więcej mężczyzn chce zostać kobietami niż kobiet mężczyznami, bo dziś bycie mężczyzną nie jest ani trendy ani sexy.

A 20-latki skarżą się, że nie ma mężczyzn. W książce „Męskie pół świata” piszesz, że wkrótce będziemy miały do wyboru albo Piotrusia Pana albo skamielinę przeszłości, czyli tyrana. No tak. Piotruś Pan to mężczyzna, który nie chce dorosnąć, bo niby kim miałby wtedy zostać: przeklętym samcem alfa i szowinistycznym wieprzem, a może uległym podnóżkiem swojej kobiety albo... Właśnie, wyboru prawie nie ma. Dlatego mężczyźni muszą się sami za siebie wziąć i stworzyć nowy wzorzec męskości, który nie będzie się opierał na demonstrowaniu przewagi nad kobietami. Z drugiej jednak strony kobiety muszą stworzyć taki wzorzec kobiecości, który nie będzie się opierał na pogardzie dla mężczyzn. W przeciwnym razie ofiary przeistoczą się w prześladowców. Marzenia o tym, żeby w pełni zanegować męskość i wejść w nowy matriarchat, to strata czasu. Doniesienia z czasów matriarchatu mówią, że rolę prześladowców odgrywały wówczas kobiety. Mężczyźni byli w pogardzie i by sprostać oczekiwaniom władczyń, zademonstrować negatywny stosunek do własnego podgatunku i chęć znalezienia się w kaście sprawującej władzę, dokonywali masowych, rytualnych kastracji. W warstwie symboliczno-psychicznej podobne zjawisko pojawia się obecnie wśród chłopców i młodych mężczyzn.

Za kryzys męskości ma też odpowiadać antykoncepcja. Powoduje ona, że kobiety wybierają niemęskich mężczyzn, to znaczy bez zewnętrznych oznak wysokiego testosteronu. Dlaczego? Pigułka blokuje jajeczkowanie na podobnej zasadzie jak ciąża. A więc kobiety po jej zażyciu czują się tak, jakby spodziewały się dziecka. Spada im libidio (tracą ochotę na seks) i szukają miłych opiekunów, a nie supersamców. To całkiem prawdopodobne, że kobiety stosujące hormonalną antykoncepcję mogą mieć chemicznie podkręcony instynkt opiekuńczy. Więc przytulają różnych chłopaczków, a potem się dziwią, że ci przy pierwszej scysji czy problemie lecą do mamusi albo przeprowadzają się do następnej opiekunki. Co więc mają począć ci faceci? Nie mieszczą się w mainstreamie, więc na społecznych peryferiach tworzą patriarchalne enklawy: harleyowcy, kibice, a szczególnie nacjonaliści, którzy na sztandarach głoszą szczególną wartość swojej krwi i spermy.

Może popularność cyklu „Millennium” wynika z tego, że tam możemy odnaleźć to, czego tak szukamy – pozytywny wzór mężczyzny. Bohaterem jest nowoczesny wojownik, feminista, który walczy o prawdę i staje w obronie kobiet – a jego polem bitwy są media. Trzeba tworzyć nowe wzorce – to pewne. Próbują tego mężczyźni skupieni w męskich kręgach rozwojowych, sięgając do pierwotnych indiańskich i szamańskich tradycji. To interesujący kierunek, bo oni poszukują w kulturach opartych na wzajemnym szacunku płci. Do roli wzorców męskości urastają także popularne postaci z kręgu literatury fantasy, takie jak Wiedźmin czy Harry Potter. Są to mężczyźni, którzy rozwinęli w sobie nadprzyrodzone moce, a także dzielność i odwagę. Dla nich kobiety nie są osią życia. Ci i inni męscy bohaterowie zamieszkujący wyobraźnię współczesnych mężczyzn wyrażają ich ogromną tęsknotę za szlachetną mocą, intencją i misją, za autonomią, wolnością i godnością. Jednym słowem – za współczesną wersją wspólnoty Rycerzy Okrągłego Stołu. To ważne i budzące nadzieję.

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje - wyprawa do czyśćca

 (Ilustracja Paweł Jońca)
(Ilustracja Paweł Jońca)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być? Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo. Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca? Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią? Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca? Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami. Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa. Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych. Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię. To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom? To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją? To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni. Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami? Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą. 

  1. Psychologia

Wszystko w rękach matek. Jak wychowywać chłopca?

Relacje matki z synem przechodzą wielką przemianę około szóstego roku życia, kiedy chłopiec bierze zdecydowany azymut na ojca. (Fot. iStock)
Relacje matki z synem przechodzą wielką przemianę około szóstego roku życia, kiedy chłopiec bierze zdecydowany azymut na ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Miłość i przygotowanie do samodzielności, wyrozumiałość i nauka dyscypliny, poczucie wolności i oparcie. Tego synowie potrzebują od rodziców, a często dostają tylko od matek. 

Ewa, matka samotnie wychowująca 15-letniego Dawida i o pięć lat starszą Mariannę: – Przyjście na świat syna spełniło moje marzenia. Ale kiedy po raz pierwszy wzięłam go na ręce, czułam się bezradna. Od pierwszych dni życia był inny niż córka. Bardziej płaczliwy, niespokojny, częściej chorował, później zaczął chodzić, mówić. Od samego początku powtarzałam sobie, że ma wyrosnąć na mężczyznę. Pilnowałam, aby miał obowiązki – najpierw uczyłam, że ma sprzątać zabawki, odnosić talerz od stołu, potem wyprowadzać psa, ścielić łóżko, robić zakupy. Wymagałam przestrzegania reguł – musiał wracać o określonej porze do domu, odrobić lekcje, zanim gdzieś wyszedł. Postanowiłam wychować go na innego mężczyznę niż mój ojciec i dziadek, którym mama i babcia musiały usługiwać, na co ja nie mogłam patrzeć. I innego niż ojciec, który go zostawił. Teraz wiem, że trochę z tym drylem przesadziłam. Próbuję na nowo budować z nim relację, choć akurat teraz, gdy jest w apogeum dojrzewania, nie jest to łatwe.

– Kluczowy wpływ na to, jaką matką jest kobieta, ma jej „męska historia”, czyli dotychczasowe doświadczenia z mężczyznami – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Matka nosi w głowie obraz swojego ojca, dziadka oraz to, jak traktowali oni matkę i babcię. Ma też jakieś doświadczenia z braćmi, kuzynami, wujami i innymi spotkanymi po drodze mężczyznami. No i oczywiście jest jeszcze ojciec dziecka. Oni wszyscy kształtują jej poglądy na to, jacy są mężczyźni, jak traktują kobiety, a te z kolei rzutują na jej stosunek do syna.

Męski świat

Z moich rozmów z matkami chłopców, a także z własnych doświadczeń (mam dwóch synów) wynika, że od początku dużą wagę przywiązujemy do tego, że oto rodzi się syn. Ten fakt dochodzi do głosu za każdym razem, gdy biegniemy mu pomóc lub się od tego powstrzymujemy, kiedy go do czegoś zachęcamy albo zniechęcamy, przytulamy lub karcimy. Przecież mówi się nam, że syn powinien sam sobie radzić, być odważny, nie mazać się. Nasze reakcje są pochodną wewnętrznego nastawienia, że wychowujemy syna, czyli kogoś zupełnie innego niż córkę, wymaga się od niego czegoś zupełnie innego niż od dziewczynki.

Według Steve’a Biddulpha, jednego z najsłynniejszych amerykańskich terapeutów zajmujących się wychowaniem, w szczególności chłopców, o wiele bardziej sprawdza się postawa ciekawości, czyli chęć poznania i zrozumienia świata chłopca. Ponieważ jako kobiety nie możemy wiedzieć, jak to jest być mężczyzną, musimy po prostu zdobyć na ten temat więcej informacji.

Biddulph podkreśla, że istnienie uwarunkowanych biologicznie różnic między chłopcami a dziewczynkami nie oznacza, że dziewczynki są lepsze od chłopców albo na odwrót. Nie krytykujmy synów i nie porównujmy ich do córek. Nie obwiniajmy, tylko starajmy się ich zrozumieć.

W płomieniach

Chłopcy do szóstego roku życia (dziewczynki także) nie przejmują się specjalnie płcią. Ale matki owszem (ojcowie zresztą też). I jak wykazują badania, traktują ich dużo surowiej niż dziewczynki. Częściej karcą, rzadziej przytulają, mniej do nich mówią. Także kultura narzuca chłopcom sprzeczne oczekiwania: z jednej strony wymaga się od nich racjonalności, siły, tłumienia emocji, a z drugiej – wrażliwości, empatii.

Michael Gurian w świetnej książce „Zrozumieć nastolatka” przytacza badania naukowe, które dowodzą ukrytej wrażliwości chłopców. To oni bardziej niż dziewczynki cierpią po rozwodzie rodziców, w większym stopniu odczuwają negatywne skutki niezaspokojonej więzi z matką, mają większe kłopoty z przeżywaniem porażek, mają „mniejsze zasoby emocjonalne, na których mogą polegać przy radzeniu sobie z problemami w zdrowy sposób”. Gurian pisze: „Chłopiec chce krzyczeć: Jestem w płomieniach. Nie zostawiajcie mnie samego. Pokażcie, jak mam sobie radzić w dorosły sposób”. A my, matki (ojcowie także), zostawiamy go samemu sobie właśnie dlatego, że jest chłopcem, czyli kimś, kto nie płacze, kto powinien być silny.

Matka jest pierwszą osobą, z którą łączy syna mocna więź. To dlatego staje się dla niego wzorem intymności i miłości. Jeśli już w niemowlęctwie zacznie wyraźnie określać granice jego postępowania, bez uciekania się do kar cielesnych lub zawstydzania, syn przyjmie to ze spokojem. Jeśli będzie mu czytać, dużo do niego mówić, wpłynie na lepszy rozwój umiejętności werbalnych i społecznych. A to dla chłopca niezwykle ważne, bo potrzebuje o wiele więcej niż dziewczynka pomocy w nauce reguł zachowania w grupie. Niezwykle istotna jest więc kondycja matki w pierwszych dwóch latach życia syna. Mama przygnębiona, smutna, depresyjna niejako programuje go „na smutno”. Mama wiecznie zła, krzycząca, karcąca zapala w jego małej główce wątpliwości, czy jest kochany. Dlatego kobieta tuż po porodzie potrzebuje troski bliskich, aby mogła sama zatroszczyć się o dziecko.

Ciepło i czułość

Relacje matki z synem przechodzą wielką przemianę około szóstego roku życia, kiedy chłopiec bierze zdecydowany azymut na ojca. Ale to nie znaczy, że mama może całkowicie zejść ze sceny. Syn powinien wiedzieć, że zawsze może na nią liczyć.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Spotykam się często z tym, że ojciec krytykuje matkę za to, że syn kurczowo się jej trzyma. Oczywiście, przyczyna może tkwić w jej zaborczej miłości, ale najczęściej dzieje się tak dlatego, że to ojciec jest mało obecny w życiu syna, a przy tym bywa wobec niego niezwykle krytyczny, co wzbudza w nim lęk.

Matka nie może nagle wycofać się z życia dziecka lub zmienić się z czułej w oschłą, bo dla niego będzie to zmiana szokująca. Steve Biddulph w książce „Wychowywanie chłopców” przestrzega: „Wtedy chłopiec, aby poradzić sobie ze  smutkiem i bólem, zamyka tę część siebie, która go z nią łączyła – wrażliwość i miłość. Odczuwanie miłości staje się dla niego zbyt bolesne. Taki chłopiec jako dorosły mężczyzna będzie miał trudności z wyrażaniem ciepłych uczuć wobec swojej partnerki lub dzieci”.

Matka powinna więc okazywać synowi miłość zawsze. To pomaga mu budować pewność siebie w kontaktach z płcią odmienną. Ale jednocześnie nie powinna traktować syna jak własności i dominować w jego świecie. Dobrze, żeby zachęcała go do nawiązywania przyjaźni, podpowiadała, jak ma dogadywać się z dziewczynkami. To głównie od niej zależy poczucie własnej wartości syna. Musi też dopuścić do głosu ojca lub innych mężczyzn. Jej syn bardzo tego potrzebuje do rozwoju swojej męskości. Jak pokazuje życie, samotne matki, które nie izolują syna od ojca i dbają, by miał on kontakt także z dziadkiem, wujami, kolegami, wyposażają go w dobre męskie wzorce.

Matka ma ważną rolę do odegrania także wtedy, gdy syn dorasta, choć on udaje, że jej wtedy nie potrzebuje. To dla niego straszny czas. Czuje nieznośną niepewność, targają nim hormony (ich poziom wzrasta prawie 800-krotnie), nie potrafi znaleźć wspólnego języka z dziewczynkami, które wydają mu się pewniejsze siebie, mądrzejsze. A w mediach słyszy, że mężczyźni to agresorzy, gwałciciele. Jak matka może mu pomóc? Wzmacniać jego poczucie pewności siebie, na przykład mówiąc: „Lubię twoje towarzystwo. Fajnie się z tobą rozmawia”. To ona powinna tłumaczyć synowi kobiecy świat. Ważne, aby dostosowywała styl wychowywania do jego wieku. Aby potrafiła przejść od stałej kontroli, nadzorowania, wyznaczania granic do konsultowania, dawania możliwości wyboru, aby pogodziła się z tym, że syn ponosi całkowitą odpowiedzialność za swoje czyny.

W czym mamy problem

A z tym my, matki synów, mamy duży problem. Chronimy ich, wyręczamy, jesteśmy niekonsekwentne, rozpieszczamy. To największe nasze grzechy.

Barbara, matka 25-letniego Janka: – Mój syn skończył studia, a nadal zachowuje się jak mały chłopiec. Odgrażam się, że koniec ze spełnianiem jego próśb, ale spełniam je dalej. Janek zawsze umie mnie podejść, zagrać na moich czułych strunach. Od dziecka był chorowity, wrażliwy i lękowo nastawiony do wszystkiego, co nowe. Wspierałam go, jak mogłam. Z pewnymi trudnościami (jak choroby, lękowe nastawienie) na pewno pomogłam mu się uporać. Inne, jak niesamodzielność, tylko wzmocniłam. Więc się zamartwiam, czy będzie potrafił poradzić sobie w życiu.

Jarosław Przybylski: – Zamartwianie się to specjalność matek synów. Tymczasem gdy syn kończy naukę, trzeba jasno powiedzieć: „kocham cię, możesz na mnie liczyć, ale to nie znaczy, że będziesz żył na mój koszt”. I określić czas, jaki mu dajemy na wyprowadzkę z domu. To radykalny, ale jedyny sposób, żeby przeciąć pępowinę. Znam matki, które tak postąpiły, i po latach synowie im za to dziękowali. Szkopuł w tym, że wiele matek tylko deklaratywnie pragnie usamodzielnienia się syna. W rzeczywistości chce go do siebie przywiązać, uzależnić. A taka relacja jest dla niego bardzo destrukcyjna, bo przeszkadza budować zdrowe związki z kobietami. Dorosły syn musi wtedy wziąć sprawy w swoje ręce i jasno zakomunikować matce reżyserującej jego życie: „Dość. Teraz sam decyduję o sobie”. To dla niego trudne, bo matka może uciekać w chorobę, szantażować go, wszystko po to, aby znów był przy niej. Syn jednak nie powinien się ugiąć, czasem nawet na jakiś czas musi zerwać z nią kontakty, by potem odbudować je na nowych zasadach.

Miłość matki do syna (i na odwrót) to jedna z najpiękniejszych odmian miłości. To właśnie dzięki niej chłopiec może wyrosnąć na mądrego, kochającego i empatycznego męża i ojca. A matka, oddając światu dojrzałego mężczyznę, może poczuć prawdziwe spełnienie. Ale może też zrodzić się między nimi zabójcza dla obojga relacja zastępująca inne męsko-damskie związki. Wszystko w naszych, matek, rękach.

  1. Styl Życia

Tomasz Raczek: "Jak dorośniesz, to zrozumiesz"

 Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)
Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Przeszłość wraca do mnie falami – przyznaje Tomasz Raczek. – Dzisiaj potrafię docenić to, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Natomiast jako chłopiec miałem poczucie, że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany.

Niedawno zmarła, w wieku 93 lat, moja mama. To smutny czas, ale też czas sprzyjający wspominaniu. Porządkuję rzeczy po mamie, natykam się na różne dokumenty, listy, zdjęcia. Przypominam sobie przede wszystkim, co jako dziecko czy młody człowiek myślałem, jak się czułem. Ciekawe, bo zwykle pamięta się fakty, a ja przypominam sobie właśnie emocje.

Za wolno

Może należałoby zacząć od tego, że nie lubiłem być dzieckiem. Całe dzieciństwo marzyłem, żeby być starszy, niż byłem. Wysiadywałem w przedszkolu w oknie, patrzyłem na dzieci, które z tornistrami idą do szkoły, i im zazdrościłem. Nudziły mnie rzeczy, które zajmowały moich rówieśników – mnie się wydawały dziecinne. Potem, kiedy byłem w szkole średniej, zwalniałem się z lekcji i jako wolny słuchacz biegłem na studia, bo nie mogłem się tego doczekać. A od pierwszego roku studiów pracowałem na etacie.

Wydawało mi się, że wszystko dzieje się w moim życiu za wolno. I  że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany. Nienawidziłem, kiedy w telewizji Edyta Wojtczak mówiła: „A teraz, drodzy państwo, będzie film dla dorosłych”, i słyszałem od rodziców: „No to marsz do swojego pokoju”. A już najbardziej nie lubiłem tekstu mojego ojca: „Jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Kiedy coś takiego wygłaszał, dostawałem białej gorączki. Dla mnie to była potwarz.

Scena

Pamiętam taką sytuację. Siedzę w swoim pokoju i robię teatr. Z książeczek Disneya w twardych okładkach (tak zwana złota seria) buduję scenę, kulisy, żołnierzyki to moi aktorzy, oświetlam ich latarkami, przygotowuję spektakl, na który wieczorem będę zapraszał rodziców. A właściwie nie tyle zapraszał, ile każę kupić na niego bilety. I tak to wszystko ustawiam, aż przychodzi moja mama i mówi: „Tomek, zobacz, jaka piękna pogoda, chłopcy grają w piłkę, idź też pograć z nimi na świeżym powietrzu. Będziesz siedział tak cały dzień?”. Odpowiadam, że tak, będę tak siedział, aż w końcu, kiedy nic do mnie nie dociera, mama mówi z wyrzutem: „Dlaczego ty nie możesz być taki jak inni chłopcy?”. Na co ja: „Bo ja nie jestem jak oni. Jestem inny”. Powtarzałem to w dzieciństwie setki razy. I nie chodziło mi o to, że jestem gejem, nie mogłem tego wiedzieć, dziesięcioletniemu chłopcu trudno się tak zdefiniować. Mówiłem: „Mamo, musisz przyjąć, że jestem inny niż wszyscy”, bo naprawdę tak czułem. Dotyczyło to wielu sfer mojego życia.

A ty rąk nie masz?

Byłem pulchnym chłopcem, więc idealnie nadawałem się na taką ciapę, co to będzie szturchana czy bita. I to się zaczęło od razu, już w pierwszej klasie. Był u nas taki Witek, łobuz klasowy. Popychał mnie, musiałem znosić kuksańce, groźby, że jeśli nie zrobię, co mi każe, dostanę w pysk. Poszedłem z tym w końcu do mamy. Powiedziałem, że jest taki chłopak, że się go boję. „Co robić? Iść do pani?”. A mama: „Po co do pani? A ty rąk nie masz? Jak on cię uderzy, to ty nie możesz mu oddać?”. Mama waleczna, rozpamiętująca powstańcze bohaterstwo, nie widziała powodu, dla którego miałaby mnie w tej sytuacji ratować. Kompletnie inny charakter niż ojciec, właściwie to ona nauczyła mnie tego, czego być może powinien mnie nauczyć on. W porządku, tylko jak ja mam tego Witka uderzyć, skoro jestem od niego słabszy? Nigdy nikogo nie pobiłem... Aż wymyśliłem – do worka na szkolne kapcie włożyłem łyżwy, a następnie tym workiem, jak mnie Witek zaczepił, zakręciłem i dałem mu w łeb. Polała się krew, był wrzask, wezwano lekarza. Rozcięcie skóry głowy. Nauczyciele nie mogli uwierzyć: „Tomek zrobił coś takiego?”. A wszystkie dzieci się z Witka śmiały, że go pokonałem. Nigdy mnie już nie zaczepił.

Użyłem tego sposobu jeszcze kilka razy w życiu. Może nie z łyżwami, ale uderzyłem kiedyś milicjanta chlebakiem, w którym miałem półkilogramową konserwę „Przysmak śniadaniowy”. Byliśmy z moją przyjaciółką z roku, dzisiaj znaną pisarką Agatą Tuszyńską, na festiwalu studenckim FAMA i zaatakowało mnie trzech nieumundurowanych tajniaków. Myśleli, że jestem działaczem opozycyjnym, byłem pewnie podobny, i omyłkowo mnie zgarnęli z ulicy do bramy, po czym prysnęli gazem po oczach. Potem mnie wylegitymowali i okazało się, że to nie ten, którego szukali, natomiast w międzyczasie ja tym chlebakiem dałem w łeb kapralowi Frankowi. Miałem sprawę o pobicie milicjanta na służbie, z czego do dzisiaj jestem dumny.

Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne) Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)

Marika Rökk

Darek, Krzysiek i ja. Trzech przyjaciół. W szkole podstawowej wołali na nas „Trójca Święta”, bo trzymaliśmy się razem i bardzo dobrze się uczyliśmy. Była jeszcze najlepsza uczennica w klasie – Marzenka. Najlepsza, a jednocześnie fajna. Na języku polskim wypracowania Marzenki i moje były oceniane najwyżej. Tylko że Marzenka pisała tak, jak nauczycielka chciała, żeby pisać, a ja zawsze pisałem tak, że pani mówiła, że są trochę nie na temat. Pisałem po swojemu, ewentualnie pisałem prowokacje. Był kiedyś, pamiętam, wolny temat: „Moja ulubiona aktorka”. Napisałem o Marice Rökk. Czyli aktorce filmów faszystowskich, wodewilowych, ulubienicy Hitlera. Napisałem, że uwielbiam jej wdzięk i delikatność, opisałem filmy, w których ją widziałem. Zrobiłem to z pełną premedytacją. Po pierwsze, już wtedy interesowałem się niemiecką kulturą (do dzisiaj nie rozumiem, jak ze względów ideologicznych można przekreślać film, przecież sztuka to sztuka; muzyki dyrygowanej przez Herberta von Karajana jakoś się nie potępia, choć popierał Hitlera). Po drugie, nasza nauczycielka przez pół roku omawiała tylko „Pana Tadeusza”, obsesyjnie się nim zachwycając, czym skutecznie i bezpowrotnie mnie do tego dzieła zniechęciła.

Po tym, jak przeczytała moje wypracowanie o Marice Rökk, wpadła w rozpacz: „Żeby polskie dziecko lubiło kogoś takiego jak Rökk?! Przecież to jest hitlerówa!”. Zawiadomiła kierownika szkoły, wezwano rodziców. Przyszedł ojciec. Kierownik szkoły pyta mojego ojca, jak to jest możliwe: „Wie pan – mówi, podwija rękaw koszuli i pokazuje tatuaż na przedramieniu – ja byłem więźniem Oświęcimia. Czy pan rozumie, co ja czuję, kiedy pana syn pisze takie rzeczy?”. Na co mój ojciec podwija swój rękaw: „Ja byłem więźniem obozu Stutthof i rozumiem”. Kierownik: „No to gdzie on zobaczył te filmy?”. Ojciec: „Poszedł do kina Iluzjon razem ze mną. Na przegląd niemieckich filmów z czasów II wojny światowej, wszystkie widzieliśmy razem”. Kierownik: „Jak pan, więzień obozu koncentracyjnego, może chodzić z dzieckiem na takie filmy?”. Ojciec: „Chcę, żeby on to poznał, żeby wszystko wiedział, musi to wiedzieć. Potem sam zrozumie, co jest dobre, a co złe”.

Kontrola

Ludzie się taty trochę bali, miał taki wyraz twarzy… Kilka razy zdarzyło się, że kiedy szliśmy do kawiarni i tata podchodził do lady chłodniczej zobaczyć, jakie są ciastka, na jego widok bufetowa leciała na zaplecze i krzyczała: „Kontrola przyszła!”. Pamiętam też, jak rozmawiał z kelnerką po tym, jak zamówił wuzetkę, a ona przyniosła torcik marcello. Mama trącała go łokciem i szeptała: „Daj spokój, to też jest dobre, daj spokój”, ale ojciec się nie zrażał: „Droga pani, proszę mi powiedzieć, jak mianowicie wygląda wuzetka?”. Ja, może pięcioletni, siedziałem obok i wpatrzony z zachwytem w ojca myślałem, że też taki będę. I trochę jestem, w moich filmowych recenzjach potrafię być, tak jak on, zasadniczy. Natomiast jeśli mam trochę wdzięku, to po mamie. Mama się dużo uśmiechała, ja też się uśmiecham. Błysk w oku, otwartość do ludzi – mimo że jestem w gruncie rzeczy introwertykiem i musiałem się tego uczyć – to od mamy. Ona mnie tego nauczyła.

Odwrotnie

Tata umarł w 1993 roku. Za jego życia nie zrobiłem przed rodzicami coming outu. I to mimo że mama była lekarką (genialną, bardzo cenioną pediatrą), a nawet od pewnego momentu zajmowała się seksuologią. Nie zrobiłem, bo wychodziłem z założenia, że to jest moje życie. Miałem kłopot z tego typu deklaracją po części także dlatego, że kiedy byłem młodym człowiekiem i poznałem środowisko homoseksualne w Warszawie, ono mi się bardzo nie podobało. Teraz, dzięki LGBT+, wiemy, jak wiele może być różnych wariantów seksualności człowieka. A wtedy mówiło się „pedał” i na tym temat się kończył. Mnie się wydawało, że homoseksualność jest fascynacją męskością, a nie pragnieniem bycia kobiecym. Tymczasem poznałem homoseksualistów, którzy mieli, jak się wtedy mówiło, wiotkie nadgarstki, chcieli, żeby zwracać się do nich żeńskimi imionami i w rodzaju żeńskim. To było małe środowisko, zamknięte, skazane trochę na siebie. Miałem poważne wątpliwości, czy do niego pasuję. A jeśli nie, to kim w takim razie jestem? Nie byłem pewien i nie mówiłem o tym z rodzicami.

Lata później, już po moim oficjalnym coming oucie, odbyliśmy z mamą taką oto rozmowę: „Mamo, ja do tej pory nie mam pojęcia, czy tata wiedział”. „Wiedział”. „I nie miał z tym problemu?”. „Kiedyś dyskutowaliśmy i poradził mi »Zostaw Tomka, to jest mądry chłopak, da sobie radę, my się nie wtrącajmy«”. Na koniec mama zupełnie mnie rozbroiła: „Ja wtedy uważałam, że ty nie jesteś gejem, nawet przekonywałam ojca, że nie. Wiesz dlaczego? Bo jako seksuolog wiedziałam, że geje mają lepszy kontakt z matkami niż z ojcami. A u nas było przecież odwrotnie”.

Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF) Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)

Ty nic nie rozumiesz

Mama miała rację, moja relacja z ojcem była wyjątkowa. Tata był z wykształcenia pianistą, ale kiedy zorientował się, że nie ma talentu wystarczającego, żeby zostać wirtuozem, poszedł na drugie studia, skończył ekonomię na SGPiS i zarabiał na życie, pracując w Ministerstwie Przemysłu Spożywczego jako naczelnik wydziału. Miał na czarnych płytach całą klasykę muzyki poważnej, nauczył mnie słuchać nagrań, chodziliśmy do filharmonii, czytał mi o wielkich kompozytorach.

Był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. Z jednej strony był moim mentorem, z drugiej – nieustannie prowadziliśmy słowną szermierkę. Jak coś pisałem, nie wiem, artykuł do gazetki szkolnej, biegłem najpierw do niego i czekałem, co powie. Czytał zawsze bardzo uważnie i bardzo merytorycznie krytykował. I wtedy się zaczynało. Nasze kłótnie były spektakularne, szedłem do swojego pokoju, wykrzykując: „Ty nic nie rozumiesz! Nie masz pojęcia, co czuję!”. Kłóciliśmy się czasem tak mocno, że dochodziło do rękoczynów. Mimo że mój ojciec z natury był bardzo powściągliwy, a ja może mam coś z chuligana mentalnie, ale na pewno nie byłem chłopakiem, który celowo szukałby fizycznej zaczepki. To, że w ogóle dochodziło do przepychanek – bo oczywiście my się nie biliśmy, raczej, jeśli już, to przepychaliśmy w korytarzu, wygrażaliśmy pięściami – świadczyło o intensywności naszej relacji i w ogóle o podejściu do siebie nawzajem. Bardzo się kochaliśmy, ale nie było w tym czułostkowości, zagłaskiwania się, którego do dzisiaj nienawidzę. Wyznaję raczej zasadę „przez walkę do miłości”. Trzeba się zetrzeć w pojedynku i dopiero potem się przeprosić, pogodzić, przytulić na zgodę, wtedy to jest najuczciwsze.

Radziwiłłka

Ponieważ w podstawówce byłem laureatem dwóch olimpiad – z matematyki i z języka polskiego – mogłem bez egzaminu wybrać sobie liceum. Powodem, dla którego wybrałem XLI LO im. Lelewela, była Anna Radziwiłł. Już w nowej Polsce premier Mazowiecki zaprosił ją do współtworzenia rządu, została wiceministrą szkolnictwa. Wtedy, w latach 70., była żywą legendą. Historyczka, zwana przez wszystkich Radziwiłłką, niesłychanie inteligentna, wyjątkowa, niezależna. W prostej linii potomkini „tych” Radziwiłłów. Uczyła inaczej, oceniała inaczej. Ocena na koniec roku była na przykład taka: „pierwiastek z czwórki, łamany na kropkę”. Przychodziło się do niej i ona wyjaśniała, co to znaczy. Dziwaczka, ale genialna. Mówiła: „Jest wtorek, macie na piątek przeczytać »Braci Karamazow« Dostojewskiego”. To było jej potrzebne do lekcji o inkwizycji. A my: „Pani profesor, przecież to jest 700 stron! Kiedy?”. W odpowiedzi słyszeliśmy: „Trudno, spróbujcie”. Wychodziliśmy ze szkoły z myślą, że nie, tym razem się zbuntujemy. A potem i tak dochodziliśmy do wniosku, że przecież tego Radziwiłłce zrobić nie możemy, i czytaliśmy „Braci Karamazow” po nocach. Kreatywne myślenie, łączenie faktów – to były jej metody. Dzięki niej i razem z nią ja i kilkoro innych uczniów zaczęliśmy jeździć w weekendy na wykłady Uniwersytetu Latającego Kuronia i Michnika.

Pod koniec czwartej klasy zaprosiła mnie do pracowni historycznej na rozmowę. Poinformowała, że jako najlepszy uczeń w szkole mogę iść na dowolne studia bez egzaminów wstępnych. I że oczywiście mogę sobie złożyć papiery na co tam chcę, ale ona uważa, że nadaję się na historyka. Mam podpisać zobowiązanie, że złożę papiery na historię i tam będę studiował. „Ale pani profesor, ja chcę zdawać na teatrologię, polonistykę i informatykę”. Nie zrobiło to na niej wrażenia: „Nie wypuszczę cię z tej sali, dopóki nie podpiszesz, będziemy tak siedzieli do czasu, aż się zobowiążesz”. Przekręciła klucz w zamku. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Po czym znowu zapytała: „No i co? Podpiszesz?”. „Nie, pani profesor, mogę się zobowiązać tylko do tego, że będę zdawał historię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Dla pani profesor to zrobię, chociaż wiem, jak będzie wyglądał ten egzamin, i nie powiem, żebym się nie bał”. Minęły ze dwie godziny, Radziwiłłka w końcu mówi: „Nie chcesz? Dobrze, ale w takim razie będziesz musiał zrzec się prawa prymusa i zdawać normalnie na studia. Niech następna osoba w kolejce skorzysta z tego przywileju”. Złożyłem więc papiery i czekałem na egzaminy. A ponieważ do szkół artystycznych zdaje się wcześniej, to na kierunek wiedza o teatrze zdawałem już w czerwcu. Zostałem przyjęty (postanowiłem więc już nie zdawać na informatykę i polonistykę) i od razu, jeszcze pod koniec czerwca, poszedłem do Radziwiłł jej o tym powiedzieć. Stanęła, popatrzyła na mnie. Aż w końcu mówi: „Jestem z ciebie dumna”. Kiedy przypominam sobie ten moment, mam łzy w oczach.

Plan

Na pierwszym roku studiów trafiłem do programu telewizyjnego „Warianty”. Producentka „Wariantów”, Anna Barcikowska, zapraszała studentów naszego nowo powstałego wydziału do dyskusji na antenie. Za każdym razem miały to być cztery inne osoby. Pojawiłem się w pierwszym odcinku. Wiedząc, że prowadzącym jest Zygmunt Kałużyński, że go po raz pierwszy spotkam (był moją ulubioną osobowością telewizyjną, uwielbiałem to, że się kłócił, przerywał, wysadzał w powietrze dyskusję), jechałem na nagranie z postanowieniem, że nie pozwolę sobie przerwać, że go przegadam. To był mój plan strategiczny. Nie pamiętam samej dyskusji, ale walczyłem ostro. Zdziwiłem się, kiedy znowu mnie zaprosili, i tak zostałem przez wszystkie odcinki do końca emisji. Już po śmierci Zygmunta przypadkowo spotkałem panią Annę. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie spytała, czy wiem, dlaczego zapraszano mnie za każdym razem. Nie wiedziałem i dopiero wtedy się dowiedziałem. Po pierwszym programie przyszedł do niej Zygmunt i zapytał, czy zauważyła tego chłopaka, co mu nie dawał dojść do głosu: „Niech pani go zawsze zaprasza, bo mi się z nim dobrze rozmawia”. Mnie nigdy się do tego nie przyznał. Nie powiedział, że jestem w telewizji dzięki niemu. I na tym chyba właśnie polega prawdziwa przyjaźń. Że takich rzeczy się nie mówi.

Zdanie

A wie pani, że Zygmunta Kałużyńskiego dostałem, dosłownie, z rąk mojego ojca? Kiedyś, na imieniny, jak byłem jeszcze w szkole podstawowej, tata podarował mi książkę Kałużyńskiego pod tytułem „Nowa fala zalewa kino”. Powiedział mi wtedy coś, co cytuję na swoich spotkaniach autorskich: „Jeśli się interesujesz kinem, musisz przeczytać książkę tego faceta, bo on pisze inaczej niż wszyscy”. Mam to zdanie wyryte w mózgu. Tata oglądał potem nasze programy, lubił „Perły z lamusa” i nigdy nie był zazdrosny o to, że Zygmunt traktował mnie właściwie jak syna.

Natomiast bardzo późno dotarło do mnie, że w tamtym zdaniu wypowiedzianym przez ojca było coś jeszcze, może nawet ważniejszego. Tata mnie, chłopcu, mówił przecież, że robienie czegoś inaczej niż wszyscy jest dobre, właściwe. W odróżnieniu od mamy, która była pragmatyczna i uważała, że jeśli nie będę wyróżniał się z tłumu, to łatwiej będzie mi żyć, ojciec był przekonany, że warto być innym, bo wtedy życie jest ciekawsze.

Tomasz Raczek, rocznik 1957. Krytyk filmowy, publicysta, dziennikarz. Prowadzi Instytut Wydawniczy „Latarnik”, autorski kanał „Wideorecenzje Tomasza Raczka” w serwisie YouTube oraz audycję „Raczek Movie” w internetowym Radiu Nowy Świat. Za życia Zygmunta Kałużyńskiego prowadzili wspólnie programy poświęcone kinu, napisali też serię książek.