1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Odrzucenie mniej boli na Facebooku

Odrzucenie mniej boli na Facebooku

123rf.com
123rf.com
Ignorowanie, krytyka czy odrzucenie nie jest tak bolesne na portalach społecznościowych typu Facebook, jak twarzą w twarz w realu.

Facebook i inne tego rodzaju portale służą milionom użytkownikom jako miejsce społecznych interakcji. Obok pozytywnych aspektów relacyjnych jak: nawiązywanie przyjaźni, wzajemne poznawanie się, okazywanie sobie zrozumienia, wsparcia i wzajemnej inspiracji, ludzie w znajomościach internetowych doświadczają: odrzucenia, ignorancji, krytyki, osądzania, porównywania. Naukowcy przyjrzeli się reakcjom na te trudne doświadczenia przeżyte w internecie i w realnych relacjach. - Okazało się, że odrzucenie w internecie nie wiązało się z tak dużym cierpieniem czy wycofaniem się, jak w prawdziwym życiu - powiedział prof. Joshua Smyth, autor badania. - Osoby, które przeżyły te sytuacje na Facebooku, częściej przypisywały winę okolicznościom a nie sobie, na przykład upatrywały ją w innych ludziach. Zauważyliśmy, że w portalach społecznościowych ludzie bardziej skupiają się na pozytywnych emocjach. To, co się dzieje w tych relacjach, nie obniża znacząco samooceny czy ogólnie samopoczucia użytkowników.

Źródło: Penn State

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Każdy z nas nosi w sobie rany z dzieciństwa. Jaką skrywasz ty?

Lise Bourbeau wylicza 5 ran, które nosimy w sobie od dzieciństwa: rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. (Ilustracja: iStock)
Lise Bourbeau wylicza 5 ran, które nosimy w sobie od dzieciństwa: rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. (Ilustracja: iStock)
Zwykle nie chcemy się nimi zajmować, przykrywamy je maskami. Zdaniem kanadyjskiej terapeutki Lise Bourbeau istnieje 5 ran i odpowiadających im mask-tożsamości. Im głębsza rana, tym boleśniej ją odczuwamy i częściej zakładamy stosowną maskę.

Według Lise Bourbeau najbardziej bolesnych zranień jest pięć. Mogłoby się wydawać, że niewiele. Ale autorka zapewnia, że koncentrują się w nich wszystkie ludzkie cierpienia. Rany ujawniają się w określonym przedziale wiekowym i w relacji z jednym z rodziców. Ból jest silny, więc szukamy remedium. Staje się nim maska – swego rodzaju tożsamość, do której odwołujemy się, gdy czujemy zagrożenie. Zdaniem Bourbeau maska wpływa na nasz sposób myślenia, mówienia, chodzenia, siedzenia, oddychania czy tańczenia. Na to, na jakie choroby zapadamy, a nawet jaki wybieramy samochód.

W książce „Bądź sobą. Wylecz swoje 5 ran” (wyd. KOS) terapeutka wylicza rany i odpowiadające im maski-tożsamości (w kolejności, w jakiej się pojawiają): rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. Rzadko cierpimy z powodu wszystkich pięciu ran – zwykle jedna z nich jest dominująca. Upraszczając, można przyjąć zasadę: im głębsza rana, tym boleśniej ją odczuwasz i tym częściej zakładasz stosowną maskę.

Odrzucenie

Bardzo głęboka rana manifestuje się wcześnie, często jeszcze przed narodzinami – na przykład kiedy dziecko czuje się niechciane albo jego płeć nie jest akceptowana. Dotknięte odrzuceniem, przywdziewa maskę uciekającego. Według Lise Bourbeau maski można rozpoznać przede wszystkim po fizjonomii. Ciało uciekającego jest nieduże, spięte – niezbyt widoczne i zajmujące niewiele miejsca. Sprawia wrażenie fragmentarycznego, niekompletnego, pozbawionego harmonii. Uciekający ma zwykle małe oczy, podkrążone i jakby nieobecne, przepełnione strachem. Niewykluczone, że kruchość takiej osoby w dzieciństwie wywoływała u matki odruchy nadopiekuńcze, więc miłość uciekającemu kojarzy się z opresją i skłania do wycofania się.

Uciekający woli nie przywiązywać się do rzeczy materialnych (utrudniają ucieczkę!), pociąga go natomiast wszystko, co ma związek z intelektem. Lubi samotność. Jeśli dostanie dużo uwagi, budzi to w nim dyskomfort. Ma niewielu przyjaciół, czasem odnosi wrażenie, że jest niewidzialny. Izolując się, pogłębia to poczucie i przeżywa jeszcze więcej odrzucenia. Ponieważ zabiera głos głównie po to, by się dowartościować, może być odbierany jako zarozumiały.

Uciekający lubi odpływać myślami w świat fantazji (sprzyja temu siadanie tak, by stopy nie miały stabilnego podparcia). Z powodu dużego zranienia łatwo przechodzi od miłości do nienawiści. Wciąż wątpi w siebie, w swoją wartość. Szuka perfekcji. W jego słowniku królują takie słowa, jak „niedobry”, „marny”, „kiepski” (obok „znikać” i „nie istnieje”). Nie chce zająć za dużo przestrzeni, czasu, przeszkodzić. Nie lubi prosić, „zawracać głowy”. Boi się odmowy, którą uważa za formę odrzucenia.

Porzucenie

„Porzucenie oznacza oddalenie się od kogoś dla innych spraw lub dla kogoś innego” – pisze Lise Bourbeau. Dziecko przeżywa je na przykład, kiedy traci nagle uwagę matki (zajętej noworodkiem czy oddanej pracy) albo gdy rodzice zostawiają je u krewnych czy, choćby na krótko, w szpitalu. Ta rana tworzy się między pierwszym a trzecim rokiem życia. Skrywa ją maska zależnego.

Sylwetka zależnego jest szczupła, przygarbiona (jakby ciało nie było w stanie utrzymać się w pionie). Oczy duże, smutne, przeszywające. Ramiona długie, zwisające. Niektóre części ciała wydają się zwiotczałe. Zależny to typ ofiary – kłopoty (również zdrowotne) to jego sposób na przyciągnięcie uwagi innych, której bardzo potrzebuje. Ma skłonność do dramatyzowania, częstego płaczu, odczuwania głębokiego smutku. Ale też do „ratowania” innych – w ten sposób próbuje zyskać ich przychylność. Najbardziej ze wszystkiego boi się samotności. Już same słowa „porzucenie”, „zostawić”, „opuścić” („muszę lecieć, zostawiam cię”) wywołują w nim niepokój. Wciąż szuka wsparcia, prosi o pomoc przy podjęciu decyzji, choć rzadko korzysta z uzyskanych porad.

Zależny nie zdaje sobie sprawy, jak często to on opuszcza siebie i innych, wycofując się z różnych sytuacji z lęku, że im nie sprosta. Na przykład gdy jego relacje stają się bardziej intensywne, robi wszystko, żeby je zakończyć. W związkach łatwo wpada w uzależnienie emocjonalne i fizyczne od ukochanej osoby. Wciąż chce przytulać partnera, trzymać go za rękę, dotykać. Również gdy stoi, często opiera się o coś, chwyta poręczy. Ze względu na silną potrzebę kontaktu, uwielbia seks, ale rzadko czuje się nim usatysfakcjonowany.

Upokorzenie

Podobnie jak przy porzuceniu, ta rana budzi się między pierwszym a trzecim rokiem życia – kiedy dziecko uczy się jeść, zachowywać czystość, mówić, słuchać. I kiedy czuje, że rodzic się go wstydzi (bo jest brudne, nie zdążyło do toalety, interesuje się swoimi częściami intymnymi, „przegrywa” w konfrontacji z innymi dziećmi). Taki mały człowiek zakłada maskę masochisty. Nieświadomie chce doświadczyć wstydu i cierpienia, zanim zostanie upokorzony przez innych. Odczuwa głęboki wstyd, również z powodu nadmiaru ciała. Zwykle ma też krótką talię, napięte szczęki, szyję i miednicę, okrągłą twarz i szeroko otwarte oczy. Tę ranę najłatwiej jest rozpoznać – podkreśla Bourbeau (chyba że masochista skutecznie kontroluje wagę).

Masochista czuje odrazę do siebie i innych. Przyciąga ludzi i sytuacje, które go upokarzają. Ma skłonność do karania siebie. Jest wrażliwy, łatwo go dotknąć. Czuje się też odpowiedzialny za samopoczucie innych, często wchodzi w rolę pośrednika (albo kozła ofiarnego). Odcina się od własnych potrzeb. Stara się być pożyteczny i pożądany – na przykład zabawiając towarzystwo żartami na własny temat. To jego podświadomy sposób na upokarzanie się. Umniejsza się, często zresztą używa słów „mały” albo „być godnym/niegodnym”. Ma drobne pismo, stawia małe kroki, lubi niewielkie przedmioty. Bardzo ważna jest dla niego wolność. Umie cieszyć się życiem, choć popadając w przesadę (jedzenie, picie, seks), odczuwa upokorzenie. Wolność jest też jego największym lękiem. Dąży więc do niej, a jednocześnie sabotuje te dążenia. Nic dziwnego, że w jego ciele jest tyle zablokowanej energii.Chociaż ważny jest dla niego wygląd i strój, często ubiera się w obcisłe rzeczy, które uwydatniają krągłości. Jest zmysłowy, pociąga go seks, ale (z powodu wstydu) może przyciągać sytuacje związane z wykorzystaniem.

Zdrada

Rana zdrady zostaje obudzona w wieku edypalnym – zwykle między drugim a czwartym rokiem życia. Jeśli kompleks Edypa nie zostanie rozwiązany, pojawia się cierpienie związane z poczuciem zdrady, przed którym chronimy się, rozwijając maskę kontrolującego. Ciało kontrolującego emanuje siłą i władzą. U mężczyzn są to szerokie ramiona, u kobiet siła koncentruje się raczej na poziomie bioder, pośladków, brzucha i ud. Spojrzenie kontrolującego jest intensywne i uwodzicielskie. Może w ten sposób tworzyć dystans albo zawstydzać innych, co pozwala mu ukryć bezsilność i wrażliwość.

Kontrolujący stara się przewidzieć przyszłość i oczekuje, że wszystko przebiegnie według jego planów. Jeśli jest inaczej, bywa agresywny. Lubi zdobywać wiedzę, afiszować się swoją odpowiedzialnością, wyjątkowością, ważnością. Często zajmuje kierownicze stanowiska. Działa szybko, brak mu cierpliwości dla tych, którzy funkcjonują w innym tempie. Miewa zmienne humory. Dużo wymaga – od siebie i innych. Nawet czyjąś ostrożność potrafi potraktować jako zdradę. Nie dostrzega, jak często zdradza samego siebie i innych ludzi (choćby nie dotrzymując słowa).

Z trudem przychodzi mu zaufać, odsłonić się. Sam nie jest szczególnie dyskretny. Nie znosi, by go okłamywano, ale on nierzadko mija się z prawdą i manipuluje. Nie lubi zobowiązań – boi się, że ich nie dotrzyma. Jednak największym jego lękiem jest rozdzielenie. Odejście pracownika, rozpad związku traktuje jako porażkę. Dlatego pilnuje, żeby się za bardzo nie angażować. Jak tłumaczy Lise Bourbeau, osoby z raną zdrady z dużym prawdopodobieństwem doświadczyły najpierw porzucenia (ze strony rodzica tej samej płci), po którym zwróciły się, w poszukiwaniu miłości, do rodzica płci przeciwnej. Możemy nosić obie te rany – elastyczne ciało pokazuje, która jest akurat silniej odczuwana. Kontrolujący lubi uwodzić, szuka relacji pełnych namiętności. W seksie nie potrafi jednak oddać się w pełni drugiej osobie. Nieprzepracowany kompleks Edypa sprawia też, że często szuka w partnerze rodzica płci przeciwnej, co prowadzi do rozczarowań.

Niesprawiedliwość

Ta rana rozwija się najpóźniej – między czwartym a szóstym rokiem życia. Jeśli dziecko nie może być sobą i swobodnie wyrażać swojej indywidualności (z powodu chłodu rodzica, autorytaryzmu, krytyki), odczuwa niesprawiedliwość. Tworzy wówczas maskę surowego, odcina się od swoich uczuć. Taka osoba jest niezwykle wrażliwa, ale raczej tego nie okazuje. Wydaje się zimna i nieczuła. Często siada ze skrzyżowanymi rękoma, blokując splot słoneczny. Ciało surowego jest wyprostowane, o doskonałych proporcjach. Pośladki krągłe, talia wąska, często podkreślona. Kończyny blisko ciała, szyja sztywna, szczęki zaciśnięte, oczy błyszczące. Ponieważ surowy wcześnie zauważa, że bardziej ceniony jest za to, co robi, niż za to, kim jest, staje się zaradny, samodzielny. Stara się unikać kłopotów, tryskać optymizmem. Potrafi świetnie ukrywać uczucia, o pomoc prosi w ostateczności.

Poszukuje sprawiedliwości, precyzji, dąży do sukcesu. Boi się pomylić, dużo od siebie wymaga – jakby zapominając o tym, że jako istota ludzka ma swoje ograniczenia. Często porównuje się do tych, których uważa za lepszych. Nie zauważa, że – przyjmując wyśrubowane kryteria – bywa niesprawiedliwy. I że odrzuca w ten sposób samego siebie. Rana niesprawiedliwości często występuje razem z raną odrzucenia. Dziecko, które poczuło się odrzucone, stara się uniknąć podobnego doświadczenia, dążąc do perfekcji. Nie zapewnia mu to jednak więcej miłości, a raczej przysparza cierpień. W dorosłym życiu często dotyka go wypalenie zawodowe albo pracoholizm. Przyciąga zdarzenia związane z doświadczaniem niesprawiedliwości.

Ma trudności z przyjmowaniem prezentów. Jeśli otrzymuje więcej, niż uważa za właściwe, gotów jest nawet odmówić przyjęcia nagrody. Często odczuwa złość, zwłaszcza wobec siebie. Trudno mu dać się kochać i okazywać miłość. Poddać się namiętności. Unika kontaktu fizycznego, boi się angażować. Największym jego lękiem jest oziębłość – własna i innych.

Jak postępować z raną?

Rozpoznać ją i zaakceptować. Uznać, że stworzyliśmy maskę, żeby zmniejszyć cierpienia. Zacząć zauważać, kiedy ją zakładamy. I powoli sprawdzać, czy możemy się bez niej obyć. To, w największym skrócie, droga do bycia sobą według Bourbeau. Ważnym jej etapem jest niechęć, opór. Uwolnienie złości, wybaczenie i pokochanie siebie.

Autorka „Bądź sobą” radzi też, jak rozpoznać, że poszczególne rany są na dobrej drodze do uzdrowienia. Rana odrzucenia jest uleczona, gdy pozwalasz sobie na swobodną ekspresję, gdy czujesz się dobrze w swojej skórze, nawet jeśli ktoś zapomina o twoim istnieniu. Rana porzucenia jest uzdrawiana, gdy przestajesz szukać uwagi innych, potrafisz być sam. Gdy dążysz do celu, nawet bez wsparcia innych. Rana upokorzenia jest uleczona, gdy bierzesz mniej na barki, sprawdzasz, jakie są twoje potrzeby. Gdy potrafisz prosić – bez lęku, że komuś przeszkadzasz. Rana zdrady zanika, jeśli nie przeżywasz już silnych emocji w sytuacji, gdy trzeba zmienić plany. Kiedy odpuszczasz zaciętość, potrzebę wygranej i bycia w centrum uwagi. Rana niesprawiedliwości goi się, gdy pozwalasz sobie na niedociągnięcia, na przeżywanie złości bez poczucia winy i na pokazywanie wrażliwości.

Gdy rany się goją, ujawnia się nasza esencja. Lise Bourbeau zapewnia, że za uciekającym skrywa się pełna zapału, skuteczna, kreatywna, samodzielna osoba. Za zależnym – ktoś zdecydowany, przekonujący i pełen radości życia, często obdarzony talentami artystycznymi. Pod maską masochisty kryje się śmiałek, dobry mediator, organizator, altruista i hedonista. Kontrolujący ma potencjał na świetnego przywódcę, mówcę, motywatora, społecznika, zdolnego do wyczynów na wielu płaszczyznach. Surowy może się okazać dobrym nauczycielem, osobą kreatywną, pełną energii i entuzjazmu, troskliwą i empatyczną. Kiedy nosisz maskę, nie jesteś sobą, podobnie jak i inni – podkreśla Lise Bourbeau. Jeśli będziesz o tym pamiętał, będzie ci łatwiej być tolerancyjnym i patrzeć na samego siebie z większą miłością.

  1. Kultura

Kolejni artyści dołączyli do akcji "Kwarantanna na na"

Swój udział w projekcie
Swój udział w projekcie "Kwarantanna na na" potwierdziła m.in. Brodka. Artystka wystąpi 24 kwietnia o godzinie 18:00. (Fot. screen Instagram @missbrodka)
„Kwarantanna na na” to projekt powstały z inicjatywy Facebooka, Szlachetnej Paczki i artystów z wytwórni Kayax. Po co? Żeby pobyć razem, posłuchać ulubionego wykonawcy i choć na chwilę zapomnieć. Żeby poczuć, że nie tylko my utknęliśmy w naszym mieszkaniu... 

Pod koniec marca na Facebooku wystartowała seria kameralnych koncertów z domu polskich muzyków. Projekt pod szyldem "Kwarantanna na na" powstał z inicjatywy Szlachetnej Paczki i artystów z wytwórni Kayax, którzy w ramach akcji #WspieramZDomu postanowili pomóc tym, którzy nie radzą sobie podczas ogólnonarodowej izolacji. W trakcie koncertów można np. wpłacać datki, które przekazane zostaną na rzecz seniorów i osób samotnych.

Do tej pory w akcji wzięli udział Krzysztof Zalewski, Mery Spolsky, KARAŚ/ROGUCKI, Arek Kłusowski, Skubas, SMOLIK/KEV FOX, Barbara Wrońska, SWIERNALIS i RAT KRU.

W najbliższych dniach odbędą się kolejne koncerty - tym razem na wirtualnej scenie zagra Brodka (24 kwietnia), Kayah (27 kwietnia), Karolina Czarnecka (29 kwietnia) oraz duet The Dumplings (1 maja). Wszystkie występy transmitowane są na platformie Facebook app. Start o godzinie 18:00.

 

  1. Psychologia

„Wiem, co ukrywasz” – jak rozpoznać socjopatę i pozbyć się go z życia?

Dlaczego słowa „Wiem, co ukrywasz” sprawiają, że socjopata podaje tyły? (fot. iStock)
Dlaczego słowa „Wiem, co ukrywasz” sprawiają, że socjopata podaje tyły? (fot. iStock)
Socjopaci są bezwzględni, samolubni, płytcy, brak im empatii i są mistrzami manipulacji. Jednym słowem – są źli. Skuteczni socjopaci nie są jednak irracjonalni – wręcz przeciwnie, są bezwzględnie racjonalni, a niestety dla nas wszystkich, czasem odnoszą spore sukcesy jako prezesi firm lub politycy (przynajmniej na krótką metę). Wielu socjopatów intensyfikuje jednak swoje zachowania, ponieważ czują się coraz bardziej bezkarni, i to właśnie wtedy stają się zarówno irracjonalni, jak i bardzo niebezpieczni – przekonuje dr Mark Goulston, psychiatra i coach, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Jeżeli zetkniesz się w życiu z socjopatą, najlepszym sposobem, by się z nim uporać, jest nie mieć z nim do czynienia. Jeżeli wszedłeś w jakieś relacje z socjopatą, ale masz jeszcze możliwość uciec, zrób, co tylko się da, by wywinąć się z tej sytuacji, nawet jeżeli oznacza to uszczerbek finansowy. Co więcej, zrób to jak najszybciej, bo socjopaci z biegiem czasu coraz mocniej zaciskają szpony na swoich ofiarach.

Czasem jednak bardzo trudno jest uwolnić się od socjopaty. Jeżeli znajdujesz się w takiej sytuacji, istnieje jedna bardzo dobra technika, która może ci pozwolić wyrwać się spod władzy, jaką ma on nad tobą. Nazywam ją wiem, co ukrywasz. W tym jednym przypadku nie musisz przekonywać rozmówcy, że jesteś jego sojusznikiem – tym razem musisz mu pokazać, że jesteś zagrożeniem.

Oto, jak z sukcesem zastosował to podejście mój znajomy.

– Doktorze, czy jest jakiś dobry sposób na poradzenie sobie z psychopatą? – zapytał mnie Jerry, doradca inwestycyjny, a prywatnie mój znajomy.
– Co konkretnie masz na myśli? – odpowiedziałem pytaniem.
– Mój asystent chyba jest psychopatą – odparł Jerry. – Półtora roku temu lawina błotna po ulewie zniszczyła mi biuro. Czułem się w potrzasku. Poznałem wtedy gościa imieniem Glenn. Bardzo mu współczułem, bo powiedział mi, że ma chłoniaka i musiał złożyć wniosek o upadłość. Pewnego dnia zapytał, czy mógłby dla mnie pracować, na przykład znaleźć mi nowe biuro, a także zorganizować kilka publicznych seminariów, żebym mógł pozyskać nowych klientów. Po kilku miesiącach znalazł mi nie jeden gabinet, ale całe wielkie biuro. Wyjaśnił, że będę mógł podnajmować poszczególne gabinety, a cała nieruchomość będzie na siebie zarabiać. Uzgodnił też z popularną stacją radiową, że zorganizuję dla niej kilka publicznych seminariów – każde przyciągnęło ponad czterystu uczestników. – Jak na razie wydaje się, że ci pomaga – zauważyłem… ale przedwcześnie.
– No i tu właśnie sprawy się komplikują – zripostował Jerry. – Naprawdę komplikują. Przede wszystkim okazało się, że Glenn w ogóle nie jest na nic chory. Po drugie, nie wynajęliśmy tych pozostałych gabinetów. A po trzecie, podejrzewam, że wyprowadza na zewnątrz pieniądze za te publiczne seminaria, które powinny zostać przelane stacji radiowej. Ale za każdym razem, kiedy poruszam temat moich podejrzeń, patrzy na mnie oskarżycielsko i mówi: „Stawiasz moją uczciwość pod znakiem zapytania?”, no i za każdym razem się wycofuję. A sprawę komplikuje dodatkowo to, że Glenn potrafi czasem odnieść spektakularny sukces, więc nie byłem pewny, czy sobie wszystkiego nie wyobrażam. Wtedy jednak odkryłem, że sytuacja jest znacznie gorsza, niż mogłem się spodziewać.

Do Jerry’ego dotarły (ku jego przerażeniu) pogłoski, że Glenn naciągał ludzi na spore kwoty, obiecując im, że Jerry je zainwestuje. Tydzień przed naszym spotkaniem ktoś paskudnie porysował kluczami nowy samochód Jerry’ego, a z drzwi jego gabinetu zerwano tabliczkę z jego nazwiskiem.
– Początkowo myślałem, że to jakiś wandal – zakończył Jerry. – Ale wszystko wskazuje na Glenna.
– Masz jakieś dowody? – zapytałem.
– Nic niepodważalnego, po prostu wszystko wskazuje na niego. A ja wiem, że to on – odparł Jerry.
– Zgłosiłeś to na policję? Albo wystąpiłeś o wydanie zakazu zbliżania się?
– Bez dowodów to na nic – oświadczył Jerry. – Ponadto mam wrażenie, że Glenn po prostu by je obszedł. Jest dość sprytny.
– Czego więc konkretnie chcesz? – zapytałem.
– Chcę, żeby zniknął z mojego życia.
– Dobrze, chyba mam dla ciebie rozwiązanie – powiedziałem. – Z tego, co mi opowiadasz, wydaje się, że jeżeli Glenn ukrywa coś drobnego, to ukrywa i coś większego, bo nie da się być tylko trochę złym. Prawdopodobnie ma sporo niewygodnych tajemnic. Po drugie, ma nad tobą władzę, bo jest socjopatą. Ale jako socjopata ma też jeden istotny słaby punkt, który możesz wykorzystać.

Wytłumaczyłem Jerry’emu, że większość socjopatów ma bardzo żywą wyobraźnię. Aby ich wyprowadzić z równowagi i zyskać nad nimi kontrolę, trzeba dać im do zrozumienia, że ma się na nich haka i wie się także o rzeczach, które zrobili innym.

Obmyśliliśmy plan działania i scenariusz rozmowy, a kiedy Jerry poszedł skonfrontować się z Glennem, ja zostałem w jego gabinecie.

Jerry wszedł do pokoju Glenna i usiadł naprzeciw niego.
– Glenn, dowiedziałem się od paru osób, których nie będę tu wymieniał z nazwiska, że robisz różne rzeczy, aby zaszkodzić mnie i mojej reputacji – zaczął. Glenn poczerwieniał.
– Kto ci tego naopowiadał? – wrzasnął.
– Nie będę ci mówił, o kogo chodzi ani czego się dowiedziałem. – kontynuował Jerry. – Wystarczy, że odkryłem sporo z tego, co usiłowałeś ukryć. Nie zacierałeś śladów wystarczająco dobrze. A wiem o tym nie tylko ja.
– To kłamstwo! – wybuchnął Glenn.
– Jeżeli nie masz nic do ukrycia, nie musisz się niczego obawiać, ale jeżeli masz coś do ukrycia, powinieneś się bać – odparł zdecydowanie Jerry. – Nie jestem jedyny, który wie o twoich działaniach. Glenn, jeżeli spróbujesz wykręcić coś jeszcze, wykorzystam wszystko, co o tobie wiem. Nie jestem z natury mściwy ani pamiętliwy. Chcę po prostu, żebyś oddał klucze do biura, spakował swoje rzeczy i wyniósł się stąd w ciągu trzech godzin. W przeciwnym razie podejmę stosowne działania – a to obejmuje zgłoszenie sprawy na policję.
– Nie mogę się wynieść w trzy godziny – wypalił Glenn, kiedy Jerry wstał.
– Możesz – odpowiedział Jerry. – Ta część nie podlega negocjacjom.

Odwrócił się na pięcie, wyszedł i wrócił do gabinetu, gdzie na niego czekałem. Na mój widok Jerry odetchnął głęboko, nie wierząc w to, co właśnie zrobił. Po kilku minutach usłyszeliśmy, jak Glenn rozwala wielkoformatowe zdjęcia, które wisiały na ścianach jego pokoju. Po dwóch godzinach już go nie było.

Dlaczego słowa „Wiem, co ukrywasz” sprawiają, że socjopata podaje tyły?

Zastanów się. Jakie jest prawdopodobieństwo, że jesteś pierwszą osobą, której zrobił krzywdę? A jakie są szanse, że nie ma żadnych zatargów z prawem? Zasadniczo bardzo niskie i żadne. Wielu socjopatów popełnia czyny naganne lub wręcz prawnie zabronione już w dzieciństwie, więc przeciętny socjopata ma naprawdę wiele do ukrycia.

Postaw się teraz na jego miejscu. Całe życie poświęcasz na robienie tego, co jest dla ciebie korzystne. Po co kontynuować relację, w której można zostać przyłapanym albo narazić się na ryzyko? To nie twoja broszka. Chcesz ingerować w życie innych, a nie samemu być celem. Jeżeli czujesz się zagrożony, prawdopodobnie się wycofasz i poszukasz sobie kolejnej ofiary.

Krótko mówiąc, kluczem do uporania się z socjopatą w rodzaju Glenna jest nie obrona, ale atak – musisz sam stać się zagrożeniem. Wymaga to sporej odwagi, ale na dłuższą metę uratuje cię przed potworem.

Przydatna wskazówka

Osoby, które coś ukrywają, na pewno ukrywają wiele – wiedza o tym daje ci nad nimi władzę.

Plan działania

  1. Jeżeli podejrzewasz, że masz do czynienia z socjopatą, przez pewien czas uważnie go obserwuj. Kilka kluczowych cech charakterystycznych socjopatów to powierzchowny urok osobisty, manipulacja, antyspołeczne lub ryzykowne zachowania i brak empatii oraz wyrzutów sumienia.
  2. Jeżeli masz pewność, że masz do czynienia z socjopatą, nie zaczynaj konfrontacji bez wsparcia. Poproś przyjaciela lub współpracownika, by był przy rozmowie lub czekał w bliskiej odległości.
  3. Powiedz socjopacie: „Wiem, co ukrywasz”. Wyjaśnij, że jeżeli będzie ci nadal szkodzić, podejmiesz odpowiednie kroki. Następnie wyznacz mu konkretny termin, by zniknął z twojego życia.

Fragment pochodzi z książki Marka Goulston’a „Jak rozmawiać z furiatami. Techniki, ćwiczenia, strategie”.

Z poradnika „Jak rozmawiać z furiatami” dowiesz się m.in.:

  • Jaki jest schemat działania osoby nieracjonalnej,
  • Kiedy rozmawiać z rozemocjonowaną osobą, a kiedy sobie „odpuścić”,
  • Jak poradzić sobie w stresującej sytuacji,
  • Jak zneutralizować własne kuriozalne zachowanie (każdy z nas trochę go ma) by się opanować,
  • Jak zastosować 14 prostych i skutecznych technik rozmowy, by skłonić rozmówcę do racjonalnej rozmowy,
  • Jak wykorzystywać 8 taktyk, które ukierunkowane są na konkretne zachowania partnerów, nastolatków, rodziców w podeszłym wieku i inne ważne osoby w twoim życiu,
  • Kiedy skorzystać z pomocy, gdy stajesz w obliczu poważnego zaburzenia.

Dr Mark Goulston jest cenionym psychiatrą, konsultantem, coachem i doradcą biznesowym. Napisał 2 bestsellery, a także szereg popularnych książek. Pisze m.in. dla Harvard Business Review, Fast Company, Psychology Today.

  1. Psychologia

Powstała strona dla osób w kryzysie samobójczym i ich bliskich

„Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl to platforma internetowa, na której pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. (Fot. FB @PolskieTowarzystwoSuicydologiczne)
„Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl to platforma internetowa, na której pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. (Fot. FB @PolskieTowarzystwoSuicydologiczne)
Polskie Towarzystwo Suicydologiczne stworzyło platformę internetową, która niesie pomoc dla osób borykających się z myślami samobójczymi, mającymi za sobą próby samobójcze lub tych, którzy stracili kogoś w wyniku samobójstwa. Pomoc jest anonimowa i bezpłatna.

W Polsce codziennie 15 osób odbiera sobie życie, a 225 próbuje to zrobić. Każdego roku dwa razy więcej osób ginie w wyniku samobójstw, niż w wyniku wypadków samochodowych. Każde samobójstwo i każda próba wpływa na 20 osób z najbliższego otoczenia. Nasz kraj od lat mierzy się z kryzysem psychiatrii dzieci i młodzieży. Niewystarczająca ilość specjalistów, ograniczony dostęp do profesjonalnej pomocy oraz wzrastająca liczba zachorowań na depresję powodują coraz trudniejszą sytuację. Statystyki dobitnie pokazują, że nadszedł czas złamać społeczne tabu wokół problemu samobójstwa oraz podnieść świadomość społeczną w tym temacie, bo tylko w ten sposób możemy pomóc.

W odpowiedzi na to Polskie Towarzystw Suicydologiczne, przy wsparciu finansowym PZU SA, stworzyło pierwszą w Polsce i Europie platformę internetową, gdzie pomoc znajdą nie tylko osoby w kryzysie, ale także ci, którzy chcą takim osobom pomóc. W serwisie „Życie warte jest rozmowy” www.zwjr.pl pomoc i wsparcie otrzymają wszyscy, którzy chcą wesprzeć dziecko oraz nastolatka w trudnej sytuacji. Projekt został stworzony z myślą o osobach, które borykają się z myślami samobójczymi, mają za sobą próby samobójcze lub straciły kogoś w wyniku samobójstwa.

Na stronie można znaleźć wszelkie informacje o tym, na czym polega pomoc, jak jej udzielić oraz gdzie jej szukać (np. poprzez wyszukiwarkę miejsc z bezpłatną pomocą). Można również bezpłatnie i anonimowo skonsultować swój problem ze specjalistą. Ponadto zakładka „Strefa wiedzy” to garść rzetelnych informacji dla tych, którzy chcą zrozumieć problematykę zachowań samobójczych oraz interesują się suicydologią - znajdują się tam ciekawe artykuły polskich oraz zagranicznych naukowców, poradniki, podstawowe definicje i aktualne statystyki. Dodatkowo można posłuchać rozmów z ekspertami, którzy tematyką zachowań samobójczych zajmują się od lat. W zakładce „Przywróceni życiu” znajdują się historie osób, które przeżyły próbę samobójczą i poradziły sobie z kryzysem. Z kolei sekcja „Mity na temat samobójstw” obala najczęstsze mylne opinie w tym temacie.

Nad jakością treści merytorycznych czuwa Interdyscyplinarny Zespół Profilaktyki Zachowań Samobójczych, którego członkami są najlepsi specjaliści z całej Polski. Platformę „Życie warte jest rozmowy” tworzą specjaliści, artyści i osoby, które pokonały kryzys. Pomysłodawczynią i koordynatorką platformy edukacyjno-pomocowej „Życie warte jest rozmowy” jest dr Halszka Witkowska, suicydolog.

  1. Psychologia

Jestem DDA

Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Prowokowałam awantury, bałam się zgody, zobojętniałam na własne dziecko. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czuli się nieszczęśliwi – mówi 35-letnia Ania, kosmetyczka, mężatka, matka dwójki dzieci.

O swoim dzieciństwie opowiadam już spokojnie, jak o filmie fabularnym, którego główna bohaterka wychowała się w rodzinie alkoholików. Która przez długie lata nie miała pojęcia, że doświadczenia z lat młodości zabrała w dorosłość jak plecak, kiedy jako 19-latka wyjeżdżała z Kielc do Warszawy na studia. Myślała, że wystarczy opuścić dom rodzinny, usamodzielnić się, żeby wziąć życie w swoje ręce. Myliła się. To było za mało.

Od rodziców bagaż na drogę

Pili oboje, i ojciec, i matka – razem, dużo, często, nieraz do utraty przytomności. Ojciec, budowlaniec, kontynuował tradycje alkoholowe swojego ojca. Matka, dekoratorka, zalewała żal po niespełnionych marzeniach o karierze wielkiej malarki. Kiedy przyszłam na świat, a dwa lata później mój brat, przestała pracować i zajęła się domem oraz napełnianiem kieliszków – z każdym rokiem coraz większą ilością trunków.

Ambicje o wyższym wykształceniu i byciu „kimś” przelewali na mnie – brat miał taryfę ulgową, do dziś nie wiem dlaczego. Zamęczali mnie wymaganiami, stale kontrolowali. Z jednej strony miałam być najlepszą uczennicą, z drugiej – nie stwarzali warunków do nauki. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią. W domu stale pijaństwo – albo pili sami, albo ze znajomymi „od kieliszka”. Potem często się awanturowali, dochodziło też do rękoczynów. Każdą wolną chwilę spędzałam u przyjaciół lub na kółkach zainteresowań, które na szczęście akceptowali. Nie chciało się wracać, ale narzucili dyscyplinę czasową i najpóźniej o dwudziestej miałam być w domu. Starałam się nie łamać tych nakazów, bo nawet za drobne przewinienia dostawałam lanie smyczą psa. Moja złość na rodziców rzutowała na relacje z bratem, bo to ja miałam dopilnować, by na przykład odrobił lekcje – jeśli tego nie zrobił, gromy padały na mnie, nie na niego.

Ale najgorsze były ich zniknięcia na całe noce. Wychodzili bardzo późnym wieczorem, bez słowa. Nie wiedziałam dokąd, co się z nimi dzieje, kiedy wrócą czy w ogóle wrócą. To zdarzało się już, kiedy miałam 10 lat. Okropnie się wtedy bałam, że coś im się stanie. Zostawałam przecież z młodszym bratem, czułam się za niego odpowiedzialna. Wracali nad ranem, zazwyczaj kompletnie pijani. Płakałam, krzyczałam, prosiłam, żeby mówili, jak mają zamiar zostawić nas samych, ale oni uważali, że nie muszą informować dzieci o swoich planach. Nienawidziłam ich, ale i kochałam.

Nigdy nie próbowałam uciekać z domu. Innego przecież nie miałam. Także świadomości, że to, co się w nim dzieje, jest złe, patologiczne. Po prostu taki był i już. Mówiłam sobie: Nie użalaj się nad sobą. Są tacy, którzy mają od ciebie jeszcze gorzej. W szkole jesteś lubiana, masz przyjaciół, fajną paczkę... Po maturze wyjedziesz i zaczniesz nowe życie.

Życie na wolności

Dostałam się na Politechnikę Warszawską. Spełniłam marzenie ojca, który sam chciał być inżynierem. Wkrótce jednak przekonałam się, że studia techniczne wcale mnie nie interesują. Po roku je przerwałam. Pierwszy raz powiedziałam rodzicom „nie”. Poszłam na zaoczne ekonomiczne i do pracy, żeby uniezależnić się finansowo. Wreszcie zacznę żyć tak, jak chcę – obiecałam sobie.

Zakochałam się. Piotr był fizycznie bardzo podobny do mojego ojca – przystojny brunet. Pierwszy okres – euforia, wolność, szczęście. Zamieszkaliśmy razem w jego kawalerce. Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło się we mnie, kiedy zauważyłam, że za często pojawia się u nas alkohol, imprezy siedem razy w tygodniu: w domu, w pubie, u znajomych. Ja podczas wieczoru wypijałam jedno piwo, Piotr się upijał. Zrobił się zaborczy i chorobliwie zazdrosny. Kontrolował mnie, koleżanki nazywał ostatnimi idiotkami. Kłóciliśmy się. Żyłam na jego wyspie, on wybierał znajomych... Oto wyrwałam się od rodziców, by wpaść z deszczu pod rynnę. Piotr był uzależniony nie tylko od alkoholu, lecz i od narkotyków. Odeszłam. Ale straciłam na niego pięć lat.

Skąd we mnie tyle złości?

Poznałam Adama. Był 16 lat ode mnie starszy, rozwiedziony, miał 15-letnią córkę. Ja skończyłam wtedy 25 lat. Rok później urodziła się nasza córeczka Marysia. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Pobraliśmy się.

Sielanka trwała jakieś dwa lata. Potem zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Popadałam w stany takiego napięcia, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Wszczynałam awantury o głupi talerzyk w zlewie, prowokowałam kłótnie. Wpadałam w furię, tupałam, rzucałam różnymi przedmiotami... Ale nigdy nie płakałam. Adam był ostoją wyrozumiałości, cierpliwości, spokoju. To jeszcze bardziej mnie nakręcało. Wiedziałam, że stopień agresji był nieadekwatny do przyczyny, która ją wywołała, ale nie potrafiłam powstrzymać wybuchu. W końcu popadłam w głęboką depresję – totalny dół, żyłam jak senna mara, nie z nimi, lecz obok nich. Nawet córeczką przestałam się zajmować. I dopiero to wyrwało mnie z totalnego odrętwienia. Przestraszyłam się: „Skoro moje dziecko już mnie nie obchodzi, to musi być ze mną coś nie tak”. Zwierzyłam się przyjaciółce, powiedziała: „Aniu, może terapia?”

.

Poszukiwanie igły w stogu siana

Nie wiedziałam, na czym tak naprawdę polega psychoterapia. Myślałam, że opowiem o swoich problemach, terapeuta przepisze mi lekarstwo, ja je zażyję i będę szczęśliwa. Ale to nie takie proste.

Umówiłam się z terapeutą na cykl 10 godzinnych sesji w indywidualnej terapii poznawczo-behawioralnej. Sama zdecydowałam, że tyle musi wystarczyć. Nie wystarczyło. Ale nie chciałam kontynuować, bo nie miałam wiary, że te rozmowy mogą mi pomóc, mało się w nie angażowałam – bo nie byłam wtedy wewnętrznie gotowa na terapię. Po tych sesjach czułam się tak, jakby mi ktoś strasznie zamieszał w głowie, coś we mnie poruszył, ale nie wiedziałam co i dlaczego. Zostawiłam sprawę w zawieszeniu... do czasu.

Wkrótce potem zaczęły dopadać mnie straszne lęki, szczególnie strach przed dźwiękiem samolotów. A pracowałam wówczas w obsłudze naziemnej lotniska. Kiedy samolot startował, zdawało mi się, że wszystko wali mi się na głowę, zachowywałam się irracjonalnie – uciekałam, chowałam po kątach. Podobnie reagowałam na jazdę samochodem. Potrafiłam nagle kopać w drzwi auta i krzyczeć do męża, by się natychmiast zatrzymał i mnie wypuścił. Nie mogłam tak żyć. Znów trafiłam do gabinetu terapeuty.

Wybrał dla mnie indywidualną terapię małżeńską. To mnie zaskoczyło: „Przecież to ja mam lęki, nie mój mąż”. Na co usłyszałam: „Funkcjonuje pani w związku, dlatego dobrze by było, gdyby razem weszli państwo w terapię. Proszę zapytać męża”. Adam od razu się zgodził: „skoro to może ci pomóc...”. Podczas sesji skupialiśmy się głównie na sytuacjach, w których dopadały mnie lęki oraz na konfliktach, jakie wybuchały w związku. Po raz pierwszy tak otwarcie rozmawialiśmy z Adamem o emocjach, tak głęboko analizowaliśmy zdarzenia, w których dochodziło do nieporozumień. Terapia bardzo dobrze wpłynęła na nasze relacje, a dźwięki już mnie nie przygniatały. Ale nadal czułam, że coś głęboko we mnie siedzi i nie daje spokoju. Nie mogliśmy jednak kontynuować terapii, bo byłam w zaawansowanej ciąży i trudno mi było dojeżdżać na spotkania. Przerwaliśmy po roku. Okazało się, że to coś znalazło sobie inne ujście.

Pojawiły się dokuczliwe bóle – wątroby, kręgosłupa, mięśni twarzy. Badania gastrologiczne nic nie wykazały, neurolog przepisał mi tabletki, po których wprost odjeżdżałam. Dopiero pewien lekarz medycyny tradycyjnej i chińskiej, który podczas szczegółowego wywiadu lekarskiego jako pierwszy wydobył ze mnie informację, że moi rodzice byli alkoholikami (wcześniej się wstydziłam i to zatajałam), powiedział: „Przyczyny pani dolegliwości są natury emocjonalnej. Sugeruję terapię DDA, bo ma pani nierozpracowane sprawy z przeszłości”. I wreszcie trafiłam tam, gdzie powinnam od razu – do terapeuty, który zajmuje się syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA).

Echa dzieciństwa

Od początku nawiązałam z terapeutą bardzo dobry kontakt. Jak się później okazało – jeden z najcenniejszych w życiu. Otworzyłam się przed nim całkowicie. Miałam 33 lata, dwójkę cudownych dzieci, wspaniałego męża i pragnęłam być równie wspaniałą matką i żoną. Chciałam wreszcie wyszarpnąć z siebie to „coś”, co huśta moimi emocjami i nastrojami. Byłam bardzo zmotywowana. Z wiarą i pozytywnym nastawieniem podeszłam do terapii DDA. Trwała rok.

Terapeuta sięgał do mojego dzieciństwa bardzo powoli, stopniowo. Padały pytania typu: „ Jak pani mama reagowała w takiej sytuacji? Co pani wtedy czuła?”. Scenom retrospekcyjnym towarzyszyły wielkie emocje – gniew, żal, złość na rodziców wylewałam razem ze łzami. Pisałam też do nich listy, nie po to, by je wysyłać, lecz odczytać terapeucie na kolejnych sesjach – to było jedno z moich zadań domowych. Wyobrażałam sobie na przykład, że jestem małą dziewczynką, chodzę do szkoły, coś złego dzieje się w domu i w liście miałam wyrazić wszystkie uczucia, jakie żywiłam wtedy do rodziców, co sobie o nich myślałam, jak się czułam, kiedy na przykład była noc, a oni nie wracali do domu. To było bardzo trudne i bolesne.

Wspólnie omawialiśmy każde zachowanie rodziców w danej sytuacji: co robili, dlaczego to było złe, jaki wpływ wywarło na moją psychikę... – miałam dokładnie rozpracowany, przeanalizowany każdy etap, każdy aspekt. Nie patrzyłam na rodziców z perspektywy siebie jako dziecka, tylko siebie jako żony i matki. Moi rodzice skrzywdzili mnie w taki a taki sposób, a teraz ja powielam ich wzorzec i krzywdzę swoich najbliższych. Terapeuta uświadomił mi, że ponowne zmierzenie się z problemami z dzieciństwa jest bolesne, ale konieczne, bo tylko wtedy zrozumiem swoje obecne zachowania, rozpoznam reakcje, które wzięłam z rodzinnego domu, przejęłam od rodziców. Na przykład: tak jak oni na mnie krzyczeli, tak teraz ja bywam agresywna w stosunku do męża. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czują się nieszczęśliwi. W okresie dorastania zgromadziłam w sobie ogrom żalu i dopóki go nie wypuszczę, dopóty będzie we mnie siedział i jątrzył. I od czasu do czasu uchodził małymi kanałami w postaci napięć, krzyków, lęków czy bólów. Opisując traumatyczne przeżycia, nazywając je, wypowiadając, analizując ze specjalistą, wylewałam z siebie tę złość niczym jakieś toksyny.

Uświadomiłam sobie nareszcie, że to, co przeżyłam w dzieciństwie, było dla mnie koszmarem. Zaczęłam sobie jako dziecku współczuć. Zrozumiałam, że nie umiałam przyjąć troski, serdeczności od mojego męża, bo nie byłam przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie troszczy. Nie potrafiłam tego docenić. Wręcz przeciwnie, wykorzystywałam często jako pretekst do wszczynania kłótni, bo moi rodzice pewne sprawy tak właśnie rozwiązywali. Prowokowałam awantury, żeby mieć je już za sobą, ponieważ w domu odczuwałam wielką ulgę, kiedy było już po kłótni. Dla mnie to stanowiło normę. Zgodne życie przez dłuższy czas budziło we mnie obawę, że to nie może być prawdą, że coś się czai i lada moment i tak wybuchnie.

Innym narzędziem terapeutycznym do poskromienia swojej złości, na przykład na dzieci, okazała się metoda 4 kroków: 1 – zakomunikowanie, 2 – podkreślenie, 3 – postanowienie, 4 – wykonanie. Jeśli dziecko np. skacze po kanapie, a ja tego nie akceptuję, to: 1 – komunikuję spokojnym głosem, że mi się to nie podoba, 2 – podkreślam to, unosząc głos, żeby dziecko wiedziało, że mówię poważnie – ale robię to bardzo świadomie, bez emocji, 3 – mówię, że jeśli dalej będzie skakać, to ja zrobię to i to... coś dla niego przykrego, np. schowam mu na cały dzień jego ulubiony samochodzik, 4 – wykonuję karę.

Pierwsze moje próby były średnio udane – albo nie dochodziłam do 4. kroku, albo któryś przeskakiwałam. Ale w końcu nauczyłam się i przekonałam, że to skutkuje, a przy tym osiągam cel bez uciekania się do agresji. Tę metodę można stosować nie tylko w relacjach z dziećmi, także z partnerem, a nawet panią w sklepie, jeśli jest nieuprzejma.

Ta metoda nauczyła mnie też dostrzegać swoje granice, czego wcześniej nie potrafiłam i pozwalałam, by je inni nagminnie deptali. Pamiętam, jak kiedyś koleżanka, obserwując mnie na spacerze z dziećmi, powiedziała: „Ja nie daję swoim dzieciakom tak bardzo jak ty wchodzić sobie na głowę. A ja dawałam, reagowałam zawsze zbyt późno i już ze złością.

Doszłam do celu

Terapię DDA skończyłam rok temu. Co zmieniła w moim życiu? Przede wszystkim pozbyłam się bólów i napięć, opanowałam agresję. Bo wyrzuciłam z siebie ogromne pokłady złości, które od dzieciństwa się we mnie odkładały. Po terapii jestem o wiele bardziej stabilna emocjonalnie, radośniejsza, mam więcej pewności i wiary w siebie. Potrafię świadomie kierować emocjami. Rozgraniczyłam dwa światy: życie „tam i wtedy” od „tu i teraz”. Wreszcie czuję, że sama kieruję swoim życiem. Nic mnie już nie gniecie.

A jeśli się zdarzy, że upiory powrócą, to posiadam narzędzia terapeutyczne, by je przepędzić. Wiem na przykład, że w momentach napięcia mogę sięgnąć po relaksujące oddychanie: płytki wdech i powolny, długi wydech. Żeby wypuścić złość – napisać list do osoby, która mnie zezłościła. Co jest cenne: kiedy poniosą mnie emocje i niesłusznie nakrzyczę np. na męża, to teraz go przeproszę i powiem: „Wiesz, jeszcze tak mi się zdarza. Wybacz”. To zupełnie zmienia sytuację.

Terapię postrzegam jako cudowne narzędzie, ale nie cudowny środek na życiowe dolegliwości. Bo przecież nie przestanę być dzieckiem alkoholików. Moi rodzice pili i nic tego nie zmieni. Nie zresetuję mózgu tak jak dysku. Ale mogę mieć władzę nad swoimi zachowaniami, wpływać na swoje życie i jego kształt. Czuję się kobietą spełnioną i szczęśliwą. Mam wspaniałą rodzinę, świetny kontakt z dziećmi i mężem. Niedawno założyłam własny gabinet kosmetyczny. A rodzice? Nadal piją.

Czym jest syndrom DDA?

Marzenna Kucińska psychoterapeutka.

To zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. Uniemożliwiają też rozwój postaw i reakcji bardziej adekwatnych do rzeczywistych zdarzeń. Terapia DDA ma na celu zmianę tych cech. Składa się z trzech etapów:

Pierwszy polega na opowiedzeniu swojej historii – jest trudny, gdyż wiele osób z DDA wyniosło z domu przekaz, że nie należy rozmawiać z osobami spoza rodziny o tym, co się dzieje w domu. Niektórzy nikomu wcześniej nie opowiadali o swoim życiu – dla nich samo przywoływanie wspomnień z dzieciństwa może być wystarczające do uruchomienia procesów zmian osobistych. Kiedy zaczynamy ujawniać komuś swoją opowieść, ważne są nie tyle fakty, co sposób, w jaki jako dzieci ich doświadczaliśmy. Te przeżycia zostały zapisane w umysłach w postaci obrazów czy przekonań i nadal ożywają, wpływając na emocje i zachowania. Kiedy je odkrywamy, zaczynamy lepiej rozumieć siebie oraz swoje wybory.

Drugi etap terapii to odreagowywanie szczególnie bolesnych doświadczeń i ich rekonstrukcja. To niezbędne, by przeszłość przestała boleć. Wtedy pojawia się zwykle bardzo dużo trudnych emocji: lęk, smutek, bezradność, cierpienie, a ich wyrazem są często łzy. W terapii to przejaw zdrowienia, oczyszczania się i gojenia starych, nadal krwawiących ran, dzięki czemu pacjenci uczą się rozpoznawać swoje emocje, potrzeby i zaspokajać je. A kiedy przeszłość przestaje budzić silne emocje, przychodzi czas na etap trzeci – odbudowywanie, a czasem nawiązywanie, zdrowych relacji z innymi.

Na początku terapii trudno czasem powiedzieć, jak wiele etapów trzeba z terapeutą przejść, żeby dokonane zmiany stały się naturalnym procesem rozwoju. Jest wiele osób z DDA, które rozpoczynają terapię dopiero w stanie ostrego kryzysu, wtedy, gdy ich dotychczasowe strategie przestają działać – dla nich główną zmianą będzie uporządkowanie życia i spraw aktualnych.

Inni mają wszystko dobrze poukładane i świetnie sobie radzą z zadaniami, ale nie potrafią tego w sferze emocji – wymykają się im spod kontroli. Dla tych osób najważniejsze jest nauczenie się, jak obchodzić się z napięciami i czerpać siły z emocji. Jeszcze inni radzą sobie we wszystkich obszarach życia, poza budowaniem kontaktów, gdyż mają wiele lęków i ostrożności w relacjach społecznych. Na terapii poznają tego przyczyny i otwierają się na innych i samych siebie.