1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Czego uczą nas umierający? Rozmowa z ojcem Markiem Donajem, kapelanem szpitalnym

Przed progiem śmierci wszyscy stajemy z całym bagażem naszych myśli, obaw, tęsknot i oczekiwań. Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący – mówi ojciec Marek Donaj. (Fot. Hedi Alija/Unsplash)
Towarzyszył w odchodzeniu księdzu Józefowi Tischnerowi, Piotrowi Skrzyneckiemu, Czesławowi Miłoszowi. I setkom innych osób, których nie znamy z gazet, ale które tak samo odcisnęły na nim swoje piętno. Pomogły zrozumieć, jaką wartością jest obcowanie z umierającymi. Bo przecież ból i cierpienie – to także część człowieczeństwa.

Fragment pochodzi z książki „Nad życie. Czego uczą nas umierający”, Maria Mazurek, Wojciech Harpula, Wydawnictwo Znak Literanova.

Czy osobom wierzącym łatwiej jest w chorobie, odchodzeniu?
Pewnie chcielibyście usłyszeć, że tak. Ale przed progiem śmierci wszyscy stajemy z całym bagażem naszych myśli, obaw, tęsknot i oczekiwań. Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący. Teoretycznie wiara powinna pomagać, ale czy księdzu będzie łatwiej umrzeć? Nie sądzę. W obliczu śmierci każdy człowiek na coś liczy. Myśli: przecież mam tyle do zrobienia. I niezwykle trudno pokornie pogodzić się z myślą: już tego nie zrobię.

„Jak trwoga, to do Boga”. To prawda?
Jeżeli pytacie mnie, czy ludzie w szpitalu dużo się modlą, to odpowiem, że są tacy, którzy modlą się przez cały dzień. Skończą jedną modlitwę i zaczynają kolejną. Nawet jeśli modlą się z nudów, to i tak dobrze. To nie dewocja. To akt wiary i nadziei. Inni natomiast swojej wiary nawet nie werbalizują. Był w szpitalu żołnierz, który był snajperem na misji w Afganistanie. Dał mi słoik pełen monet. To były grosze i złotówki. Powiedział, że każda moneta oznacza zabitego przez niego człowieka.

I co dalej?
Nic. Zmarł niedługo później. Ale ten wręczony mi słoik był aktem wiary żołnierza. Świadectwem. Wyrzutem sumienia i pragnieniem pokoju i pojednania. Refleksja na temat własnego życia dopada w szpitalu niemal każdego. Miałem przykłady ludzi znanych i podziwianych, którzy trzymali w dłoniach różaniec. To wystarczy, nie trzeba się modlić.

Kogo ma ksiądz na myśli?
Choćby niezapomnianego Piotra Skrzyneckiego z Piwnicy pod Baranami. Nasz szpital na ostatnie pięć lat życia stał się jego drugim domem. Skrzynecki – artysta, wolny duch, hulaka – wszystkim się chwalił, że ma różaniec od papieża. Trzymał go pod poduszką. Gdy zaczynałem mu opowiadać ploteczki z życia artystycznego Krakowa, przerywał mi i pytał, czy – skoro jestem tak dobrze zorientowany, co się dzieje w „wielkim świecie” – to w ogóle mam czas na modlitwę. Pamiętam, że odwiedziłem go przed mszą świętą, którą sprawowałem w kaplicy. Gdy wróciłem po tej mszy, już nie żył. Odczytałem to jako znak od niego. Wybrał najlepszy moment na odejście. Podobnie było z Czesławem Miłoszem. Jako człowiek i twórca spierał się z Bogiem i z Kościołem. Przed śmiercią wrócił do religii. Nie wiem, czy w odruchu, czy w duchowej potrzebie. Pewnego dnia przyniosłem mu książkę z prośbą o podpis. To była „Metafizyczna pauza”, książka o jego młodzieńczych relacjach z Kościołem. Podpisał, potem udzieliłem mu komunii świętej. Pamiętam, że upewniał się, czy inni też dostaną komunię. Myślał o tych, których kochał. Był niezwykle otwarty na eschatologię chrześcijańską. Rozmawiałem z człowiekiem, który w pełni rozumiał religijną perspektywę śmierci. Miał mocną wiarę.

Stanisław Lem i Wisława Szymborska nie zmienili swoich przekonań przed śmiercią. Nie chcieli z ojcem rozmawiać.
Może nie chcieli psuć sobie wizerunku ateistów? Z Szymborską nie miałem żadnej szansy porozmawiać, bo u niej zawsze było dużo gości. Nawet nie próbowałem. Natomiast codziennie wchodziłem do sali, w której leżał Lem. „Szczęść Boże, czy…” – nigdy nie miałem szansy dokończyć, bo Lem zdecydowanie przerywał: „Dziękuję, nie potrzebuję”. Trudno. Wystarczyło, że byłem obok, a nie byłem sam, bo miałem ze sobą Jezusa, idąc z komunią do chorych. Może pomachał mu ręką.

Kto komu?
Pan Jezus Lemowi. A może Lem Jezusowi także? Nie wiemy, co się działo w umyśle pisarza przed śmiercią. Modlę się za Szymborską i za Lema, bo ja nie znałem ich relacji z Bogiem.

Zdarzają się w szpitalu spektakularne nawrócenia?
Spektakularnych nawróceń nie ma. To raczej proces, osoba wierząca może się umocnić, odnaleźć w swoim cierpieniu sens. Wcześniej zdarzało mi się myśleć, że kogoś nawróciłem. To nieprawda. Jeżeli ktoś po wyjściu ze szpitala naprawdę zaczął żyć lepszym życiem, to proces przewartościowywania postaw i zachowań musiał rozpocząć się o wiele wcześniej. Nawrócenie nie rozpoczyna się w szpitalu, w chwili kryzysu. Szpital może być tylko etapem końcowym, zwieńczeniem.

Ludzie, którzy przeżyli ciężko chorobę, otarli się o śmierć, często zmieniają swoje życie?
Nie. To zdarza się bardzo rzadko. Chorzy mówią: „Jak ja teraz wszystko widzę inaczej”. Odpowiadam: „Przez szpitalne okno wszystko wygląda inaczej”. Bo to prawda. Szpital jest przystankiem, na którym człowiek się zatrzymuje. Został wytrącony z codziennej gonitwy, ma dużo czasu na przemyślenia. Znalazł się w zupełnie nowej sytuacji, w głowie rodzą się myśli: To już koniec? Jak ja przeżyłem życie? Co po sobie zostawiam? Jaki byłem? Jak zostanę zapamiętany? Słyszałem bardzo wiele deklaracji o mocnym postanowieniu zmiany. Chorzy opowiadają, że dostrzegli, co w życiu jest naprawdę istotne, na co warto poświęcać czas i uwagę. Obiecują sobie i bliskim różne rzeczy. Po kilku latach spotykam czasem te same osoby i pytam, czy udało im się coś zmienić, czy wdrożyli swoje postanowienia w życie. Zwykle słyszę: „Nie, znów jest tak samo…”. Szpital to inna rzeczywistość. Chcemy się z niego wydostać, być zdrowi. Tworzymy w głowie konstrukty swojego „lepszego ja” w nadziei, że to „lepsze ja” będzie miało szansę w ogóle zaistnieć. A gdy mija zagrożenie i opuszczamy szpitalne mury, wracamy do tego, co znamy, co stworzyliśmy przez lata, z czym czujemy się bezpiecznie. I z wymyślonego na szpitalnym łóżku „lepszego ja” zostaje „ja”. Nie mówię, że gorsze. Najczęściej takie samo jak przed chorobą i szpitalem. Jak już mówiłem: człowiek kurczowo trzyma się życia takim, jakie ono jest. Boi się zmian. Aczkolwiek zdarzają się sytuacje, gdy ludzie w wyniku choroby odnajdują w sobie wielką dojrzałość i wiarę. Była taka Małgosia… Miała 17 lat, była u progu kariery sportowej. Była koszykarką, grała w Niemczech. Plany, perspektywy, nadzieje. Zachorowała. Rak pokonał ją w ciągu roku. Dla tak młodej osoby wiadomość o chorobie mogłaby być nokautującym ciosem, a rok życia – koszmarem. Nie był. Zaproponowałem Małgosi „zaprzyjaźnienie” się ze Świętą Ritą – pomyślałem, że kobieta kobietę zrozumie. Rzeczywiście. Małgosia dojrzewała do wiary, która przynosiła jej spokój i ukojenie. Ona miałaby pełne prawo złościć się i złorzeczyć, bo dopiero co wzlatywała ku życiu, a choroba brutalnie ten lot przerwała. Tak jednak się nie stało. Na koniec przyszedł znak. Małgosia odeszła w dzień Świętej Rity.

Wierzy ksiądz w takie znaki?
Jeśli chodzi o samą datę czy moment śmierci – przywiązuję do tego wagę, szukam analogii, znaczeń i sensów. Bóg mówi do nas na różne sposoby.

Zdarza się, że ktoś w szpitalu przystępuje do spowiedzi po kilkudziesięciu latach przerwy?
Oczywiście. To są niesamowite doświadczenia. Ludzie bilansują całe swoje życie. Nie chodzi o wyliczankę grzechów, ale o rozmowę. O próbę uchwycenia życia w perspektywie wyborów etycznych. To niezwykle trudne. Zawsze jestem pełen szacunku dla ludzi, którzy się tego podejmują.

Tak? Przecież robią to, bo się boją. Pewnie myślą: a może jednak jest ten Bóg, to może na wszelki wypadek się wyspowiadam.
Czy to źle? Każda motywacja jest dobra.

Jak długo trwa spowiedź z całego życia?
Może trwać trzy godziny i trzy minuty.

Trzy minuty?
Czemu nie? Człowiek ma wyznać swoją winę. Nie chodzi o wystrzelanie z karabinu swoich grzechów.

Poczucie winy można mieć zawsze, niezależnie od obiektywnego oglądu danej sytuacji. W spowiedzi nie chodzi o wyznanie grzechów?
Pan Bóg nie ma miernika doskonałości wyznanych grzechów. Nie odznacza: to powiedział, tego nie powiedział. Bierze człowieka całego. Widzi Dawida, który leży na posadzce i żałuje. Żałuje nie tylko za Berszebę, ale i za Uriasza, i za skrzywdzoną owieczkę. W spowiedzi nie chodzi o sporządzenie katalogu win. Trzeba powiedzieć o tym, z czym się źle czuję, co wyrzuca mi sumienie.

Czego najczęściej żałują ludzie przed śmiercią? Z czym źle się czują? Oczywiście z szacunkiem do tajemnicy spowiedzi.
Najbardziej żałują zaburzonych relacji, zwłaszcza z najbliższymi. To widać najmocniej. Tego, że w pewnym momencie życia nie okazali wystarczająco dużo życzliwości, dobra, ustępliwości i dobrej woli. Coś zrobili, coś powiedzieli i nie da się teraz tego odwrócić.

Nie da się?
Na pewno jest trudniej. Bo gdy ktoś w ciężkiej chorobie, w obliczu śmierci chce dokonać gestu pojednania, to może on zostać fałszywie odczytany lub przyjęty w sposób nieszczery.

„Aha, dopiero teraz sobie przypomniał, co mi zrobił”.
No właśnie. Ludzi gryzie to, że skłócili się z kimś, nie przeprosili się. Lub że zaprzepaścili szansę na wyjaśnienie sytuacji, zakopanie rowów, wypuszczenie gołąbka pokoju. Więc jeśli pytacie mnie, czego najczęściej żałują ludzie przed śmiercią, to bez wahania odpowiadam: że nie byli wystarczająco dobrzy dla innych ludzi.

A słyszy ksiądz o zaprzepaszczonych szansach niedotyczących relacji? Szkoda, że więcej nie doznałem. Szkoda, że czegoś więcej nie dokonałem.
Nigdy. W chorobie nikt nie żałuje tego, że nie pływał z rekinami, nie jadł homara, nie został prezesem lub dyrektorem. Gdy pojawia się perspektywa śmierci, nikt nie przywiązuje wagi do spraw, o które w ciągu życia wielu ludzi zabiega.

Ze szpitalem i z umieraniem najbardziej kojarzy się sakrament namaszczenia chorych, do niedawna nazywany sakramentem ostatniego namaszczenia. Właściwie o co w nim chodzi?
Sakrament chorych jest po to, żeby uzdrowić w naszej duszy wszystko to, co słabe. Nie ma nic wspólnego ani z natychmiastowym uzdrowieniem ciała, ani z tym, że zaraz nadejdzie śmierć. Jest kojącym dotknięciem cierpiącej duszy, oczyszczeniem jej, dodaniem odwagi. Jego udzielenie – a może to zrobić tylko kapłan – oznacza odpuszczenie wszystkich grzechów. Wszystkich, jakichkolwiek. Po nim uzdrowiona dusza jest gotowa na spotkanie z Bogiem i ze świętymi. Jest niezwykle ważny. Dlatego na oddziale intensywnej terapii bardzo pilnujemy, by zdążyć go udzielić. Na wypadek, gdyby pacjent miał zaraz umrzeć.

Czyli przez całe życie możemy nie zawracać sobie głowy moralnością, a gdy trafi my do szpitala i ksiądz udzieli nam sakramentu chorych, to – przyjmując chrześcijański punkt widzenia – będziemy bez grzechu?
Sakrament chorych ma uzdrowić duszę. Gdy sięgnie się do Ewangelii, wyraźnie widać, jak Jezus troszczył się o duszę. Jej uzdrowienie to wstęp do uzdrowienia całego człowieka. Nie można odmawiać komukolwiek takiej szansy.

Wstęp do uzdrowienia całego człowieka? Przecież człowiek, któremu ksiądz udziela sakramentu, może zaraz umrzeć.
Tym lepiej, żeby przechodził przez próg śmierci czysty. Powiem więcej: część teologów wyznaje pogląd, że w ostatnich milisekundach życia każdy człowiek ma możliwość opowiedzenia się, po której stronie chce być. Może być po stronie Boga i dobra, ale może również odwrócić się od niego. To świadomy wybór. Interpretują to w ten sposób: w ostatnich chwilach, kiedy doczesne otoczenie nie jest już w stanie towarzyszyć osobie umierającej, kiedy jej doczesne ciało już całkowicie „zasypia”, umierający, stojąc przed Bogiem, wchodzi w pełnię świadomości, zdolności podejmowania ostatecznych decyzji o swoim losie. Teologowie dyskutują nad tą teorią, ale przykład dobrego łotra, który umierał na krzyżu obok Jezusa, pokazuje, że w ostatniej chwili można zdecydować o zwróceniu się w stronę Boga. Rozumiem, że można buntować się przeciwko takiej postawie – całe życie grzeszył, a tuż przed śmiercią zasłużył na świętość. Możemy uważać, że to nie fair. Ale to nasza ludzka ocena. Mała. A nie boska. Bóg dla jednej duszy może zrobić wszystko. Ludzką miarą jest potępić. Boga – dostrzec dobro.

Czyli piekło jest puste?
Ja, skromny augustianin, nie będę zapuszczał się na ścieżki, które starają się penetrować najwięksi teologowie.

Ta ostrożność jest zrozumiała. Pięćset lat temu inny augustianin penetrował różne ścieżki. Skończyło się reformacją.
No właśnie. (śmiech) Odpowiadam więc: nie wiem, czy piekło jest puste. Mam nadzieję, że takie jest.

Widział ksiądz kiedyś w szpitalu cud?
Cały czas widzę cuda. Codziennie. Pacjent wchodzi do gabinetu, a lekarz po przestudiowaniu stosu papierów z wynikami badań mówi mu, że choroba ustępuje i rokowania są dobre. Albo młody, wysportowany mężczyzna po utracie nogi podnosi się z tego psychicznie i z radością na twarzy wychodzi do domu. Albo widzę, jak ludzie otwierają się przed sobą, zbliżają się do siebie i wybaczają sobie dawne urazy. To są cuda. Tylko trzeba umieć je dostrzegać.

Nadprzyrodzonej interwencji ksiądz nie widział?
Widziałem umiejętności lekarzy, sprawny sprzęt medyczny, dobrze dobrane leki, siłę organizmu. Tylko tyle i aż tyle. Bóg na pewno działał. Bo zawsze jest obecny w naszej rzeczywistości.

Każdy z nas umrze. Można dobrze przygotować się do śmierci?
Pewnie. Trzeba dobrze żyć. Pomyśleć, co w naszym sumieniu nie daje nam spokoju. Co rzuca smutek na nasze życie. Co nas uwiera. I najlepiej pozbyć się tego ciężaru już dziś. Nie czekać, aż śmierć zapuka do naszych drzwi. Bo gdy zapuka, może już być za późno.

Marek Donaj OSA: augustianin, katecheta, publicysta, proboszcz Parafii Świętej Katarzyny w Krakowie. Od 25 lat kapelan szpitalny w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie.

Polecamy: „Nad życie. Czego uczą nas umierający”, Maria Mazurek, Wojciech Harpula, Wydawnictwo Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze