1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Psychiatrzy twórcy – rozmowa ze Sławomirem Murawcem, psychiatrą i psychoterapeutą

Psychiatrzy są w trochę lepszej sytuacji niż inni twórcy, bo dzięki pacjentom mają więcej źródeł tematów i codzienne doświadczenie patrzenia z różnych perspektyw. (Ilustracja: iStock)
Nadwrażliwi są nie tylko wśród pacjentów, ale i lekarzy – mówi psychiatra dr Sławomir Murawiec, odpowiadając na nasze pytania o znaczenie procesu twórczego w praktyce psychiatrii.

Słyszymy wokół, że każdy może być kreatywny, bo to umiejętność, którą da się wyćwiczyć. Artysta to też ktoś kreatywny, tyle że ponadprzeciętnie. Czy pańskim zdaniem bycie artystą to także kwestia treningu?
Nie mam pojęcia, to pytanie z teorii sztuki, które warto by zadać komuś ze szkoły artystycznej…

Nie chodzi mi o techniki, a o pewnego rodzaju predyspozycje psychiczne.
To może odwołam się do zbioru wywiadów „Psychiatrzy twórcy”, które przeprowadziłem z koleżankami i kolegami psychiatrami. Tym, co mnie uderzyło w rozmowach, to siła tych osób, która – mimo wszelkich ograniczeń – każe im się realizować twórczo. A w przypadku lekarzy psychiatrów mówimy także o ograniczeniach społecznych, wynikających z wykonywanego zawodu. A jednak ta potrzeba kreacji domaga się wyrażenia. Człowiek po prostu musi…

Dopytuję o predyspozycje psychiczne, bo dość popularny jest mit, że artyści są na swój sposób szaleni. W książce pyta pan wprost prof. Marka Krzystanka, uznanego promotora nowej psychiatrii i prewencji psychiatrycznej, a jednocześnie poetę z siedmioma wydanym tomikami wierszy na koncie, czy artystyczność to forma zaburzenia psychicznego. W odpowiedzi prof. Krzystanek mówi o pewnym kryzysie potrzebnym, by tworzyć.
To odwołanie do Kazimierza Dąbrowskiego, wielkiej, ale i zapomnianej postaci polskiej psychiatrii, który mówił, że istota naszego bycia i człowieczeństwa jest rozwój. Jakiś rodzaj kryzysu psychicznego jest szansa na rozwój naszej osobowości i schodzenia w głąb. Dąbrowski nazwał to dezintegracją pozytywną. Nie musi to być choroba psychiczna, depresja, nawet niekoniecznie doświadczenie traumatyczne, a po prostu jakieś poruszenie, zburzenie dotychczasowej struktury widzenia świata. Jeśli natomiast ktoś jest zintegrowany na poziomie pierwotnym, to wszystko jest dla niego poukładane i jasne. Obraz jest obrazem, zachód słońca zachodem słońca…

Pamiętam toczącą się przed laty dyskusję o tym, że wraz ze zmianą systemu czekaliśmy w Polsce na wielkie utwory literackie, wcześniej zamknięte w szufladach, bo rynek wydawniczy był zmonopolizowany przez państwo, co bardzo utrudniało, a niektórym autorom wręcz zamykało drogę do publikowania, i te utwory się nie pojawiły. Niektórzy mówią, że wielka sztuka potrzebuje nieszczęścia. Co pan myśli o tym, że nie ma w niej miejsca na tzw. pozytywne emocje?
Nie wydaje mi się, żeby tak było. Tym razem przywołam moją rozmowę z Hanną Jurczak, która zajmuje się tańcem, improwizacją, tworzy spektakle multimedialne. I jak mówi, ma w sobie chęć poszukiwania przez doświadczanie, zachwycania się życiem, nie ma w tym przetwarzania tragedii, a świadome podążanie za jakimś procesem.

Myślę natomiast, że psychiatrzy są w trochę lepszej sytuacji niż inni twórcy, bo mają duże pole obserwacji dzięki pacjentom. Z jednej strony to źródło tematów dużo większe niż tylko autobiografia, z drugiej umiejętność patrzenia z różnych perspektyw. Ja widzę rzeczywistość tak, a mój pacjent zupełnie inaczej… Spotykamy się z tym na co dzień. To bardzo ciekawe doświadczenie subiektywności.

Z kolei mnie fascynuje to, jak artyści umieją wszystko traktować jako materię sztuki. Tomasz Jastrun napisał przed laty „Osobisty przewodnik po depresji”. To bardzo osobista, przejmująca książka, ale też w pewien sposób piękna. Ostatnio belgijski muzyk Stromae wydał płytę, pierwszą po siedmiu latach milczenia, w której przetwarza swoje doświadczenie depresji. Teksty są smutne, pojawia się w nich nawet związana z chorobą fizjologia, ale to jest też sztuka.
Takich świadectw mamy już stosunkowo dużo, wielu pacjentów relacjonuje chorobę, i są to opisy bardzo głębokie, czasami lepsze artystycznie, czasami mniej, ale generalnie bardzo przejmujące. Arteterapia jest zresztą włączona w zakres leczenia, pacjenci mają specjalne zajęcia, na których mogą tworzyć i się wyrażać. Myślę jednak, że rozmowy, które przeprowadziliśmy, są o tyle nowatorskie i ciekawe, że pokazują perspektywę psychiatry.

A jak twórczość zmienia się pod wpływem choroby psychicznej? Artyści boją się też tego, że leczenie zabije ich tożsamość.
To zależy, na co kto choruje, natomiast wiemy, że dłuższe chorowanie, zwłaszcza na schizofrenię, prowadzi do tego, że twórczość staje się bardziej stereotypowa, to znaczy, że zaczyna się pojawiać jeden dręczący element. Bogactwo różnorodności coraz bardziej się zawęża. Leczenie psychiatryczne nie zabija twórczości, a jeśli przypominamy sobie, że czynność tworzenia wymaga dobrego kontaktu ze sobą i systematyczności w pracy, to ono wręcz wzmacnia te elementy.

Bycie zarazem psychiatrą i artystą wydaje się nie do pogodzenia. Z jednej strony nauka i diagnostyka, z drugiej – bardzo nieostra sfera tworzenia.
Właśnie tym, co mnie szczególnie zaciekawiło, jest umiejętność moich rozmówców do integracji obu tych obszarów. Z jednej strony są aktywnymi twórcami, a nawet uważają się przede wszystkim za artystów pracujących jako psychiatrzy, ale z drugiej – wykonują zawód, który przecież wymaga bycia konkretnym, osadzenia w faktach. Co więcej, te dwie tożsamości na siebie oddziałują. Na przykład w tworzeniu bardzo pomaga naukowa dyscyplina, sumienność. Bo tylko tak się wydaje, że artysta żyje w oczekiwaniu na przypływ weny, i wtedy wszystko robi się samo. Albo stworzy arcydzieło po zażyciu środków psychoaktywnych. A to ciężka systematyczna praca, nie ma w niej miejsca na „odloty”…

No tak, w określonych okolicznościach każdemu z nas wydaje się, że stworzył arcydzieło albo wpadł na przełomowy pomysł, a potem przychodzi otrzeźwienie… Ale wrócę jeszcze do wzajemnego oddziaływania tworzenia i psychiatrii, bo pańscy rozmówcy mówią także o tym, że własne doświadczenia twórcze niekiedy pozwalają im łatwiej dotrzeć do pacjentów.
Tak, mają pokłady, można by powiedzieć, innego podejścia, dzięki którym mogą otworzyć się na różne procesy, które zachodzą w pacjentach, nie ograniczają się do klasyfikacji chorób. Warto też wspomnieć o tym, że dziś jednym z głównych tematów w medycynie jest wypalenie zawodowe. To poważna sprawa, bo wypalony zawodowo lekarz będzie niezaangażowany, zbyt zdystansowany albo nawet cynicznie podejdzie do pacjentów. Wobec niedoboru lekarzy jest oczekiwanie społeczne, że będą pracować jeszcze więcej. I rzeczywiście w cyklu zawodowym tak jest, że na początku wszyscy pracują na kilka etatów, mają dyżury. A przynajmniej tak było w moim pokoleniu.

Aż...
Uświadamiasz sobie, że odbywa się to kosztem życia prywatnego i zwiększa ryzyko wypalenia. Wtedy zaczynasz odkrywać swoje ścieżki zainteresowań pozazawodowych. To długofalowa inwestycja w swój dobrostan.

Wśród sześciorga moich rozmówców jest trzech profesorów, myślę, że twórcza kreatywność pozwala im na zachowanie równowagi i ma udział w rozwoju naukowym. I po pierwszych doświadczeniach czerpania z autobiografii, na zasadzie autoterapii, koleżanki i koledzy psychiatrzy wykraczają poza ten obszar osobisty w stronę twórczości bardziej uniwersalnej, która ma większą siłę.

Inna sprawa, że tutaj mamy do czynienia z osobami, które już nie mogą inaczej, bo przymus tworzenia jest tak silny. Wewnętrzne treści wprost domagają się wyrażenia.

W wierszu „Posłanie do nadwrażliwych” Kazimierz Dąbrowski napisał „Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi / Za waszą czułość w nieczułości świata”. Jak się okazuje, ci nadwrażliwi są w gabinetach psychiatrycznych nie tylko wśród pacjentów, ale i lekarzy.

Sławomir Murawiec, dr psychiatrii, psychoterapeuta, przewodniczący Komisji Kultury i Sztuki Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze