1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Uroki niewiedzenia [„Za i przeciw” – cykl Bogdana de Barbaro]

Bogdan de Barbaro (Fot. Jakub Ociepa/Agencja Wyborcza.pl)
„Dobrze wiem, co on ma na myśli...” – często tym wygodnym stwierdzeniem blokujemy nasze zaciekawienie. A w efekcie tracimy szansę na wzbogacenie i pogłębienie swojego rozumienia drugiego – pisze prof. Bogdan de Barbaro w swoim pierwszym felietonie z cyklu „Za i przeciw”.

Lubię wiedzieć. Podoba mi się, może nawet jestem dumny, gdy WIEM, znam się na czymś, rozumiem. Na przykład wiem, kiedy odkryto Amerykę (i dlaczego Amerykę nazwano Ameryką). Znam zasady gry w piłkę nożną (i nawet potrafię objaśnić swojej żonie, na czym polega „spalony”). Rozumiem prawo podaży i popytu rządzące ekonomią. A wiedzenie i rozumienie zjawisk codziennych (co znaczy czerwone światło na skrzyżowaniu albo dlaczego nie powinno się jeździć tramwajem bez biletu) pozwala mi bezpiecznie żyć i współpracować z innymi ludźmi. Więc jest oczywiste, że dobrze jest wiedzieć. A jednak...

A jednak czasem lepiej jest mieć wątpliwości, a nawet nie wiedzieć. I mam tu na myśli nie tylko miłe podniecenie dziecka, które nie wie, jakiego prezentu spodziewać się na swoje piąte urodziny, ani dorosłego, który cieszy się na pełne niespodzianek egzotyczne wakacje. Chodzi mi o wartość niewiedzenia jako energii zaciekawienia potrzebnej w szukaniu odpowiedzi na pytania podstawowe: jak rozumieć świat, jak rozumieć siebie, jak rozumieć innych ludzi.

Sprawa jest o tyle ważna, że wygodniejsze jest pozostawanie we wiedzeniu, czyli pewnym schemacie, przekonaniu, którego wolimy nie kwestionować. Blisko sto lat temu Leon Festinger w swojej teorii dysonansu poznawczego opisywał, jak nieprzyjemny jest stan napięcia psychicznego, gdy pojawiają się fakty kwestionujące nasz dotychczasowy pogląd. A kilkadziesiąt lat później, a więc w epoce, gdy naszymi umysłami rządzi internet, Eli Pariser mówi o „bańce filtrującej”: sięgamy po te informacje, które nam odpowiadają, z którymi się zgadzamy. Ale ów „efekt potwierdzenia” dotyczy nie tylko miłośników budowania (i rozbudowywania) światopoglądu przy pomocy ulubionych autorów Twittera.

Także w relacjach z bliskimi, ze znajomymi, nie mówiąc już o tak zwanych Obcych, chętnie w naszych umysłach odwołujemy się do uprzedzeń, a więc do swoistej pozornej wiedzy. „Dobrze wiem, co on ma na myśli...” – często tym wygodnym stwierdzeniem blokujemy nasze zaciekawienie. A w efekcie tracimy szansę na wzbogacenie i pogłębienie swojego rozumienia drugiego. Oczywiście, nie wynika z tego, że z każdą napotkaną osobą powinienem wchodzić w wielogodzinny dialog, żeby wiedzieć, „co on miał na myśli”. Ale już w odniesieniu do osób bliskich trud niewiedzenia i idące za tym zaciekawienie może się opłacać. Wyobraźmy sobie małżonków, z których każde jest przekonane, że wie, co ten drugi myśli, czuje, w ogóle i w szczególe: jaki jest. Efekt takiej sytuacji może być dwojaki. W wersji soft będzie nudno, co samo w sobie jest dość poważnym utrapieniem. Wersja hard jest bardziej bolesna: krytycznie myślą jeden o drugim, obwiniają się i unieważniają. Podejmują agresywną grę pt. „Może ja jestem nie OK, ale ty jeszcze bardziej!”.

Weźmy inny przykład, tym razem z relacji między rodzicami a nastolatkiem. Szesnastolatek o swoich „starych”: „To ich ględzenie, że mam więcej czytać mądrych książek, jest nie do wytrzymania!”. Rodzice o swoim „nieletnim”: „Jak tak dalej pójdzie, to on źle skończy!”. A może jest szansa, by te wykrzykniki na końcu zdań obwiniających zamienić w znaki zapytania. I zapytać (ale nie agresywnie, lecz z prawdziwym zaciekawieniem): co myślisz? Co czujesz? Co ci w duszy gra? A potem uważnie wsłuchać się w te odpowiedzi i następnymi pytaniami pogłębić swoje rozumienie drugiej Osoby. Jak dobrze pójdzie, to z tego może powstać i rozwijać się niebanalna przyjaźń (międzypokoleniowa). Ale do tego potrzebne by było, żeby ów nastolatek zawiesił przekonanie, że jego rodzice to nic nierozumiejące zgredy, a rodzice musieliby zakwestionować krytyczny obraz swego dziecka. I wstępnie: NIE WIEDZIEĆ.

Tak więc wzajemne zaciekawienie w świecie rodziny ma sens i chroni przed kłopotami i cierpieniami. W pewnym stopniu tym się zajmują terapeuci: pomagają stworzyć warunki do bezpiecznego niewiedzenia, a potem do zaciekawienia, a potem do otwartego słuchania drugiego. Sztuka rodzinnego dialogu...

A w odniesieniu do świata polityki? Trudno tu liczyć na życzliwy dialog np. między działaczami przeciwnych partii. Mają za zadanie pokonać interlokutora, wyszkoleni w erystyce przez Schopenhauera, chętnie będą się posługiwać frazą „Jak pan doskonale wie...” czy innymi „unieważniaczami”, by brnąc w antydialog, pogrążyć przeciwnika. Tu chodzi o to, kto kogo pokona i kto wyborcę przekona. Na szczęście co innego może być celem w rozmowie dwojga przyjaciół, z których jeden jest, przyjmijmy, liberałem, a drugi – konserwatystą. Dobrym sposobem może tu być podjęcie takiego, wydawałoby się, nieco dziwacznego zadania: liberał broni opcji konserwatywnej, a konserwatysta wskazuje zalety perspektywy liberalnej. Zadanie szukania, „antyupraszczania”. I nie ma to być kryptokrytyka tych opcji, lecz dogłębne i staranne wmyślanie się z dobrą wolą w wersję „nieswoją”. Jestem pewien, że przy takim nastawieniu konserwatysta znajdzie zalety liberalizmu, a liberał – konserwatyzmu. Niekoniecznie zmieni swoje podstawowe zapatrywanie, ale przynajmniej opuści słownik inwektyw na rzecz rozumienia pogłębionego, zróżnicowanego, nieuproszczonego. Ale do tego potrzebny jest stan zaciekawienia i zgoda na wstępne niewiedzenie.

Ktoś mógłby powiedzieć, że takie problematyzowanie, dzielenie włosa na czworo, zaciekawienie złożonością tego świata grozi symetryzmem, relatywizmem, a nawet nihilizmem. Bo skoro jest tyle wersji możliwych, to po co się brać do poszukiwania prawdy. Na szczęście dostrzeganie złożoności świata nie musi nas degradować do pozycji biernych sceptyków ani nas osadzać w filozoficznym dystansie, który zwalniałby nas z udziału w życiu społecznym czy politycznym. Bo – jak zauważył Edmund Burke (XVIII w.!) – „aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”. Lecz żeby zło odróżnić od dobra, trzeba się tym zaciekawić. I mentalnie się napracować.

Domyślam się, że te uwagi nie wszystkich przekonają. Mimo to zachęcam do dostrzegania twórczej mocy owego „NIE WIEM”. A nuż niewiedzenie i następny krok, czyli poszukiwanie wiedzenia, da się wykorzystać przy rozwiązywaniu przynajmniej niektórych konfliktów.

Bogdan de Barbaro, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin. W latach 2016–2019 był kierownikiem Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum. Współpracuje z Fundacją Rozwoju Terapii Rodzin „Na Szlaku”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze