1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„Co by było, gdyby…” – jak trują nas niedomknięte historie. Rozmowa z psychoterapeutką Joanną Flis

Joanna Flis (Fot. Katarzyna Stefanowska/archiwum prywatne Joanny Flis)
„Zamknięcie historii to czasem po prostu decyzja i umowa zawarta z samym sobą. Zamykam, więc ta historia nie ma wpływu na moją teraźniejszość. Już niczego nią sobie dziś nie załatwiam i niczego już jej nie podporządkowuję” – tłumaczy psychoterapeutka Joanna Flis. 

Myślę, że to bliskie wielu z nas – ucieka nam jakieś słowo, data, nazwisko, usilnie próbujemy sobie przypomnieć i… nic! Taki „drobiazg” potrafi męczyć nas kilka dni, „chodzi” za nami i nie daje spokoju. Mówi Pani, że dzieje się tak dlatego, że nasz mózg potrzebuje domknięcia. Tu mowa o domknięciu poznawczym, ale Pani chce zwrócić uwagę na niszczącą siłę braku domknięcia emocjonalnego. Co to znaczy?
Zacznę od tego, że różnimy się między sobą tym, jak bardzo wspomnianego domknięcia potrzebujemy, ale zdecydowana większość rzeczywiście potrzebuje go bardzo. Lubimy rozumieć, niekoniecznie reflektować, ale mieć subiektywne poczucie zrozumienia sytuacji, wyciągnięcia z niej wniosków, bo to wszystko sprawia, że mamy poczucie kontroli nad światem, nad własnym życiem.

Im bardziej dana sytuacja jest emocjogenna, generuje na przykład niskie poczucie własnej wartości czy poczucie bycia skrzywdzonym, wykorzystanym w jakiś sposób, tym większą mamy potrzebę przejęcia kontroli.

Każda emocja ma swój początek, moment kulminacyjny największego natężenia, ale ma także tzw. ogon, pojawia się on wtedy, gdy nie zdołamy jej zamknąć, skończyć lub wyrazić. I to właśnie ten ogon potrafi ciągnąć się za ludźmi wręcz latami. Na przykład nie potrafimy wtedy przestać odczuć wobec kogoś nienawiści, żalu, nie potrafimy przestać mieć pretensje. Często w takich sytuacjach, aby ten ogon zrzucić, potrzebujemy symbolicznego rozstrzygnięcia.

Bo inaczej emocje będą nas zatruwać, uniemożliwią nam zdrowe funkcjonowanie, czy tak?
Tak, bo bardzo dużo musimy wkładać wtedy energii, żeby z takimi otwartymi emocjami nie mieć na bieżąco kontaktu. Tak działa na przykład chęć zemsty – ktoś ma pretensje przez 20, 30 lat i ta emocja żyje w nim nieuświadomiona, czasem skontenerowana, a czasem wyparta – to jest częstszy scenariusz – i męczy, ciąży. Nie wiemy, że jest, ale coś zajadamy, zapijamy albo boli nas głowa, gniecie żołądek…

Nie mamy pojęcia dlaczego…
Właśnie. Jeśli ktoś chce sobie uświadomić, jak to jest radzić sobie z emocją, która została wzbudzona, a nie jest zakończona czy wyrażona, to wystarczy, że pójdzie do kina na jakiś bardzo emocjonujący, wzruszający film i będzie próbował nie wyrazić tego, co czuje, nie wzruszyć się, nie rozpłakać. To jest mniej więcej ten rodzaj wysiłku, napięcia w ciele – oglądam coś, co mnie bardzo pobudza do płaczu, ale robię wszystko, żeby się nie rozpłakać.

Mówi Pani o tym, że to niedomykanie historii jest na tyle częste, że czytamy o tym w książkach, powstają o tym filmy i seriale. Krótko mówiąc: to doświadczenie masowe.
Zdecydowanie tak, wątek zemsty czy na przykład powrotu do rodzinnego miasteczka, by spotkać „miłość życia” i zrozumieć wreszcie, że wcale nie jest to ta właściwa miłość, ta właściwa droga. Jest bardzo wiele pozycji literackich czy filmowych, w których fabuła podporządkowana jest jednemu wątkowi – wątkowi domknięcia pewnego zdarzenia, które miało miejsce w przeszłości. Znam bardzo wiele osób, które w dorosłym życiu robią różne rzeczy, na przykład intensywnie pracują albo wyznaczają sobie gigantyczne cele, zadania tylko po to, by komuś coś udowodnić, czy to nauczycielowi, czy rodzicowi, siostrze, bratu. Niesie ich jedna rzecz – pokazać, że jestem coś warta, warty. Ktoś kiedyś powiedział mi, że jestem głupia, nie zareagowałam wtedy na to, ale do dziś – a mam lat 50 – robię wszystko, żeby tylko nie wyjść na głupią… Działam jak zaczarowana, bo kiedyś temu zdaniu nadałam znaczenie, nadałam moc, bo najczęściej próbujemy domykać historie, w które uwierzyliśmy. To ma bardzo silny charakter motywacyjny.

Funkcja motywacyjna? To z pozoru brzmi całkiem dobrze – jak coś motywuje mnie do działania, to OK, ale chyba nie w tym przypadku…
Nie, bo jeżeli moją główną motywacją jest udowodnienie komuś, że jestem jednak wystarczająco atrakcyjna, wystarczająco mądra, wystarczająco pracowita, to funkcja motywacyjna nie jest tu zdrowa, a bardzo toksyczna.

Tych niedomkniętych historii są miliony, dotyczą one bardzo różnych obszarów. Jest na przykład taka scena w znanym nam wszystkim filmie „Pretty Woman”, w której główna bohaterka grana przez Julię Roberts wraca do butiku, w którym kiedyś została wyśmiana w bardzo drogich i pięknych ubraniach. Po co tam idzie, co chce zrobić?
Chce poradzić sobie z naruszonym poczuciem godności. Podobną potrzebę mają często kobiety, które zostały porzucone. Taka kobieta zaczyna o siebie bardzo, a wręcz obsesyjnie dbać, codziennie pięknie się ubiera i maluje, bo żyje tym, że kiedyś gdzieś spotka tego mężczyznę, a on jak ją zobaczy, bardzo pożałuje… Czyli: nie dam się porzucić, przejmę kontrolę nad zdarzeniem, które miało miejsce, i odwrócę jego bieg, nie pozwolę tej historii porzucenia zapisać się w mojej biografii, zrobię coś, co ją unieważni, co ją anuluje.

Co dzieje się z kobietą, która funkcjonuje z jedną myślą: „Ja mu jeszcze pokażę!”? Co robimy w ten sposób ze swoim życiem?
Przestajemy być blisko siebie, blisko swoich potrzeb, nie dajemy sobie prawa do tego, by przeżyć rozpacz związaną z byciem porzuconą, nie dajemy sobie też prawa do tego, by z tego doświadczenia wyciągnąć jakąś lekcję. Bo jeżeli próbuję odwrócić bieg zdarzenia, czyli robię wszystko, żeby w mojej biografii nie było doświadczenia porzucenia, tylko „zamieniam” je na doświadczenie porzucenia przez partnera, który się pomylił i żałuje, to nie jestem blisko siebie, ale siebie niszczę, traktuję siebie przedmiotowo. Robię to tylko po to, by nie dotknąć uczucia, że jest ktoś, kto przestał mnie kochać taką, jaką jestem. Przez to nie daję sobie prawa, by pozostać sobą. Bo jeśli on przestał mnie kochać w takiej wersji, to znaczy, że nikt mnie takiej nie pokocha, muszę siebie zmienić. Wiele złego dzieje się z taką kobietą. Z pewnością nie żyje ona pełnią, nie obejmuje siebie, tylko używa siebie, by zrealizować toksyczne motywy wewnętrzne.

Można powiedzieć, że robi sobie zdecydowanie większą krzywdę niż partner, który ją porzucił. Kaliber jest nieporównywalny, tylko nie zdajemy siebie z tego sprawy…
Tak, bo wtedy my same siebie porzucamy. Jesteśmy bardzo daleko od podmiotowego traktowanie siebie. A z tego nic dobrego nie wynika.

Pracuję z kobietami i widzę, jak ogromny kawał naszych żyć podporządkowujemy temu, by odwrócić słowa, czyny innych ludzi wobec nas. To są zdania wypowiedziane przez nasze matki, babcie, siostry. Kobiety latami żyją tym, by odwrócić słowa babci, by udowodnić jej, że jednak nie jestem kobietą lekkich obyczajów, albo udowodnić mojej matce, że jednak nadaję się na matkę. Czyli nigdy nie dotknę tego, jaką matką mogłabym być, bo ciągle skupiam się jedynie na tym, by być taką, jaka mogłaby być zaakceptowana przez moją matkę, która mnie odrzuciła.

Tracę siebie, tracę kontakt ze swoim dzieckiem…
Bo cała energia idzie w to, by udowodnić komuś, że się co do mnie pomylił. Wśród tych najpopularniejszych niedomkniętych historii jednym motywem jest zemsta – tam, gdzie jest upokorzenie – a drugim jest przeglądanie się w innych ludziach. Jeśli moja matka, babcia, mój ojciec, partner odzwierciedlają mnie w taki sposób, który jest dla mnie bolesny, trudny i nie do przyjęcia, to mogę się na tym zafiksować. I walka z tym odzwierciedleniem staje się dla mnie ważniejsza niż wszystko inne; niż to, kim jestem, co mogę w świecie zrobić, czego potrzebuję i co czuję.

Są też takie historie, które można włożyć do worka z napisem „Co by było, gdyby…”. I to chyba także dotyczy wielu z nas, często związków, które z różnych powodów zostały przerwane. Mam tu i teraz swoje życie, ale wciąż sączy się we mnie myśl, a co by było, gdybym jednak była z panem X, gdybym jednak związał się z panią Y…
To jest trujące. W terapii narracyjnej moglibyśmy powiedzieć, że ma to związek z tym, że trudno nam włączyć w naszą biografię historie, które nie są zgodne z naszymi wyobrażeniami o tym, jak to życie powinno wyglądać. Bardzo często ludziom się wydaje, że to, jak sobie wyobrażają życie, to, jaką mają fantazję na jego temat – jest właśnie tym życiem, którym powinni żyć, a cała reszta, która się przytrafia, to wypadki przy pracy!

To całkiem dużo tych wypadków…
Prawda? I tak wiele osób idzie tą ścieżką wspomnianych wypadków przy pracy z przekonaniem, że to nie jest ta ich właściwa ścieżka. Przekonani są, że gdzieś obok jest to ich idealne, właściwe życie, do którego wciąż nie mogą się dostać, bo nie spotkali właściwego partnera, bo nie mają wystarczającej ilości pieniędzy, bo, bo, bo… Z różnych powodów nie żyję tym życiem, którym powinnam żyć. To jest bardzo powszechne przekonanie. Taoizm bardzo ładnie to tłumaczy – otóż każdy z nas ma pisaną jakąś drogę, a satysfakcja z życia zależy od tego, jaki mamy stosunek do tego, co nam pisane lub co nam się przytrafia. Jeśli mamy wciąż poczucie, że zamówiliśmy w restauracji nie to danie, mogliśmy wybrać jednak krewetki, to dobrze nam nigdy nie będzie. Nigdy nam nie będzie dobrze, jeśli za bardzo będziemy oglądać się na życia innych albo kiedy wciąż będziemy fantazjować o tym, że gdzieś za rogiem jest to nasze „właściwe” życie… Wtedy możemy wegetować, niczego nie doświadczając, nie wynosząc żadnych lekcji, z ciągłym poczuciem rozczarowania.

Dodam tylko, ku przestrodze, że depresja bardzo często zaczyna się właśnie tak, że ludzie pokładają się w ciągu dnia, chodzą spać coraz wcześniej, by przenieść się w świat swoich fantazji, wracają myślami do jakiegoś punktu w przeszłości, kiedy wydawało im się – podkreślę: wydawało im się – że są we właściwym miejscu, o właściwej porze, z właściwymi ludźmi… To bardzo niebezpieczne, to bardzo toksyczne, bo źródłem takich przekonań jest zbyt duże przywiązanie do tego, jak powinno być. Gdy przywiązujemy się do własnych wyobrażeń na temat życia, rzeczywiście zostaje nam tylko cieszyć się niektórymi chwilami, które te wyobrażenia spełniają. Taka postawa jeżeli nie doprowadzi do rozwinięcia się depresji, doprowadzi do ogromnego rozgoryczenia.

Rozumiem, że fantazjowanie o tym, „co by było, gdyby”, jest także rodzajem niezamknięcia historii.
Tak, tej, którą sobie kiedyś, w dzieciństwie czy w młodości, sama wymyśliłam. Wymyśliłam, że będę panią doktor i choć po drodze świat zapraszał i zaprasza mnie wciąż do różnych rzeczy, czasem bardzo fajnych, ja tego nie widzę, na żadne zaproszenie nie odpowiadam, bo wciąż – bezskutecznie, ale usilnie – działam na rzecz moich dawanych fantazji. Jest takie trafne obrazowe porównanie stworzone na bazie japońskiej filozofii – tam, gdzie Japończyk zauważy, że w jego ogrodzie wybija woda, tam zbuduje studnię, czyli skorzysta z zaproszenia świata. A my mamy tendencję do tego, by nie przyglądać się temu, co mamy w swoim ogrodzie. Nie, siadamy w domu przy stole, bierzemy kartkę i rysujemy plan, gdzie w ogrodzie zrobimy skalniak, i tego planu kurczowo się trzymamy. Nieważne, gdzie wybija woda, bo na moim planie akurat tam jest skalniak. I koniec kropka. Potem przez 20 lat będę walczyć z tą wybijającą wodą, bo taka była moja fantazja o tym ogrodzie. Nie „zamknę” mojej fantazji, będę cierpieć.

Czasem te nasze uporczywości związane z fantazjami połączone są z tym, wzmocnione przez to – i tu nawiązanie do naszego poprzedniego wątku – że ktoś kiedyś powiedział nam, że nie będziemy w stanie tego „skalniaka” stworzyć albo że ktoś zrobi czy zrobił dużo lepszy. Więc ja żyję tylko po to, by udowodnić, że mój plan na ogród jest dobry. Nie dostrzegam niczego, a przede wszystkim własnego potencjału, który mam w zupełnie innymi obszarze niż tworzenie ogrodów.

Przejdźmy do rozwiązań. Na czym polega zamknięcie historii?
Kiedy mówimy o relacjach miłosnych, to zamknięcie historii związku polega na tym, by dostrzec wielowymiarowość tego doświadczenia. Czyli nie mogę powiedzieć, że związek był tylko zły albo tylko dobry. Nawet jeżeli jestem wściekła, to zaczynam dopuszczać cząstki prezentów, które otrzymałam w tej relacji, a jeśli romantyzuję dawnego partnera, to zaczynam zauważać, że były jednak powody, dla których to nie wyszło. Domknięcie historii związanej ze związkiem polega na tym, że przestaję myśleć dychotomicznie. Ale też nie muszę już niczego udowadniać, szukać winnych i oskarżać. Uwalniam siebie i tą drugą osobę.

Wychodząc poza obszar relacji miłosnych, myślę, że historie domykamy wtedy, kiedy przestają one mieć moc w naszej teraźniejszości. Posługując się przykładem straty – kiedy wspominam kogoś, kogo straciłam, pojawiają się smutek i tęsknota, ale to nie będzie powód, dla którego dziś nie wyjdę z domu. Domykanie historii to wpuszczenie ich do przeszłości, ale też integrowanie ich w sobie. To jest bardzo ważny element – by coś zamknąć, musimy przyjąć, że miało to miejsce i coś w nas wywołało – poczucie porzucenia, bycia ofiarą itd. Musimy też przyjąć konsekwencje, jakie to zdarzenie wywołało. Czasem latami nie zgadzamy się z konsekwencjami, na przykład utratą oszczędności w związku z uzależnieniem byłego męża. Niby przyjmuję, że miałam taki związek, ale straconych pieniędzy nigdy nie przestaję liczyć. Nigdy też już nikomu nie zaufam.

Mówi Pani, że zamknięcie historii to czasem po prostu decyzja i umowa zawarta z samym sobą: „Zostawiam to”, „Zamykam temat”.
Zamykam, więc nie żywię urazy. Zamykam, więc nie wracam do tego myślami. Zamykam, więc nie dopisuję niczego do scenariusza filmu pt. „Co by było, gdyby”. Zamykam, więc nie czuję się już ofiarą. Zamykam, więc nie używam historii z przeszłości do tłumaczenia tego, co dzieje się tu i teraz. Zamykam, więc nie tłumaczę siebie, nie szukam alibi dla swojego zachowania, bo ktoś kiedyś mnie zranił, ale i przestaję oskarżać, wypominać, szukać wyrównania rachunków. Zamykam, więc ta historia nie ma wpływu na moją teraźniejszość. Już niczego nią sobie dziś nie załatwiam i niczego już jej nie podporządkowuję.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze