1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Aby zrozumieć magnetyzm Paryża, trzeba się cofnąć do belle époque. Rozmowa z Martą Orzeszyną, znawczynią literatury i kultury francuskiej

Marta Orzeszyna znawczyni literatury i kultury francuskiej. (Fot. materiały prasowe)
Marta Orzeszyna znawczyni literatury i kultury francuskiej. (Fot. materiały prasowe)
Jeśli pomyśleć o jego największych symbolach – wieży Eiffla, bulwarach, kawiarniach, ale też o ikonicznych dziełach francuskich artystów – wszystkie powstały właśnie wtedy. W czasach belle époque. Ale piękna epoka miała swoją ciemną stronę. I także o niej opowiada Marta Orzeszyna, współautorka książki „Paryż belle époque. Podróż do miasta świateł”.

Wiele mówi się o wyjątkowej atmosferze stolicy Francji. Razem z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk twierdzicie, że aby zrozumieć magnetyzm Paryża, trzeba się cofnąć do belle époque.
To wtedy narodziła się jego legenda, która czaruje do dzisiaj. Z biegiem lat stała się świetnym produktem marketingowym, przyciągającym tłumy. Oczywiście, często słyszę skrajnie odmienną opinię – Paryż jest skończony i przereklamowany. A jednak to wciąż miasto najchętniej odwiedzane przez turystów z całego świata. Jeśli ktoś poszukuje namiastki belle époque, może wspiąć się na Montmartre, ale nie znajdzie już niewielkiej wioski, zamieszkanej przez ubogich artystów. Nie dotknie, nie zobaczy tamtego świata. On już nie istnieje. Duchów przeszłości trzeba szukać inaczej, najlepiej przemierzając Paryż wzdłuż i wszerz, zagłębiając się, oddychając nim.

Artystyczna dzielnica Montmartre. (Fot. © GRANGER / GRANGER) Artystyczna dzielnica Montmartre. (Fot. © GRANGER / GRANGER)



No właśnie, to gdzie można dziś znaleźć ciągle żywe pozostałości z tamtej epoki? Nie ma już kabaretu Chat Noir, choć wszędzie są sprzedawane plakaty z charakterystycznym czarnym kotem.
Ależ prawie cały Paryż – charakterystyczny układ ulic, jasne kamienice, niektóre stacje metra, wieża Eiffla, Moulin-Rouge czy Sacré-Coeur – to belle époque! Przyjemny dla oka ład architektoniczny, szerokie bulwary, piękne ogrody i parki – to wszystko jest pozostałością przebudowy Paryża przez barona Georges’a Haussmanna z lat 1853–1870. Potem kontynuowano ją konsekwentnie, oddalając się od centrum. Wizja nowoczesnej stolicy Francji zrodziła się z ambicji Napoleona I, który zapatrzony w modernizujący się Londyn chciał mieć stolicę na miarę swojej wielkości. Do marzeń stryja powrócił Napoleon III, przesądzając o radykalnych zmianach architektonicznych. Nadzór nad nimi powierzył właśnie Haussmannowi. Wielu intelektualistów, w tym Emil Zola, wypowiadało się o nich krytycznie. Patrzyli bowiem na śmierć miasta, które kochali. Dawny Paryż został zrównany z ziemią, a na jego miejscu powstał nowy. Oczywiście zachowano najważniejsze zabytki, ale większość Paryża, jaki znamy dzisiaj, pochodzi z XIX wieku.

Liane de Pougy, tancerka Folies Bergère, jedna z najbardziej znanych paryskich kurtyzan. (Fot. Getty Images)   Od lewej: 1. Colette (1890). 2. Sarah Bernhardt w swoim apartamencie. Liane de Pougy, tancerka Folies Bergère, jedna z najbardziej znanych paryskich kurtyzan. (Fot. Getty Images) Od lewej: 1. Colette (1890). 2. Sarah Bernhardt w swoim apartamencie.



Przebudowa stolicy Francji nastąpiła z powodów politycznych – obawiano się rozruchów w wąskich uliczkach, trzeba było poszerzyć je na tyle, by mogło nimi przejść wojsko, ale i higienicznych, bo brudny Paryż cuchnął, nie miał kanalizacji, więc w niektórych miejscach ekskrementy płynęły ulicami. Miasto nękały regularnie epidemie cholery.
Równolegle postępował rozwój kolei, więc do Paryża przybywali turyści. Amerykanie, świeżo wzbogaceni właśnie na rozwoju kolei i przemysłu w swoim kraju, zaczęli przysyłać do Francji swoje córki, by znalazły tu mężów z arystokratycznymi nazwiskami. Idealnie się składało, bo francuska arystokracja, poturbowana rewolucją, wojną z Prusami i Komuną Paryską, potrzebowała wsparcia i funduszy. Paryż stał się areną spotkań najzamożniejszych i najbardziej prominentnych. Bogacze potrzebowali luksusowych hoteli, restauracji oraz biżuterii Boucherona, sukni od Wortha i Douceta, walizek od Louisa Vuittona, ale też sztuki i rozrywki. To wszystko oferował im Paryż, okrzyknięty wówczas stolicą świata, miastem modnym i nowoczesnym. Przyciągał karierowiczów i aferzystów, ale też artystów i pracowitych geniuszy. Jak nasza rodaczka Maria Skłodowska-Curie, która przyjechała, by studiować na Sorbonie. Została pierwszą kobietą profesorem tej uczelni i dwukrotną noblistką.

Maria Skłodowska-Curie i Piotr Curie w swoim laboratorium w Paryżu. (Fot. Getty Images) Maria Skłodowska-Curie i Piotr Curie w swoim laboratorium w Paryżu. (Fot. Getty Images)

Wszystko pięknie, ale belle époque to także podwójna moralność – mężczyznom było wolno prawie wszystko, a kobietom prawie nic. Oni romansowali do woli, a jeśli udowodniono im zdradę, wpłacali po prostu grzywnę. One, przyłapane na romansie, psuły sobie reputację, mogły nawet trafić do więzienia lub szpitala psychiatrycznego. Gdy chciały odejść od męża, traciły nie tylko dom, ale i dzieci.
Kobiety nie były podmiotami prawnymi. Nie decydowały o sobie. Należały najpierw do ojców, a kiedy wychodziły za mąż, stawały się własnością mężów. Nawet te bardzo bogate, wnoszące do małżeństwa miliony, oddawały posag w zarządzanie małżonka. Nie mogły mieć konta ani pracować bez jego zgody. Mówimy o pracy zarobkowej w klasach niższych, bo temat ten nie istniał w przypadku mieszczaństwa czy arystokracji. Kobiety z wyższych sfer były uwięzione we własnym domu i kręgu rodzinnym. W tamtych czasach dbająca o reputację panna czy dama nie mogła sama wyjść do kawiarni lub po sprawunki. W miejscu publicznym musiała być zawsze w towarzystwie krewnego lub przyzwoitki.

Portret Misi Sert, autostwa Auguste’a Renoira (1883). (Fot. Getty Images) Portret Misi Sert, autostwa Auguste’a Renoira (1883). (Fot. Getty Images)

Tymczasem kobiety uboższe, ciężko pracujące na swoje utrzymanie, oddawały zarobki mężom. Często dorabiały prostytucją do skromnej pensji, niewystarczającej na utrzymanie rodziny. Istniały zawody sprzyjające dodatkowej formie zarobkowania – kelnerka, aktorka, tancerka czy artystka kabaretowa. Zabrzmi to paradoksalnie, ale właśnie taka droga dawała niektórym kobietom belle époque namiastkę wolności. Podobnie jak wdowieństwo. Po śmierci męża kończyła się męska kuratela. Wdowa, uznawana za straconą dla świata pokus, mogła wieść w miarę niezależną egzystencję. Przymykano oko na ewentualne romanse, ale ponowne małżeństwo musiało zostać zaakceptowane przez rodzinę.

Mata Hari, najsłynniejsza kobieta szpieg (1911). (Fot. Getty Images) Mata Hari, najsłynniejsza kobieta szpieg (1911). (Fot. Getty Images)

Paryż belle époque nazywano współczesnym Babilonem albo Sodomą i Gomorą. Mężczyźni szukali tu spełnienia najskrytszych fantazji. I bez trudu je zaspokajali w niezliczonych, legalnych i nielegalnych, domach uciech. Warto pamiętać, że Henri de Toulouse-Lautrec, słynący z obrazów dokumentujących codzienne życie domów publicznych, był przede wszystkim ich klientem.

W czasie jednej z kwerend trafiłam na sekretny erotyczny przewodnik dla panów, w którym opisano szczegółowo, bardzo obcesowym językiem kilkadziesiąt luksusowych kokot i kurtyzan, przyjmujących klientów w swoich apartamentach. Lektura tej niewielkiej książki jest wstrząsająca. Krótkie dosadne zdania na temat wyglądu – oczu, zębów, uszu, nosa, włosów, szerokości bioder, koloru skóry, wielkości stóp, upodobań seksualnych i ewentualnych dewiacji, które mogłyby zainteresować klienta.

Wnętrze Le Théâtre du Vaudeville podczas antraktu (1900). (Fot. The Print Collector  / Alamy Stock Photo) Wnętrze Le Théâtre du Vaudeville podczas antraktu (1900). (Fot. The Print Collector / Alamy Stock Photo)

Jak pokazuje serial „Paris Police 1905” policja ewidencjonowała paryskie pracownice seksualne aż do 1945 roku. Podobnie katalogowano gejów, „rejestr pederastów” aktualizowano do 1982 roku.
W archiwach paryskiej policji zachowały się dość szczegółowe rejestry kobiet z półświatka – każda miała swoją teczkę, zawierającą jej fotografię, adres, kontakty, opis jej działalności czy rezultaty badań lekarskich. Warto tu nadmienić, że wizyty lekarza w domach publicznych objętych nadzorem prefektury były obowiązkowe i miały chronić prostytutki i klientów przed chorobami wenerycznymi. Syfilis był w tamtych czasach chorobą bardziej powszechną niż gruźlica. Przekazywaną żonom, mającą wpływ na zdrowie dzieci. Informacje o chorujących interesowały policję. Wstydliwe dolegliwości bywały pretekstem do szantażu podczas ewentualnych śledztw. Podobnie jak upodobania seksualne. Nie bez powodu najsłynniejszym szpiegiem była Mata Hari, która pozyskiwała informacje w alkowie.

Kadr z kontynuacji serialu – „Paris Police 1905”: wydział antropometrii w komplecie. (Fot. materiały prasowe) Kadr z kontynuacji serialu – „Paris Police 1905”: wydział antropometrii w komplecie. (Fot. materiały prasowe)

Nie wiem, czy pani zauważyła, ale pierwsza część serialu „Paris Police”, dziejąca się w 1900 roku, otwiera pikantna historia, wspomniana w naszej książce. Chodzi o śmierć prezydenta Francji, Félixa Faure’a, który wydał ostatnie tchnienie w sekretnym gabinecie w trakcie seksu oralnego z kochanką, ironicznie nazywaną po tym incydencie „pompą pogrzebową”. Kochanka prezydenta nikogo nie dziwiła. Utrzymywanie luksusowej kurtyzany stanowiło o pozycji mężczyzny tak samo jak posiadanie wyścigowego konia. Cieszę się, że ta historyczna anegdota obyczajowa, o której piszemy, stała się kanwą tego serialu, znakomicie oddającego zarówno pod względem wizualnym, jak i merytorycznym atmosferę paryskiej belle époque.

Czyli z jednej strony blask sukien i przepych salonów, a z drugiej bieda i ciężka sytuacja kobiet.
W książce nie pomijamy ciemnej strony ówczesnego Paryża. Piszemy o pięknej legendzie, która przetrwała do dziś, nie unikając trudnych tematów. I tak na przykład prezentujemy słynne kokoty i kurtyzany, ale również dziewczęta stojące niżej w hierarchii pracownic seksualnych – loretki, które nazwę zawdzięczały zamieszkiwaniu w okolicy kościoła Notre-Dame-de-Lorette. Jardinettes – nazywane od ogrodów, w których je spotykano, czy gigolettes – bywalczynie potańcówek. Zatrudnione jako pokojówki lub służące, były wspomagane finansowo przez mniej zamożnych mężczyzn robotników, artystów lub studentów, składających się czasem w dwóch lub trzech, aby zapewnić byt wybrance. Były też dziewczęta szukające innej drogi – gryzetki, czyli robotnice (nazwa pochodzi od ich szarych, z franc. gris, ubrań), midinetki – przeważnie szwaczki lub ekspedientki, które wychodziły z pracy w południe (midi) na szybki zarobek, bo nie miały czasu na powrót do domu. Wiele z nich pracowało wprawdzie w centrum Paryża, w bogatych dzielnicach, ale nie zawsze mogły utrzymać się z tak zwanej uczciwej posady i ulegały obietnicom łatwiejszego życia jako utrzymanki.

Seks jako droga emancypacji był, niestety, jednym z głównych wyborów prostych i biednych dziewczyn. Ale w archiwach policyjnych odnajdujemy też Sarę Bernhardt, wielką gwiazdę francuskiego teatru, która była również kurtyzaną. Coco Chanel też korzystała z finansowego wsparcia mężczyzn, czego długo nie umiano zapomnieć. Owszem, chętnie kupowano jej stroje i kosmetyki, stała się sławna i podziwiana, ale były takie kręgi towarzyskie, które tych początków nigdy jej nie wybaczyły.

Sarah Bernhardt w swoim apartamencie. (Fot. public domain sourced / access rights from PWB Images / Alamy Stock Photo) Sarah Bernhardt w swoim apartamencie. (Fot. public domain sourced / access rights from PWB Images / Alamy Stock Photo)

Warto też wspomnieć Cléo de Mérode, jedną z bohaterek naszej książki, pochodzącą wprawdzie z arystokratycznej rodziny, ale będącą owocem romansu matki. Zwana najpiękniejszą z pięknych, tancerka, pierwsza fotomodelka, muza artystów, umiejętnie podsycała wokół siebie atmosferę skandalu. Nie była kurtyzaną, lecz nie zaprzeczała plotkom o intymnej relacji z królem Belgii. Uśmiechała się tajemniczo, gdy Alexandre Falguière wystawił na salonie sztuki rzeźbę przedstawiającą nagą kobietę z twarzą Cléo, a widownia dociekała, czy naprawdę pozowała nago. Uznawano ją za ikonę stylu, wygrała plebiscyt prasowy na najpiękniejszą kobietę Francji. Cecil Beaton, na długo przed nastaniem mody na dojrzałe modelki, sfotografował prawie dziewięćdziesięcioletnią Cléo dla „Vogue’a”. Wciąż była olśniewająca. Natomiast w roku 1950 roku, kiedy wielu myślało, że już nie żyje, wytoczyła proces pisarce Simone de Beauvoir, która nazwała ją w książce heterą. „Tancerką – tak, kokotą – nigdy!” – protestowała oburzona panna de Mérode. Wygrała proces, a de Beauvoir musiała jej zapłacić jednego franka odszkodowania.

Cléo de Mérode na przechadzce. (Fot. public domain sourced / access rights from PWB Images / Alamy Stock Photo) Cléo de Mérode na przechadzce. (Fot. public domain sourced / access rights from PWB Images / Alamy Stock Photo)

Ale nie zapominajmy o pozytywnych dla kobiet aspektach epoki – powszechnej edukacji dla dziewcząt, dostępie do uczelni, pierwszych lekarkach i adwokatkach, projektantkach mody, przedsiębiorczyniach, działaczkach społecznych. O Misi Sert, zwanej królową Paryża, o Louise Michel, Jeanne Lanvin czy Colette. O pierwszych sportsmenkach, biorących udział w igrzyskach olimpijskich – tenisistkach i golfistkach. O malarkach i rzeźbiarkach, również polskich, które właśnie w Paryżu miały możliwość twórczego rozwoju. O nich wszystkich także piszemy w naszej książce.

Za początek belle époque uznaje się 1870 rok, za jej koniec – wybuch pierwszej wojny światowej. Co ciekawe, sama nazwa została jej nadana dopiero po wojnie, jako docenienie 40 lat względnego spokoju i dobrobytu.
Wojna, przynosząc ogromne cierpienie, zmieniła postrzeganie przeszłości. Po raz pierwszy użyto na masową skalę broni chemicznej, pancernej i samolotów wojskowych. Zginęły miliony ludzi. Ci, którzy przeżyli, często wracali kalecy i oszpeceni. Stąd też wziął się dynamiczny rozwój chirurgii plastycznej. Dla Francuzów trauma pierwszej wojny światowej była dużo większa niż drugiej. My odzyskaliśmy niepodległość i nadzieję, to rekompensowało poniesioną ofiarę. Oni stracili to wszystko, co nazwali właśnie belle époque: czasy gwałtownego rozwoju – transportu (pociągi, samoloty, transatlantyki, samochody), przemysłu, nauki, medycyny, prawa pracy, ale również sztuki, rozrywki i mody. Piękna epoka to początki elektryczności, telefonu, radia, kina, wielkich odkryć naukowych, masowej turystyki i sportu. Paryż był wtedy centrum nowoczesnego świata, gościł wystawy powszechne i wielkie wydarzenia sportowe. Konsekracja na tutejszych salonach sztuki, występy w teatrach i w operze, publikacje we francuskiej prasie stały się ambicją każdego twórcy. Był to przystanek obowiązkowy na drodze artystycznej.
I o tych pozytywnych aspektach chciano pamiętać, nie o aferze Dreyfusa, zamachach anarchistów czy sporach politycznych.

Zastanawiałam się, czy tej nazwy nie można by odczytać trochę ironicznie. Podobnie jak „belle-mère”, czyli po francusku teściowa, macocha.
Język francuski jest finezyjny, dobrze oddaje niuanse grzecznościowe – stąd belle-mère na określenie teściowej. Belle występuje tu w znaczeniu „droga”, czyli: droga matka. Przyzna pani, że widać różnicę w porównaniu z językiem polskim. Nawet jeśli jest w tym ironia, to z klasą. Belle époque pobrzmiewa za to nostalgicznie, jak „raj utracony”, jak „przeminęło z wiatrem”. Pamięta pani film Woody’ego Allena „O północy w Paryżu”? Bohater marzy, by przenieść się do Paryża lat 20. XX wieku i być częścią bohemy. Spotyka Hemingwaya, F.S. Fitzgeralda, Picassa i Gertrude Stein. Poznaje też dziewczynę z szalonych lat 20., ale ona marzy tylko o belle époque. To nieobca i nam tęsknota za czasami znanymi tylko z opowieści, piękniejszymi niż rzeczywistość. Nasza książka to taka podróż w czasie do utraconego Paryża.

Budowa metra przed paryską Operą (ok. 1900). (Fot. © GRANGER / GRANGER) Budowa metra przed paryską Operą (ok. 1900). (Fot. © GRANGER / GRANGER)

Nie ma już powrotu do belle époque nie tylko w sensie radości, zabawy czy beztroski, ale też do roli kobiet. Wojna postawiła przed nimi zupełnie nowe zadania. Musiały zająć miejsca mężczyzn, siąść za kierownicą, pracować w fabryce, kierować przedsiębiorstwem – i świetnie sobie z tym poradziły. Maria Skłodowska-Curie ufundowała ambulanse z aparatami rentgenowskimi, by prześwietlać na froncie rannych żołnierzy. Sama nimi kierowała. To wzbudziło powszechny podziw Francuzów. Zapomniano w końcu o jej romansie z żonatym mężczyzną.

Colette (1890) (Fot. Getty Images) Colette (1890) (Fot. Getty Images)

Po wojnie kobiety już nie chciały cofać się na dawne miejsce. Mężczyźni z trudem odnajdywali się w nowej rzeczywistości. Stąd zapewne brała się część tej tęsknoty za minioną epoką, gdy kobiety nie pracowały, nie paliły papierosów, nie jeździły samochodami, nie domagały się praw. My, Polki, miałyśmy to szczęście, że niepodległość przyniosła nam też prawa wyborcze, Francuzki dostały je dopiero po drugiej wojnie światowej.

Ja też, niczym wspomniana bohaterka „O północy w Paryżu” w czasach, kiedy byłam, jak to mówi Kasia Miller „neurotyczną panienką”, zakochałam się w Paryżu i belle époque, głównie za sprawą biografii Henriego de Toulouse-Lautreca. A u pani od czego to się zaczęło?
Paryż był moim dziewczyńskim marzeniem, które też przyszło z książkami. Przełomową dla mnie lekturą stało się „Ruchome święto” Ernesta Hemingwaya. Często do niej wracam, choć mój egzemplarz z lat 60. XX wieku jest już mocno sfatygowany. Hemingway opowiada w niej o swojej młodości spędzonej w Paryżu w latach 20. Padają tam słynne słowa „Jeśli miałeś szczęście mieszkać w Paryżu jako młody człowiek, to dokądkolwiek się udasz przez resztę życia, idzie on za tobą”. Nie mogłam o nich zapomnieć. Kiedyś wychowawczyni w liceum zapytała nas, co chcielibyśmy w życiu robić. Odpowiedziałam, że nie mam pojęcia, ale cokolwiek będę robiła, to na pewno w Paryżu. Rozbawiłam moją klasę, bo to nie były jeszcze czasy swobodnych podróży za granicę. Ale w końcu dopięłam swego. Miałam to szczęście, że trafiłam do klasy z językiem francuskim, którego uczyły świetne romanistki. Potem również wybrałam ten kierunek studiów. Kolejnym krokiem był wyjazd do Paryża.

I jakie było pani pierwsze wrażenie?
Z autokaru wysiadłam rano, po 18 godzinach podróży, na place de la Concorde. Rozejrzałam się dookoła. Z jednej strony zobaczyłam Łuk Triumfalny i wieżę Eiffla, z drugiej le jardin des Tuileries, przed sobą obelisk z Luksoru, błyszczący w porannym słońcu. Ten widok był lepszy od marzeń. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Potem przyszła trudna konfrontacja z rzeczywistością. Wyszłam z niej obronną ręką, bo czułam, że to jest moje miasto. Chciałam zostać tam na zawsze. Tylko ja i Paryż. Nie myślałam o założeniu rodziny. Nie chciałam mieć też dzieci. A dzisiaj jestem matką trzech chłopców. Ale poznałam w Paryżu mojego męża. Ta miłość okazała się większa. Zmieniłam życiowe plany.

Victor Hugo powiedział kiedyś, że oddychanie Paryżem konserwuje duszę. Moja dusza jest wypełniona tym miastem. Do tej pory myślę i śnię po francusku. Staram się tam bywać jak najczęściej.
Odkąd wróciliśmy do Polski, zaczęłam też o Paryżu pisać. Dał mi wszystko – szczęście w życiu osobistym i zawód, także researcherki, bo dużo pracuję jako konsultantka merytoryczna. Obecnie przy francuskim filmie dokumentalnym o fryzjerze Antoinie Cierplikowskim oraz przy pierwszym polskim dokumencie o Tamarze Łempickiej, odkrywając nowe fakty i tropy. Szykuje się też ekranizacja biografii „Antoine de Paris” mojego autorstwa. Z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk współpracowałam przy jej powieściach „Podróż do miasta świateł” oraz „Jej wysokość kurtyzana” – obu z Paryżem w tle.

Kadr z pierwszego sezonu „Paris Police 1900”: młoda prawniczka Jeanne Chauvin na rowerze, ulubionym środku komunikacji paryżan belle époque. (Fot. materiały prasowe) Kadr z pierwszego sezonu „Paris Police 1900”: młoda prawniczka Jeanne Chauvin na rowerze, ulubionym środku komunikacji paryżan belle époque. (Fot. materiały prasowe)

Co jest dziś dla pani najciekawsze w Paryżu?
Moje miejsca, moje ścieżki. Na przykład dzielnica Le Marais słynąca z butików młodych kreatorów i designerów. Okolice placu Vendôme i rue de la Paix – złoty trójkąt luksusu, gdzie znajdują się siedziby marek z ciekawą historią. Poszukuję tam inspiracji. Potem piszę artykuły – o Fauré Le Page czy Goyard. Zaglądam na urokliwy place des Vosges, do ogrodu Palais-Royal, na boulevard des Italiens, rue Montorgueil i rue Mouffetard. Spaceruję uliczkami w mojej ukochanej 1. dzielnicy. Lubię taras w Café de la Paix przez sentyment do Wokulskiego. Albo okolice Bastylii. Przesiaduję w archiwach i bibliotekach, snuję się po muzeum d’Orsay o poranku lub tuż przed zamknięciem. Albo cały dzień spędzam na wystawach.

Żałuję, że teraz są tak długie kolejki przed Angeliną, słynną cukiernią czasów belle époque, bo warto do niej zajrzeć. Kiedyś widywano tu Prousta i Chanel. Chodzę więc do cukierni na tyłach Ritza po pyszne magdalenki i gorącą czekoladę. Potem siadam w ogrodzie Tuileries – i to wystarczy.

Przyjeżdżając do Paryża, dobrze jest wyciszyć swoje oczekiwania. Poznać i zrozumieć. Nie szukać sztampowych teł. Nie wszyscy noszą tu berety, a pod pachą bagietki. Nie tańczą kankana, nie każdy gra na akordeonie. Ulice nie są wybiegami mody. Mimo swojej wyjątkowości to jest też zwykłe miasto. Mieszkają tu ludzie tacy jak my, którzy często muszą zmagać się z korkami, strajkami, manifestacjami czy awarią metra.

Wiele słyszałam o gburowatości paryskich kelnerów czy sprzedawców, tymczasem jak tłumaczycie w książce, jest to często reakcja na brak dobrych manier.
Chyba Paryż mnie naprawdę lubi. Nic takiego mnie nie spotkało, ale byłam świadkiem niezręcznych sytuacji. Kiedy jestem we Francji i wchodzę rankiem do mojej ulubionej boulangerie, to mówię „bonjour” po raz pierwszy, kiedy wracam w porze podwieczorku, mówię „bonjour” ponownie, a wieczorem, gdy wpadam po bagietkę, mówię tym razem „bonsoir”, mimo że z ekspedientką witam się tego dnia już trzeci raz. To savoir-vivre wpajany od najmłodszych lat i ułatwiający życie. Nie chodzi o to, że nie znamy francuskiego, a oni angielskiego. Ważne jest nasze zachowanie – zwroty grzecznościowe, napiwek, a przede wszystkim uśmiech. W końcu jesteśmy w Paryżu! 

„Paryż belle époque. Podróż do miasta świateł”, wyd. Rebis (Fot. materiały prasowe) „Paryż belle époque. Podróż do miasta świateł”, wyd. Rebis (Fot. materiały prasowe)

Marta Orzeszyna znawczyni literatury i kultury francuskiej. Przez dziesięć lat mieszkała w Paryżu. Autorka biografii Antoniego Cierplikowskiego „Antoine de Paris. Polski geniusz światowego fryzjerstwa” oraz powieści obyczajowej „Gra o miłość”. Współautorka (razem z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk) książki „Paryż belle époque. Sekrety miasta świateł”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze