1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być dobrym (dla siebie)?

Jak być dobrym (dla siebie)?

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Ile razy czułaś, że to co robisz w firmie, w związku czy dla rodziny, owszem, pomaga innym, ale źle działa na ciebie? Może czasem warto postawić siebie na pierwszym miejscu?

Jak rozwinąć w sobie wewnętrzny detektor, który od razu powie ci, że robisz coś z krzywdą dla siebie lub wykorzystujesz siebie za bardzo? Oto trzy sposoby:

1. Wyjdź z siebie i popatrz. Co widzisz? Łatwo współczujemy innym, ale czy inni współczują nam? Spójrz obiektywnie na siebie i zobacz: czy nie bierzesz na siebie zbyt dużo? Czy inni cię doceniają? Czy ktoś cię wspiera? Oceń to uczciwie, a jeśli okaże się, że szala przechyla się na twoją stronę - odpuść trochę.

2. Znajdź w sobie troskę o siebie. Dbasz o innych, ale może w pierwszej kolejności zadbaj o siebie? Czy musisz zawsze brać zastępstwo w pracy za koleżankę, która nigdy nie robi tego dla ciebie? Czy zawsze warto ustępować innym w autobusie? Czy zakupów nie może choć raz zrobić mąż? Zapytaj o to siebie i rozejrzyj się. Ty też masz prawo kimś się wysłużyć raz na jakiś czas.

3. Kto powiedział, że zawsze musisz być perfekcyjną altruistką o ekstremalnie rozwiniętej empatii? Nie pozwól wejść sobie na głowę dzieciom i mężowi, nie musisz zawsze ustępować siostrze czy bratu, nie zawsze musisz być miła. Daj sobie prawo na mówienie "nie", "zobaczymy", "nie teraz". Zobaczysz, że zamiast się obrażać, inni nabiorą do ciebie szacunku.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała… Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie… Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie! Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować? Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”. Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu? To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie? Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek. Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy… Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów? Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”. My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo. Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe? Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży? Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu? Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania? To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Psychologia

Zadbaj o najważniejsze sprawy w życiu - ćwiczenia

Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wprowadzać zmiany to jedno, drugie – przyjmować te, które przychodzą bez, a czasem nawet wbrew naszej woli. Niezależnie od tego, co cię spotka w nowym roku, już teraz zadbaj o sześć ważnych aspektów życia.

Wprowadzać zmiany to jedno, drugie – przyjmować te, które przychodzą bez, a czasem nawet wbrew naszej woli. Niezależnie od tego, co cię spotka w nowym roku, już teraz zadbaj o sześć ważnych aspektów życia.

Zdrowie

Oto technika twórczej wizualizacji, która będzie wspierała twoje zdrowie poprzez pozytywny obraz siebie, a szczególnie twojej kondycji psychofizycznej. Ćwiczenie wykonujesz w stanie relaksu, kiedy twoja podświadomość jest chłonna jak gąbka. Możesz wówczas wprowadzać pozytywne obrazy siebie, programując w ten sposób tę część swojej psychiki. Dzieje się tak, dlatego że mózg nie odróżnia obrazów wyobrażonych od tych, jakie widzisz w rzeczywistości. Jeśli kreujesz obraz siebie w pełni zdrowia, będzie dostrajała się do tego wewnętrznego obrazu. Pozytywna wizualizacja wzmocni również układ odpornościowy. Gotowa?

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Zrób kilka długich wdechów nosem i wydechów ustami. Skieruj uwagę do ramion i poczuj ich przyjemny ciężar. To wszystko pozwoli ci się bardziej zrelaksować. Teraz wyobraź sobie ulubione miejsce w przyrodzie. Uaktywnij wszystkie zmysły, aby poczuć tę przestrzeń pełną kolorów i świeżego powietrza. W tym miejscu zobacz siebie w pełni zdrowia i sił witalnych. Uśmiechniętą, radosną i szczęśliwą. Widzisz swoje ciało w dobrej kondycji, a skórę i oczy lśniące blaskiem zdrowia. W myślach możesz powtarzać: „To właśnie ja, w pełni zdrowia i sił witalnych. Dziękuję za moje zdrowie”. Możesz do tej gotowej formuły dodać także coś od siebie, pamiętając o używaniu czasu teraźniejszego oraz samych pozytywnych słów. W ten sposób wprowadzasz nowy obraz do podświadomości. Powtarzaj ćwiczenie codziennie, zwłaszcza jeśli obecnie doświadczasz słabości albo choroby.

Miłość

W nowym roku kochaj przede wszystkim siebie, a wtedy otworzysz się na miłość do innych. Oto, co może ci w tym pomóc:
  • Otwórz serce na swoje Wewnętrzne Dziecko i zacznij wsłuchiwać się w jego potrzeby. Przejmij opiekę nad tym młodszym i wrażliwszym aspektem siebie. Wewnętrzna Dziewczynka potrzebuje twoich pozytywnych słów, miłości i ciepła. Wyobraź sobie teraz jej obecność i porozmawiaj z nią. Możesz jej powiedzieć, że ją kochasz, że się nią opiekujesz i nigdy nie opuścisz. Powiedz jej o sobie (dorosłej), cokolwiek teraz przyjdzie ci do głowy. Rozmawiaj z nią regularnie, wyobrażając sobie, że na końcu rozmowy przytulasz ją do serca i razem oddychacie.
  • Praktykuj współczucie, ponieważ pomaga otworzyć serce. Aby to zrobić, wyobraź sobie osobę, która obecnie może doświadczać stresów czy cierpienia. Spróbuj wzbudzić w sobie współczucie, które manifestuje się jako uczucie ciepła w środku klatki piersiowej i w okolicy serca.
  • Jeśli nie jesteś obecnie w związku, ale chciałabyś być, bądź świadoma, czy wybaczyłaś poprzednim partnerom. Czy nadal żywisz urazę do któregoś z nich? Może już czas wysłać pozytywną intencję tej osobie?
  • Sprawdź, jakie masz przekonania na temat związków. Jeśli negatywne, nie dziw się, że nie przyciągnęłaś nadal odpowiedniego partnera. Wypisz na kartce wszystkie negatywne przekonania i zmień je na pozytywne. Sprawdzaj reakcje związane z nowymi przekonaniami. Jak mogłoby się zmienić twoje życie, gdybyś naprawdę uwierzyła w nowe afirmacje?
  • Czy często się smucisz na myśl o swojej samotności? Smutek nie przyciągnie do ciebie nowej osoby. Twoje radosne serce będzie magnesem dla drugiego serca gotowego na miłość. Dlatego zadbaj o to, aby codziennie robić coś, co sprawi ci uciechę. W takim pogodnym stanie pomyśl o nowym partnerze i nowym związku, jaki z nim stworzysz. Jak chciałabyś się w nim czuć? Stwórz pozytywną wizję tej relacji (np. wyobrażając sobie siebie z kochającą osobą w czułym objęciu) i przywołuj ją zawsze, gdy będziesz w radosnym stanie ducha.

Finanse

Pieniądze to środek wymiany, ale nie tylko. Pomyśl o nich jak o przejawach obfitości wszechświata. Jeśli zaprzyjaźnisz się z pieniędzmi, będziesz je szanować i być wdzięczna za każdą posiadaną ilość, zaczniesz przyciągać ich więcej. Oto kilka sposobów na to, jak otworzyć się na obfitość:
  • Zastanów się, co na temat pieniędzy mówili twoi rodzice, kiedy byłaś dzieckiem. Pamiętasz jakieś historie związane z pieniędzmi, powtarzane podczas rodzinnych spotkań? Jaka była materialna sytuacja twoich rodziców?
  • Zapisz na kartce wszystkie negatywne przekonania na temat pieniędzy, które wyniosłaś z rodzinnego domu, np. „pieniądze szczęścia nie dają”, „pieniądze są brudne”. Następnie napisz ich pozytywne odpowiedniki, nazywane również afirmacjami. Przeczytaj na głos wszystkie nowe przekonania i sprawdź, co czujesz, kiedy je czytasz. Zapisz swoje spostrzeżenia. Codziennie czytaj afirmacje i sprawdzaj swoje mentalne, cielesne i emocjonalne reakcje. Pozwól sobie uwierzyć, że zasługujesz na obfitość finansową, tak jak zasługujesz na radość i miłość.
  • Zauważ, co myślisz i mówisz oraz jak się czujesz, kiedy wydajesz pieniądze, kiedy płacisz rachunki oraz kiedy pieniędzy ci brakuje. Bądź świadoma, co wysyłasz w eter, kiedy obcujesz z pieniędzmi. Czy wzmacniasz pozytywne przekonania czy negatywne, które będą raczej odpychać pieniądze od ciebie?
  • Staraj się myśleć o pieniądzach pozytywnie. Wzbudź w sobie uczucie wdzięczności, kiedy otrzymujesz wypłatę, ale również, kiedy pieniądze wydajesz. Pomyśl: „Wydaję, ponieważ mam ich dużo, mogę się dzielić moją obfitością, ponieważ mam jej wystarczająco dużo”. Innymi słowy, zamiast denerwować się, płacąc rachunki, pomyśl, że to tylko przejaw twojej obfitości finansowej. Brzmi jak zaklinanie rzeczywistości? Albo jak ciekawy eksperyment, który może sprawić, że pieniądze zaczną się pojawiać w twoim życiu częściej.

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem oceanu. Jest piękny, letni dzień. Oddychasz świeżym powietrzem i doświadczasz piękna otoczenia. Teraz zobacz, jak z nieba spadają banknoty o wysokich nominałach. Wszystkie lecą w twoim kierunku, zupełnie jakbyś była przyciągającym je magnesem. A teraz obserwuj swoje reakcje na to niewiarygodne zjawisko. Umysł logiczny będzie je pewnie wyśmiewał, ale pozwól sobie uruchomić prawą, czyli kreatywną półkulę. Jak się czujesz, kiedy obfitość pieniędzy spływa właśnie na ciebie? Czy pozwolisz sobie na ich przyjęcie? Czy cieszysz się, że je widzisz? A może czujesz, że to pomyłka i pieniądze powinien dostać ktoś inny? Oddychaj głębiej i obserwuj wszystkie reakcje. Sprawdź, czy poprzez oddech możesz otworzyć się na przyjęcie obfitości, jaka do ciebie płynie w tej wizualizacji do swojego ciała. Napełniaj ciało obfitością i powtarzaj to ćwiczenie raz w tygodniu, sprawdzając swoje reakcje.

Kreatywność

Nie uczyłaś się nigdy malować? Nic nie szkodzi. Zapraszam cię do malowania intuicyjnego. Oto, czego potrzebujesz: płótno malarskie dowolnej wielkości, zestaw farb akrylowych, kilka pędzelków różnej wielkości, paletę (możesz skorzystać z pudełka po jajkach). Zanim zaczniesz malować, wybierz muzykę, jaka ci odpowiada i będzie towarzyszyła procesowi malowania. Możesz też tworzyć w ciszy. Stań lub usiądź naprzeciwko płótna i zamknij oczy. Skup uwagę na oddechu, bądź świadoma każdego wdechu i wydechu. Teraz skieruj uwagę do swojego serca. Zapytaj go, co chciałoby wyrazić poprzez twoje malowanie? Po chwili weź pędzel i wybierz intuicyjnie pierwszy kolor. Nałóż go powoli na płótno, w dowolnym miejscu. Kolejne kroki wykonuj nadal intuicyjnie z otwartością i ciekawością na to, co stworzysz. Nikt tego nie będzie oceniał, ty również tego nie rób. Twój obraz nie podlega żadnemu osądowi. Jest wyrazem twojego obecnego stanu, a może niesie również jakąś informację? Po zakończeniu pomedytuj przez moment ze swoim dziełem. Zobacz, co obraz chce ci powiedzieć.

Świadomość

Codziennie przez chwilę oddychaj świadomie. Jak to zrobić w łatwy sposób? Gdziekolwiek jesteś, po prostu zaobserwuj swój oddech. Możesz przenieść uwagę do nozdrzy i poczuć powietrze, które do nich wpływa oraz z nich wypływa. Zwróć uwagę na długość wdechu i wydechu; czy robisz nieświadomie pauzę między obiema fazami oddechu, czy oddech jest płytki, czy głęboki, szybki czy powolny?

Jeśli zależy ci na uspokojeniu biegu myśli i zrelaksowaniu się, zacznij oddychać wolniej i głębiej. Wdech nosem, wydech ustami. Poczuj, jak z każdym wydechem twoje ciało się rozluźnia. Mięśnie nie muszą być w stanie gotowości, mogą się odprężyć, rytm serca może być wolniejszy, a ciśnienie krwi może spaść. To wszystko dzieje się, jeśli wchodzisz dzięki świadomemu oddechowi w stan relaksu.

Wdzięczność

Kup piękny zeszyt i codziennie wpisuj do niego, za co jesteś wdzięczna. Skupiaj się zarówno na rzeczach z dnia codziennego, jak i tych uniwersalnych. Kiedy piszesz, staraj się poczuć tę wdzięczność w sercu. Ono odpowie ci harmonijnym, czyli koherentnym rytmem, który usprawni twoje procesy myślowe, kreatywność oraz wzmocni układ odpornościowy. Wdzięczność przyciąga do nas więcej tego, za co jesteśmy wdzięczne. Wdzięczność pomaga nam poczuć spokój, ponieważ szybko obniża poziom hormonów stresu we krwi.

Rano, kiedy się obudzisz, spróbuj powiedzieć do siebie:

  • jestem wdzięczna za to, że żyję,
  • jestem wdzięczna za ten dzień, który się właśnie zaczyna,
  • jestem wdzięczna za moich bliskich,
  • jestem wdzięczna za miejsce, w jakim żyję,
  • jestem wdzięczna za to, że mam co jeść,
  • jestem wdzięczna za dobre rzeczy, których dzisiaj doświadczę.
Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.

  1. Psychologia

Jak zaopiekować się sobą? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Nie zawsze wiemy jak mądrze o siebie zadbać. Wiele zgubnych nawyków pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa. (fot. iStock)
Nie zawsze wiemy jak mądrze o siebie zadbać. Wiele zgubnych nawyków pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kupujemy modne buty, bierzemy kredyt na dom i zapisujemy dzieci na kolejne zajęcia dodatkowe. Ale czasu na rozmowy z przyjaciółmi nie mamy. Czy opiekujemy się sobą? Co to właściwie znaczy? I dlaczego tak niewielu z nas to potrafi – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, twórca metody budowania odporności na stres „8 razy O”.

Może opiekowanie się sobą jest trudne, bo chcielibyśmy, żeby w życiu było jak w piosence i żeby to ktoś inny zaopiekował się nami? Ale by cokolwiek z programu „8 razy O” sensownie zastosować w swoim życiu, trzeba opanować umiejętność opiekowania się sobą. Niestety, większość z nas ma do siebie stosunek niechętny, podejrzliwy, a nierzadko agresywny. Jesteśmy wobec samych siebie nadmiernie wymagający, stawiamy sobie bardzo wysoko poprzeczkę i wyznaczamy nierealistyczne zadania. A na dodatek jawnie sobie szkodzimy, wpadamy w różnorakie uzależnienia, udając przed sobą i przed światem, że czynimy tylko to, co chcemy i lubimy.

A chcemy napić się alkoholu codziennie wieczorem. Albo wypalić 40 papierosów dziennie. Zapominamy, że jeśli stracimy umiar, to, co najbardziej lubimy, może stać się naszym największym wrogiem. A coś, co uznaliśmy za najlepsze lekarstwo na stres i poczucie zagrożenia, może przynieść więcej cierpienia niż stres i zagrożenie. A więc opiekowanie się sobą nie jest sprawą prostą. Czasem wymaga gruntownej zmiany nawykowych postaw wobec siebie. Uczymy się bowiem opiekować sobą od tych, którzy zajmowali się nami, gdy najbardziej tej opieki wymagaliśmy. Jakość tej opieki, jej klimat i praktyczny kształt decydują o tym, w jaki sposób sami będziemy zajmować się sobą jako dorośli. Przejmujemy to tak, jakbyśmy przerzucali program z jednego komputera na drugi.

A więc jeśli nie byliśmy zadbani w dzieciństwie, będziemy mieli problemy z właściwym odżywianiem, przestrzeganiem godzin snu czy ćwiczeniami? Będziemy tkwili w złych nawykach i nie będziemy szukać alternatywy aż do chwili, gdy nasze zdrowie zostanie poważnie zagrożone. Doprowadzimy się na przykład do sytuacji wypalenia energetycznego. To brak tej wewnętrznej postawy, którą nazywamy zdolnością do opiekowania się sobą, jest najważniejszą przyczyną nasilającej się epidemii syndromu wypalenia.

Epidemii... – czyli niedbanie o siebie jest aż tak powszechne? Zaskakująco powszechne jest traktowanie swojego ciała i jego potrzeb jako czegoś nieważnego. Uważamy, że jesteśmy stworzeni do tzw. wyższych celów, a ciało to tylko kłopotliwy balast, który nam w tym przeszkadza. W efekcie traktujemy samych siebie przedmiotowo – nadużywamy naszego ciała. Ale opiekowania się sobą nie da się sprowadzić wyłącznie do dbania o kondycję fizyczną. Trzeba też pamiętać o umiejętności odmawiania innym, gdy usiłują przekroczyć granice naszej psychofizycznej wydolności. I zachować uważny stosunek do tych potrzeb i wartości, które wykraczają poza materialne powodzenie i poczucie bezpieczeństwa. Należy do nich również podtrzymywanie dobrych relacji z ważnymi, bliskimi nam emocjonalnie ludźmi. Wszystko to wymaga całkowicie innego ustawienia życiowych priorytetów. Ale aby to pomieścić i zrealizować w naszym zabieganym życiu, niezbędne jest zdrowe, silne i sprawne ciało.

Znam ludzi, u których poświęcanie czasu samemu sobie budzi złość. Od czego mogą zacząć naukę dbania o siebie? Od refleksji nad tym, czego w tym zakresie nauczono ich w dzieciństwie. Czyli w jaki sposób opiekowano się nimi. Najważniejszy jest stosunek wymagań do wsparcia i miłości. Każdy rodzic w wychowaniu uwzględnia te dwa aspekty, ale nasilenie zachowań autoagresywnych wskazuje, że większość dzieci, które w ostatnich latach weszły w dorosłe życie, została wychowana pod presją zbyt dużych oczekiwań. Dlatego też w dorosłym życiu wymagają od siebie zbyt wiele i nie potrafią dawać sami sobie wsparcia, miłości – czyli nie potrafią opiekować się sobą.

Dla rodziców podnoszenie dzieciom poprzeczki to często wyraz miłości. Nie ma nic złego w oczekiwaniu od dziecka, żeby się uczyło, rozwijało talenty. Ale nie powinniśmy wymagać za dużo ani poświęcać czasu, który można przeznaczyć na kontakt z dzieckiem, wyłącznie na przewożenie go z miejsca na miejsce na kolejne zajęcia dodatkowe. Nawet jeśli są tylko rekreacyjne, jak tenis czy gra na gitarze. Dziecko potrzebuje się ponudzić, bo tylko wtedy uruchamia swój twórczy potencjał. Rodzice nie tylko powinni dbać o jego wykształcenie, ale też bawić się z nim, wygłupiać, okazywać czułość i troskę. Warto się więc zastanowić, czy nasi rodzice przytulali nas, grali z nami w piłkę i gotowali budyń także wtedy, kiedy nie byliśmy chorzy?

 
A jeśli nie? To może znaczyć, że zostaliśmy tak ukształtowani, że będziemy od siebie wymagać zbyt wiele, stale wątpić, czy zrobiliśmy wystarczająco dużo, żeby zasłużyć na wypoczynek, na pochwałę, na miłość. Aby to zmienić, trzeba uświadomić sobie ten mechanizm i postanowić, że będziemy dla siebie lepszymi opiekunami niż nasi wcześniejsi opiekunowie. Że zaczniemy odmawiać, kiedy inni będą chcieli nam dołożyć zbyt wiele roboty. Że będziemy uwzględniać swoje ważne potrzeby, również potrzeby ducha, i że zajmiemy się w mądry sposób naszym ciałem. Że nie wszystko, w co się angażujemy, musi być podporządkowane jakiemuś celowi: posiadaniu, karierze, pozycji, że będziemy robić różne rzeczy dla nich samych, dla przyjemności, satysfakcji.

Przyjemnością, z jaką najczęściej mamy dziś do czynienia, są chyba zakupy. Moje koleżanki kupują ubrania, koledzy sprzęt elektroniczny. I zgodnie nazywają to opiekowaniem się sobą. Kupowanie jest formą opieki. Ale jeśli umiemy sprawiać sobie przyjemność wyłącznie zakupami, to prawdopodobnie w dzieciństwie prezenty były podstawową formą okazywania nam miłości. Rodzice nie mieli widocznie czasu ani pomysłu na nic innego. A jeśli okazujemy sobie troskę, przekarmiając się, to zapewne w dzieciństwie podstawową formą wyrażania miłości było karmienie.

Jak je zamienić na opiekowanie się sobą w zdrowy sposób? To nie będzie łatwe, przypomina wychodzenie z nałogu. Najpierw trzeba być na odwyku, ograniczyć kupowanie, zmienić dietę. A potem nauczyć się zaspokajać swoje potrzeby w zdrowy sposób, czyli dać sobie miłość. Trzeba zapomnieć o iluzji, która mówi, że miłość można kupić. Trzeba zatrzymać się, posiedzieć w ciszy, ponudzić się, nie szukać dodatkowej roboty. Powstrzymać się przed paniką. Jeśli nam się uda, wkrótce odnajdziemy to, co nam potrzebne. Przypomnimy sobie na przykład, że kiedyś lubiliśmy pływać, i wtedy będziemy mogli do tego wrócić.

A może wyjechać z miasta, rzucić pracę w korporacji? Katarzyna Grochola podobnie jak Małgorzata Kalicińska, autorka „Domu nad rozlewiskiem”, opisuje proces przemiany kobiety, która była korporacyjnym wojownikiem walczącym o dobra materialne, a potem nagle rzuciła wszystko, by wyjechać za miasto, palić ogień i chodzić boso po trawie. To życie skrajnościami – od ściany do ściany. Program „8 razy O” jest drogą środka. Nie ma powodu, aby rzucać pracę w korporacji, jeśli to nasza pasja, a nasze ambicje i talenty są tam realizowane. Rodzą się tylko pytania: jak godzić pracę z życiem poza nią? Jak dbać o siebie na co dzień?

Dlaczego warto zadbać o to, żeby dbać o siebie? Najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest refleksja pod koniec życia, że przystawiliśmy drabinę do złej ściany. Kontakt ze sobą, przychylna postawa wobec siebie, czas na uświadomienie sobie swoich potrzeb, frustracji i radości są niezbędne, żeby w porę drabinę przestawić. Czasem w życiu trzeba to zrobić wiele razy, bo zmieniają się nasze potrzeby i priorytety.

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje - wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być? Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo. Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca? Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią? Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca? Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami. Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa. Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych. Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię. To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom? To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją? To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni. Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami? Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą. 

  1. Psychologia

Jaka piękna awantura!

Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Świat bez konfliktów, społeczeństwa w zgodzie, rodziny bez kłótni, my sami w harmonii ze sobą. Komu nie marzy się taka rzeczywistość? Czy jednak jest możliwa? Pewnie tylko w bajkach. Bo konflikty są nieuchronną częścią naszego życia. Co więcej, może na nich skorzystać każda ze stron. Wszystko zależy od tego, jak je traktujemy. I jak rozwiązujemy.

Ewa, 31 lat, właśnie wprowadziła się z mężem do pierwszego własnego mieszkania. Opowiada, że przy jego urządzaniu o mało się nie rozwiedli. I to był dla niej szok. Bo znają się pięć lat, przez ten czas wynajmowali sześć mieszkań i zawsze byli zgodni. W starej kamienicy? Super. Na piątym piętrze bez windy? A co to za problem! W ogóle się nie kłócili, nie tylko w sprawach mieszkań. A teraz? Awantura za awanturą. O wszystko. O kolor ścian, meble, łóżko. Czy kuchnia ma być zamknięta, czy otwarta, z wyspą czy bez. A przede wszystkim o styl mieszkania.

– Wymarzyłam sobie chłodny skandynawski, on uparł się przy rustykalnym, jak u mamy. Nie to, żeby głównie awanturował się Tomek. Bardziej walczyłam ja. Nie wyobrażałam sobie, że nasze pierwsze mieszkanie będzie tak staroświeckie. Czasem szło na noże.

Kto górą?

Przyjrzyjmy się na tym przykładzie naszemu bohaterowi, konfliktowi. Kiedy się rodzi? Wiadomo – gdy dochodzi do różnicy interesów lub opinii pomiędzy dwoma lub więcej stronami. Gdy każdy dąży do osiągnięcia swojego celu, wykluczając cel konkurenta. Ewa, forsując pomysł na skandynawski klimat mieszkania, przekreśla plany męża na ten bardziej przytulny.

William L. Ury, współtwórca programu negocjacji na Uniwersytecie Harvarda, w książce „Dochodząc do zgody” pisze, że konflikt ma tym lepszą pożywkę, im podmioty są od siebie bardziej zależne. A Ewa i Tomasz mieszkają pod jednym dachem, są małżeństwem, mają więc wiele pretekstów do waśni. Ury zwraca uwagę na trzy różne, często mylone interpretacje konfliktu. Pierwszy odnosi się do rzeczywistego konfliktu interesów – pragnień i potrzeb ludzi. Ewa czuje się dobrze w surowych wnętrzach, Tomek – w tych przypominających rodzinny dom. Drugi poziom dotyczy różnicy stanowisk, ujawnionych w formie żądań. Ci młodzi, a właściwie bardziej ona, takie żądania wyrazili. Trzeci poziom konfliktu to już walka sił. Ta para była o krok od tego etapu. Choć nie musiała, bo – jak uważa Ury – to, że ludzie mają różne interesy, nie musi oznaczać, że skończy się walką. Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. To niemożliwe.

Tymczasem od lat słyszymy, że konfliktów należy unikać. A co widzimy? Że sami jesteśmy nimi targani na co dzień. Choćby wtedy, gdy mamy ochotę na słodycze, ale wiemy, że są niezdrowe. Gdy złościmy się na szefa, ale tego nie okazujemy, bo boimy się stracić pracę. Psychologowie nazywają takie konflikty intrapersonalnymi. Wyróżniają ponadto te między grupami ludzi (zawodowymi, społecznymi, państwami) oraz wewnątrz grup, na przykład facebookowych (tak zwane konflikty interpersonalne). Źródła konfliktów mogą obejmować idee, myśli, emocje, wartości, predyspozycje lub popędy.

Mimo że konflikty towarzyszą nam na każdym kroku (a może dlatego), mają wyjątkowo złą sławę. Według niektórych są konsekwencją błędów (najczęściej czyichś, nie naszych). Efektem działania złych ludzi, awanturników, pieniaczy. Czymś, co burzy spokój, ład i harmonię.

Karolina Dyduch-Hazar, psycholożka z Uniwersytetu SWPS: – To, że większość z nas ma negatywne skojarzenia z konfliktem, wynika z tendencyjnej prezentacji konfliktu w mediach, gdzie to słowo sklejone jest z epitetami „zbrojny”, „międzypartyjny”, „wielopokoleniowy”. To sprawia, że konflikt jawi nam się jako coś zagrażającego, czego należy unikać.

Liv Larsson, światowej sławy trenerka Porozumienia bez Przemocy, uważa, że rezultatem takiego podejścia do konfliktu, a zwłaszcza do oponentów, jest eskalacja sporu. Bo skoro druga strona jest złem wcielonym, to ta pierwsza okopuje się na swoim stanowisku, szuka mocniejszych argumentów, żeby być górą. Wystarczy zerknąć na internetowe fora. Ludzie nie przebierają w słowach, obrzucają się nawzajem błotem. Ileż na to potrzeba sił i energii! A to z kolei utwierdza niektórych w przekonaniu, że lepiej nie wdawać się w dyskusje, unikać wyrażania swojego zdania, jeśli wiadomo, że jest kontrowersyjne. Efekt? Kumulowanie problemów i frustracji. A zamiatane pod dywan wcześniej czy później wybuchną.

Karolina Dyduch-Hazar wyjaśnia, że konfliktom pomagają nasze mechanizmy poznawcze, takie jak na przykład upraszczanie sądów o rzeczywistości, kategoryzowanie (na przykład: my i oni). A upraszczamy i kategoryzujemy, ponieważ sprzyja temu życie w skomplikowanym świecie pełnym zależności.

– Większość z nas preferuje bardziej jednoznaczność niż wieloznaczność – mówi psycholożka. – Mamy też skłonność do kurczowego trzymania się jednej opinii. Taka postawa utrudnia przyjęcie perspektywy innej strony czy wzięcie pod rozwagę konkurencyjnej opinii. Ale daje poczucie kontroli nad otaczającą nas rzeczywistością. Nie bez znaczenia jest narcystyczna kultura, w jakiej żyjemy. Ludzie porównują się do innych. Gdy do kogoś w ich odczuciu lepszego– czują się źle, natomiast, gdy do tego stojącego niżej w hierarchii, biedniejszego, nieuprzywilejowanego – lepiej.

Dzięki ci, kłótnio!

Ewa opowiada, że kiedy doszli z mężem do ściany, wzięła urlop i wyjechała. Sama. Żeby wszystko przemyśleć.

– Przeczuwałam, że spór o urządzanie mieszkania kryje pod spodem głębszy problem w naszej relacji. Przeanalizowałam wszystkie nasze wcześniejsze decyzje. I eureka! Nagle zobaczyłam, że to on je podejmował, ja tylko mu przytakiwałam. Nie dlatego, że był despotą, nie. Zgadzałam się na wszystko, bo tak chyba było mi wygodnie. Bo chciałam, żeby było miło. A może po prostu poprzednie tematy nie były dla mnie aż tak ważne. Tak czy siak, unikałam konfrontacji. A tu nagle wyskoczyłam ze swoim zdaniem, którego broniłam jak lwica. Pokłóciliśmy się tak, że Tomek zgłupiał. Ale ja zmądrzałam. Więc powtarzam sobie w duchu: „Dzięki ci, kłótnio! Dopiero ty mi uświadomiłaś, w co brnę!”. Unikanie konfliktu za wszelką cenę o mały włos nie rozwaliło mi małżeństwa. Liv Larsson w książce „Porozumienie bez przemocy w mediacjach” pisze: „Konflikty są naturalną częścią naszego życia. Powstają tam, gdzie płynie życie i gdzie ludzie mają marzenia”. Kiedy to zaakceptujemy, łatwiej zauważyć ich pozytywne strony. A te są niezaprzeczalne.

Po pierwsze, konflikt sygnalizuje potrzebę zmiany. Ewie uzmysłowił, że dla swojego dobra i w interesie związku powinna mówić otwarcie, co myśli, być bardziej aktywna, przejmować inicjatywę. Po drugie, spór pozwala przyjrzeć się głębiej naszym potrzebom i nam samym w ogóle. Dzięki niemu poznajemy także innych. Czyli – dostajemy złożony, ale całościowy i prawdziwy obraz sytuacji.

– Po trzecie – dodaje psycholożka – konflikty są szansą na rozwój nie tylko osobisty, lecz także kulturowy, naukowy, społeczny. Konflikt pomiędzy biało- i czarnoskórymi Amerykanami w latach 60. doprowadził do poprawy sytuacji Afroamerykanów. Ten między Carlem Gustavem Jungiem a Zygmuntem Freudem skutkował rozwojem psychologii głębi. A toczący się obecnie konflikt na Białorusi być może doprowadzi do rozwoju demokratycznych rządów w tym regionie. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby źródła tych sporów zidentyfikować wcześniej i próbować im zapobiec. Wtedy różnice pomiędzy stronami nie przerodziłyby się w długotrwałe spory, które są dla wszystkich wyniszczające. Przykład? Konflikt Izrael–Palestyna, w którym obie strony postrzegają się jako wrogów. Takie konflikty wiążą się z brakiem nadziei na zmianę, bezsilnością i wrogością – stanami, które nie motywują do podjęcia konstruktywnych działań. Bo „i tak nic się nie zmieni”, „nic to nie da”, „po co się starać”.

Propozycja i opozycja

Przykład konfliktu między Ewą i Tomaszem pokazuje, że najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że sporu nie ma. Bo kiedy wcześniej ona przymykała oko na dzielące ich różnice, to nie znaczy, że one nie istniały. Dopiero kiedy je zidentyfikowała i ujawniła, mogła je rozwiązać.

Jak ich szukać? Karolina Dyduch-Hazar wylicza pomocne umiejętności: patrzenie na problem z wielu stron (ja – on, młodsi – starsi), akceptacja wieloznaczności, różnorodności, skomplikowania.

– Jedną z technik przydatnych w rozwiązywaniu konfliktów jest reinterpretacja poznawcza, czyli zmiana znaczenia bodźca, który wywołał konflikt, bo wtedy możliwa jest zmiana reakcji emocjonalnej na ten bodziec. Krytykę na przykład możemy odebrać jako prowokację i zareagować agresją. Ale możemy też zmienić znaczenie prowokującego bodźca, zobaczyć w nim wartość i zareagować chęcią rozmowy. Istnieją techniki pomagające skoncentrować się na rozwijaniu pozytywnej emocjonalności, takiej jak pokorność (ang. humility), czyli stan, w którym zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy częścią większej całości, kiedy jesteśmy świadomi własnych ograniczeń, niedoskonałości, błędów. Jak uważność (ang. mindfulness) skierowana na pojawiające się doświadczenia w danym momencie w sposób intencjonalny, nieoceniający i akceptujący. Jak wdzięczność (ang. gratitude), czyli docenianie tego, co się już ma, zamiast narzekanie na to, czego się nie ma. Jak empatia. Takie cechy nie są oznaką słabości, a wręcz przeciwnie – samoświadomości, czyli naszej wewnętrznej siły.

Tymczasem w najlepsze się opluwamy, skaczemy sobie do oczu, niszczymy się. Bo nie umiemy dyskutować. Na świecie od lat w spornych sprawach wykorzystuje się tak zwane dyskusje oksfordzkie. To bardzo ciekawy rodzaj sformalizowanej dyskusji: prowadzi ją osoba nazywana marszałkiem, dyskutanci podzieleni są na dwie grupy – propozycja (obrońcy tezy) i opozycja (przeciwnicy). Nie wolno nawzajem się obrażać, sięgać po argumenty ad personam. Liczy się umiejętność formułowania własnej koherentnej opinii, ale też umiejętność merytorycznego odnoszenia się do opinii innych. Dyskusja ma doprowadzić do wyboru najlepszego rozwiązania konfliktu, problemu, sprawy. To są gotowe techniki do nauki rozwiązywania sporów. Dlaczego nie korzystają z tego narzędzia polskie szkoły?

– Dziecko uczy się zachowywania poprzez obserwację zachowań dorosłych. Jeśli dorasta w domu, w którym inny jest wrogiem, a konflikty nie są konstruktywnie rozwiązywane, to trudno oczekiwać, by umiało je w przyszłości rozwiązywać z korzyścią dla siebie i innych – mówi psycholożka.

Różnice między ludźmi nie znikną. Spory też. Dlatego musimy naprawdę poważnie zabrać się do uczenia dzieci w rodzinach i szkołach rozwiązywania konfliktów. Pięknie się różnić to jest to, na czym nam wszystkim powinno zależeć.