Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tornistry, kartkówki i wożenie do szkoły. Jak dać sobie czas na ułożenie roku szkolnego w kalendarzu i w głowie

Tornistry, kartkówki i wożenie do szkoły. Jak dać sobie czas na ułożenie roku szkolnego w kalendarzu i w głowie

Fot. Tara Moore via Getty Images
Fot. Tara Moore via Getty Images
Burzliwe poranki, dowożenie i odbieranie, wymagania, wyobrażenia i presja wyników. Wejście w kolejny rok szkolny nie jest łatwe. Psycholożka i psychoterapeutka Joanna Steinke-Kalembka zachęca, by dać sobie czas na ułożenie tego wszystkiego – w kalendarzu i w głowie.

Spis treści:

  1. Dlaczego początek roku szkolnego jest tak stresujący?
  2. Gdzie kończy się wsparcie, a zaczyna nadopiekuńczość rodzica?
  3. Rok szkolny vs rodzic. Kiedy czas odpuścić „etat szofera”?
  4. Szkolne oceny to informacja, nie wyrok

  • Powrót do szkoły po wakacjach to dla wielu rodzin ogromny chaos, który dotyka rytmu dnia, emocji i oczekiwań wobec dzieci.
  • Psycholożka Joanna Steinke-Kalembka podkreśla, że pierwsze tygodnie roku szkolnego powinny być czasem łagodzenia presji – zarówno wobec dzieci, jak i siebie samych.
  • Ekspertka zwraca uwagę, że dzieci potrzebują nie tylko wsparcia, ale też przestrzeni na autonomię.
  • W rozmowie pojawia się też temat samodzielności, presji wyników, edukacji domowej oraz zmęczenia rodziców, którzy biorą na siebie za dużo.
  • Zdaniem psycholożki najważniejsze jest, by rodzic był bezpieczną bazą, a nie kierownikiem projektu „dziecko”. Wtedy młody człowiek naprawdę uczy się odpowiedzialności i sprawczości.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Sens” 10/2024.

Dlaczego początek roku szkolnego jest tak stresujący?

Izabela Nowakowska-Teofilak: W jednym z wywiadów piosenkarka Katarzyna Nosowska opowiadała, że jeszcze kilka lat po tym, jak jej syn zakończył edukację, w niedzielne popołudnia nagle robiła się nerwowa i stresowała tym, że następnego dnia jest szkoła. Myślę, że wielu rodziców dobrze zna ten stan, szczególnie teraz, na początku roku szkolnego, kiedy rusza lawina wyzwań i oczekiwań. Jak nie dać się jej porwać?

Joanna Steinke-Kalembka: Zważywszy na to, że w tym roku wakacje trwały aż dwa i pół miesiąca, powrót do szkolnej rutyny może być wyzwaniem dla wielu rodzin, i to na kilku pozio­mach. Zmiany wymaga bowiem rytm dnia – trzeba wcześniej wstawać i wcześniej kłaść się spać. To trudne, szczególnie dla nastolatków, którzy najchętniej spaliby do dziesiątej, a pobudki o siódmej rano są dla nich koszmarem – to przekłada się na ich samopoczucie, a czasami rzutuje na nastrój całej rodziny. Do tych wy­zwań fizycznych dochodzą społeczne, bo trzeba od nowa wejść w grupę, i przede wszystkim edukacyjne. Sporo tego. Myślę więc, że najlepszą radą, jaką mogłabym dać zarówno rodzicom, jak i dzieciom jest skonfrontowanie się z tym, że pierwsze tygodnie roku szkolnego są trudne, i wzięcie tego pod uwagę w harmonogramie dnia. Może warto odpuścić sobie w tym czasie inne dodatkowe obowiązki, jak nowe projekty w pracy, remonty domu czy wyjazdy służbowe.

Dajmy sobie przyzwolenie na to, że na początku po prostu może być trudno, zarówno nam, jak i dziecku, które będzie potrzebowało wsparcia. Pierwsze poran­ki przed szkołą mogą być burzliwe, ale nie należy się tym katować. Ważne, by dać sobie i dziecku zgodę na wszystkie emocje, które mogą się w tym czasie pojawić, jak złość, przytłoczenie czy frustracja. Troska o dziecko i jego emocjonalne potrzeby to jedno, lecz nie należy zapominać o sobie, bo często to dorośli są bardziej zestresowani niż sami uczniowie. A przecież, by móc udzielać wsparcia, trzeba mieć zasoby.

Gdzie kończy się wsparcie, a zaczyna nadopiekuńczość rodzica?

A jak to wsparcie dawkować, żeby nie przesadzić i żeby współtowarzyszenie dzieciom w nauce nie pochłaniało większości naszego czasu wolnego?

Musimy pamiętać o tym, że tak jak dziecko ma po­trzebę bycia w relacji, bycia akceptowanym, ważnym, słuchanym, tak samo ma też potrzebę autonomii, samo­wystarczalności, uczenia się na własnych błędach. Jest ona równie ważna, a przez nadopiekuńczość mocno ograniczamy jej zaspokajanie. Nie służy to ani dziecku, ani całemu systemowi rodzinnemu, bo rodzi konflikty i frustracje.

To naturalne, że na wczesnym etapie edukacji dziecko potrzebuje nieco więcej wsparcia, jednak stopniowo powinniśmy dawać mu coraz większą autonomię i pa­trzeć, jak sobie radzi, jak koryguje swoje umiejętności, bo przecież to właśnie wtedy najlepiej się uczy. Wiadomo, że dla pierwszoklasisty samodzielne pakowanie plecaka to kosmos i trzeba mu w tym pomóc, ale już w trzeciej klasie dziecko spokojnie powinno sobie z tym poradzić. Można dyskretnie nadzorować jego poczynania, ale w pewnym momencie należy jednak mu trochę zaufać.

Ale to zaufanie czasami jest wystawiane na ciężkie próby. Przypomniała mi się teraz sąsiadka robiąca awanturę swojemu dziesięcioletniemu synowi, który w pierwszych tygodniach nauki trzeci raz zgubił worek z butami... Chyba można w takiej sytuacji osiągnąć wyżyny frustracji?

No tak, ale z drugiej strony rodzice bardzo często podchodzą do samodzielności swoich dzieci w trybie zero­jedynkowym. Albo nadopiekuńczość, albo pełna odpowiedzialność. Brakuje etapu pośredniego, budowania rusztowań pod autonomię i powolnego oswajania się z byciem niezależnym. Na przykład, nawiązując do opo­wiedzianej przez panią historii, co robimy, kiedy dziecko zgubi worek z butami? Najczęściej kupujemy kolejny i na tym się kończy. Nie ma rozmowy typu: „Zgubiłeś worek, to teraz zastanówmy się wspólnie, co mogłoby ci o nim przypominać. Jakie strategie mógłbyś zastosować? Może będziesz go zostawiać zawsze w tym samym miejscu? Albo napisz sobie w piórniku: pamiętaj o worku!”. Jeśli dziecko nieustannie o czymś zapomina, a my nie próbujemy nawet szukać rozwiązań, tylko wylewamy na niego swoją frustrację, skazujemy się na porażkę. Cytując Einsteina: szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Drobna zmiana wynikająca z konstruktywnej rozmowy może oszczędzić dużo nerwów.

Rok szkolny vs rodzic. Kiedy czas odpuścić „etat szofera”?

Dla rodziców sporym obciążeniem jest przywożenie i odbieranie dziecka o określonej porze. To dodatkowa pozycja w napiętym harmonogramie dnia, która nie podlega negocjacjom i wywołuje stres, bo trzeba być na czas. Wielu moich znajomych przyznaje, że są tym zmęczeni, ale z drugiej strony – nie wyobrażają sobie, by ich dziecko chodziło do szkoły samo. Jak rozpoznać moment, w którym jest już ono na to gotowe i możemy zwolnić się z etatu szofera?

Wszelkie lęki często tkwią w rodzicach, a nie w dzieciach. Dlatego to przede wszystkim my musimy sobie przepracować pewne rzeczy. Jedną z nich jest właśnie wypuszczenie dziecka spod swoich skrzydeł, by mogło budować autonomię i niezależność. Część dzieci w pewnym momencie komunikuje wprost, że chciałaby już wracać ze szkoły samodzielnie, tylko dorośli często nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Ale jest też spora grupa, która nie jest w stanie zwerbalizować tej potrzeby, ponieważ całe życie była trzymana pod kloszem i co prawda nie wprost, ale jednak dostawała informację, że trzeba ją nieustannie chronić i wyręczać. Takim dzieciom trudno będzie zakomunikować gotowość do samodzielności, bo przez lata tkwiły w przekonaniu, że dorośli są im stale potrzebni, że bez nich sobie nie poradzą. Czy naprawdę chcemy takie przekonania w naszych dzieciach budować?

Trudno zasłaniać się wymogami prawnymi, bo zgodnie z polskim prawem jedynie dziecko do siódmego roku życia nie może się poruszać samodzielnie po drogach publicznych. To tyle wytycznych. Reszta zależy od charakteru, gotowości i dojrzałości. Myślę jednak, że trzecia, czwarta klasa to już taki moment, kiedy można dziecku zaufać. Gdy pozwalamy mu na samodzielną konfrontację ze światem, może ono budować swoje zasoby, dajemy mu poczucie, że jest w stanie sobie poradzić w różnych sytuacjach. Pokazujemy mu, że poprzeczka wisi na takim poziomie, że już może ją bez problemu pokonać i dzięki temu budować samoocenę i poczucie sprawczości. Jeśli tylko szkoła nie jest zbyt daleko, nie warto odbierać dziecku takiej fajnej lekcji niezależności, a sobie dokładać obowiązków.

Mam wrażenie, że dokładanie sobie obowiązków to nasza specjalność. Coraz więcej mówi się o wypaleniu rodzicielskim, a z drugiej strony – przybywa rodzin, które przechodzą na edukację domową i mimo natłoku życiowych obowiązków biorą na siebie odpowiedzialność za nauczanie dziecka. Co warto wziąć pod uwagę przed podjęciem takiej decyzji?

Choć uważam, że edukacja domowa jest świetnym rozwiązaniem i wielu dzieciom służy, nie mam wątpliwości co do tego, że nie jest to opcja dla każdego. Przed podjęciem decyzji warto zastanowić się, co nami kieruje. Wydaje mi się bowiem, że rodzice często kierują się własnymi doświadczeniami, jakąś swoją wizją świata i innych ludzi – i podejmują tę decyzję z pozycji nieprzepracowanych lęków. Na przykład pamiętają, jak źle im było w szkole, i nie chcą, by ich dziecko doświadczało tego samego. I robią wtedy krecią robotę, bo lęk nigdy nie jest dobrym doradcą. Jest też grupa rodziców, którzy zakładają, że edukacja domowa to odpowiedzialność dziecka, że sami nic nie będą musieli robić poza kontrolą. Może są takie samodzielne dzieci, ale to jednostki, ogromna większość potrzebuje jednak wsparcia w przyswojeniu takiej ilości materiału. I tutaj znów dobrze zadać sobie pytania: Czy będę w stanie pomóc, odpowiednio zmotywować dziecko? Czy mam na to zasoby, przestrzeń?

Czasami trudno być nauczycielem własnego dziecka, o czym wiedzą wszyscy rodzice, którzy próbują dawać swoim pociechom korepetycje albo pomagać w lekcjach. Niekiedy rodzi to niepotrzebne konflikty, wiele trudnych emocji po obu stronach. A potem okazuje się, że kiedy to samo zagadnienie tłumaczy koleżanka albo profesjonalny korepetytor, to nagle dziecko wszystko rozumie i przyjmuje bez kłótni.

Istotną kwestią jest też to, czy będziesz w stanie odróżnić, gdzie jesteś nauczycielem, a gdzie po prostu rodzicem, bo to są dwie zupełnie różne funkcje.

Tych wyzwań dla rodzin w edukacji domowej jest naprawdę dużo, więc jeśli jest taka możliwość, warto tworzyć kooperatywy, to znaczy szukać innych rodziców i wspólnie prowadzić edukację domową dla kilkorga dzieci. Są też szkoły, które funkcjonują na zasadzie edukacji domowej. To dobre rozwiązania, bo nie skazują nas na samotną odpowiedzialność. Nie bierzemy wszystkiego na swoje barki, bo mamy wsparcie innych dorosłych i cała ta edukacyjna praca jakoś się rozkłada.

Szkolne oceny to informacja, nie wyrok

A jak sobie radzić z presją wyników? Zderzyłam się z tym już na etapie wyboru zerówki dla dziecka, kiedy w jednej z placówek usłyszałam, że jeśli zabawa jest dla mnie ważniejsza niż nauka, jeżeli mam taki luźny stosunek do ocen, to moje dziecko raczej nie odniesie sukcesu w szkole. To mi uświadomiło, że nawet jeżeli dla rodzica nie stopnie są najważniejsze, to mogą się takie stać po konfrontacji z takimi postawami nauczycieli czy innych rodziców.

Na szczęście w obecnych czasach, jak sama pani wspomniała, możemy wybierać takie placówki dla dzieci, które są najbliższe naszym wartościom i pomysłom na edukację. I warto z tej możliwości korzystać, bo w takich szkołach zazwyczaj spotykamy nauczycieli i rodziców, którzy myślą podobnie jak my, i to dużo ułatwia. Ale może być też tak, że ktoś mieszka w niewielkiej miejscowości i nie ma za bardzo alternatywy. W takiej sytuacji, aby chronić dziecko przed panującą w szkole presją wyników, warto wyjaśnić mu na przykład to, jakim komunikatem są dla nas oceny szkolne – że nie mówią one nic o wartości człowieka, są tylko pewną informacją zwrotną o jego postępach edukacyjnych, zależną od różnych czynników.

Zła ocena nie świadczy więc, że dziecko jest beznadziejne, mało inteligentne, niczego nie umie czy jest niezdolne z danego przedmiotu. To po prostu informacja o jakimś skrawku wiedzy, która niekoniecznie świadczy o tym, że uczeń nic nie wie, bo może po prostu nie trafił z pytaniami. I to dziecko powinno zdecydować, co chce z tym zrobić, czy taka ocena go satysfakcjonuje, czy też chce ją poprawić.

Dziś doskonale już wiemy, że oceny szkolne nie są żadnym prognostykiem na przyszłość. Ważniejsze jest poczucie, że dziecko się rozwija, zdobywa wiedzę i doświadczenie, które potem mogą być przydatne w życiu.

Dla mnie niezwykle uwalniający był krążący w mediach społecznościowych wykład dr. Russella Barkleya, neurologa i psychiatry, o tym, że dziecko rodzi się z ponad 400 cechami psychologicznymi, które pojawiają się w miarę jego dojrzewania i nie mają nic wspólnego z jego rodzicami. Zatem nieprawdą jest przekonanie, że jesteśmy inżynierami osobowości swojej pociechy, jego IQ czy akademickich osiągnięć. Dzieci nie są pustą tablicą, na której możemy napisać cokolwiek. Są genetyczną mozaiką całej dalszej rodziny, unikalną kompozycją cech. A nasz inżynieryjny punkt widzenia sprawia, że czujemy się odpowiedzialni za wszystko, także to, na co nie mamy wpływu. Dla- tego dr Barkley proponuje przyjęcie roli pasterza, czyli zapewnienie dziecku poczucia bezpieczeństwa i spokojne obserwowanie jego rozwoju, uznanie, że może mieć inne zasoby, niż sobie wyobrażamy, inne możliwości i zainteresowania.

Myślę, że takie podejście bardzo ułatwiłoby nam wszystkim funkcjonowanie w roku szkolnym. Rodzic ma być przede wszystkim bezpieczną bazą, przystanią, z której dziecko może wypływać i odkrywać świat ze świadomością, że w dowolnym momencie może wrócić. Nie chodzi o towarzyszenie mu na każdym kroku, załatwianie wszystkich jego spraw i konfliktów, ponoszenie konsekwencji jego czynów i wyręczanie go, w czym się da. Młody człowiek musi popełniać błędy, realizować się, mieć poczucie autonomii i sprawczości. Oczywiście możemy mu dawać wsparcie, ale nie powinniśmy brać odpowiedzialności za wszystkie jego wybory, decyzje czy właśnie wyniki w nauce. Zdjęcie z siebie tego ciężaru, odpuszczanie, kiedy tylko się da, podarowanie przestrzeni do bycia sprawczym, to nie tylko zaoszczędzenie sporej dawki stresu sobie i dziecku, ale też najlepsza inwestycja w jego przyszłość. Bo ostatecznie to ono samo będzie kierować swoim życiem i dobrze, by miało do tego kompetencje.

Joanna Steinke-Kalembka – psycholożka i psychoterapeutka. Pracuje w nurcie terapii poznawczo-behawioralnej oraz terapii schematu. Prowadzi prywatny gabinet psychologiczny, w którym pomaga dzieciom, młodzieży i ich rodzicom radzić sobie z trudnościami. Autorka bloga edukowisko.pl.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE