Nieuświadomiony wstręt może prowadzić do braku empatii i budowania dystansu do innych, jest potężnym mechanizmem kontroli społecznej i niezwykle skutecznym narzędziem do manipulowania i dzielenia ludzi na lepszych i gorszych – zauważa psycholożka Joanna Flis.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Iza Nowakowska-Teofilak: Może nie powinnam się do tego przyznawać, ale rok temu, kiedy zaczynałyśmy nasz cykl rozmów o emocjach i planowałyśmy tematy, byłam kompletnie zaskoczona, że według klasyfikacji Paula Ekmana wstręt jest emocją. Zawsze myślałam, że to odczucie, wrażenie zmysłowe.
Joanna Flis: Dobrze, że o tym mówisz, ponieważ nie jesteś wyjątkiem. We współczesnej kulturze wstręt jest najbardziej unieważnioną i stygmatyzowaną emocją, z którą większość z nas nie ma kontaktu. A przecież, kiedy się głębiej nad tym zastanowić, nie różni się zbytnio od innych emocji podstawowych. Podobnie jak one wywołuje fizjologiczną reakcję, która nie jest zapośredniczona myślą, to znaczy występuje przed nią, co zasadniczo odróżnia emocje od uczuć, które pojawiają się w odpowiedzi na pewną ocenę sytuacji. Wstręt toruje zatem poznanie, od niego zależy to, jak postrzegamy rzeczywistość, która nas otacza. I to jest bardzo ważna informacja, ponieważ brak kontaktu z tą emocją, nieumiejętność jej rozpoznawania oznacza, że tracimy dostęp do wiedzy na przykład na temat tego, czemu nienawidzimy innych ludzi, czujemy obrzydzenie w stosunku do jakiejś grupy społecznej, odmawiamy jej równych praw lub wręcz ją dehumanizujemy.
W debatach publicznych i rozmowach prywatnych często pojawia się pytanie, dlaczego współczesny świat jest tak przesycony głębokim poczuciem nienawiści. Winy szukamy w nowych technologiach, w social mediach, metodach wychowawczych, niepewnej sytuacji geopolitycznej itd. Słowo „wstręt” nigdy w tym kontekście nie pada. A to właśnie ta emocja jest kulturowo używana do stygmatyzowania i dzielenia ludzi.
Czyli nienawidzimy tych, których się brzydzimy?
Obrzydzenie, podobnie jak nienawiść, jest naturalną konsekwencją niezbadania emocji wstrętu, a ta pojawia się wtedy, kiedy nasz organizm orientuje się, że coś może nam zagrażać, na przykład zepsute jedzenie. Czujemy wtedy naturalny wstręt, niesmak, który chroni nas w tym przypadku przed zatruciem. Tę emocję wywołują w nas jednak nie tylko przedmioty fizyczne i doświadczenia zmysłowe, jak brud czy brzydkie zapachy, ale też zachowania niemoralne, czyli takie, które w jakiś sposób zagrażają nam i naszej społeczności. Uruchamia się wtedy ta sama reakcja fizjologiczna, która pojawia się na widok pleśni, brudnej toalety czy woni rozkładu.
Wstręt oczywiście dużo mówi o naszych granicach, ale w przypadku tej emocji znacznie ważniejszy jest odruch, który wywołuje. Działa ona na nas jak podmuch wiatru, który sprawia, że zaczynamy się odsuwać od obiektu, który nam bezpośrednio zagraża. I nie ma znaczenia, czy będzie to nieświeże jedzenie, lepiący się z brudu przedmiot czy drugi człowiek, który kaszle albo ma wypryski na ciele. Atawistyczny odruch w każdym z tych przypadków będzie nam kazał zrobić krok wstecz. Różnica między innymi obiektami wzbudzającymi nasz wstręt a ludźmi polega jednak na tym, że tych drugich zaczynamy bardzo szybko oceniać. Jeżeli więc w momencie, kiedy pojawia się wstręt do drugiej osoby, nie rozpoznamy tej emocji, nie zbadamy, czy to, co nas porusza, pobudza sensorycznie, faktycznie nam zagraża – płynnie przechodzimy do odczuć, które są naszą oceną sytuacji. Na przykład część ludzi nieświadomie czuje wstręt wobec cech osób, które są im obce – na przykład osób o innym kolorze skóry – co ma wielki związek z lękiem przed nieznanym, bo wstręt lubi z tym lękiem współwystępować. Na ich widok odruchowo się odsuwają, nie zdając sobie sprawy, dlaczego to robią. Aby uzasadnić tę niechęć, zaczynają więc sobie opowiadać jakąś rzeczywistość. Skoro mi do kogoś daleko, to znaczy, że jest on dziwny, inny, z gruntu podejrzany, potencjalnie niebezpieczny, a stąd już prosta droga do utrwalonej niechęci, którą później można dowolnie rozbudowywać. Wstręt jest więc podstawą większości zachowań dyskryminujących. To doskonałe narzędzie społecznej kontroli, które buduje granice kulturowe między tym, co określamy jako nasze i obce, czyste i brudne, święte i wyklęte. To emocja, która cementuje zakazy społeczne, stoi na progu tabu i ostrzega „Nie wchodź tam!”.
Jeśli coś lub ktoś nas obrzydza, warto zastanowić się, jakie nasze tabu społeczne, kulturowe lub rodzinne narusza. Bo tabuizujemy to, co ma nas brzydzić, na przykład seksualność, cielesność, fizjologię. Tak zakorzeniony wstręt przez wieki wykluczał sporą część społeczeństwa z wielu sfer i aktywności życiowych.
Dawniej kobiety w czasie menstruacji uważano za nieczyste, nie mogły uczestniczyć w niektórych obrzędach religijnych, wejść na pokład statku, dotykać jedzenia, brać kąpieli. Współcześni populiści, odwołując się do wstrętu, próbują nam obrzydzić feministki, osoby LGBT+, imigrantów, uchodźców, określone nacje. W rękach polityków wstręt to potężna machina, która dzieli ludzi na lepszych i gorszych, ale siłę tej emocji doskonale wykorzystuje też marketing.
Ale przecież w reklamach widzimy raczej ładne obrazki, pewien ideał, do którego mamy dążyć.
Tak, ale ten ideał znajduje się w kontrze do czegoś, co jest nie do przyjęcia. Idealna cera dzięki podkładowi kryjącemu pory. Krem na cellulit, czyli defekt, którego trzeba się pozbyć. Puszyste, lśniące włosy versus włosy brudne i tłuste. Antyperspirant zamiast potu. Wybór jest oczywisty, bo kierowany wstrętem. Współcześnie ta emocja jest niezwykle sprytnie skomercjalizowana. Reklamy, media, przemysł kosmetyczny cały czas aktywują w nas mikrowstręt wobec własnego ciała, a to rodzi silną potrzebę, żeby to ciało nieustannie ulepszać, zmieniać, udoskonalać. Mobilizuje się nas do utrzymywania pedantycznej czystości w domach i kupowania tony środków chemicznych, dzięki którym skutecznie wyeliminujemy wszystko, co wstrętne.
Przychodzimy na świat z biologicznie wdrukowaną mapą obiektów wywołujących wstręt czy raczej się ich uczymy z czasem?
I tak, i tak. Mamy pierwotne, atawistyczne odruchy zapośredniczone wstrętem, jak awersja do zepsutego jedzenia, patogenów, różnych chorób, czyli tego, co dla naszych przodków bywało śmiertelnie niebezpieczne. Ze wstrętem wiąże się behawioralny system odpornościowy, który jest częścią naszego systemu immunologicznego i odpowiada za regulowanie naszego dystansu od patogenów. Jest mocno związany z węchem, bo wiadomo, że ludzie, którzy mają uszkodzony zmysł węchu, mają też słabszy behawioralny system odpornościowy i częściej chorują. Tu wchodzimy już jednak w immunologię. Istotne jest, by rozumieć, że to wycofanie, zrobienie kroku w tył jest odruchem, że nie ma tu przestrzeni na to, by zastanawiać się, czy to zachowanie jest zasadne. Później jednak powinna przyjść refleksja, czy dana choroba faktycznie nam zagraża, czy jest zakaźna. A wiele osób, niestety, nie przechodzi na ten poziom. W efekcie ludzie z atopowym zapaleniem skóry, łuszczycą czy trądzikiem często mówią, że czują się wykluczani, odrzucani, że inni się ich brzydzą, choć przecież ta choroba nie stanowi żadnego zagrożenia dla otoczenia. Mamy więc też jakieś zinternalizowane z zewnątrz reakcje, których uczymy się od innych.
Dzieci nie widzą nic złego w dłubaniu w nosie, dopóki nie usłyszą od dorosłych, że to obrzydliwe. Takich nauk w swoim życiu przejmujemy bardzo dużo, szczególnie kobiety, którym od małego mówi się, jak powinny wyglądać i jak się zachowywać.
Nawet kiedy zostajemy matkami i karmimy dzieci, słyszymy, że robienie tego w miejscu publicznym jest obrzydliwe. Atawistyczne mechanizmy obronne stają się więc często podłożem kreowania kulturowych obiektów niechęci. Wystarczy powiedzieć, że ktoś roznosi pasożyty, by wzbudzić nienawiść do całej nacji. Skuteczność tej metody znamy z historii i współczesnej polityki.
Ale nawet jeżeli wszyscy dorastamy w jednej kulturze i nasz behawioralny system odpornościowy reaguje na podobne zagrożenia, to jednak nie wszyscy odczuwamy wstręt w takich samych sytuacjach. Na przykład jedni uwielbiają owoce morza, a inni nie mogą na nie nawet patrzeć. Skąd te różnice?
Wynikają z naszych doświadczeń. Reakcja wstrętowa buduje się bardzo szybko i jest niezwykle trwała. Jeśli ktoś rozchoruje się po zjedzeniu rosołu, sam zapach tej zupy przez wiele lat może być dla niego odstręczający. Czasem jednak te powiązania nie są wcale zero-jedynkowe. Dawno temu byłam świadkiem tragicznej sytuacji. Młody chłopak w moim bloku popełnił samobójstwo, a ja akurat wychodziłam na spacer, kiedy został znaleziony. Musiałam wezwać pogotowie, zaopiekować się sąsiadką. To była straszna historia, bardzo urazowa. A chwilę przed tym wydarzeniem umyto klatkę schodową mydłem marsylskim, w powietrzu unosił się więc charakterystyczny zapach, który bardzo lubiłam, a teraz go nie znoszę. To pokazuje, jak odległe są czasem te skojarzenia.
Bywa, że wstręt do pewnych rzeczy, zachowań czy sytuacji jest związany z jakimś wydarzeniem z dzieciństwa, którego nawet nie pamiętamy, a obiekt, który teraz trudno nam znieść, może mieć tylko podobny wygląd, strukturę lub zapach do czegoś, co przed laty nas odstręczyło. Czasami naprawdę trudno dotrzeć do źródła tej emocji. To, jak często się ona pojawia, zależy też od dojrzałości układu nerwowego. Część osób ma problemy z integracją sensoryczną, czyli zdolnością rozpoznawania potencjału bodźca. Wydaje im się, że wszystko, co na przykład śliskie, szorstkie lub miękkie, jest wstrętne, czyli zagrażające. Terapia takich osób polega na desensytyzacji, odwrażliwianiu, czyli stopniowym kontakcie z odrażającym bodźcem do czasu, aż stanie się neutralny lub chociaż nieparaliżujący.
Czasami jednak wstręt jest tak silny, że wygrywa nawet z instynktem rodzicielskim. Znam ludzi, którzy nie są w stanie zmienić pieluchy swojemu dziecku i mają z tego powodu wyrzuty sumienia.
Niepotrzebnie, bo to w dużej mierze zależy od czynników, na które nie mamy wpływu, jak próg wrażliwości, temperament czy uwarunkowania genetyczne, a dokładnie to, jak działa część mózgu zwana wyspą, która odpowiada za wstręt. Niektórzy rodzą się z bardziej czułym czujnikiem czystości, a jeśli do tego dojdzie jeszcze reakcja wyuczona, to takie combo może sprawić, że człowiek nie będzie w stanie powstrzymać się od wstrętu, nawet wobec własnego dziecka.
Musimy pamiętać, że wstręt, chociaż bywa reakcją wyuczoną, efektem naszych doświadczeń, nie jest jednak emocją zamierzoną. To, co możemy, a nawet powinniśmy kontrolować, to fakt oceniania i stygmatyzowania innych przez pryzmat własnego wstrętu. Inaczej mówiąc, to, czego się brzydzimy, nie jest naszym wyborem. Stygmatyzujące i oceniające pytania „Jak możesz brzydzić się własnego dziecka?” nie mają sensu, bo jest w nich ukryte błędne założenie. To, czy jestem w stanie zjeść tą samą łyżką, którą wcześniej jadł ktoś mi bliski, albo napić się z jego kubka, nie świadczy w żaden sposób o głębokości więzi czy o tym, że jesteśmy złymi ludźmi. A przymuszając się do robienia czegoś, co nas odstręcza, tylko utrwalamy reakcję wstrętową.
Trudno jednak nie podejmować takich prób, skoro presja społeczna jest tak silna: nie przewijasz swojego dziecka, znaczy, że nie kochasz. Nie jesteś w stanie napić się z mojej butelki, czyli się mnie brzydzisz.
Kiedyś znajoma terapeutka opowiadała mi historię pacjentki, starszej pani, która przychodziła do poradni uzależnień od kilku miesięcy. Pewnego dnia w ramach wdzięczności za pomoc, jaką dostała, przyniosła słoiczek z grzybami, które sama zebrała w lesie. Znajoma grzecznie odmówiła przyjęcia prezentu, ponieważ zgodnie z naszym kodeksem etycznym nie należy w taki sposób budować więzi z pacjentem. Kobieta poczuła się jednak urażona i natychmiast uznała, że skoro terapeutka nie chce przyjąć przyrządzonych przez nią grzybów, to znaczy, że się brzydzi. Od razu pojawiła się więc kategoria oceny, poczucia gorszości.
Wstręt to emocja, do której niezwykle szybko przyklejają się kategorie bardzo chętnie używane przez media, polityków czy marketingowców: blisko – daleko, mój – obcy, miłość – niechęć. Testujemy więc w ten sposób siłę naszych więzi, często bazując na powierzchownych obserwacjach i wysnuwając z nich wnioski, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. A jednocześnie zapominamy, że prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy nie mamy kontaktu z tym, że coś nas odpycha sensorycznie i przekładamy to na cechy tego obiektu na zasadzie: „Odpycha mnie twój zapach, a zatem uznaję, że jesteś gorszy, brudny, odrażający i nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”.
A czy można w ogóle nie odczuwać wstrętu?
Nie, ale są tacy, którym przeszkadza każdy zapach, i tacy, którzy prawie niczego nie czują. Można mieć więc niski próg wrażliwości, jak ratownicy medyczni, którzy są pierwsi na miejscu różnych dramatycznych zdarzeń, ale udzielają też pierwszej pomocy osobom na ulicy, w kryzysie bezdomności czy pijanym, często niepanującym nad własną fizjologią. Nikt nie rodzi się z brakiem reakcji na coś takiego. Wielu ratowników medycznych przyznaje, że uczucie wstrętu było największą przeszkodą na początku ich pracy, ale z biegiem lat na większość rzeczy się znieczulili. Doskonale opowiada o tym spektakl „Pogo”, który można obejrzeć online w Teatrze Telewizji. To wybitny monodram, ratownik medyczny mówi, że w pewnym momencie przesiąkasz zapachem, który kiedyś był bardzo odrażający, i ten zapach staje się częścią ciebie. Przeszłam podobną drogę. Kiedy po studiach zaczęłam pracę na oddziale uzależnień, miałam trudność w pierwszym kontakcie z osobami po długim, masywnym piciu i z wszechobecnym w szpitalu zapachem lizolu. Czułam z tego powodu duży dyskomfort psychiczny, tym bardziej że innym terapeutom to ewidentnie nie przeszkadzało. Z czasem i ja przywykłam, a później zrozumiałam, że w tych pierwotnych reakcjach nie było nic złego, że najważniejszym elementem tej pracy jest właśnie to, by zdawać sobie sprawę z tej emocji i nie dehumanizować ludzi ze względu na odczuwany dyskomfort sensoryczny. Pod nieprzyjemnym zapachem, brudnym ubraniem czy niechlujnym otoczeniem trzeba widzieć przede wszystkim człowieka.
A jeżeli wstręt jest nieuświadomiony, to jest szansa, że z wiekiem się wypali, złagodnieje?
Z wiekiem różne cechy raczej nam się utrwalają. Osoby, które nie zdają sobie sprawy z uwewnętrznionego wstrętu, często są przesadnie pedantyczne, sarkastyczne, pełne niechęci, obrzydzenia wobec ludzi. To raczej samoistnie nie mija. Jeśli nie rozumiemy, z czego wynika nasza niechęć do innej nacji albo do osób LGBT+, nie mamy dostępu do swojego dyskomfortu, chociażby związanego z tym, że tworzymy sobie wyobrażenia na temat tych osób, ich życia, zwyczajów – to z czasem zaczynamy to generalizować na coraz większe grupy i pewnego dnia budzimy się w świecie, w którym kieruje nami już tylko nienawiść.
Jakie zaburzenia diagnozuje się w związku z tą emocją?
To przede wszystkim wspomniany już przeze mnie perfekcjonizm, pedanteria, nerwica natręctw, niskie poczucie własnej wartości i obrzydzenie do własnego ciała objawiające się m.in. anoreksją, bulimią czy ortoreksją, ale w literaturze psychologicznej sporo pisze się też o tym, że obrzydzenie do samego siebie, zawstydzenie często manifestuje się w postaci nadmiernej potrzeby sprzątania i mycia. Nieustanne szorowanie rąk i ciała, potrzeba kontrolowania czystości własnej przestrzeni, obserwowane w zaburzeniach o charakterze obsesyjno-kompulsywnym, anankastycznym, czyli pedantycznym, wiążą się zazwyczaj ze zinternalizowaną, niezdrową, sztywną moralnością, z poczuciem grzeszności, gorszości albo wstydem uwewnętrznionym. Podczas badań zaobserwowano, że osoby, które zrobiły coś złego albo zachowały się w swojej opinii niemoralnie, kupowały później więcej środków higienicznych, mydeł, jakby zgodnie z archetypem zacierania śladów po zbrodni, chciały zmyć z siebie dyskomfort psychiczny związany z własnym postępowaniem.
Ale wstręt leży również u podłoża wielu rytuałów oczyszczania, które od wieków były praktykowane w różnych kulturach. Nasi przodkowie okadzali się dymem, rozsypywali sól na progu domu, symbolicznie wymiatali „zło”, ale temu samemu służy uczestniczenie w komunii, spowiedź, palenie palo santo czy powtarzanie mantr. Robimy to wszystko m.in. dlatego, by nie konfrontować się z własnym wstrętem, ale on uparcie nam towarzyszy.
Nie ma kategorii diagnostycznej, na którą mogłabym się powołać, może poza zaburzeniem osobowości, uważam jednak, że utrwalona nienawiść do innych ludzi lub określonej grupy społecznej jest chorobą. A patomechanizmem, który się pod nią kryje, jest właśnie nieuświadomiony wstręt, często zapośredniczony przez kulturę, wychowanie. Można powiedzieć, że ta emocja jest gangreną współczesnego świata, a my kompletnie nie zdajemy sobie sprawy, co ona nam robi. Skupiamy się na wszechobecnym lęku, celebrujemy radość, uciekamy od smutku, dajemy przestrzeń złości, lubimy (lub nie) zaskoczenie, ale wstręt jest czymś, czego nie umiemy dotykać. Zachęcam, żeby się z nim wreszcie spotkać, bo mówi dużo o tym, jak zostaliśmy wychowani i co uznajemy za zagrażające. Czy jest w nas na przykład kategoria inności? Czy wszyscy, którzy się od nas różnią, są wstrętni? Gdzie znajdują się granice naszej akceptacji społecznej? Na ile nasze ciało mieści się w tych granicach? Jakie warunki powinno spełnić, żeby przestało wzbudzać nasz wstręt?