Ewa Klepacka-Gryz - Po odstawieniu antydepresantów wracają smutek, lęk i złość. Czy to oznacza nawrót choroby? Psycholożka wyjaśnia
00:00
14:37
Z jednej strony wraca zdolność odczuwania przyjemności, spontaniczności i wzruszenia. Z drugiej – jak poradzić sobie z emocjami, których przez długi czas jakby nie było? O pacjentach, którzy trafiają do jej gabinetu po zakończeniu leczenia psychiatrycznego, pisze psycholożka Ewa Klepacka-Gryz.
Tekst pochodzi z magazynu „Sens” 09/2026.
Kiedyś przychodzili do mnie pacjenci, którym lęk, brak energii czy obniżony nastrój uniemożliwiały normalne funkcjonowanie. „Czy powinnam iść do psychiatry i brać antydepresanty? Czy leki na depresję nie uzależniają? Czy jak zacznę brać leki, to będę je brać do końca życia?” – z takimi wątpliwościami spotykałam się w gabinecie najczęściej. Niektórzy skarżyli się, że leki zalecone przez psychiatrę „stępiają” ich odczuwanie: „To prawda, lęku już nie czuję, ale w zasadzie niewiele czuję. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz śmiałam się tak od serca”. Dla innych to „nieczucie” jest prawdziwym wybawieniem: „Wreszcie chodzę do pracy na luzie. Inni stresują się szefem, a po mnie wszystko spływa jak po kaczce”. Dziś przyjmuję pacjentów, którzy mają za sobą wieloletnie leczenie u psychiatry i krótkie przerwy bez leków – i właśnie w tym „pomiędzy” często pojawia się problem.
Bierzemy tabletki, żeby mniej czuć, potem narzekamy, że na lekach niewiele czujemy. A po ich odstawieniu, kiedy czucie wraca – chcemy, żeby były to tylko przyjemne emocje, i to niezbyt intensywne.
Mariola długo cierpiała z powodu lęku antycypacyjnego („A co będzie, jeśli…?”) i somatyzacji. Kiedy czekały ją ważne spotkanie w pracy, podróż służbowa, a nawet wyjazd na wymarzone wakacje, nieuchronnie przychodziły bóle brzucha i biegunka. – Przez wiele lat nie wychodziłam z domu bez leku hamującego biegunkę. Musiałam brać coraz większe dawki, aż w końcu i te przestawały działać – wspomina.
Dwa lata temu zdecydowała się na przepisaną przez psychiatrę farmakoterapię. – To była prawdziwa ulga. Nareszcie mogłam w pełni korzystać z życia i nie odwiedzać wszystkich okolicznych toalet. Byłam gotowa łykać te pigułki do końca życia. Co prawda czułam się po nich trochę jak robot, ale pomyślałam, że lepsze to niż niemożność wyjścia z domu.
Trzy miesiące temu lekarz zaproponował stopniowe odstawienie leku. Mariola bardzo się bała, że problemy z brzuchem wrócą, ale nic takiego się nie stało; znajomi mówili, że wreszcie wróciła dawna Mariolka. Jednak po kilku tygodniach kobieta zaczęła się złościć tak mocno jak nigdy dotąd. Byle co potrafiło wyprowadzić ją z równowagi. Partner zaczął unikać drażliwych tematów, przyjaciółka się obraziła, a szef w pracy stwierdził, że jest agresywna w stosunku do klientów.
– Wiesz, sama nie rozumiem, co się ze mną dzieje. Czasami jestem tak wściekła, że mam ochotę kogoś uderzyć albo walnąć pięścią w stół, tak z całej siły. Coraz bardziej mnie to przeraża – mówiła na sesji i zaczęła się nawet zastanawiać, czy leki od psychiatry nie spowodowały jakichś trwałych zmian w jej mózgu.
Pacjenci, którzy w trakcie leczenia odczuwają zmiany w emocjach, obserwują, że czują mniej albo reagują emocjonalnie w innych sytuacjach niż zwykle – po odstawieniu leków liczą, że będą się czuć tak samo jak przed rozpoczęciem leczenia, tylko bez lęku i smutku. Kiedy tłumaczę, że przecież zgłosili się do psychiatry właśnie z powodu problemów z emocjami, przyznają mi rację, ale łudzili się, że „tabletka na lęk i smutek” cudownie uzdrowi ich z „negatywnych” emocji i po zakończeniu leczenia będą odczuwać jedynie te „dobre”. „Coś jest nie tak; czuję za mocno, zbyt intensywnie, nieadekwatnie do sytuacji” – wymieniają.
Niestety, nie ma tabletki eliminującej trudne emocje. Antydepresanty jedynie wpływają na sposób przeżywania, a farmakoterapia powinna być wspierana psychoterapią. Tabletka nie wskaże przyczyny problemów pacjenta ani jej nie rozwiąże.
Lęk czy obniżony nastrój, z powodu których pacjenci najczęściej trafiają do psychiatry, często przykrywają inne, równie znaczące emocje. Tak było w przypadku Marioli. W trakcie terapii okazało się, że przez wiele lat tłumiła złość, która przed leczeniem manifestowała się w formie lęku. To częste zjawisko, bo kobiety mają społecznie przyzwolenie na odczuwanie lęku, ale złości już nie. Tymczasem złość zawsze jest komunikatem o granicach.
Celem naszych spotkań nie było eliminowanie złości, ale nauczenie Marioli rozpoznawania pierwszych sygnałów napięcia, odróżniania złości od agresji, komunikowania własnych potrzeb bez poczucia winy. Na jednej z ostatnich sesji powiedziała: – Nie boję się już lęku, bo wiem, że zwykle pod nim jest ukryta złość. Czasami celowo lawiruję sobie między tymi emocjami w zależności od tego, czy bardziej opłaca mi się czuć lęk, czy złość. Ale wiem, że jeśli jeszcze kiedyś lęk będzie tak silny, że przestanę sobie z nim radzić, to wrócę do leków, bo już wiem, jak to wszystko działa.
Piotr twierdzi, że od zawsze był zbyt wrażliwy jak na mężczyznę: przejmował się każdym niepowodzeniem, tygodniami przeżywał najmniejszą porażkę. Na dodatek nadmiernie się pocił. Przez to, jak twierdził, nie mógł znaleźć sobie dziewczyny. W pracy koledzy naśmiewali się z niego, że ma kobiecą duszę. Psychiatra zalecił mu „łagodny stabilizator nastroju”.
– Długo wahałem się, czy zacząć brać leki. Wstydziłem się, nie słyszałem, żeby któryś z moich kolegów leczył się u psychiatry – wyjaśnił. Jednak po kolejnym niepowodzeniu na pierwszej randce, kiedy dziewczyna wymownie patrzyła na jego mokrą od potu koszulę, postanowił wziąć tabletkę, na próbę. Początki były trudne, męczyły go bóle głowy, nudności, miał wrażenie, że poci się jeszcze silniej. Psychiatra dołożył mu jakiś lek przeciwlękowy i z dnia na dzień Piotr zaczął się czuć coraz lepiej. Jak sam mówił: po raz pierwszy w życiu poczuł się pewny siebie, spokojny, nic nie było w stanie go poruszyć.
Stał się też odważniejszy w relacji z kobietami. Ponownie zarejestrował się na portalu randkowym i poznał potencjalną kandydatkę na matkę swoich dzieci. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie problemy z erekcją. Kiedy przeczytał w ulotce leku, że to może być jeden ze skutków ubocznych, wrócił do psychiatry. Kiedy kolejny przepisany lek nie zmniejszył problemów, Piotr postanowił zrezygnować z leczenia. – Nie chciałem już eksperymentować. Wolałem się pocić niż nie móc uprawiać seksu.
Ale to niejedyna rzecz, która sprawiała mu trudność. Po zakończeniu leczenia mężczyzna zaczął odczuwać niezwykle intensywne emocje, pojawiające się jedna po drugiej. W jednej chwili czuł ogromną radość, zaraz potem smutek, a chwilę później irytację. Tłumaczył, że był bliski szaleństwa. Kiedy zapytałam, co takiego strasznego jest w odczuwaniu radości czy smutku, okazało się, że brak kontroli. Poprosiłam, żeby podał mi jakiś konkretny przykład.
– Ostatnio byłem na randce: najpierw poszliśmy na kawę, fajnie nam się rozmawiało, dziewczyna opowiadała jakieś dowcipy, a ja zarykiwałem się jak nastolatek – zaczął. – Czy jest w tym coś dziwnego? – Wiesz, dorosły facet nie powinien być taki infantylny – odparował bez zwłoki.
– Nie powinien śmiać się z dowcipów? – Na pewno nie tak. – Nie tak głośno, nie tak długo, czy jeszcze jakoś inaczej nie tak? Kto to ocenia? – dopytywałam. Piotr się zamyślił, nie potrafił odpowiedzieć na moje pytania. – A potem jeszcze poryczałem się w kinie. – Ze śmiechu? – Nie, to był dramat.
Ojciec Piotra był wojskowym. W domu prawo do przeżywania emocji miały tylko kobiety: matka i siostra mężczyzny. „My, faceci, nie zajmujemy się takimi pierdołami” – często powtarzał ojciec.
– Wiesz, zdałem sobie sprawę, że decyzję o pójściu do psychiatry podjąłem, kiedy mój najlepszy kumpel powiedział, że mam kobiecą duszę. Jestem wściekły, że nie mogę brać tych tabletek. – Tabletek na nieczucie? – No tak. – Jak sam powiedziałeś, masz wybór: albo czucie, albo seks.
Dużo czasu zajęło nam przeformułowanie mitu, który Piotr odziedziczył w emocjonalnym spadku po ojcu, że silni mężczyźni nie okazują emocji, ba, nawet nie mają prawa ich czuć. Jego układ nerwowy potrzebował ćwiczeń, żeby wrócić do naturalnej zmienności emocjonalnej.
Krystyna zaczęła brać antydepresanty, gdy weszła w okres menopauzy. – Pracowałam na kierowniczym stanowisku, zarządzałam zespołem złożonym wyłącznie z mężczyzn i rządziłam twardą ręką. Nazywano mnie facetem z jajami i w spódnicy. A później się rozsypałam. Pierwszy raz popłakałam się w łazience, kiedy mój najlepszy współpracownik złożył wypowiedzenie. Potem zdarzało się to coraz częściej. Przyjaciółka internistka powiedziała, że to na pewno menopauza. Ginekolog (mężczyzna) stwierdził, że nie da mi gwarancji, czy po włączeniu hormonalnej terapii zastępczej przestanę być taka płaczliwa, i dodał: „Wszystkie baby się mażą, nawet te na dyrektorskich stołkach”. Następnego dnia poszłam do psychiatry (kobiety).
Krystyna dostała leki i po niecałych dwóch tygodniach wróciła do dawnej siebie, a właściwie była jeszcze bardziej niewzruszona. – Gdybym tylko wiedziała, że istnieją leki na wyciszanie skrupułów, już dawno bym je wzięła.
Niestety, miesiąc temu musiała odstawić antydepresant ze względu na podwyższone próby wątrobowe. Niemal z dnia na dzień płaczliwość wróciła. Pojawiły się też obniżony nastrój i brak energii. – Pomyślałam, że może mam depresję. Psychiatra zaleciła terapię i powrót do leków, kiedy próby wątrobowe wrócą do normy.
Na sesjach Krystyna sprawiała wrażenie bardzo silnej, zdecydowanej i nieco despotycznej. Twierdziła, że ma to po matce. – W domu to mama była generałem, a ojciec w fartuszku lepił kluski i zmywał gary.
Kiedy matka zachorowała i przez rok leżała przykuta do łóżka, 15-letnia wówczas Krysia musiała ją zastąpić; stać się tą silną. – Ojciec zalewał się łzami i płakał: „Krysiuniu, to co teraz będzie z nami?”. – To musiało być dla ciebie bardzo trudne. – Wiesz, kiedy mama umarła, tak naprawdę straciłam ich obydwoje.
Konieczność bycia silną, objęcie roli rodziców, nieprzeżyta żałoba przez tyle lat sprawiały, że kobieta była jak w pancerzu. Nie pozwalała sobie czuć, do pracy podchodziła zadaniowo, a w głębi duszy… – Moim największym lękiem przez lata było to, że się rozpłaczę i nie będę mogła tego zatrzymać. – Tego, czyli czego? – pytam.
Krystyna spuszcza głowę, a kiedy proszę, żeby spojrzała na mnie, w jej oczach widzę łzy. – Kiedy twój ojciec tak rozpaczał po śmierci żony, zabrakło przestrzeni na twoją rozpacz, a przecież to ty byłaś dzieckiem.
Po odstawieniu leków jej emocje zaczęły naturalnie wracać. Nie były objawem choroby, lecz elementem procesu zdrowienia. Wiedziałam, że najważniejszym elementem terapii jest stworzenie bezpiecznej przestrzeni, w której Krystyna będzie mogła przeżyć żałobę, i to na wielu poziomach, żałobę po wszystkich stratach, które ją dotknęły.
Na jednej z sesji zapytała: „Czy to normalne, że wczoraj popłakałam się nie z powodu śmierci mamy, tylko nad sobą, bo poczułam, jak bardzo musiało być mi wtedy trudno?”.
Zakończenie leczenia psychiatrycznego jest procesem tak samo ważnym i stopniowym jak rozpoczęcie. Organizm potrzebuje czasu, by stopniowo wrócić do pełnego odczuwania emocji.
Pacjenci opisują, że z jednej strony odzyskują zdolność odczuwania przyjemności, spontaniczności i wzruszenia. Z drugiej – obserwują pojawienie się emocji, których przez długi czas nie doświadczali lub które były znacznie osłabione: złości, smutku, frustracji, lęku czy rozczarowania.
Badania pokazują, że u części osób stosujących leki z grupy SSRI i SNRI może występować emotional blunting – spłycenie emocjonalne, obejmujące zarówno tak zwane emocje pozytywne, jak i negatywne. Po odstawieniu leków emocjonalność często wraca gwałtownie, co dla wielu pacjentów może być źródłem niepokoju. Sam fakt pojawienia się trudnych emocji nie oznacza nawrotu depresji. Znacznie częściej świadczy o odzyskiwaniu pełniejszego kontaktu z własnym światem wewnętrznym.
Włączenie terapii w momencie powolnego schodzenia z dawki leku jest często ważniejsze niż rozpoczęcie terapii jednocześnie z rozpoczęciem leczenia farmakologicznego. W tym czasie ważne jest rozwijanie odporności emocjonalnej, co nie oznacza unikania przykrych emocji, ale nauczenie się ich rozpoznawania, regulowania i wykorzystywania jako źródła informacji o własnych potrzebach. U większości pacjentów po zakończeniu farmakoterapii najważniejsze jest nauczenie się życia z pełnym spektrum emocji. Terapia może pomóc przekształcić ten okres z doświadczenia budzącego lęk w ważny etap odzyskiwania kontaktu ze sobą i budowania trwałej odporności psychicznej.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka książek psychologicznych, z których ostatnia nosi tytuł „Gdy emocje ranią ciało. O psychosomatycznych źródłach chorób”