1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak wybrać najlepsze wakacje dla siebie?

Jak wybrać najlepsze wakacje dla siebie?

123rf.com
123rf.com
Koszt, termin, pogoda. Moda. Oto dane, którymi kierujemy się w wyborze miejsca wypoczynku. A kryterium najważniejsze to: OSOBOWOŚĆ! Jakie wakacje będą najlepsze dla ciebie?

- Aby właściwie dobrać formę i miejsce wypoczynku, powinniśmy wiedzieć cokolwiek o sobie, o swojej konstrukcji - mówi psycholog, Jacek Santorski. Odpowiedni kierunek wakacyjnych wojaży może być źródłem przyjemnych doznań, a nawet  wyznaczyć tor życiu. Cechy osobowości, które mają tu znaczenie to, ekstrawersja i introwersja. Decydują, na ile potrzebujemy wokół siebie ludzi, a na ile wolimy być sami. Drugi czynnik to zapotrzebowanie na bodźce i nowości. Istota udanego wyjazdu jest równowaga między trzema strefami: cielesną, psychologiczno-intelektualną i duchową. Celem nadrzędnym powinno dowartościowanie tych stref, które są na co dzień zaniedbywane. - Im bardziej nasza rola zawodowa jest odległa od preferowanego stylu funkcjonowania, tym większa jest potrzeba odreagowania stresu poprzez odpowiednie wakacje - tłumaczy, psycholog Monika Nowicka zajmująca się holiday & travel coachingiem. Oto, co wspólnie ustaliłyśmy:

  Miniporadnik planowania wakacji:

1. Cisza, klasztor, odosobnienie

Dla kogą będą najwłaściwsze? Dla osób  pracujących aktywnie, w dużej grupie ludzi. Nauczycieli, menedżerów, kierowników i specjalistów od wszelkich sprzedaży. Właścicieli firm,  asystentów ważnych osobistości. Ludzi z korporacji. Jeśli wykonujesz którąś z powyższych profesji, to kierunek dla ciebie. Niekoniecznie musisz zamieniać komórkę i samochód na celę i modlitwę, ale zadbaj chociaż o kontakt z naturą, kameralne miejsca z pięknymi widokami, niezaludnioną plażę, zaciszny domek w górach. Albo o upiorne zamczysko z dobrą historią. Sprawdzi się trening medytacyjny. Potrzebujesz głębszej refleksji i wyciszenia. Introwertycy z małym zapotrzebowaniem na bodźce będą zachwyceni, uwaga -  dla ekstrawertyków z powyższych branż takie miejsca  mogą  okazać się zbyt nudne i monotonne. Dla nich wycieczka numer 2.

2. Miejsca z dzieciństwa

„Dzieciństwo jest jedyną porą, która trwa w nas całe życie” – pisał Ryszard Kapuściński. -„Dlatego przez całe życie warto je wspominać”. Wizyta w miejscach odwiedzanych w dzieciństwie łagodzi lęki i pozwala się wyciszyć. Wypoczynek z nutką sentymentu to też pomysł na spędzenie urlopu dla introwertyków lubiących sprawdzone, bezpieczne miejsca. Dla ludzi pracujących w pośpiechu i zawodowo budujących przyszłość, czyli kreatorów wszelkich  projektów,  żyjących w myśl hasła: „codziennie nowy pomysł”, planujących budżety, bankowców, finansistów, graczy giełdowych i sportowców - wyprawa w przeszłość to okazja do zwolnienia obrotów, wzmocnienia pewności siebie. Energia tego, co już było, pomaga patrzeć w przyszłość. Uwaga! Zakochani, którzy muszą uporządkować emocje i zaplanować swoje jutro, podczas tego typu eskapady mają szansę ukoić stargane nerwy. Fred Bryant, profesor psychologii na Loyola University w Chicago, jest głęboko przekonany, że nostalgiczne podróże przenoszą pozytywne uczucia z przeszłości do teraźniejszości. Z kolei prof. Clay Routledge z Uniwersytetu Stanowego w Dakocie Północnej odkrył, że potrafią  nawet łagodzić strach przed śmiercią.

3. Dynamika miasta, statek

Urlop wśród tłumu ludzi. Ma się dużo dziać, być wesoło, kolorowo i gwarno. W takim środowisku najlepiej poczują się ekstrawertycy o dużym zapotrzebowaniu na bodźce. Rejs na wielkim statku z czterema tysiącami współpasażerów, codziennie inne atrakcje turystyczne w nowym porcie, a wieczorem konkursy, zabawy czy przedstawienia teatralne – zalecamy: urzędnikom, prawnikom, kierowcom, inżynierom i farmaceutom. Osobom na co dzień przeciążonym monotonią. Także tym, które mają problem z samotnością. Lekarzom i pracownikom administracji. Zaczerpną sporo przyjemności, zwłaszcza z pobytu w centrum miejscowości z atrakcjami turystycznymi i dyskotekami. Przebywanie wśród naładowanych pozytywną energią ludzi generuje pozytywne emocje i odstresowuje. Uwaga! Ten rodzaj wakacji raczej nie sprawdzi się przy introwertycznej osobowości z małym zapotrzebowaniem na bodźce. Natłok atrakcji może spowodować przybicie i zniechęcenie do aktywnego wypoczynku. Jeśli jesteś introwertykiem z powyższych grup zawodowych, zapisz się raczej na wycieczkę nr 4.

4. Zorganizowane wakacje

Urozmaicone formy aktywności w stałej grupie i miłym miejscu pozwolą obudzić pokłady energii uśpione podczas monotonii codzienności. Ten rodzaj wakacji sprawdzi się u ekstrawertyków o małym zapotrzebowaniu na bodźce, a introwertyk odnajdzie w tym coś dla siebie, jeśli tylko trafi na wyciszone towarzystwo. – Introwertycy, jadąc na zorganizowane wakacje, wybiorą raczej miejsce spokojne, na skraju miejscowości, oddalone od dużych skupisk ludzi i głośnych dyskotek. Będą zwiedzali zabytki w małym gronie osób, w swoim tempie, bez pośpiechu. Taką formę wypoczynku wybiorą osoby ceniące sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa – mówi Monika Nowicka. Wakacje zorganizowane zalecamy: paniom domu, osobom pracującym w usługach i handlu, transporcie i budownictwie. Kierownikom produkcji, grafikom i animatorom kultury. Architekci, artyści i ludzie uzależnieni od zleceń – potrzebujecie poczucia bezpieczeństwa i ścisłego harmonogramu wypoczynku. Coś w rodzaju: „Kupuję wyjazd i nic więcej mnie już nie interesuje”.

5. W nieznane, ekstremalnie

Obojętnie, jaką branżę reprezentujesz, jeżeli odczuwasz nudę, wypalenie zawodowe, kryzysy wartości czy wiary, jeśli wiele już widziałaś i szukasz nowych wrażeń – wybierz ryzyko, urlop z adrenaliną. Dla takich jak ty wymyślono turystykę ekstremalną. Zaplanowanie i zrealizowanie wyznaczonych celów podróży wzmocni samoocenę i pobudzi do efektywnych działań po powrocie. Samotnie przez dżunglę, tydzień wspinaczki, kajakiem przez górskie potoki, bez rezerwowania hoteli, bez obmyślania trasy, za to ze skokiem na bungee lub lotem balonem. Nieznane ścieżki to symbole nowych pomysłów. Taka forma wypoczynku sprawdzi się u osób potrzebujących nowych bodźców do samorealizacji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.

 

  1. Psychologia

Czasem zamiast kroku do przodu warto rozejrzeć się uważnie i docenić to, co już masz

Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Gdy próbuję dokładnie zdefiniować zmianę, to, co ona dla mnie znaczy, dochodzę do wniosku, że najbliższa jest jej wizja koła. Zmiana to przecież proces, który zaczyna się w jednym punkcie, postępuje, a potem wraca do tego samego punktu.

Kiedy próbuję wyrazić definicję zmiany za pomocą spontanicznego ruchu, robię krok do przodu, potem zatrzymuję się i rozglądam dookoła. Zmiana jest albo dążeniem do przodu, ku nowemu, albo pozostaniem w miejscu, w którym jestem, i uważnym rozejrzeniem się dookoła, by ocenić to, co mam. Może teraz łatwiej ci będzie zastanowić się, jakiej zmiany tak naprawdę potrzebujesz, by nie zaprzepaścić dobrej energii nowego roku. Żeby było jeszcze prościej, wybierz tylko jedną rzecz, jaką chcesz zmienić, a ja rozpiszę ci to na kolejne etapy.

Przemyśl błędy z przeszłości

Jeśli spróbujesz przeanalizować, dlaczego poprzednie listy z noworocznymi postanowieniami wylądowały na dnie szuflady, okaże się, że zwykle koncentrowałaś się na przeszłości, na swoich brakach, negatywnych stronach, np. „Muszę schudnąć” albo: „Muszę rzucić palenie”. Może właśnie dlatego twój słomiany zapał wypalał się w okolicach lutego. Tym razem skoncentruj się na „nowym” zamiast na „starym”, na przyszłości, a nie na tym, co już było i na co nie masz wielkiego wpływu. Nowe, choć może budzić lęk, pobudza również ciekawość, a ta może spowodować, że stare samo wygaśnie. Jeden z moich znajomych rzucił palenie z dnia na dzień. Kiedy wszyscy pytali, jak udało mu się to zrobić, filozoficznie stwierdzał, że papierosy pewnego dnia same od niego odeszły. Dopytałam go, co tak naprawdę się stało, i opowiedział mi o warsztatach pracy z emocjami, na których nauczył się nazywać i przeżywać emocje – efekt był taki, że papierosy, jako regulator napięcia, przestały mu już być potrzebne.

Wybierz jedną rzecz, którą chcesz zmienić

Na kartce papieru narysuj koło swoich sfer życiowych. Żeby było ci łatwiej określić te sfery, przeanalizuj swój jeden dzień i zaznacz w kole sprawy, którymi się zajmowałaś. Moje koło zawiera sfery: zawodową, finansową, relacji, pasji, rodziny, odpoczynku i przyjemności. Przeanalizuj każdą ze sfer i sprawdź, która z nich twoim zdaniem wymaga zmiany. Która pożera ci najwięcej energii, przynosząc najmniej satysfakcji. Umówmy się, że chcesz zająć się sferą finansową. Teraz dokładnie nazwij, co zamierzasz w niej zmienić, pamiętając, by koncentrować się na przyszłości, a nie na przeszłości: „Chcę zarabiać więcej” zamiast: „Będę bardziej oszczędzać”.

Zadaj sobie pytanie: po co chcę dokonać zmiany?

To zadanie ma na celu oddzielenie pragnień od potrzeb. Bo jeśli twoje pragnienia są inne niż potrzeby, możesz wygenerować konflikt wewnętrzny, który będzie sabotował twoje działania. Wracając do naszego przykładu: potrzebujesz więcej pieniędzy, bo masz duże zobowiązania finansowe, ale chcesz mieć więcej czasu na rozwijanie swoich pasji, a nie tkwić przed komputerem. I konflikt gotowy. Sprawdź, czy i jak można pogodzić te dwie motywacje.

Nie zapominaj o marzeniach, one są doskonałym motywatorem do zmian. Możesz zrobić mapę marzeń – kolaż ze zdjęć, wycinków z gazet. Zrób z nich obraz, kierując się intuicją. Odkryj symbolikę zdjęć. Może rysunek przedstawiający kobietę siedzącą przed komputerem na tarasie z widokiem na ocean to twoja wizja nowej pracy, którą pokochasz i przyniesie ci ona tyle pieniędzy, ile potrzebujesz? Porównaj obecne marzenia z tymi z dalekiej przeszłości (to jedyny moment w procesie zmiany, kiedy możesz do niej wrócić). Co udało ci się zrealizować? Czy dawne marzenia są aktualne?

Określ swoje zasoby

Motywacja silnie łączy się z poczuciem wewnętrznej mocy. Moim zdaniem każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. Bardzo często największą przeszkodą w osiągnięciu celu są fałszywe przekonania, które odbierają nam moc. Te wszystkie: „Nie mogę”, „Nie dam rady” czy „Nie należy mi się” – poczuj związek tych przekonań ze swoją sferą finansową. Czy jesteś na sto procent przekonana, że energia, umiejętności i zaangażowanie, które wkładasz w twoją pracę, powinny być bardziej doceniane?

Czasami nasze poczucie mocy jest nadmiarowe i jednokierunkowe – bagatelizujemy swoje sukcesy albo przypisujemy je ślepemu losowi, jednocześnie obwiniając się za wszystkie porażki. To ma związek z naszymi przekonaniami. Może myślisz: „Chciałabym więcej zarabiać, ale skoro szef sam nie proponuje mi podwyżki, to znaczy, że na nią nie zasługuję”, jesteś gotowa wziąć dodatkową pracę i nawet ci do głowy nie przychodzi pomysł, że może powinnaś się bardziej cenić i negocjować kwestię podwyżki.

Nowe wymaga nie tylko zmiany w tobie, ale także w świecie zewnętrznym. Czasami to właśnie tam warto zrobić rewolucję. Nie ma w firmie pieniędzy na nowe projekty? OK. Przedstaw swój pomysł w taki sposób, by pieniądze się znalazły, a jeśli nie, odważnie powiedz, że pójdziesz z nim do konkurencji.

Wytrop zgubne nawyki

Jeśli jakiś sposób działania w dojściu do celu nie daje efektów, to znajdź nowy, zamiast naiwnie wierzyć, że w końcu je da. Chcesz więcej zarabiać? Zmień strategię działania albo poszukaj firmy, która cię doceni. Rób inaczej, efektywniej i tylko to, co się sprawdza. Eksploruj, rozwijaj swoje talenty, próbuj wszystkiego, czego jeszcze nie sprawdzałaś. Jednak pamiętaj, że nie jesteś robotem, nie możesz pracować bez końca. Daj sobie odpocząć, a światu podziałać. Nie masz obowiązku zmieniać tylko siebie, możesz również kreatywnie zmieniać świat.

Odkryj swój indywidualny rytm zmian

Zmiana jest procesem podobnym do oddychania: wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie. W procesie zmian określ własne tempo: zwyżki i zniżki energii, a także fazy zatrzymania. W pełni korzystaj ze swoich naturalnych zasobów. Jeśli np. zimą potrzebujesz więcej odpoczynku, a mniej pracy – uszanuj ten fakt. Fazy zatrzymania, analizy tego, co udało ci się już zrobić, są naturalnym i bardzo cennym momentem na niedziałanie i refleksję.

Wróć do punktu wyjścia

Jeszcze raz uważnie przyjrzyj się swojemu kołu sfer życiowych i poczuj, czy naprawdę chcesz (a nie musisz) coś zmienić. A może to tylko przymus, moda, obowiązek? Może zamiast kroku do przodu warto zatrzymać się i rozejrzeć, odnaleźć w tym, co już masz? I z całego serca to docenić. Jeśli tak, to oznacza to, że w kole sfer wracasz do punktu wyjścia, nie ruszając się z miejsca.

Moje tegoroczne postanowienie noworoczne brzmi: „Cieszyć się tym, co udało mi się osiągnąć. Rozsiąść się wygodnie, odetchnąć pełną piersią. Pochwalić i docenić samą siebie. Dać się podziwiać. Zbierać plony tego, co posiałam”.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet. 

  1. Seks

Seks na hamulcu. Skąd biorą się zahamowania w łóżku?

W sypialni często odważamy się tylko na cząstkę tego, na co mamy ochotę. Dzieje się tak, bo jesteśmy zahamowane. My albo nasi partnerzy. (Fot. Getty Images)
W sypialni często odważamy się tylko na cząstkę tego, na co mamy ochotę. Dzieje się tak, bo jesteśmy zahamowane. My albo nasi partnerzy. (Fot. Getty Images)
Dlaczego w sypialni odważamy się tylko na cząstkę tego, na co mamy ochotę? Czemu seks nie sprawia nam takiej frajdy, jaką mógłby dawać? Bo jesteśmy zahamowane. My albo nasi partnerzy — a często i my, i oni. Tylko skąd biorą się te hamulce?

Dlaczego w sypialni odważamy się tylko na cząstkę tego, na co mamy ochotę? Czemu seks nie sprawia nam takiej frajdy, jaką mógłby dawać? Bo jesteśmy zahamowane. My albo nasi partnerzy — a często i my, i oni. Tylko skąd biorą się te hamulce? Dlaczego w sypialni odważamy się tylko na cząstkę tego, na co mamy ochotę? Czemu seks nie sprawia nam takiej frajdy, jaką mógłby dawać? Bo jesteśmy zahamowane. My albo nasi partnerzy — a często i my, i oni. Tylko skąd biorą się te hamulce? Psychologowie twierdzą, że nikt się nie rodzi zahamowany. Jako dzieci wszyscy kochaliśmy swoje ciała, akceptowaliśmy je i nie widzieliśmy niczego zdrożnego w naszych potrzebach i impulsach. Radośnie eksplorowaliśmy zakątki naszej fizyczności, z ciekawością badając reakcje i czerpaliśmy frajdę z tego, co frajdę sprawiało. Ocena, lęk, strach, kompleksy, poczucie winy i zahamowania – to wszystko przyszło dopiero później.

Zimny chów

Korzenie hamulców sięgają dzieciństwa. To uwewnętrznione przekonania otoczenia, w którym się wychowywaliśmy; naszych matek i ojców, którzy uważali, że seks jest zły, a pewnych rzeczy w łóżku robić nie należy. Ten bagaż sprawia, że zamykamy się na eksperymenty, które mogłyby dać nam wiele radości.

– Najwięcej zahamowań mają osoby z bardzo pruderyjnego domu, gdzie dzieci poczęte były przez dziurkę w koszuli, a seks był wyłącznie sposobem na prokreację – tłumaczy Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka. – Nie było rozmów na intymne tematy, dotyku. Kiedy mąż próbował żonę pocałować czy przytulić, ta się czerwieniła albo odsuwała, mówiąc „przestań, dzieci patrzą”, a w sferze emocjonalnej panował chłód.

W takich rodzinach panuje ogólnie negatywny stosunek do cielesności. Matka mówi dziecku, by nie pokazywało pupy, bo jest brzydka i zła. Nie przytula go, a już na pewno nie do nagiej skóry. Dziecko nigdy nie przeszło przez fazę bliskości i nagości, kiedy np. wolno mu było wejść do łazienki podczas kąpieli rodziców. W normalnych rodzinach maleńkim dzieciom nie ogranicza się kontaktu z nagością dorosłych. W „hodujących” zahamowania rodzinach –tak. I wyrasta człowiek nieakceptujący własnej fizyczności, źle czujący się w swoim ciele i pełen wewnętrznych barier i granic, które bardzo trudno przesunąć, by zdobyć nieco swobody.

Nieufność w stosunku do płci przeciwnej może być spowodowana nienajlepszą relacją dziecka z rodzicem przeciwnej płci: córki z ojcem, matki z synem. Gdy chłopczyk miał nadopiekuńczą matkę, jako dorosły może wykazywać bierność w kontaktach z kobietami, może nie umieć nawiązać z nimi partnerskiej relacji. Natomiast im lepszy, mocniejszy ojciec, tym trudniej jest kobiecie dobrać sobie partnera, bo żaden mu nie dorównuje. Kiedy się takiego znajdzie, nie odmawia się mu niczego. Ale…

– Jeśli ojciec z córką walczył, negował ją na każdym kroku, był emocjonalnie nieobecny, lekceważący czy nadmiernie wymagający, nie dawał jej wsparcia itp., jako dorosła może mieć problem z poczuciem bezpieczeństwa w związku czy pełnym oddaniem się mężczyźnie – a przecież tego wymaga udany akt seksualny – tłumaczy psycholożka. – Z jednej strony może sądzić, że relacja z mężczyzną polega na walce. Z drugiej może chcieć ukarać partnera za grzechy ojca.

Dodatkowym źródłem zahamowań jest fakt, że większość młodych kobiet uprawia seks z poczuciem winy, bo robi coś przeciw rodzicom. Zwłaszcza jeśli zaczynają współżycie jeszcze w liceum. Co więcej, kobieta może być dorosła, a poczucie winy i tak będzie gościć w jej sypialni, jeśli wciąż mieszka z rodzicami. Wciąż czuje brak przyzwolenia i akceptacji, więc nie może się z nimi podzielić refleksjami na temat seksu, zapytać o radę, opowiedzieć o odczuciach. Wielu rodziców nie zgadza się, by ich córki podczas wizyt u nich spały w jednym łóżku z mężami, a co dopiero z mężczyznami, z którymi mieszkają bez ślubu. – Jeśli kobiety w sypialni czują się skrępowane i zażenowane, nawet jako mężatki, nic dziwnego, że są zahamowane – uważa Platowska.

 

Odebrana radość

Nacechowane strachem, wstrętem i ogromnym poczuciem winy postrzeganie seksu jest typowe dla osób molestowanych jako małe dzieci. Będą zupełnie zamknięte na seks, o eksperymentach w ogóle nie wspominając. Będą jak najdłużej odwlekać rozpoczęcie współżycia, zdarza się, że wręcz nigdy się na to nie zdobędą. A jeśli się nawet zdobędą, nie będą mieć przyjemności i będą unikać zbliżeń.

– Molestowanie pozostawia ogromną traumę i skutecznie rabuje z radości z seksu – mówi psycholożka. – Podobnie gwałt: może zaowocować nie tylko zahamowaniami w seksie, ale ogólną niechęcią do płci przeciwnej. To nie musi być brak otwartości na jakieś cuda w sypialni, ale protest przeciwko fizycznemu zbliżeniu w ogóle.

Gwałt pozostawia po sobie poczucie krzywdy, zachwiane poczucie bezpieczeństwa. Sprawia, że seks zaczyna być kojarzony z nadużyciem, bólem fizycznym, byciem traktowanym jak rzecz, bez prawa do własnego ciała i decydowania o nim.

– Szczególnie traumatyczny jest gwałt na dziewicy – uważa Platowska. – Nie zna jeszcze przyjemności z seksu, nie może więc gwałtu z niczym porównać. Dorosła kobieta wie, że seks w innych okolicznościach może być wspaniały. Dziewica skojarzy stosunek tylko z bólem, wstrętem i bezsilnością. Dla niej coś się zaczyna i jednocześnie kończy.

Zdarza się, że kobietę gwałci jej własny partner. Połowa amerykańskich nastolatek i młodych kobiet w ankietach przyznała, że doświadczyła gwałtu na randce. Ale jeśli kobietę gwałci jej chłopak, jest to mniej traumatyczne. Taki gwałt jest po prostu brakiem współgrania. Ona nie godzi się na zbliżenie – ale tylko w tym momencie. Partner nie budzi w niej obrzydzenia, nie jest obcy i w innych okolicznościach chętnie z nim współżyje.

– Z zahamowaniami po gwałcie można się rozprawić nawet bez pomocy terapeuty – uważa psycholożka. – Trzeba jednak partnera o wszystkim poinformować, konieczna jest jego cierpliwość, zrozumienie i miłość. Jeśli mężczyzna jest niecierpliwy, nie obejdzie się bez fachowej pomocy.

Męskie hamulce mogą być spowodowane strachem przed kobietami. Może on wypływać z negatywnych doświadczeń, wyniesionych z dzieciństwa i młodości.

–Strach przed kobietami może być owocem, np. kontaktów z bardzo napastliwą starszą koleżanką, starającą się uwieść młodego chłopaka, który był na to zupełnie niegotowy – tłumaczy Platowska. –Podobny efekt może mieć przygoda pięknego dwudziestolatka, który „padł ofiarą” powiedzmy, czterdziestoletniej kobiety. Choć opinia głosi, że to zapowiedź doskonałego romansu, nie zawsze tak bywa. Jeśli to kobieta dąży do zbliżenia, a młodzieniec nie ma nań ochoty, ale zostaje uwiedziony np. przy pomocy alkoholu, efektem będzie niechęć, lęk, obawa. Zwłaszcza, jeśli dla niego to był pierwszy raz. Nie każdy dwudziestolatek jest otwarty na taki „skok na głęboką wodę”. On może chcieć spróbować, bo imponuje mu zainteresowanie starszej kobiety, ale potem może się okazać, że to było straszne. Kochanka wymagała od niego nie wiadomo czego, nie podobała mu się, poczuł się wmanewrowany, zestresowany i rano obudził się jak z koszmarnego snu. Zahamowania może powodować zwłaszcza „romans” z matką kolegi lub – co gorsza – dziewczyny, która się chłopakowi podoba. Takie doświadczenia mogą powodować odroczenie podjęcia jakichkolwiek kontaktów seksualnych w przyszłości.

Wczesne doświadczenia

To, jaki obraz kochających się ludzi wynosimy z dzieciństwa, także odgrywa ogromną rolę w budowaniu zahamowań. Dziecko, które zobaczyło uprawiających seks rodziców, może wyciągnąć mylne wnioski. Nie rozumie, że matka jęczy z rozkoszy. Wydaje mu się, że tatuś mamusię krzywdzi. – Gdy dziecko zobaczy obrazek, którego nie rozumie, a potem rodzice do tego nie nawiązują, udając, że nic się nie stało, choć maluch jest na tyle duży, że można już porozmawiać, dziecko uczy się zmowy milczenia na temat seksu – ostrzega psycholożka.

Pół biedy, jeśli ma starszego brata czy koleżankę, którzy mogą całe zdarzenie wytłumaczyć. Ale maluch, który z podejrzanym obrazem zostaje sam, nie „wypuści” wrażeń, nie zapomni. I całe zdarzenie urasta do nieproporcjonalnej rangi, powodując lęk i niepewność, które dziecko nosi w sobie. Zwłaszcza, jeśli do obrazu kochających się rodziców dojdą inne rzeczy, np. dziecko widzi, że rodzice nie są dobrymi partnerami, często się kłócą. Widzi ich skłóconych i wychodzących z sypialni, bez okazywania sobie uczuć, bez przyjemności we wzajemnej obecności. I choćby dorośli walczyli o zupełnie inne sprawy, maluch kojarzy to z tym, co zobaczył.

–Jedna z moich pacjentek opowiadała, że mając 12 lat zobaczyła pierwszy seks, to była para, kochająca się w bramie – wspomina Platowska. –Może to była prostytutka z klientem, nieważne. Ale dziewczynka wyobrażała sobie, że miłość jest piękna, a zobaczyła akt kopulacji, który wydał jej się obrzydliwy. To także może zostawić ślad w psychice.

Podobnie, gdy chodząca nago po domu matka chłopca przegapi moment, kiedy powinna zaprzestać. Jeśli syn dorasta i zaczyna się interesować kobiecym ciałem w sposób erotyczny, a matka jest niechlujna i niezbyt estetyczna, może spowodować uraz u chłopca. Dorastający chłopak powinien móc się zachwycać ciałem kobiety, a nie być konfrontowany z jego najmniej estetycznymi stronami.

Dziewczynki powinno się przygotowywać na spotkanie z seksem, ostrzec, że w akcie defloracji jest mało przyjemności. Wiele szumu robi się wokół romantycznej strony miłości, dziewczyny oczekują więc pozytywnych przeżyć. Nikt ich nie ostrzega, że pierwszy raz wiąże się z bólem i rzadko która dziewczyna ma orgazm. Jeśli dziewczynka, zaczynając współżycie, jest zupełnie „zielona” i już na wstępie ma zero przyjemności, a w dodatku nie wie, dlaczego, trudno o pozbawiony zahamowań stosunek do seksu w przyszłości. Całkowity brak przygotowania i niezbyt dobre doświadczenia mogą doprowadzić do tego, że potraktuje seks jak palenie papierosów – ot, kolejny z elementów dorosłości, coś, co robią wszyscy – i nie musi sprawiać przyjemności. I żyje, nie wiedząc, co można zrobić ze sobą lub partnerem, by jednak mieć trochę frajdy.

 

Moje ciało?

Kobiety czasem kupczą własnym ciałem. Zaciskają zęby i godzą się na seks, ponieważ mają z tego korzyści. Ale przyjemność? Żadna, nie należy do pakietu. Stąd zahamowania: robią „to”, kiedy muszą. Najchętniej jak najrzadziej, jak najszybciej i bez zbędnych akrobacji. Udają orgazm, żeby on poczuł się sprawczy i szybko dał im spokój. Dlaczego traktujemy własne ciało jak przedmiot? Ponieważ często nie cenimy siebie i nie mamy związku z własną fizycznością. I tu znowu trzeba się cofnąć do rodzinnego domu.

– Dorośli na siłę karmią dziecko, ubierają, przytulają, sadzają sobie na kolanach. W ten sposób dostaje ono przekaz, że jego ciało i jego prawa nie muszą być respektowane. Ktoś od początku popełnia na nich gwałt. Przyzwyczajają się do tego, akceptują jako normalną sytuację i w przyszłości łatwo się podporządkują komuś lub czemuś, często jest to partner o większych potrzebach seksualnych. Z takiego seksu nie ma przyjemności, są więc zahamowania i próby uniknięcia współżycia – tłumaczy Platowska. – To samo może się przydarzyć córeczce silnych rodziców, stosujących system nakazów i zakazów.

Dołącza tu jeszcze efekt uboczny takiego chowu: niskie poczucie własnej wartości. Jeśli było się wiecznie karconą, nikt nas nigdy nie poczęstował dobrym słowem, przewagę stanowiły negatywne komunikaty na nasz temat, nie mamy wyjścia – będziemy mieć niską samoocenę. Sprawia ona, że sądzimy, iż nie zasługujemy na miłość. Czujemy, że powinnyśmy iść do łóżka z każdym, kto sobie tego zażyczy. Nie oczekując przyjemności, bo jej zwyczajnie być nie może.

W naszej kulturze dziewczynki nie są uczone miłości do swojego ciała. Matki nie uczą ich celebrowania fizyczności, nie rozmawiają na intymne tematy, nie mówią o miesiączkach, współżyciu, byciu w ciąży. A przecież w okresie nastoletnim to matka daje córce komunikat o jej ciele. Niestety, często jeśli daje, to niepochlebny. Szczególnie niewielkie szanse usłyszeć coś przyjemnego o swojej fizyczności mają córki matek, których relacje z mężem są nie najlepsze – zwłaszcza, jeśli jest on kochającym ojcem. To podświadoma chęć odegrania się na dziewczynce, która ma to, czego pragnie matka: miłość ojca. Ponadto matka widzi w córce swoją przemijającą młodość. Jeśli tego nie akceptuje, tym bardziej jej powie „jesteś za gruba, ja w twoim wieku miałam lepsze włosy i cerę, nie powinnaś za nic nosić mini”.

– Dramat, gdy nastolatka ma 14 lat i trądzik od stóp do głów, i piękną siostrę, wychwalany wzór urody i wdzięku – tłumaczy Platowska. – Nawet, gdy trądzik minie bez śladu, dziewczyna będzie czuła się gorsza od atrakcyjniejszej koleżanki, przyjaciółki.

Wielu mężczyzn przed czerpaniem pełnej satysfakcji z seksu powstrzymują obawy związane z ich własną wydolnością seksualną, wielkością członka, tym, jak wypadną w oczach kobiety. Boją się, że zostaną porównani z poprzednimi partnerami i ocena będzie dla nich niekorzystna: nie są tak dobrzy, jak poprzednicy. To dlatego panom marzy się, by ich wybranka była dziewicą i by to z nimi przeżywała pierwsze uniesienia. Każdy z nas jest łasy na pochlebstwa. Ale szczególnie silnie potrzebują jej – lub też szczególnie silnie boją się oceny negatywnej – panowie o niskim poczuciu własnej wartości, niewierzący w siebie i swoją potencję. Nawet, gdy partnerka jest otwarta na eksperymenty, mężczyzna nie czerpie z seksu radości, bo wciąż się zastanawia, czy robi to dobrze, czy tak właśnie chce kobieta, czy jest z niego zadowolona. Nie wierzy, że może ją zadowolić. Wielu panów z niskim poczuciem własnej wartości ma kompleks małego członka, wstydzi się nagości. Bywa, że są obsesyjnie zazdrośni, czasem nawet zachowują się agresywnie. I nie pomaga kupno dużego samochodu, tacy partnerzy destrukcyjnie działają na swój związek. Dobrze, jeśli partnerka spokojnie i cierpliwie wytłumaczy im, że nie na wielkości członka rzecz polega – mogą uwierzyć, zwłaszcza jeśli będzie miała sporo frajdy z seksu z nimi. Dobrze, gdyby w jakiejś innej dziedzinie odnosili sukcesy, które partnerka mogłaby uznać i podziwiać. Ale może się okazać, że bez terapii się nie obejdzie.

– Jeśli mężczyzna ma niską samoocenę, lepiej jest być ostrożną w opowieściach o poprzednich związkach. Gdy spotyka się dwoje dorosłych ludzi i wiadomo, że każde z nich ma jakąś przeszłość za sobą, której (co gorsza) nie można wymazać czy odwrócić, wszelki dowód na to, że kobiecie było dobrze z innym mężczyzną (także poza łóżkiem), może się okazać ciosem dla niepewnego swej wartości partnera. Taki mężczyzna będzie wolał, by – nawet jeśli jego kobieta ma już dwójkę dzieci, będących niezbitym dowodem na brak dziewictwa – przynajmniej się okazało, że nie miała z tego przyjemności – twierdzi psycholożka.

Kompleksy i brak akceptacji  własnego ciała to bolączka kobiet. Niepewna własnej atrakcyjności kobieta nie pozwala się rozebrać, przykrywa się kołdrą po brodę, nie zgadza się na zapalone światło. A kiedy już partner „dopnie swego”, przez cały akt zastanawia się, jak wygląda: czy nie widać cellulitu na pupie czy grubych ud. Sprawę pogarsza nierealistyczny model kobiecej urody, lansowany przez kolorowe magazyny i ukazujący wyretuszowane ciała bogiń bez skazy, do którego się porównujemy. I tracimy dobry nastrój.

Ale jeśli jesteś zaprzyjaźniona ze sobą, znasz swoje mocne strony (i słabe też) w łóżku i poza nim, umiesz żyć tak, że ci ze sobą dobrze, jesteś ze sobą pogodzona, pracujesz nad czymś i widzisz tego efekty, wiesz, że jesteś fajną osobą – poradzisz sobie z każdym zahamowaniem.

Katarzyna Platowska, psycholożka, socjoterapeutka w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii „SOS”.

  1. Psychologia

Frustracja, cierpienie, rozczarowanie - jak wyzwolić umysł z własnych pułapek?

Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
Jak przestać toczyć batalie w swojej głowie i odzyskać spokój? (fot. iStock)
W życiu ciągle zabiegamy o pewne rzeczy, a jak się nie udaje, przeżywamy rozczarowanie. Tak działa uwarunkowany umysł. Czy można go okiełznać? Tak! Wystarczy pozwolić rzeczom, by były, jakie są.

Jak wiadomo, jedną z gier, w jakie gramy w życiu, jest poszukiwanie przyjemności i unikanie cierpienia. Temu podporządkowane jest nasze codzienne działanie, stąd biorą się też wszystkie etykietki, czarne–białe, dobre–złe. Umysł „staje na głowie”, żeby przeprowadzić nas możliwie najbezpieczniej przez teren oznaczony zasadniczo dwoma znaczkami: plusem i minusem. Codziennie zbieramy punkty, sumujemy. I albo oddychamy z ulgą, albo cierpimy i szukamy sposobu, jak rozwiązać problem (czyli znów główkujemy). Czasem przypominamy sobie o filozofii stoickiej albo o szkołach wschodnich, o zen. Ale na ile podobne podejście może się sprawdzić dzisiaj?

Tak naprawdę stan, w którym nie pożądamy, nie unikamy i nie walczymy, to przekroczenie ego, czyli... oświecenie. Człowiek Zachodu czuje się z tym pojęciem nieco niezręcznie – kojarzy mu się ono z odosobnieniem w jaskini, lewitacją... Całkowitym oderwaniem od życia, ziemskich spraw. A chodzi „po prostu” o niedualną (nieuwarunkowaną) świadomość. O stan czystej obecności. Wyzwolenia. Filozof Peter Fenner nazywa ten stan „promieniującym umysłem” .

Umysł, który stara się za bardzo

Fenner to człowiek Zachodu, który uwierzył, że wschodnią mądrość można praktykować na co dzień. Przekroczyć podziały umysłu, porzucić jego batalie. Jako doktor filozofii wykładał na uniwersytetach w Australii i USA. Sporo czasu spędził w Nepalu i w Indiach – poznał tamtejszych lamów, studiował zen, został nawet mnichem. Ale po paru latach zwrócił ślubowania, by zgłębiać zachodnie metody leczenia, psychoterapię. Dlatego stworzony przez niego kurs „Promieniującego umysłu” opiera się zarówno na wschodniej duchowości, jak i zachodniej psychologii. Fenner jest przekonany, że stan niedualnej świadomości dostępny jest każdemu. Że dzięki uważności, obecności możemy demaskować i rozmontowywać źródła naszych frustracji i cierpień. Jego zdaniem nieuwarunkowana świadomość jest ostatecznym celem wszelkich ludzkich dążeń. Nawet jeśli sami ludzie o tym nie wiedzą...

Wszyscy chcemy osiągnąć stan, w którym nasze potrzeby będą zaspokojone. Dlatego uwarunkowany umysł wciąż podejmuje wyzwania, prze do przodu. Ponagla, strofuje. Wyszukuje sposoby, żeby osiągnąć kolejne niezbędne do szczęścia rzeczy. W stanie niedualnej świadomości mamy wszystko. Czujemy się spełnieni z tym, co jest. Chodzi więc o to, by zaufać życiu. Uwierzyć, że wszystko, czego potrzebujemy, jest dostępne już dziś!

Stan niedualnej świadomości nie jest czymś, o co musimy zabiegać – możemy się w nim znaleźć w każdej chwili. O ile ominiemy przeszkody, jakie nas od niego oddzielają.

Jedną z nich jest przywiązanie do cierpienia. Do historii pełnych skarg, obwiniania, użalania się. Przywiązujemy się też do sztywnych scenariuszy i cierpimy, że coś poszło nie po naszej myśli. Kiedy pojawia się sytuacja, którą uznajemy za problematyczną, zaczynamy walczyć. A kiedy pole oczyszcza się i nie mamy żadnych problemów, zaczynamy czuć się nieswojo – jakby ktoś pozbawił nas celu, kierunku. Nawet brak problemów potrafimy więc uznać za problem! Dobrze, nie my – uwarunkowany umysł.

W doświadczaniu nieuwarunkowanej świadomości przeszkadza nam też nawykowa potrzeba aktywności. Wciąż działamy, tworzymy projekty, planujemy czas, a – kiedy nie uda nam się wypełnić go po brzegi – „zabijamy” go. Oglądając jakąś telewizyjną papkę albo przynajmniej bazgrząc coś na kartce. Za punkt honoru stawiamy sobie bycie zajętym. Im ktoś bardziej zajęty, tym ważniejszy... Zachodnia kultura nie akceptuje zwykłego bycia – zrelaksowanego, bezproduktywnego spełnienia. A gdyby tak przyjąć, że żaden wysiłek nie jest potrzebny? Że na ten moment rzeczy mają taki kształt, a nie inny, i już?

Od niedualnej świadomości oddziela nas też potrzeba nazywania, precyzowania, nadawania wszystkiemu sensu. Określania tego, kim jesteśmy, do czego zmierzamy. Jakie mamy stanowisko w tej czy innej sprawie. Nie znosimy niewiadomych, musimy wiedzieć – najlepiej natychmiast! Odrzucamy to, co brytyjski filozof Alan Watts nazwał „mądrością niewiedzy”. Jak wydostać się z tego matriksa? Zacznij od tego, że będziesz obserwować niestrudzone wysiłki umysłu. Jego gry. Jaką potrzebę odczuwasz najsilniej? Zrozumienia? Działania? Planowania? Dlaczego to takie ważne?

Samo siedzenie zamiast medytacji?

Prosty przykład: medytacja. Nie każdy się do tego przyzna, ale zwykle praktykowanie medytacji jest dla nas źródłem... wielu frustracji. Chcemy zastosować się do wszystkich zaleceń: prosty kręgosłup, koncentracja na oddechu, wyznaczony czas bez myśli (chyba że uda się je obserwować), absolutna cisza... Podchodzimy do sprawy z pozycji umysłu – czyli zadaniowo – spinamy się, oceniamy swoje postępy. Mamy pretensje do siebie (i do świata). „Za dużo myślę! Nie byłam obecna! Zgarbiłam się i energia nie mogła przepływać swobodnie przez kręgosłup! Zgubiłam się w liczeniu oddechów! Mąż wszedł do pokoju, chociaż prosiłam, żeby nikt mi nie przeszkadzał! Pies zaszczekał!”.

Fenner nazywa to „konwersacją o medytacji”. I uspokaja: „Nie można dobrze albo źle medytować”! Praktyka, którą proponuje, to „samo siedzenie”. Samo siedzenie jest bardzo proste i (wbrew nazwie) niekoniecznie musi się odbywać na siedząco. Na czym więc polega? Na odcięciu się od bodźców zewnętrznych (telewizja, książka, komputer, towarzystwo), przyjęciu względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym. I tak codziennie, przez około 20 minut. W tym czasie możesz siedzieć na podłodze, kanapie, poduszce. Albo leżeć. Jeśli ci niewygodnie, możesz się poruszyć – byle nie wstawać i nie chodzić. Oczy mogą pozostawać zamknięte, chyba że wolisz je otworzyć. Mantra? Liczenie oddechu? Jak chcesz. Rozproszysz się? W porządku. Cieszy cię ta sesja? Ciesz się nią! Złościsz się? Nudzisz? OK. „Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz” – mówi Fenner. Zadbaj tylko o spokojne miejsce, nastaw budzik, żeby nie musieć pilnować czasu. Ale jeśli chcesz skrócić czas siedzenia czy wprowadzić jakieś modyfikacje (muzyka relaksacyjna, kontakt z naturą), czuj się swobodnie.

Cel? Hm, tak naprawdę niedualne podejście nie zakłada celów. Ale dobrze – przyjmijmy, że praktyka siedzenia prowadzi do spowolnienia. To okazja, żeby dostrzec chociażby, że rzeczy, które „koniecznie musimy zrobić”, mogą poczekać. Może nawet wcale nie są takie ważne? Fenner przyznaje, że chodzi tu o coś więcej: zrozumienie, że żadna praktyka nie jest konieczna, że każdą chwilę i sytuację możemy kontemplować, otwierać się na nią. „Promieniujący umysł” to w pewnym sensie propozycja drogi na skróty. Niemal wszystkie systemy rozwoju sugerują potrzebę zmiany. Przyjmujemy, że to, co mamy i czym jesteśmy, „to nie jest to” i podejmujemy trud stania się kimś innym. Po to, by w którymś momencie przekonać się, że wcale nie musimy... To paradoks, ale ponoć każdy poszukujący wcześniej czy później się z nim styka: praktyka pokazuje nam, że nie potrzebujemy żadnej praktyki. Tyle że bez niej byśmy tego nie odkryli! Jeśli zdecydujesz się na samo siedzenie, możesz sprawdzić po jakimś czasie, jak wygląda twoja „konwersacja”. Czy myślisz: „To przyjemne”? „To działa”? A może: „To nudne”, „Ile jeszcze czasu zostało”? Nie osądzaj – to tylko myśli.

A gdyby tak odpuścić?

Ważne miejsce w praktyce „Promieniującego umysłu” zajmuje nieingerowanie. Przytłacza cię jakaś sytuacja, zalewają emocje? Zamiast szukać natychmiastowej transformacji, oczyszczenia, pozwól rzeczom być takimi, jakie są. Nie osądzaj, nie komentuj, nie zmieniaj. Może okaże się, że skłębione emocje czy kompulsywne myśli rozproszą się szybciej, niż gdybyśmy w nie ingerowali. To jakbyśmy stworzyli przestrzeń wokół problemu – po to, by mógł rozwinąć się i rozpuścić na własny sposób. Dla naszych zachodnich umysłów to nie lada wyzwanie... Tymczasem – zamiast analizować dane, mnożyć byty, wywierać presję – może warto poczekać, aż doświadczenie samo się wyklaruje. Wstrzymać się z działaniami do czasu, aż pojawi się wyraźny kierunek.

Fenner tłumaczy, że za każdym cierpieniem ukrywa się opór.

Albo opieramy się przeciw temu, co się wydarza, albo przeciw utracie tego.
Kiedy odkryjemy, na czym polega ten opór i odpuszczamy go, stajemy się wolni. Sprawdź, jak działa nierobienie niczego – zachęca autor „Promieniującego umysłu”. Zrób ćwiczenie: jeśli pojawi się w twoim życiu jakiś problem, nie podejmuj walki, konfrontacji. Nie unikaj go, nie uciekaj, ale nie próbuj też manipulować tym doświadczeniem, zmieniać go. Prawdopodobnie samo się zmieni.

Proponuje też, by obserwować własne fiksacje, czyli przywiązania, awersje, ustalone poglądy. Albo po prostu powtarzające się myśli. Kiedy jesteśmy zafiksowani, skupiamy naszą energię (umysłową, emocjonalną i fizyczną) na jednej interpretacji. Oczywiście, w niedualnym podejściu fiksacje nie są niczym złym. Ale bezstronna obserwacja pomaga im się rozpuścić. Wystarczy obserwować, co nas przyciąga, a co odrzuca. Co opowiadamy sami sobie na temat danego doświadczenia. Jaki wzorzec kryje się pod tymi opowieściami, myślami, reakcjami. Perfekcjonizm? Niezdecydowanie? Koncentrowanie się na tym, co negatywne? Rozdrabnianie się? Dramatyzowanie? Fenner demaskuje różne wzorce, podając usprawiedliwienia, jakich zwykliśmy używać, żeby się ich trzymać. Osoba niezdecydowana na przykład uważa się za ostrożną, rozdrabniająca się twierdzi, że sprawdza wiele możliwości, dramatyzująca – że przynajmniej się nie nudzi („Czuję, że żyję”). A wszystkie wzorce nakręca ten sam mechanizm, który autor nazywa „to nie jest to” („nie podoba mi się, nie tak to miało wyglądać”). Obserwując swoje reakcje, możemy odkryć, co robimy z doświadczeniem, jak próbujemy je zminimalizować albo zintensyfikować, przyspieszyć albo odsunąć. Jak działa nasz autopilot. Nie potrzeba tu jakichś pogłębionych badań, studiów. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, kiedy czujemy, że któryś ze wzorców jest aktywny, i zadać sobie proste pytanie: „Co ja robię?”. Narzekam? Oskarżam? Lituję się? Dzięki takiej demaskacji stajemy się bardziej bezstronni, zyskujemy dystans do własnych problemów. Przestajemy się z nimi utożsamiać.

Rozpuścić opór, który swarza napięcia

Trudno znaleźć człowieka, który przeżyłby życie, nie negując otaczającej go rzeczywistości. Tak naprawdę trudno przeżyć jeden dzień bez takich myśli, odczuć. Odrzucamy korki na drodze, zachowania polityków, pogodę, jakość produktów w sklepie albo ich brak, głośną muzykę w restauracji... Wciąż coś zakłóca nasz spokój. Więc negujemy to, wyczerpując naszą energię. Angażujemy ją w bitwę, która z góry skazana jest na przegraną. – To tak, jakbyśmy wciąż żyli fantazją, że jest jakieś lepsze miejsce, w którym powinniśmy być – mówi Peter Fenner. Stawia sprawę jasno: „Źródło cierpienia nie leży w okolicznościach życia, ale w sprzeciwie”. Kiedy opieramy się życiu, stwarzamy napięcia, stres, ból.

Jaką postawę możemy więc przyjąć wobec problemów? Uznać, że są. Nie robić problemu z problemów. Nie szukać winnych (rodzice, szef, Bóg), nie robić uników. Zamiast pytać „dlaczego ja?” albo wmawiać sobie, że to nie powinno się wydarzyć, możemy przyznać: „Tak, mam problem, co mogę z tym zrobić?”. Albo sprawdzić: „Czy muszę coś z tym zrobić?”.

Oczywiście, nieingerowanie, o którym była mowa wcześniej, nie oznacza, że – cokolwiek się dzieje – mamy siedzieć z założonymi rękoma. Nieuwarunkowana świadomość nie jest jakąś próżnią czy czarną dziurą, w której tkwimy biernie, niezainteresowani ziemską egzystencją. Postawa kontemplacyjna to nie wycofanie czy znieruchomienie! Rzecz w tym, że w stanie nieuwarunkowanej świadomości nasze zachowania przestają być nawykowe. Opór rozpuszcza się, nasz wewnętrzny spokój obejmuje również trudne doświadczenie. Wzrasta umiejętność przeżywania wszystkich zdarzeń bez strachu czy sięgania po zachowania ucieczkowe (nałogi). Przestajemy walczyć, stajemy się bardziej tolerancyjni i akceptujący. Zauważamy myśli, które próbują nas ostrzec (przestraszyć!) albo pchnąć do zdobywania czegoś, bez czego nasze życie podobno nie jest pełne. I odkrywamy, że w danej chwili niczego nam nie brakuje.

  1. Psychologia

Kobieta w drodze do… siebie. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
„Jedz, módl się, kochaj” i „Kobiecość w rozwoju” to pozornie różne lektury: powieść i książka psychologiczna. Obie jednak dotykają procesu stawania się sobą, indywidualizacji kobiety, mówią, że jej warunkiem jest podróż dosłowna i symboliczna. Czy rozwój kobiet przebiega tak samo – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W wielu współczesnych powieściach, takich jak „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert, pojawia się ten sam motyw: kobieta po rozwodzie albo nieudanym związku rusza w drogę. Kobiety czytają, oglądają nakręcone na podstawie tych książek filmy i być może dlatego, gdy znajdą się w trudnej życiowej sytuacji, postępują podobnie. Z takich inspiracji powstają kolejne już autobiograficzne opowieści jak „Dzika droga” Cheryl Strayed. Czyżby więc podróż była dla kobiety sposobem na poznanie siebie?
Nie jestem kobietą i to ryzykowne przedsięwzięcie, żebym wypowiadał się w imieniu kobiet. Skoro jednak pytasz, podzielę się doświadczeniem wyniesionym z towarzyszenia wielu kobietom w podążaniu ku ich prawdziwej – a przynajmniej prawdziwszej – tożsamości. Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. Najczęściej to samotność i klimakterium, bo też szczególna trudność tych sytuacji polega na tym, że nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę młodej, atrakcyjnej, niezależnej kobiety, nieposiadającej dzieci i niepozostającej w stałym związku z mężczyzną. Jak i nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę czynnej zawodowo, niezależnej, wolnej od zobowiązań wobec dzieci, często rozwiedzionej albo owdowiałej, dobrze wyglądającej kobiety po klimakterium.

W wymiarze kulturowym i socjologicznym nie ma ani dla tych pierwszych, ani dla tych drugich miejsca, nie ma misji, nie ma zasług, nie ma uznania. W wymiarze religijnym zagrożone bywają odmową sakramentów, a nawet zbawienia. I zapewne dlatego kobiety uczęszczają licznie na różne formy psychoterapii, coachingu, warsztatów, seminariów, kręgów, grup wsparcia itp. Szczególnie w okresie klimakterium, gdy dochodzą do siebie po pracowitym i pełnym poświęceń życiu, czują się seksualnie przezroczyste, rodzinnie niepotrzebne, społecznie i zawodowo wykluczone – rodzą się w nich naturalne pytania: Co dalej? Jaki jest powód i sens mojego życia? Jaka jest moja misja? Kim ja właściwie jestem? Podobne pytania stawiają sobie kobiety młode, samotne i bezdzietne, zarówno te samotne z wyboru, jak i przeżywające samotność jako niepowodzenie i stratę. Jeśli podążą za tymi trudnymi pytaniami, mogą wyrwać się z klaustrofobicznej przestrzeni kulturowych i obyczajowych stereotypów i poznać swoje aspiracje i potrzeby.

I w tym celu ruszają w podróż. Pia Skogemann w „Kobiecości w rozwoju” wylicza siedem jej faz. Zaczyna się zwykle nagle, od uświadomienia sobie niezadowolenia z roli, w jakiej się tkwi.
Podróż jako droga do uwalniania się kobiety z ograniczeń kulturowych i obyczajowych staje się popularnym wątkiem także w mediach informacyjnych. Jedna z opowieści mówi o emerytowanej krawcowej z małego polskiego miasteczka, którą pewnego wieczoru coś tknęło. Oderwała zmęczone ręce i piekące oczy od roboty, wstała i tak jak stała, łapiąc po drodze torebkę, wybiegła z domu. Wsiadła w pierwszy samochód, jaki się zatrzymał, i... wróciła odmieniona po kilku latach, po pełnej przygód podróży po Europie. Do niedawna takie odważne zachowanie bywało podziwiane tylko w wykonaniu męskim. W kobiecym – wyśmiewane i tępione. Czasy się jednak zmieniają. Podróżniczka staje się ważnym i popularnym wzorcem dla kobiet, bo pozwala – bez ryzyka ostracyzmu – przekroczyć stereotypowe przywiązanie do domu, dzieci, kuchni i Kościoła, do kilku sklepów i bazarku, i tych dwóch miejsc, gdzie jeździ się na bezpieczne wakacje. Dla coraz większej liczby kobiet to grubo za mało, by poznać siebie i świat.

Coś niezwykłego musi się jednak wydarzyć w tej podróży.
Otwarcie się na świat, poznawanie siebie w trudnych sytuacjach, w relacjach z ludźmi z innych kultur to konieczne, by podróż stała się czasem wewnętrznego dojrzewania, rozbudzania i odkrywania swoich do tej pory nierozpoznanych możliwości. Według Pii Skogemann jakiś napotkany przewodnik lub znak ze świata przyrody pomaga bohaterce przekroczyć już nie tylko próg domu, lecz próg nieświadomości. Takie wydarzenie zapoczątkowuje drugi etap podróży. To jest zadziwiające, jak wiele kobiet przyciąga szamanizm – piękna i wymagająca ścieżka poszukiwania transcendencji w przyrodzie. To potwierdza tezę o naturalnym związku kobiety z naturą. Jest on zazwyczaj dużo silniejszy niż ten odczuwany przez mężczyzn. Dlatego przewodnikiem kobiety w tej podróży może okazać się dowolna manifestacja przyrody, np.: ogród, drzewo, kwiat, kot, pies, fretka albo chomik.

W kolejnej powieści o podróży „Sekrety uczuć” Barbary O’Neal takim przewodnikiem jest czarno-biały pies. Pomaga wkroczyć w etap, który zdaniem Pii Skogemann ma zaowocować konfrontacją z postacią matki, by jej obraz nie był przeszkodą, ale służył pomocą w dalszej wyprawie córki.
Realna matka przekazująca córce spuściznę zsocjalizowanej i zrepresjonowanej kobiecości musi zostać zanegowana. Wtedy ona i jej los stają się dla córki ostrzeżeniem: „Nie naśladuj matki. Zrób coś, by twoje życie było inne. Szukaj siebie prawdziwej”. A wtedy spoza zasłony matki realnej ukazuje się matka archetypowa: zmysłowe, nieustraszone i niezniszczalne źródło życia – pierwotne i ponadgatunkowe. Realna matka jest więc córce potrzebna po to, by stać się drogą prowadzącą do odkrycia pierwotnej „matkości”, a tym samym prawdziwej kobiecości.

Kolejny etap to poznanie kochanka, spotkanie z nim wtajemnicza kobietę w seksualność.
Kobiety odkrywające swoje prawdziwe potrzeby i oblicze potrzebują doświadczyć seksualności wolnej od pragmatycznego i instrumentalnego uzasadnienia. W życiu kobiety dostosowanej do norm i zasad seks jest prawie zawsze po coś: by uwieść i przywiązać partnera, podtrzymać związek, mieć dzieci, wypełnić małżeński obowiązek, by nie poszedł do innej, by uniknąć podejrzenia o oziębłość, dorównać koleżankom. Dla wielu kobiet seks jest także po to, aby się go wyprzeć i tak zapewnić sobie łaskawość – ponoć radującego się takim poświęceniem – Stwórcy. Nic dziwnego, że w drodze ku sobie prawdziwej często budzi się w kobiecie potrzeba kochanka – pragnienie doświadczenia seksu wyzwolonego. Wtedy kobieta nie szuka mężczyzny nadającego się na ojca i partnera, lecz archetypowego, biologicznego kochanka, z którym seks nie służy niczemu innemu prócz seksu.

I po to kobiety po pięćdziesiątce jadą na sekswakacje do Tunezji?
Nie ma w tym nic śmiesznego ani gorszącego – póki stoi za tym świadoma decyzja, a nie rozpacz kobiety spragnionej trwałego związku. Odkrycie w sobie dzikiego, wolnego wymiaru seksualności jest dla kobiety ważniejsze i bardziej konstruktywne niż dla mężczyzny. Mężczyzn przygody seksualne utwierdzają w złudzeniu ich wyjątkowości i władzy, w lekceważącym stosunku do kobiet. Kobiety dzięki takiemu doświadczeniu trafniej, w sposób autonomiczny i godny definiują swoją rolę i miejsce w świecie oraz w relacji z mężczyzną. Ponieważ jednak patriarchat nigdy nie był zainteresowany niczym, co by pozwalało kobietom odzyskiwać ich poczucie wolności i autonomii, więc takie kobiece poszukiwania były i są piętnowane i dewaluowane.

Bohaterka „Jedz…” wyzwala się też z diet i odzyskuje radość jedzenia. Kupuje większe spodnie, zamiast się głodzić.
Oddanie ciału decyzji o optymalnej dla niego diecie i wadze  jest przejawem dojrzałości i synergii z potrzebami organizmu. Ale pofolgowanie sobie w jedzeniu nie może kłócić się z mądrą troską o zdrowie. To trudne, bo kobiety często nie cierpią swoich ciał. Więc zarówno obsesyjne głodzenie się, jak i folgowanie apetytowi bywa przejawem autoagresji.

Dopiero po seksie i jedzeniu bohaterka „Jedz...” jedzie do aśramy: modlić się i medytować.
To bardzo ważne przesłanie tej książki: zanim wejdziemy na duchową ścieżkę, warto w realnym, świeckim życiu poznać siebie i swoje prawdziwe potrzeby, rozwinąć psychiczny i duchowy potencjał. Ważne też, by uprzednio doświadczyć swego cienia. W przeciwnym razie nasza duchowość może przerodzić się w ufundowaną na psychologicznej pustce i niedojrzałości, fundamentalistyczną, duchową egzaltację. Pia o tym także pisze, piąty etap podróży to spotkanie z ze swoją ciemną stroną.

Jej zdaniem dla kobiet spotkanie z cieniem jest mniej ważne niż spotkanie z negatywnym animusem, czyli męskim aspektem.
Cień dla kobiety nie jest mniej ważny niż dla mężczyzny. Może tylko jest trochę lżejszy, mniej złowrogi. Mężczyźni mają silniejsze instynkty agresywne: skłonność do przemocy, nieokiełznaną seksualność, potrzebę władzy i podboju. Natomiast najtrudniejszym wymiarem kobiecego cienia jest syndrom ofiary odziedziczony po tysiącleciach patriarchatu i oparty na iluzji winy (w tej sytuacji animusem ukrytym w kobiecej podświadomości jest mężczyzna prześladowca. I tam, w strefie kobiecego cienia, ofiara kobieta jest przyciągana do animusa prześladowcy, a potem pozwala mu się zniewolić i upokorzyć w przekonaniu, że zasłużyła na karę). Wiele kobiet ma nieświadomą predyspozycję do wchodzenia  w związki z mężczyznami, którzy niosą w sobie demoniczny cień, skłonny do przemocy i gwałtu. Wydobycie z cienia aspektu ofiary jest dla współczesnych kobiet najważniejszym wyzwaniem na drodze odkrywania prawdziwej, naturalnej kobiecości. To tym ważniejsze, że nieuświadomiona ofiara chętnie i niepostrzeżenie zamienia się w prześladowcę, do czego jeszcze trudniej się kobietom przyznać.

Kolejny etap to „zejście do nadiru”, czyli do najgłębszej nieświadomości. Panuje tu chaos symboli i obrazów, które reprezentują śmierć bohaterki, jej dawnego „ja”.
Chodzi o piekło wypartych, nieuświadomionych potrzeb. Musimy je poznać, wyciągnąć na światło dnia i w ten sposób pozbawić złowrogiej mocy. Jeśli tego nie zrobimy, nadal z ukrycia będą kierować naszym życiem. Ten fragment cienia trudno przyjąć i zrozumieć. Bywa, że gdy przekroczy on naszą zdolność asymilacji, doświadczamy nawet psychotycznego epizodu. Dzieje się tak, gdy wewnętrzny obserwator i narrator jest zbyt słaby i całkowicie zaangażuje się w – z pozoru przerażający – spektakl umysłu. Wtedy wydobyte z ukrycia treści i postacie mogą na jakiś czas przejąć władzę nad umysłem. Dlatego dobrze jest po takim epizodzie poddać to, co się wydarzyło, głębokiej refleksji – najlepiej w towarzystwie psychoterapeuty lub duchowego nauczyciela. No i wzmacniać wewnętrznego obserwatora np. medytacją.

Powrót to ostatni etap. Łatwy dla mężczyzn, trudny dla kobiet, bo społeczność nie chce nas przyjąć, gdy jesteśmy silne i wolne. To, co przynosimy, jest odrzucane.
Niestety, tak się dzieje. Pewnie dlatego kobiety z takiej podróży nie wracają do rodzinnej, starej „wioski”. Znajdują jakieś enklawy i tworzą własne przyjazne im społeczności. Gromadzą wokół siebie ludzi, którzy podobnie myślą i mają podobne aspiracje. To dobrze. Gdy za jakiś czas takie wspólnoty obejmą około 10 proc. ludzi, utworzy się masa krytyczna, która może zmienić świadomość całej populacji. Na razie autonomiczna, dojrzała, wolna od wewnętrznych ograniczeń kobieta, a także mężczyzna, to rzadkie zjawisko.

Kto może być partnerem tej nowej kobiety?
Tylko ten, kto przeszedł podobną drogę. Gdy odzyska się prawdziwą świadomość, trudno być z tym, kto jej nawet nie przeczuwa i inaczej patrzy na świat. Jako że podróż do pełnej świadomości prowadzi różnymi drogami, lecz zawsze na ten sam szczyt, więc kobieta i mężczyzna mogą się tam wreszcie prawdziwie spotkać. Wtedy jednak – paradoksalnie – tworzenie związku nie jest już dla nich najważniejsze. Obie strony wiedzą, że drugi człowiek nie jest w stanie ich uszczęśliwić ani unieszczęśliwić. I dzięki temu właśnie związki te są na ogół trwałe, pogodne i szczęśliwe.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.