1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Filmoterapia - kino w psychoterapii

Filmoterapia - kino w psychoterapii

123rf.com
123rf.com
Film jako narzędzie psychoterapeutyczne ma jeszcze dosyć krótką historię. Jak działa filmoterapia? Pomaga dotrzeć do ukrytych emocji, inspiruje do zmian, daje nadzieję, rozwija samoświadomość, pozwala z dystansu spojrzeć na nasze problemy.

Filmoterapia (ang. cinematherapy) to metoda powstała w latach 80. w USA, jest jedną z form arteterapii i wykorzystuje film jako narzędzie do pracy z pacjentem. Za jej twórcę uznaje się amerykańskiego profesora Gary’ego Solomona, który uważał, że film, by mógł zadziałać terapeutycznie, powinien odzwierciedlać aktualną sytuację odbiorcy i dotyczyć problemów, z którymi on się boryka. Przedstawicielką odmiennej koncepcji jest filmoterapeutka Brigit Woltz, według której film nie musi korespondować z sytuacją odbiorcy, wystarczy, że jest w stanie pobudzić do refleksji, uwolnić zablokowane emocje.

Filmy są skuteczne w terapii, ponieważ działają przede wszystkim poprzez emocje, a nie intelekt. Podobnie jak sny, umożliwiają dotarcie do nieuświadomionych pragnień, potrzeb i wydobycie ich na światło dzienne. Często zdarza się, że ludzie, którzy w życiu nie uronili ani jednej łzy, nawet w sytuacjach naprawdę dramatycznych, płaczą na filmach. Rozmowa na tematy trudne dla pacjenta bywa łatwiejsza, gdy na początek dyskusja dotyczy fikcyjnej ekranowej postaci przeżywającej podobne emocje.

Zasady filmoterapii

Według metody ważne jest nie tylko co, ale też jak się ogląda. A to wbrew pozorom trudna sztuka. Terapeutka Brigit Woltz, autorka publikacji „The Cinema Therapy Workbook: A Self-Help Guide to Using Movies for Healing and Growth”, radzi:
  1. Powinniśmy się zrelaksować, usiąść wygodnie, skupić się na oddechu.
  2. W czasie seansu nie analizujemy – to może być przedmiotem późniejszej rozmowy z przyjacielem lub terapeutą – lecz obserwujemy swoje emocje.
  3. W trakcie oglądania notujemy: z którym bohaterem się identyfikujemy, kto wzbudza w nas zdecydowanie negatywne uczucia, który wątek przykuwa naszą uwagę, których scen nie byliśmy w stanie znieść, które zachowania bohaterów nam odpowiadają,
  4. Obserwujemy, jak działają na nas dźwięki i obrazy, czy w trakcie seansu zaczęliśmy szybciej oddychać. Jeśli tak, to w których momentach.
Wszyscy filmoterapeuci zgodnie podkreślają, że najważniejsza jest jednak rozmowa. Owszem, dzięki filmom zyskujemy narzędzia, żeby widzieć siebie i świat bardziej obiektywnie, bez osądzania i zbędnych emocji. Możemy nawet przyspieszyć proces terapeutyczny – ale na pewno nie zastąpi go najlepszy nawet film. Kino pomaga przekroczyć podstawowe bariery, uchylić drzwi do trzymanych w zamknięciu emocji. Jest wstępem do właściwej terapeutycznej pracy. Bo jeśli nawet podsuwa nam gotowe rozwiązania, scenariusz własnego życia musimy napisać sobie sami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Jak najdalej stąd" - o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe)
Ola, główna bohaterka nowego filmu Piotra Domalewskiego, dojrzewa na oczach widzów. Budzi podziw swoją determinacją, odwagą i empatią. Dokąd doprowadzi ją tytułowe „Jak najdalej stąd” i czego dowie się o sobie podczas tej drogi? Odpowiedzi na te pytania szukają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „To moja ulubiona bohaterka” – napisałaś do mnie o Oli z najnowszego filmu Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd” zaraz po jego obejrzeniu. Za co ją tak lubisz? Grażyna Torbicka:
Za jej determinację, odwagę i za empatię, której nie tylko widzowie, ale chyba ona sama też po sobie się nie spodziewa. Ola ma marzenie i zrobi wszystko, żeby je spełnić. Nawet gdy życie przynosi jej bolesne niespodzianki, nie rezygnuje ze swoich planów. Rozumie, że będzie je musiała zweryfikować, i szuka różnych sposobów, by osiągnąć swój cel. Do momentu, gdy dociera do niej – i za to też ją lubię – że może są sprawy ważniejsze i te plany trzeba odłożyć na później.

Cenię także jej ciekawość świata. Sama wyjeżdża do Irlandii, nie znając tam nikogo, i jest to jej pierwszy wyjazd za granicę – jednak świetnie sobie radzi. Obserwuje świat, poznaje nowych ludzi, widzi, jak żyją inni, jakie mają problemy – i to ją rozwija. Ola poszerza horyzonty i choć w wielu momentach działa instynktownie,  to idzie przez życie świadomie.

A to ciekawe, bo dla mnie ona właśnie nie jest świadoma siebie, a raczej zamknięta na swoje emocje. Sprawia wrażenie, jakby była „zamrożona”.
Według mnie jest to film o dojrzewaniu młodej kobiety. Bohaterka dopiero wchodzi w życie, poznaje siebie i potrafi czerpać ze swoich doświadczeń. W finale Ola jest już dojrzałą osobą, świadomą tego, co przeżyła.

Wspominam o tym „zamrożeniu”, bo wydaje mi się, że w całej rodzinie nie rozmawia się o emocjach. W scenie przy stole zobaczyłam samotne, oddzielne elektrony.
Ja odebrałam to tak, że gdy dowiadujesz się o nagłej śmierci bliskiego, nie wiesz właściwie, co to oznacza. Co będzie dalej? Nie chcesz rozmawiać o emocjach, bo tych emocji jeszcze nie znasz, one dopiero się rodzą. Matka Oli po śmierci męża obawia się o przyszłość, bo przecież zostaje sama z niepełnosprawnym synem. Ola czuje prawdopodobnie pustkę, bo przed nią było tyle planów: miała dostać samochód, robiła prawo jazdy...

Jej marzenie o samochodzie odbieram jako tęsknotę za ojcem i za relacją z nim. A co twoim zdaniem jest największym problemem Oli?
Ola chce wierzyć, że ojciec myślał o niej i ją kochał. Że dotrzymał słowa i naprawdę odkładał pieniądze na jej wymarzony samochód. Jej wiara poddana jest poważnej próbie. To film o relacji córki z nieobecnym ojcem, który pracuje za granicą, żeby zarabiać na utrzymanie rodziny. Ale najciekawsze jest to, że ta relacja odbudowuje się na naszych oczach, kiedy ojca już nie ma – po jego tragicznej śmierci. W tym sensie Piotr Domalewski jest bardzo oryginalny w opowiadaniu historii o dojrzewaniu. Ola stopniowo odkrywa, jak wyglądało życie jej ojca poza domem i dzięki temu, że nie daje się zwieść pozorom, dochodzi do prawdy. Dużo ją to kosztuje, ale zyskuje jeszcze więcej: spokój i pewność siebie.

Pokazanie, że możemy wybaczyć rodzicom i w ten sposób naprawić relacje, bez konieczności rozmowy z nimi czy psychoterapii, jest bardzo terapeutyczne.
Bohaterka dostaje dowody na to, że nie myliła się co do uczuć ojca. To nie dawało jej spokoju, więc poszukiwała prawdy.  I okazało się, że co prawda żyli z ojcem oddzielnie, ale emocjonalnie byli razem.

Przyznam, że, obserwując jej „śledztwo”, bardzo często wybuchałam śmiechem.
Dlatego, że w całej tej emocjonującej opowieści jest bardzo dużo momentów rozprężających, to nie dołujący dramat psychologiczno-obyczajowy. Bardzo często śmiałam się z sytuacji, w których znajdowała się bohaterka, ale też z tego, jak sobie radziła, z jej naturalnego sprytu. Poza tym „Jak najdalej stąd” jako jeden z niewielu ostatnio obejrzanych filmów zaskakiwał mnie w kolejnych odsłonach scenariusza. Tematyka społeczno-obyczajowa, bohaterowie wywodzący się z klasy średniej, często odrzuceni – to w kinie brytyjskim specjalność Kena Loacha, a Piotr Domalewski znajduje język swojego pokolenia, by takie historie opowiadać.

Kadr z filmu 'Jak najdalej stąd' Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Jak najdalej stąd" Piotra Domalewskiego. Produkcja dostępna jest na vod.tvp.pl. (Fot. materiały prasowe)

Żart i czarny humor odbieram jako mechanizm obronny bohaterki. Kiedy na nią patrzę, widzę reżysera Piotra Domalewskiego. Wydaje mi się, że dał tej postaci wiele z siebie.
Trudno mi ocenić, czy Ola jest alter ego reżysera. Widzę w niej przede wszystkim bunt i rozwagę jednocześnie. To ciekawe: jest sobą, kimś absolutnie niezależnym wewnętrznie, a z drugiej strony – stać ją na pewnego rodzaju konwenanse i grę, bo wie, że to pomaga drugiej stronie.

Ja z kolei czułam niepokój o los Oli. Zachowywała się jak przyszła Matka Polka, która zaciska zęby i bierze się do roboty. Kiedy koleżanka powiedziała jej, żeby nie płakała, bo da sobie radę, odpowiedziała: „Ja nigdy nie płaczę”.
W ogóle nie odebrałam tej postaci w taki sposób. Ola jest dla mnie niezwykle niezależna w tym, co robi i jakie podejmuje decyzje. Jest bardzo młoda, więc wszystkiego uczy się na naszych oczach. Scena, podczas której musi zidentyfikować ciało ojca i dzwoni do matki, żeby dowiedzieć się, czy on miał jakieś znaki szczególne – jest znakomita. To wielka sztuka zrobić scenę w prosektorium tak, że wybuchasz śmiechem i jednocześnie nie jesteś tą reakcją zażenowana przed samą sobą. Przekonuje mnie też scena nocnego szaleństwa z przypadkowo spotkanymi rówieśnikami. To moment, kiedy Ola może odreagować intensywne przeżycia ostatnich godzin i przygotować się do dalszej walki.

Ona świetnie daje sobie radę w tej trudnej sytuacji, jednak kiedy patrzę na Olę, widzę w niej całą masę niewyrażonej złości. Emocjonalnie jest to świetnie pokazane.
Uważam, że ta złość ją napędza w sposób konstruktywny. Gdyby nie miała w sobie takich pokładów sprzeciwu, to nie byłaby w stanie niczego zrobić.

Finał daje niesamowity oddech bohaterce, ale i nam, widzom. Dostajemy upragnione katharsis.
To prawda i to jest wielka zasługa wspaniałej gry Zofii Stafiej, czyli filmowej Oli. Aktorstwo na najwyższym poziomie.

Dla kogo ten film może być terapeutyczny? Moim zdaniem dla osób, które są w kryzysie czy trudnej sytuacji, którym bohaterka może dodać siły, żeby się nie poddawać. Myślę, że kiedy dajemy sobie radę w trudnej sytuacji, próbujemy czasem uciec „jak najdalej stąd”, czyli najdalej od nieprzyjemnych emocji. Ale one zawsze w końcu nas dosięgają i trzeba się nimi zająć. I właśnie film pokazuje nam ten moment w życiu przetrwania na wdechu…
Tak, ale można też odczytać to bardziej dosłownie. „Jak najdalej stąd”, czyli uciec z miejsca, z którego się wywodzę i które mnie ogranicza. Uniezależnić się. Ola wiedziała, że musi wyrwać się z kręgu, w którym tkwi, a marzenie o samochodzie było symbolem wolności i niezależności, wyruszenia w nieznanym kierunku.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Styl Życia

Świąteczne kino. Co nam daje wspólne oglądanie filmów?

Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
W Święta mamy swoje tradycje, swoje rytuały. W ostatnich latach zaliczyć można do nich rodzinne seanse filmowe. – Wspólne oglądanie filmów, podobnie jak dawniej kolędowanie, zyskało status stałego punktu świątecznego programu – mówi dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. I wyjaśnia, dlaczego taki wspólny relaks zbliża nie tylko rodzinę, ale działa też korzystnie na związki partnerskie.

Czy rodzinne oglądanie filmów to dobry pomysł na spędzanie czasu razem? Filmy są takim bezpiecznym sposobem spędzania razem czasu. Co ciekawe, dwa lata temu były zresztą zrealizowane badania przez Uniwersytet w Rochester, gdzie badano pary/ małżeństwa, które oglądały wspólnie filmy (co najmniej 3 filmy w tygodniu). Zwykle, gdy oglądamy wspólnie filmy to mamy jakiś swój komentarz, dyskutujemy, coś nam się podoba lub nie. I okazało się, że te małżeństwa, które przynajmniej trzy razy w tygodniu oglądają wspólnie filmy i później rozmawiają o nich, mają znacznie niższe prawdopodobieństwo rozwodu niż pary, które tego nie robią.

Dlaczego wciąż mamy ochotę oglądać te same świąteczne filmy? Każde święta, a zwłaszcza Święta Bożego Narodzenia, są takim innym, niecodziennym czasem. Wszyscy staramy się być milsi, lepsi dla członków rodziny i wtedy realizujemy te rzeczy, które są sprawdzone. Dotyczy to także oglądania filmów… czyli oglądamy te filmy, które już żeśmy oglądali, które znamy, które są (w pewnym sensie) bezpieczne, które obejrzą i dziadkowie, i dzieci, i wnuki, które są filmami dostępnymi, rozumianymi przez wszystkich - tylko dlatego, aby ten czas był przyjemny i żebyśmy nie popsuli tej radości, która wiąże się z czasem Świąt Bożego Narodzenia.

Czy dziś, w dobie wielu ekranów, kiedy każdy może oglądać sam dokładnie to, co go interesuje, telewizja w jakiś sposób może nas jednoczyć? Oglądanie wspólnie programu telewizyjnego, zwłaszcza o charakterze familijnym, jest taką próbą zjednoczenia rodziny, choćby dlatego, że spotykają się różne światopoglądy. Żyjemy w różnym trybie, a przychodzi taki czas, kiedy siadamy przed tym telewizorem i oglądamy wspólnie ten sam program. Oglądamy go jednak trochę inaczej. Każdy widzi trochę inne wartości, czy też odbiera to, co się dzieje na ekranie w nieco inny sposób. Dzięki temu możemy zaobserwować, jakie emocje mają członkowie naszej rodziny. Możemy zrozumieć w jakim są momencie swojego życia i co przeżywają, właśnie dzięki tym emocjom i dzięki komentarzom, które pojawiają się w trakcie oglądania. Ponadto, w trakcie oglądania filmu, zwłaszcza familijnego, zdarzają się momenty śmiechu, smutku, płaczu i to powoduje, że my wspólnie przeżywamy te emocje, a wspólne przeżywanie emocji zawsze zbliża. Niewątpliwie więc zasiadanie przed telewizorem w święta, by razem obejrzeć ten sam program czy ten sam film, jest takim elementem zbliżającym, konsolidującym rodzinę, tak bardzo współcześnie zabieganą.

Pamiętajmy też o czymś, co się nazywa filmoterapią. Przepracowujemy wtedy nasze emocje, emocje naszych bliskich, szczególnie dzieci, które nie zawsze potrafią powiedzieć co czują i jak czują, czy też jak się do danej emocji odnoszą. Oglądając coś razem, widzimy jak reagują na to, co się pojawia na ekranie. Możemy to zaobserwować. Możemy później o tym porozmawiać. Niewątpliwie zbliża to nas. A poza tym, jest to jednak wspólne spędzanie czasu. To nie jest tak, że każdy ogląda film na osobnym ekranie komputera, tabletu, czy smartfona…

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”.
W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem.
Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego?
Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta.
I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi…
Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków.
Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie?
Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie.
Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle.
I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi.
Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę.
Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej "naked dress" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki…
Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści "Łuk triumfalny" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie.
Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne?
Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider?
Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić?
Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Kultura

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” ze Złotym Lwem na Festiwalu w Gdyni

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)
Animacja "Zabij to i wyjedź z tego miasta" została najlepszym filmem konkursu głównego 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jej twórca, Mariusz Wilczyński, pracował nad nią przed kilkanaście lat. Czym jest tytułowe „to” dla reżysera i czy każdy z nas nosi w sobie jakieś „to”, z którym trzeba się rozprawić? Odpowiedzi szukają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W filmoterapii traktuję film jako narzędzie, ważne są dla mnie emocje, o których warto porozmawiać. Intencje reżysera czy sama opowieść schodzą na plan dalszy, nie skupiam się na nich. Wobec animacji „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego to założenie upada, bo nie dostrzegłam w nim żadnej artystycznej kreacji, a jedynie prawdę. Z punktu widzenia psycholożki uważam poznanie prawdy o sobie i akceptację jej za najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze wyzwanie. Grażyna Torbicka:
To na pewno specyficzny film, bo ekstremalnie osobisty. Mariusz Wilczyński pokazuje się nam tu bez żadnej zasłony. Zawsze rozmawiamy o filmach pod kątem terapeutycznym i myślę, że „Zabij to” jest dla reżysera terapią pozwalającą wyzwolić się ze wszystkich rzeczy, które były dla niego ważne, które były radością, ale też smutkiem i ciężarem. Mam wrażenie, że artystycznie zmierzył się z tym wszystkim, co kłębiło mu się w głowie i być może nawiedzało go podczas koszmarów nocnych.

Z kolei w szerszym kontekście widzimy tu Polskę z okresu dorastania twórcy. Jestem bardzo ciekawa tego, czy Mariusz Wilczyński po skończeniu dzieła czuje się jakoś inaczej. Skoro tworzył ten film prawie 14 lat, czym były dla niego te lata? Te spotkania z dzieciństwem i różnymi wspomnieniami. Czy kiedy już przetworzył te doznania w obraz w połączeniu z muzyką i nadał swoim wspomnieniom konkretny kształt – to jakoś inaczej na nie spojrzał? Chciałabym go o to zapytać.

Reżyser domyka tu różne sytuacje ze swojego życia, na przykład spotyka rodziców.
Ten film wydaje mi się swego rodzaju marzeniem sennym, które realizuje się na naszych oczach. Również dobór postaci, które twórca  zaprosił do dubbingu, jest, moim zdaniem, formą dedykacji, oddania hołdu. Krystyna Janda, Andrzej Wajda, Marek Kondrat, Anja Rubik, Małgorzata Kożuchowska, Daniel Olbrychski, Irena Kwiatkowska, Magda Cielecka, Anna Dymna, Barbara Krafftówna – to taki osobisty album Mariusza Wilczyńskiego, wypełniony postaciami z polskiej kultury, które dla niego dużo znaczą.

Postać matki bohatera w starszym wieku mówi głosem Barbary Krafftówny. Podobno gdy Mariusz Wilczyński był mały, mama włączała mu bajki w interpretacji Barbary Krafftówny i właśnie dlatego zaproponował jej tę rolę. Bardzo poruszyło mnie, gdy się dowiedziałam, że scenę ze słowami: „pa, pa, syneczku”, która tak mocno wybrzmiała na ekranie, aktorka nagrywała dzień po tym, jak dostarczono jej urnę z prochami syna...
Mariusz Wilczyński przywiązuje duże znaczenie do takich symbolicznych, niemalże metafizycznych zdarzeń. I może właśnie dlatego to krótkie „pa, pa, syneczku” nabiera dla nas takiego znaczenia. Reżyser jest człowiekiem niezwykle wrażliwym, wiem, że wiele go kosztowało poddanie ocenie widzów każdego z wcześniejszych filmów, i tym bardziej podziwiam, że zdecydował się na wypowiedź tak osobistą. Są artyści dla których sam proces tworzenia jest w pewien sposób autoterapeutyczny. Michael Haneke powiedział kiedyś, że robienie filmów jest dla niego lepsze niż kozetka u psychoanalityka. Reżyserowanie tak zawiłych psychologicznie i mrocznych obrazów pozwala mu się od tej ciemności uwolnić.

A gdybyś miała wejść w ten film osobiście, tak jak zawsze to robimy, jako Grażyna Torbicka, to który z wątków poruszył cię tu najmocniej?
Trudno powiedzieć, bo najpierw próbowałam oswoić świat bohaterów żyjących obok siebie i kompletnie sobie obcych, pozbawionych empatii. Obraz smutnego, nieprzyjaznego miasta, w którym wszyscy są zmęczeni życiem. Potem rytm tej opowieści zaczął działać i wciągać mnie coraz głębiej, i wtedy pojawiła się para Kizi-Mizi i podróż pociągiem, czyli ucieczka z tego miasta. Świetna scena, ona i on – para z długim stażem, a ile między nimi miłości! Dodatkowym smaczkiem jest głos Andrzeja Wajdy, a potem Marka Kondrata podrabiającego Wajdę. Takie  przełamanie nastroju w idealnym momencie jest mistrzowskie.

Wszystko zaczyna się od doświadczenia bólu dziecka, potem jest cierpienie i śmierć bliskich, a później jest już tylko lepiej. Myślisz, że z perspektywy reżysera  idziemy w stronę światła?
Sceny „w stronę światła”, o których teraz mówisz, postrzegam raczej jako marzenia senne. Na przykład w pewnym momencie wydaje nam się, że widzimy koło ratunkowe, które płynie na wodzie, a później dostrzegamy szarfy z pożegnaniem. Odebrałam to jak sen, bo myślę, że w którymś momencie życia, gdy robimy podsumowanie – zaciera się nam, co było naprawdę, a co jest tylko wytworem naszej wyobraźni. Być może wolimy, żeby było tak, jak nam się wydaje, że było. Zresztą jako psycholożka najlepiej wiesz, jak wrażliwa na zakłamania jest nasza pamięć...

Dla mnie takim czułym punktem była bliskość z drugim człowiekiem. Mocno utożsamiam się z bohaterem, który mówi w biegu swojej matce: „pa, pa, mamusiu” i wychodzi zajęty swoimi sprawami.
Być może teraz jako dojrzały człowiek widzi i rozumie, że wtedy poświęcał matce za mało uwagi i nie potrafił zrozumieć jej troski. Była dla niego czymś tak oczywistym, że nawet troszkę go to mierziło. To naturalne, że dopiero w pewnym momencie życia rozumiemy, że troska jest ważna. Tak już jest, że młodzi ludzie nie zawsze dostrzegają potrzebę kontaktu z rodzicami. Mają przecież tyle spraw przed sobą, a świat tak mocno wiruje; refleksje przychodzą trochę później. I byłoby fatalnie, gdyby ludzie byli starzy już za młodu!

Mnie to mocno uderzyło, miałam poczucie, jakby matka chciała jeszcze z nim pobyć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego on nie dostrzega tej jej potrzeby bliskości. Pomyślałam, że może zamknął się na relacje z matką w dzieciństwie. Moim zdaniem przytłaczała syna własnymi emocjami i on przed tym uciekał.
A może młodego Mariusza, który ma w głowie milion pomysłów i mimo że jest teraz z matką w pokoju,  już coś goni, chciałby już robić coś innego? Ale jednocześnie zachowuje przy tym niezbędną etykietę: „pa,, pa, mamusiu, buziaczki”...

A co twoim zdaniem właściwie mamy w sobie „zabić” albo co próbuje zabić w sobie reżyser? Ego? Ból z dzieciństwa? Lęk?
Nie ma jednej odpowiedzi, dlatego to tak fascynujące. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” może znaczyć: rozpraw się ze wszystkim, z czym kojarzy ci się dzieciństwo. Spójrz na to, co cię ukształtowało, do kogo masz pretensje, czego nie  chciałbyś przeżyć, a do czego chciałbyś wrócić. Zrób podsumowanie i zostaw to. Może wtedy będzie inaczej...

Zastanawiam się, w jaki sposób ten film może być dla nas terapeutyczny. Bo we mnie wywołał wielką wdzięczność za życie. Poczułam, że w dniu urodzin dostajemy w prezencie cały świat.
Tylko że jest tyle różnych światów... A mówiąc szerzej, uważam, że film nie pozostawia złudzeń co do tego, jak wygląda życie człowieka. Ja zobaczyłam w nim głównie ból i cierpienie. Czyli może jest terapeutyczny w tym sensie, że mówi nam: „nie łudź się, że jest inaczej”?

Czy tak osobiste kino jest trochę ciaśniejsze dla widza, jeśli chodzi o filmoterapię i wypełnianie go swoimi emocjami, bo kieruje uwagę w stronę reżysera? Miałam podobną refleksję po filmie „Ból i blask” Pedra Almodovara.
Bo „Ból i blask” również pokazuje życie jako ciąg spotkań z sytuacjami, które są piękne, ale tylko przez chwilę. Bo im są piękniejsze, tym większy czujemy ból, gdy się kończą. Oczywiście wszystko zależy od tego, jakie masz oczekiwania wobec życia. Dlatego warto zadać sobie pytanie: na jakie oczekiwania wobec życia mnie stać?

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Kultura

"Lekcja miłości" - film o sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb

Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Lekcja miłości” pokazuje, że hasło „w każdym wieku można zmienić swoje życie” nie jest tylko sloganem z wykładów motywacyjnych. Ale wcześniej trzeba umieć zadbać o siebie. O sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: Po obejrzeniu „Lekcji miłości” zakochałam się w głównej bohaterce, pani Joli. Grażyna Torbicka:
Bo pani Jola jest fascynująca! Ten film ogląda się ze względu na nią. Myślę, że jest urodzoną aktorką, kamera ją kocha i ona kocha kamerę. Ileż ma w sobie wdzięku, ile uroku osobistego, to coś niesamowitego! Przyglądasz się tej kobiecie i nie jesteś w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że spędziła wiele lat życia z mężem alkoholikiem. Widzimy go w filmie gdzieś z daleka, jak leży w barłogu – bo inaczej tego nazwać nie można, i ubliża bohaterce w każdym zdaniu. To pozostaje dla mnie niezrozumiałe, bo film nie analizuje tego, do czego dochodziło w jej przeszłości. Chyba celowo. Najważniejsze jest to, że dzisiaj pani Jola ma na twarzy cudowny uśmiech. A młode reżyserki Małgorzata Goliszewska i Katarzyna Mateja uwieczniły go w filmie. Odnoszę wrażenie, jakby pani Jola całe życie czekała na to, aż coś podobnego się wydarzy.

Dla mnie jest kolorowym ptakiem, który nie stracił nic ze swojej natury, mimo tego, co go w życiu spotkało.
Myślę, że jej wygląd i zamiłowanie do pięknych sukienek to po części efekt długiego pobytu we Włoszech, gdzie ludzie mają w genach przywiązanie do detalu i dbania o wygląd. To prawda, że pani Jola ma radość w oczach, mimo tego wszystkiego, czego doświadczyła. Ma potrzebę zadbania o siebie. Mąż mówi o niej, że jest trochę „łobuziarą”, i coś w tym jest.

Zachwycam się tym filmem, bo pokazuje, że nigdy nie jest za późno na to, żeby zadbać o swoje szczęście.
Dzisiaj żyjemy w czasach, w których powtarzamy jak mantrę, że w każdym wieku można zmienić swoje życie. Tak, to prawda. Jednak dla mnie ważny jest jeszcze inny aspekt dbania o siebie, bo uważam, że kiedy nie zwracamy uwagi na to, co zewnętrzne, lekceważymy także nasze wnętrze. Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie – najpierw warto porozmawiać z samym sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Dopiero wtedy zyskujemy siłę potrzebną do tego, żeby wpływać na świat. Uważam, że bohaterka tego dokumentu jest niezwykle silną postacią i na swój sposób zawsze walczyła o siebie.

A mnie się wydaje, że w zadbaniu o siebie przeszkadzały jej niektóre przekonania, którymi długo karmiono kobiety. „Wszyscy mi mówili: trzeba być dla innych. Na dobre i na złe. Tyle lat się męczyłam przez te słowa” – stwierdza w pewnym momencie.
Siłę tych przekonań dobrze pokazuje scena rozmowy z księdzem, który nie znajduje odpowiedzi, kiedy bohaterka pyta go: „A jeśli człowiek, z którym jestem przez całe życie, krzywdzi mnie, to muszę dalej go kochać?”. Ona sama zastanawia się pewnie nad tym już od lat... Dlatego uważam, że ten filmowy portret jej się należy, podobnie jak innym kobietom, które tkwią w życiowym marazmie, nie wiedząc, co zrobić. Być może nie mają w sobie tyle wewnętrznej siły co pani Jola. Zauważ też, że po wielu latach bycia krzywdzoną przez męża ona nie zamyka się na miłość. W wieku 70 lat wiąże się z innym mężczyzną. To dla mnie ciekawe i zaskakujące, bo przecież mogłaby tylko przyjmować adorację mężczyzn, której wyraźnie potrzebuje. Pani Jola nie jest pewna, czy pragnie tego związku, mimo że jej nowy partner chciałby, żeby jak najszybciej zamieszkali razem. Dlatego upewnia się, czy będzie dla niej dobry i nie będzie jej krzywdzić. Obawia się, że gdy powie „tak”, stanie się w pewnym sensie jego własnością. Czuje, że ta nowo zdobyta wolność jest niezwykle cenna. Dla niej ważne jest towarzystwo, świetnie czuje się na potańcówce czy w kawiarni, zaproszona na kawę.

Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe) Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe)

Po obejrzeniu filmu powiedziałaś mi nawet, że pani Jola jest „rodem z Hollywood”. Dlaczego tak myślisz?
Bo przypomina mi wszystkie aktorki amerykańskie lat 50., gdy w kinie europejskim panował neorealizm włoski, liczyły się naturalizm i twarze bez makijażu. Tymczasem kino hollywoodzkie proponowało nam pięknie ufryzowane, wymalowane kobiety z czerwoną szminką na ustach. Nawet na czarno-białych filmach wiedzieliśmy, że te usta są czerwone! Pani Jola ma w sobie coś z Rity Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. Jest mieszanką różnych ikonicznych postaci kobiet.

Mam nadzieję, że nas teraz czyta! A czy pamiętasz dokument „Optymistki” Gunhild Magnor, w którym kobiety 80+ zakładają drużynę siatkarską? W jednym z odcinków programu „Kocham Kino” prof. Jerzy Vetulani powiedział, że według niego te kobiety nie są szczęśliwe, bo nie mają kontaktu międzypokoleniowego z rodziną. W „Lekcji miłości” też nie ma rodziny pani Joli.
I moim zdaniem pani Jola jest z tym szczęśliwa. Co prawda niewiele o niej wiemy, jednak możemy ją w tym filmowym portrecie podziwiać. A co dzieje z jej dziećmi? Tego film nie ujawnia. Poznajemy jedną z córek, która jest daleka od wizerunku, jakiemu jest wierna jej matka, są jakby z innego świata, ale to wszystko.

A czemu właściwie pytamy o dzieci? Czy naprawdę kobietę trzeba zawsze oceniać przez pryzmat rodziny i tego, jaką była matką?
No właśnie, zobacz, jak mocno jesteśmy tym obciążeni. Od razu pojawia się wątek, czy dbała o dzieci... A przecież nie wiemy, jak było. Dlatego ja staram się nie analizować, tylko się przyglądam.

Zdziwiły mnie niektóre reakcje na ten film, szczególnie starszych mężczyzn, których główna bohaterka irytowała. Jak myślisz, dlaczego?
Pewnie dlatego, że jest niezależna w myśleniu. Stać ją na to, żeby powiedzieć: „Teraz to ja jestem ważna”. A to w naszej kulturze rzadkość. Bo dlaczego jej nie lubić?

Bo kocha siebie, a to nie wypada?
Może chcielibyśmy widzieć, jaką udrękę przechodziła, wychowując dzieci, kiedy była znieważana przez męża. Tymczasem pani Jola pyta: „A dlaczego nie można mieć dwóch mężów?”. I to jest bardzo ciekawe pytanie. Cieszę się, że miała okazję powiedzieć to do kamery, prawdopodobnie wiele kobiet ma podobne zdanie. Mam ogromny szacunek do tej bohaterki, dlatego że to wcale niełatwe pamiętać o tym, że trzeba o siebie w życiu dbać. I nie chodzi mi o to, żeby wyglądać jak dziewczyny na plakatach reklamowych, ale o szacunek do samej siebie. Harmonię zewnętrzności z naszym wnętrzem, które jest widoczne również poprzez nasz wygląd. Jednak utrzymanie takiej spójności i równowagi wymaga dużo wysiłku, bo kobiety są bardziej niż mężczyźni uzależnione od biologii, a do tego dochodzą różne obciążenia kulturowe i rodzinne. Mówimy o kobietach, ale dbanie o siebie dotyczy również mężczyzn. I oni powinni starać się podobać swoim partnerkom. Cieszę się, że pani Jola wreszcie spotyka mężczyznę, który jest kulturalny i docenia jej starania.

Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe) Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe)

Historia pani Joli może być filmoterapeutyczna dla kobiet, które chciałyby zawalczyć o siebie, swoje życie i szczęście. Ale dla kogo jeszcze według ciebie?
Ja bym chciała, żeby ten film obejrzeli mężczyźni. Po to, żeby dostrzegli, jak cudowne kobiety mają obok siebie!

Dla mnie ten film to także lekcja najważniejszej miłości – do siebie.
Przyznam, że jakoś nie do końca wygodnie mi z tym pojęciem „samomiłości”. Lepiej się czuję, kiedy wiem, że komuś pomogłam i byłam dla kogoś, a nie dla siebie. Muszę się jeszcze nad tą lekcją miłości zastanowić...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.