1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bez miłości krew nie płynie!

Bez miłości krew nie płynie!

O sztuce, Polsce, dzieciństwie jak z kart Dickensa, a nade wszystko o miłości – z Oleną Leonenko rozmawia Katarzyna Droga.

– Olena to po ukraińsku Lena albo Helena. Rodzice nazywają mnie Olenką. Jestem Olena, córka Leonida Leonenko – śmieje się, kiedy rozmawiamy w zimowy dzień w warszawskiej restauracji. I mimo że nie jest spod znaku Lwa, ma w sobie jego siłę. Musiała ją mieć, podobnie jak żelazną wolę i intuicję:

– Dokonałam w życiu wielu trudnych wyborów – salt i zawsze byłam wtedy sama… Ale serce mówiło mi, że to jest właściwa droga. Chociaż miałam dużo wątpliwości...

Kim właściwie jesteś, Oleno? Ukrainką, Rosjanką, Polką? Czy znalazłaś swoje miejsce na ziemi?

Mam dwie ojczyzny i dwa ukochane miasta. To Polska i Ukraina, Warszawa i Kijów. Rosja pośrednio też, więc ojczyzny nawet trzy. Jakoś  łączę w sobie te kultury. I ich wady też. Muszę z nimi żyć, pracować, chcę przestać patrzeć w oczy rzeziom, krzywdom, zaborom, wojnom. Dużo podróżuję, poznaję powoli Europę. W Polsce mieszkałam w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Olsztynie. Wybrałam Warszawę. Może dlatego, że jestem z dużego miasta... Kijów, Moskwa, Petersburg, to wielomilionowe metropolie. Jestem do nich przyzwyczajona i dobrze mi w mieście, w którym mogę stanąć na palcach i nie dotykam sufitu. Dużo nieba. Pokochałam Warszawę. Tu jest mój dom. Tu jest Janusz. Tu „słyszę” swoją muzykę, tu są świetni muzycy, wybitni reżyserzy, aktorzy, przyjaciele, radio, teatr, film, literatura. Piękny kawałeczek świata, w którym jestem u siebie. Wydostałam się z piekła na światło.

Dzieciństwo jak z Dickensa

Twoje piekło to czas dzieciństwa, brak wsparcia ze strony rodziny, zwłaszcza ojca?

Wybierając sztukę, stałam się dla rodziny wyrzutkiem, kimś niespełna rozumu. Nazywano mnie „podkidysz”, czyli podrzutek. Oprócz mamy nikt nie dał mi wsparcia – chociaż nie rozumiała moich wyborów, kochała mnie. Powtarzała: „jesteś odpowiedzialna za każdy swój krok, możesz liczyć tylko na siebie, uciekaj z domu, córeczko”. Ojciec marzył o innej dla mnie przyszłości: w wieku 17 lat miałam wyjść za mąż i pracować w fabryce zegarków – to by budziło szacunek sąsiadów. Kompromisów nie uznawał. Mimo to przegrał ze mną, od dziecka jestem na scenie.

Dlaczego tego nie akceptował?

Myślę, że miał w głowie XIX-wieczny pogląd, że aktorki są wyklęte, że to prostytutki, które do czegokolwiek w życiu mogą dojść wyłącznie przez łóżko. Był przy tym twardym człowiekiem, poglądy wyrażał pięścią. Więc dzieciństwo miałam posiniaczone. Nauczyłam się uciekać. Najpierw na przedstawienia szkolne – grałam złą siostrę w „Kopciuszku” i mogłam nareszcie odegrać się na scenie – skatować Kopciuszka. Mój tata, kiedy widział, że śpię w papilotach, zrywał mi je z głowy… ciągnął za włosy po podłodze, a potem zamykał w domu. Uciekałam na spektakl po balkonach i gzymsach, a to było czwarte piętro. Nie mogłam zrozumieć: nie robiłam nic złego, bez przerwy ćwiczyłam balet, gimnastykę, muzykę. Nauczycielka powiedziała, że mam talent i w domu koniecznie musi być pianino. Ojciec ją wyśmiał. Więc narysowałam klawiaturę na papierze i tak odrabiałam lekcje. Moją rodziną stali się nauczyciele: panie od rosyjskiego, muzyki, baletu, potem pantomimy… Na zajęcia z pantomimy chodziłam „nielegalnie”, nauczyłam się prowadzić podwójne życie. Mama mnie kryła. Wiedziałam, że muszę uciec z domu i byłam na to zdecydowana, zawsze w tornistrze miałam wszystko, co jest potrzebne do ucieczki.

I przyszedł moment, że uciekłaś naprawdę?

Pierwszy raz uciekłam z domu mając 13 lat. Dostałam główną nagrodę na festiwalu dziecięcej pantomimy. Dumna nauczycielka odprowadziła mnie do domu, a tata rzucił w nią dużym budzikiem. Celował prosto w twarz nauczycielki – złapałam budzik i można powiedzieć, że ją uratowałam. Uciekłyśmy, a ona zabrała mnie do swojego domu… Wróciłam do rodziców po tygodniu, na prośbę mamy.

Druga ucieczka: twoim życiem zawładnął cyrk...

W ZSRR po 8 klasach można było zdawać do szkoły zawodowej, ja zdawałam do cyrkowej. Wtedy rodzina, po naradzie, zgodnie mnie wyklęła. Na ostatnim egzaminie naderwałam ścięgno, robiąc poprzeczny szpagat. Do domu przywiozło mnie pogotowie, tata siedział na ławeczce i grał w szachy, nawet się nie odwrócił. Był zajęty, analizował z kolegami partię Korcznoj–Karpow. Potem ponad miesiąc się do mnie nie odzywał. Musiałam wrócić do szkoły, a kiedy ją skończyłam, miałam już dowód osobisty, byłam pełnoletnia, więc wolna. Latem pod Kijowem rozbił namioty wędrowny cyrk, usłyszałam, że robią nowy program, brakuje im artystów, bo kilku ostatnio miało wypadek – ktoś złamał kręgosłup, ktoś inny też jest na wózku… Nie brzmiało to zbyt zachęcająco, ale poszłam, pokazałam, co potrafię, przyjęli mnie na staż i ruszyłam z nimi w trasę. Miałam 17 lat. W cyrku nauczyłam się, co to jest kalectwo i śmierć, oklaski, klęska i zwycięstwo. Miłość, partnerstwo, przyjaźń i zaufanie – kiedy twoje życie lub śmierć są dosłownie w rękach partnera. Poznałam smak ryzyka, na własne oczy zobaczyłam cierpienie zwierząt. To, co tam przeżyłam, zadecydowało o moim stosunku do życia i pracy. Nawet zakochałam się po raz pierwszy. To był gitarzysta – albinos z długimi białymi włosami. No, anioł po prostu. Nigdy się, oczywiście, o tym nie dowiedział.

Nie szukałaś wtedy miłości?

Zawsze szukałam, ale przerażała mnie miłość w wydaniu mojego ojca, czyli terror i uzależnienie. Chciałam najpierw dowiedzieć się i zrozumieć, co to właściwie jest życie, jaki ma sens, co mam w nim do zrobienia, jak funkcjonuje ciało, jak je leczyć – bo po intensywnych ćwiczeniach było potwornie obolałe. Leciała mi krew z nosa, musiałam utrzymać wagę, nie wolno mi było jeść przed spektaklem czy próbą, więc bywało, że nie jadłam od świtu, wieczorem głód zwycieżał.  Zachorowałam na bulimię. Ale to częsta przypadłość baletnic i cyrkówek. Błyskawiczne dorastanie, walka i intensywna nauka. Byłam dumna, że dopuszczono mnie do klanu cyrkowców, którzy żyją w swoim zamkniętym świecie od stuleci. To coś w rodzaju wiedzy tajemnej, uczono mnie i sztuki cyrkowej, i uzdrawiania, czułam się jak w rodzinie. No i nie musiałam iść do fabryki zegarków… Nienawidziłam zegarków. Do tej pory mam obsesję!

Poszłam swoją drogą. Ale zapłaciłam za to zdrowiem: jako kobieta-wąż (kobieta-guma) przesadziłam, nadwerężyłam kręgosłup i wylądowałam w szpitalu. To oznaczało koniec cyrku... Ale początek teatru. Zaproponowano mi w Kijowie pracę w teatrze offowym. Miałam się zająć sześćdziesięcioosobową grupą, która szukała nowych dróg ekspresji. Miałam 20 lat.

Moje relacje z tatą uzdrowił wyjazd do Polski. Dziś zabliźniły się rany, mam jego szacunek, przyjaźń i miłość. Po koncercie w Teatrze Małym w Warszawie powiedział: „no widzisz, zrobiłem z ciebie człowieka”.

(...)

Więcej w numerze 2 / 2011

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze