fbpx

Boisz się? To skacz! Psycholog Tomasz Kozłowski na strach przepisuje… skoki spadochronowe

Boisz się? To skacz!
Strachu nie należy zagłuszać, trzeba wyjść mu na spotkanie. (Fot. Getty Images)

Tomasz Kozłowski, psycholog, skoczek spadochronowy, ratownik górski wraz z dwoma kolegami wzniósł się balonem na wysokość ponad 11 tys. metrów i wykonał skok ze stratosfery. Bał się, ale przełamał lęk. Dziś jako element coachingu proponuje klientom skoki ze spadochronem. W tym szaleństwie jest metoda! Bo strachu nie należy zagłuszać, trzeba wyjść mu na spotkanie.

Po waszym skoku ze stratosfery gratulował wam sam Felix Baumgartner. A jednak tuż przed bałeś się…
Bałem się przede wszystkim nieznanego, przecież nikt na świecie w formacji spadochronowej jeszcze z takiej wysokości z balonu nie skoczył. Lekarz Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej powiedział nam, że na górze od śmierci będzie dzielić nas właściwie 15 sekund, bo tyle czasu upływa od ewentualnego uszkodzenia instalacji tlenowej do utraty przytomności, potem zostaje minuta, może dwie do zgonu. Ta informacja spowodowała, że zacząłem się naprawdę bać, a emocje falowały. Raz czułem, że dam radę, potem górę brały lęki – to była ciągła walka ze sobą, ale jednak bardzo cenna, bo takie zmagania dają kapitał na całe życie. Ostatecznie było bardzo bezpiecznie. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej zamknęła 1/3 przestrzeni powietrznej kraju, mieliśmy najlepszy sprzęt, pomagała nam jednostka GROM-u. Zresztą sam sprzęt spadochronowy nie był dla mnie problemem – jest i tak zawsze sprawdzany, poza tym ma też spadochron zapasowy i automat. Problemem była dla mnie instalacja tlenowa, bo się na tym kompletnie nie znałem. Mimo wszystko – skoczyłem.

Przed głównym skokiem miałem w głowie wiele scenariuszy dotyczących tego, jak będę lądował, jak sobie poradzę z przeszkodami typu linie energetyczne, budynki, woda czy lasy, które mogą okazać się bardzo niebezpieczne. Gdy wznieśliśmy się ponad chmury, wszystkie problemy zniknęły. To, co urastało do rangi dramatu, nie było już widoczne. To było nie tylko doznanie emocjonalne, ale i duchowe. Nie w pełni rozumiem znaczenie tego słowa, ale jeżeli cos mógłbym nazwać mistycznym, to była to właśnie ta piękna chwila tam w górze.

A potem powstała książka „Historia tysiąca leków”.
Skok otworzył we mnie jakąś przedziwną przestrzeń i automatycznie coś zaczęło się dziać. Spisywałem to, a odtwarzając sobie ważne przeżycia z okresu przygotowań, samego skoku, ale i wcześniejszych doświadczeń, np. takich jak błędna diagnoza choroby, przygody na wspinaczce w Alpach czy przeprowadzka do Nowej Zelandii, poczułem coś zupełnie odmiennego od wcześniejszych doznań. Pisanie samo w sobie było nieprawdopodobnym przeżyciem, a rok 2015 okazał się dzięki temu najlepszym rokiem w moim życiu, i tak właśnie powstała książka „Historia tysiąca leków”. Sam ją wydałem, czego też musiałem się przecież od początku nauczyć. Fajnie jest wchodzić w obszary, których się kompletnie nie zna. Skok, cały ten projekt, łącznie z napisaniem i wydaniem książki, pokazał mi właśnie to: ty też możesz! Wiesz, co zrobiłem, kiedy egzemplarze przywieziono z drukarni? Wyjąłem pierwszy z góry i zadedykowałem go samemu sobie. Napisałem w nim: „Tomek, idź zawsze za swoją intuicją, bo nigdy cię nie zawiodła!”.

W książce wyznajesz: „Moje życie to niekończąca się historia leków”. Czy po skoku zniknęły?
Jak głosi teoria opanowywania trwogi, jeden z podstawowych leków wynika z naszej świadomości nieuchronnej śmierci. Skacząc, w nieco przewrotny sposób doświadczamy tego, że pokonujemy śmierć. Opisałem skok, ponieważ chciałem pokazać, że zwykły człowiek może skoczyć ze stratosfery, ale może też sobie poradzić z jakąś trudną sprawą osobistą, bo przecież wszyscy jesteśmy różnymi lękami owładnięci. To nie spowodowało, ze ja się magicznie pozbyłem lęków – po prostu je diagnozuję, akceptuję i sprawniej sobie z nimi radzę. Mówię sobie: „Skoczyłeś ze stratosfery, to dasz sobie radę i z tym”. Gdybym miał skoczyć jeszcze raz, to już nie byłoby to dla mnie wyzwaniem i dlatego właśnie nie wziąłem udziału w następnym takim przedsięwzięciu. Miałem zaproszenie do skoku z 22 tysięcy, ale odmówiłem, bo ja już tego nie potrzebuję. Wcześniej wyobrażałem sobie, jaka może się pojawić kolejna poprzeczka, a tu się okazało, że pokonanie tego ogromnego lęku anulowało wszystkie inne poprzeczki. Stałem się bogatszy, bo w moim przekonaniu nie jest bogaty ten, kto ma dużo, ale ten, któremu wystarczy to, co ma. Dzięki temu człowiek jest szczęśliwy i zadowolony.

Bardzo dobitnie opisujesz moment największego strachu. Fragment zatytułowany „Śmierć” jest inny niż wszystkie.
To moment najbardziej wyraźny, surowy, wręcz atawistyczny. Było to prawdziwe spotkanie człowieka z samym sobą. Podjęcie decyzji o tym, że nie polecę, a potem pewność, że jednak skoczę. To decyzja zerojedynkowa. Nie da się skoczyć do połowy. I to stało się dla mnie bardzo cenne. Doświadczenia siebie jako skutecznego człowieka, który poradził sobie z własnym ogromnym lękiem, czyli z czymś, co jest niematerialne – nie da się niczym zastąpić, ani pieniędzmi, ani pozycją społeczną, ani wsparciem innych. To największa nagroda.

W chwili ostatecznej decyzji: skoczyć czy nie, co przeważyło? Kto w tobie podjął tę decyzję?
To ciekawe, bo sam tego chyba do końca nie wiem. Ale tak samo jak prawdziwy jest odpowiedzialny Tomek, który się boi, że w razie czego jego syn zostanie sam – tak samo prawdziwy jest szalony Tomek, który chce być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem pragnącym doświadczyć największej przygody życia. I tym razem ten drugi zadecydował. Jednak obaj są w pewnym sensie tożsami. To nie są dwa różne bieguny. Według mnie każdy powinien mieć swój świat. Moim światem są skoki spadochronowe, było nim ratownictwo górskie, była wspinaczka. Ja po prostu muszę mieć kontakt z surową przyrodą, bo właśnie tam mogę spotkać samego siebie.

Jesteś psychologiem, a zarazem skoczkiem spadochronowym i ratownikiem górskim. Czy te różne z pozoru obszary okazują się do siebie podobne?
Wszystkie rzeczy, które wydarzyły się w moim życiu, nierozłącznie zazębiały się ze sobą. To, że wszedłem w obszar interwencji kryzysowej, również zaczęło się w górach. Byłem już starszym ratownikiem górskim, a równolegle pracowałem w Jeleniej Górze na skromnym etacie psychologa w poradni psychologicznej.

Na szkoleniu wspinaczkowym, które zresztą sam zorganizowałem, zginął mój kolega – ratownik. Była to pierwsza tragedia, która dotknęła moje środowisko, moją grupę wiekową, czyli tych, którzy ze mną wstępowali do GOPR-u. Lawina przysypała siedem osób. Tuż po tym rozmawiałem na temat tej trudnej, również psychologicznie, sytuacji z szefem szkolenia GOPR. Mówiłem mu, że konsekwencje psychiczne dotkną ratowników, nawet jeśli będą one odroczone w czasie. Nie przekonałem go wtedy – wydawało mu się, że ta tematyka nie dotyczy twardego męskiego środowiska. Rok później w lawinie zginęło kolejnych dwóch naszych ratowników. Wtedy dostałem krótki telefon: „Tomek, zielone światło, organizuj pomoc psychologiczną”. Spotkało się to z pozytywnym odbiorem i GOPR zaczął wysyłać mnie na różne szkolenia z interwencji kryzysowej. Zobaczyłem, że zespoły są w stanie podnieść się po tak ciężkiej tragedii jak te dramatyczne straty i pracować dalej. Zacząłem się interesować procesami grupowymi w zespołach. Przyglądałem się ludziom funkcjonującym w zespołach w wojsku, policji, w drużynach sportowych, w pogotowiu górskim. Dzisiaj, konsultując zespoły biznesowe, widzę, że działa to dokładnie tak samo. Jeśli popatrzymy na problem przez pryzmat diagnozy, to sprawdza się to tak samo w interwencji kryzysowej i w zespole menedżerskim. Ściśle trzymam się tego prostego scenariusza: diagnoza, procedury, rzetelne podejście do pracy, wnioski, zmiany, sprawdzenie i rekonstrukcja. Nic więcej nie trzeba – zarówno w psychologii, w pracy z zespołami, jak i w innych dziedzinach życia.

Również w pokonywaniu lęków?
Nie warto zagłuszać negatywnych emocji. Jeśli człowieka boli ząb, to idzie do dentysty, ale do tej słusznej decyzji mobilizuje go właśnie ból. Tabletka jest tylko zagłuszaczem, nie walczy ze źródłem bólu. Tak samo jest z lękiem. Jeśli człowiek nie spotka się z nim i nie zaakceptuje go – to go nie pokona. Pewna pani profesor nie zgodziła się kiedyś ze mną w tej właśnie sprawie. Jej zdaniem nie wolno lęku akceptować, trzeba z nim walczyć, a akceptacja walką nie jest – mówiła. Jednak w moim przekonaniu trzeba się w pewnym sensie zaprzyjaźnić ze swoim wrogiem i wtedy, kiedy go poznamy, można go ujarzmiać. Natomiast tam, gdzie lęk staje się patologiczny, czyli wkracza w nasze życie na tyle mocno, że zaczyna je dominować i utrudniać, potrzebny jest ktoś, jak na przykład psycholog, kto nas rzetelnie w tej kwestii zdiagnozuje. Jeśli będziemy taką Zosią Samosią, to możemy nie dostrzec, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek, nie zauważymy nawet, że jest ciemno… Boli mnie ząb – idę do dentysty, brzuch – do internisty, ale jeśli paraliżuje mnie lęk – to w tajemnicy pogadam sam ze sobą. Nie zawsze to się sprawdza. Przychodzi moment, że sami sobie nie poradzimy.

Powinniśmy skoczyć z nim z dużej wysokości? Skok ze spadochronem może być terapią?
W działaniach coachingowych bardzo często wykorzystuję właśnie skoki. Staram się tak przygotować proces, żeby w jednej z ostatnich sesji była praca tuż przed skokiem spadochronowym i zaraz po nim. Przygotowujemy się, omawiamy emocje, lecimy, skaczemy, a potem wracamy i pracujemy jeszcze dwie, trzy godziny. Człowiek patrzy na siebie przed skokiem i po nim, i zdaje sobie sprawę, że w ciągu kilku godzin doświadczył siebie w dwóch kompletnie różnych odsłonach. Podczas sesji ze skokiem tworzy się bardzo dużo metafor, które można potem wykorzystać do pracy z samym sobą. Nie da się wyperswadować lęku przed skokiem, tak jak i nie da się opowiedzieć zapachu i smaku sernika. Po prostu trzeba skoczyć. Co więcej – kiedy człowiek się tego wcale nie boi, no to po co to robić?

Takie emocje jak lęk gwarantują głębokie przeżycie i fantastyczną nagrodę po wylądowaniu. To brzmi dziwnie, ale właśnie wtedy człowiek doświadcza siebie samego i widzi, że jest w stanie zrobić coś, o czym przez całe życie myślał, że nigdy się na to nie odważy. W takiej sesji skaczę jako kamerzysta i nie jestem złączony z osobą, która wkracza w nasz świat po raz pierwszy. Spadam naprzeciw niej, obserwując jej zachowanie, i dzięki temu możemy to potem omawiać z dwóch perspektyw. Ludzie mają zupełnie odmienne wyobrażenie siebie od tego, które potem widzą na nagranym przeze mnie filmie. Mówią zwykle: „byłem przerażony”, a ja mam nagraną uśmiechniętą, szczęśliwą, dobrze bawiącą się osobę. Często nie widzimy siebie takimi, jakimi rzeczywiście jesteśmy. Nelson Mandela powiedział: „Ciemną stroną naszego życia nie są nasze słabe strony, tylko te mocne”. Nie dajemy sobie prawa, by być sprytnym, sprawnym, uśmiechniętym, fajnym, szczęśliwym, silnym itd. Nie, to nie my – mówimy – to raczej ktoś inny. A to jesteśmy właśnie my, tylko musimy wyjść poza cieplutką strefę komfortu. Nie doświadczymy siebie, siedząc w bezpiecznym, wygodnym fotelu. Mamy dwie drogi: albo ulegniemy lękom, albo się z nimi skonfrontujemy. Jeśli ulegniemy, możemy spędzić całe życie skuleni w kącie z naszymi potworami, zastanawiając się, czy pokonamy je, czy nie, tyle tylko, że nawet najlepsze zastanawianie się niczego nie zmieni.

Nie wszystkie konfrontacje zawierają aż tak duży element ryzyka.
Ja inaczej interpretuję ryzyko. Akurat w skokach spadochronowych, statystycznie rzecz biorąc, ryzyko jest najniższe ze wszystkich aktywności sportowych. Ale nie dociera to do nas, emocjonujemy się katastrofami lotniczymi czy nagłaśnianymi wypadkami spadochronowymi. A one nagłaśniane są tak mocno właśnie dlatego, że tak rzadko się zdarzają. Na całej planecie podczas skoków rocznie ginie około 20 osób. A jak się okazuje, najbardziej kontuzyjnym sportem jest… cheerleadering! Te dziewczyny są podnoszone na wysokość 3–4 metrów i zdarza się, że spadają, łamiąc sobie nogi, czasami dochodzi nawet do uszkodzeń kręgosłupa, ale one nie mają procedur bezpieczeństwa.

Pomimo ryzyka wciąż dużo czerpię ze skoków, bo lecąc z kimś, w pełni doświadczam tego, jak ważne jest obcowanie z drugim człowiekiem. Kiedy spadasz, widzisz tylko czyjąś uśmiechniętą twarz… Nie ma znaczenia wiek, pozycja społeczna czy pieniądze – po prostu jesteś z drugim człowiekiem. Namówiłem do skoku setki osób. I one wszystkie dzięki temu w jakimś drobnym ułamku stały się szczęśliwsze.

Co daje poczucie bezpieczeństwa przed skokiem?
Procedury i jeszcze raz procedury. W ramach projektu „Polska Stratosfera” tworzyliśmy bardzo dużo procedur ewakuacyjnych i wymyślaliśmy długą listę rzeczy, które mogą przeszkodzić nam w realizacji rekordu. Tego typu postawa – oparta na obawach o to, co może się stać w czasie wznoszenia, lądowania czy jakichś kłopotów z balonem lub sprzętem spadochronowym – jest niezwykle ważna. To dzięki tworzeniu bardzo dobrych procedur nasz skok ze stratosfery odbył się bez żadnych kłopotów. Dziś dochodzę do wniosku, że po części może właśnie dlatego, że się po prostu baliśmy i wszystko dokładnie przeanalizowaliśmy. To była rzetelna diagnoza. Zabrzmi zabawnie, ale zastanawialiśmy się nawet nad tym, jak ściągnąć puchowe buty, które mieliśmy na nogach, i do tego dorobiliśmy sobie takie małe klapy do przydeptywania tak, aby nie trzeba było się schylać, bo schylając się, można było uderzyć w coś sprzętem tlenowym i go uszkodzić.

Jak to działa w pracy psychologa?
W przeniesieniu na pracę z człowiekiem pokazuje, że warto sięgać do podstaw. Tak samo chodzi tu o prawdę i o to, żebyśmy rzetelnie postawili diagnozę. Dobrze zdefiniowany problem pozwala dobrze określić cel, do którego zmierzamy, daje szansę na ewentualne modyfikacje. Pozostaje tylko nie popsuć roboty. A jeśli będziemy postępować zgodnie z procedurami, zgodnie z etyką i z tym, na co się umawiamy – to wszystko będzie dobrze. Wydaje mi się, że na pracę psychologa, na pracę z człowiekiem, można spokojnie przenieść moje doświadczenia z górskich akcji ratunkowych czy ze skoków spadochronowych, również w formacjach. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku musimy wiedzieć, jaki mamy problem, co mamy z nim zrobić, co ma być na wejściu, co na wyjściu, i wtedy rzetelnie przeprowadzić całą procedurę, nawet jeśli w projekcie jesteśmy tylko drobnym trybikiem w maszynie. To proste – czasami nie uruchomisz ogromnej maszyny bez małego kluczyka.

Co trzeba przećwiczyć przed skokiem tandemowym, w który zabierasz swoich klientów?
To, co musi zrobić pasażer, czyli osoba, która z nami leci, by skoczyć, to odpowiednio ułożyć się w powietrzu i przygotować do lądowania. Trenujemy to wcześniej. Tego typu skoki są bardzo korzystne dla osób, które mają silną potrzebę kontroli, piastują wysokie stanowiska, którym towarzyszy silne poczucie odpowiedzialności. W powietrzu okazuje się, że odpuszczenie tej kontroli może być paradoksalnie niezwykle korzystne, wręcz budujące. Bo oto człowiek, który posiada ogromną władzę, na 15 minut oddaje swoje życie w ręce innego człowieka, którego na dodatek wcześniej nie widział na oczy. I co? Okazuje się, że nic złego się nie dzieje. Czyli jeśli na chwilę stracimy kontrolę nad naszym dzieckiem, naszymi finansami, nad naszym życiem, to i tak wszystko będzie w porządku. Świat się będzie dalej kręcił, a powietrza na planecie nie zabraknie.

Większość z nas ma silną potrzebę stałego zarządzania życiem i całym otoczeniem. Widzę to, gdy skaczę z menedżerami, z ludźmi odpowiadającymi za pracę zespołów, za ogromne projekty. Widzę też, że znacznie łatwiej skacze się z kobietami, bo bez oporu przyznają się do swoich lęków. Mężczyźni mają z tym większy problem, choć często boją się dokładnie tak samo. A może ty skoczysz?

Nie, ja za bardzo się boję.
Tym bardziej powinnaś! Boisz się – to skacz! Jeśli ktoś się nie boi – skakanie nie ma sensu. Skok to aktywność, która pięknie czyści mózg, porządkuje sprawy, oddziela rzeczy ważne od banalnych, restartuje system. I to właśnie dlatego, że tu nie mamy możliwości wyeliminowania lęku poprzez zamknięcie drzwi. Musimy sobie z nim poradzić, a radzenie sobie z lękiem to również konfrontacja z nim. Wszyscy jesteśmy w stanie uruchomić wewnętrzne zasoby samopomocy – trzeba tylko zrobić pierwszy krok. Podczas skoku spadochronowego, wejścia do jaskini czy wspinaczki wzbogacamy te zasoby. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba przeżyć.

Każdy z nas ma swoich tysiąc lęków i tysiąc dróg, na które wchodzi, ale ma także tysiąc dróg, których, niestety, nie eksploruje, pozostając w miejscu. Namawiam ludzi, żeby podejmowali wyzwania. Pokonujemy siebie tylko wtedy, kiedy nasza ciekawość jest większa niż lęk albo kiedy uwierzymy w to, że akurat ta metoda zadziała. To najważniejsze. Lęk czasami wyznacza nam fantastyczne kierunki. Pokonywanie tysiąca lęków daje szansę na tysiąc zwycięstw. Jako psycholog, skoczek, ale i człowiek wierzę w odważne otwieranie tym lękom naszych wewnętrznych drzwi.

Tomasz Kozłowski, psycholog, coach, specjalista interwencji kryzysowej, skoczek spadochronowy, instruktor ratownictwa górskiego, autor książki „Historia tysiąca lęków”. Wraz z dwoma kolegami 3 grudnia 2014 roku, wznosząc się na wysokość 11 tys. metrów, wykonał skok spadochronowy ze stratosfery.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze