Budzenie Wewnętrznego Twórcy – program Julii Cameron

123rf.com

Julia Cameron przeżywała kryzys twórczy. Aż przyszło objawienie: „Po prostu pisałam. Bez targowania się. Dobrze, źle? Nie moja sprawa”. Tak stworzyła 12-tygodniowy program budzenia Wewnętrznego Twórcy. Dla pisarzy i wszystkich, którzy chcą pokonać Cenzora w sobie.
„Drogę artysty” Julii Cameron kupiło już cztery miliony osób na świecie, została przetłumaczona na 36 języków. W Polsce zrobiło się o niej głośno, jeszcze zanim doczekała się przekładu. Ludzie spotykali się w grupach, żeby tydzień po tygodniu realizować zawarty w niej program. Żeby obudzić w sobie artystę. Nadać swojemu życiu nową, lepszą, piękniejszą formę.

Julia rusza w drogę

Sama autorka nazywa swoją książkę podręcznikiem. Uważa, że każdy jest twórcą. Rzecz w tym, że większość ludzi to twórcy zablokowani, niekorzystający w pełni ze swoich talentów. Być może nawet żyjący cudzym życiem… Julia Cameron ma w sobie odwagę, by powiedzieć: „Wiem, jak możesz się odblokować, pomogę ci”. Co ją do tego uprawnia? Jest dramatopisarką, scenarzystką filmową i telewizyjną, reżyserką, dziennikarką, autorką ponad 30 książek. A przede wszystkim – sama przeszła długą drogę…

Opowiada o niej szczerze, bez owijania w bawełnę. Zwłaszcza kiedy mówi o przełomowym momencie w swoim życiu – początku 1978 roku. Miała niecałe 30 lat, własne biuro na terenie wytwórni filmowej Paramount i problem alkoholowy. Tak naprawdę właśnie przestała pić i wystraszyła się, że przestanie też pisać („W moim umyśle pisanie zawsze szło w parze z piciem jak, nie przymierzając, whisky z wodą sodową”). Alkohol spełniał dla niej rolę twórczego źródełka, które jednak szybko wysychało i zostawiało po sobie kaca. Ściągał w otchłań. „Mówiłam sobie, że jeśli trzeźwość ma oznaczać brak twórczości, to nie chcę trzeźwieć. Zdałam sobie jednak sprawę, że dalsze picie w końcu zabije i mnie, i twórczość. Musiałam się nauczyć pisać na trzeźwo – albo na zawsze zrezygnować z pisania. Po prostu musiałam znaleźć nową ścieżkę twórczą”.

Co znalazła? Hm, boga twórczości, a może po prostu twórczą siłę, która przepływa – o ile jej pozwolimy – przez każdego z nas. „Nauczyłam się siadać nad kartką i zapisywać to, co słyszałam. Pisanie zaczęło bardziej przypominać podsłuchiwanie niż konstruowanie bomby atomowej. Przestało być skomplikowaną operacją. Nie musiałam być w odpowiednim nastroju. Nie musiałam mierzyć emocjonalnej temperatury, by sprawdzić, czy zbliża się natchnienie. Po prostu pisałam. Bez targowania się. Dobrze, źle? Nie moja sprawa. Nie ja to robię. Przestałam być świadomą własnych ograniczeń autorką, więc pisałam swobodnie”.

Pojawiły się narzędzia, przyszli ludzie, z którymi zaczęła się nimi dzielić. Pisarz, malarka… Działało. A potem nagle usłyszała wyraźnie „rozkaz wymarszu”. Tak, miała uczyć innych, pomagać im w pozbywaniu się twórczych blokad. Mówi, że coś kazało jej to robić.

Szła wtedy ulicą w Greenwich Village… „Może było to życzenie, które wyszeptał inny spacerowicz. W Greenwich Village jest więcej artystów – również zablokowanych – niż gdziekolwiek w Ameryce”. Potem wszystko zaczęło dziać się samo. Po tygodniu dostała posadę nauczycielską i miejsce do pracy w Nowojorskim Instytucie Sztuki Feministycznej.

Za namową swojego partnera, Marka Bryana, zaczęła spisywać notatki z zajęć. Na prośbę zainteresowanych – wysyłać je pocztą. Zapotrzebowanie przychodziło z całego świata. Aż przyszedł czas na książkę. Na 12-tygodniowy kurs odkrywania i rozwijania własnej twórczości.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »