Potrzebna rada – radzić czy nie radzić

Cenna rada
Czy w przyszłości będziemy prosić o radę sztuczną inteligencję? (Fot. iStock)

Ludzie uwielbiają doradzać. Bycie doradcą daje władzę, uznanie, poczucie kompetencji. Jeśli ktoś potrzebuje mojej pomocy, mojej rady, to ja, udzielając jej, podporządkowuję sobie tę osobę. Rozprzestrzeniam swoje wartości, swój pomysł na życie. Buduję sobie wokół świat, w którym to ja jestem na szczycie hierarchii – mówi profesor Bartłomiej Dobroczyński.

Czy pan się kogoś radzi, panie profesorze?
Nie, zdecydowanie nie, poza sytuacjami stricte eksperckimi, w rodzaju wizyty w sklepie z elektroniką czy u lekarza. Za to odnoszę nieodparte wrażenie, że zaskakująco spora liczba osób radzi się mnie.

Żyjemy w świecie, w którym płacimy – mam na myśli tak popularne dziś usługi mówców motywacyjnych, coachów – by ktoś doradził nam, w którym kierunku powinniśmy podążać. Skąd w nas taka potrzeba?
Pierwsza sprawa to fakt, że człowiek jest istotą społeczną, stadną. W stadzie ważna jest współpraca, ale szalenie ważna jest też hierarchia. I bardzo często w stadach mamy do czynienia ze specjalizacją. Mówiąc obrazowo, każdy ma swoją działkę i w niej się doskonali. W stadzie ważne jest też naśladownictwo, zwierzęta niższe w hierarchii uczą się od tych w hierarchii wyższych i w różnych aspektach próbują je naśladować. Jeśli zwierzę wraca skądś najedzone, to inne osobniki idą w to samo miejsce i znajdują tam pożywienie. Płynie z tego taka oto lekcja, że naśladowanie wróży sukces. To mechanizm biologiczny. Amerykański psycholog Roy F. Baumeister mówi, że kultura jest biologiczną strategią przetrwania, czyli kultura jest pewnym sposobem wyzyskiwania, ale i optymalizowania naszej biologicznej bazy, można zatem powiedzieć, że człowiek swoją skłonność, tendencję do uczenia się od innych, słuchania ich, powtarzania zachowań innych ma zapisaną już w genach, a jest ona dodatkowo „podbijana” procesem wychowawczym, od najmłodszych lat, nastawionym na to, by dziecko naśladowało właśnie. Przecież mówimy: „Trzymaj widelec tak jak mama”; „Zachowuj się tak jak Zosia”, czyli powtarzaj, powtarzaj, powtarzaj.

Uczymy się podporządkowania i posłuszeństwa.
W rzeczy samej, i nie jesteśmy samodzielni, choć współczesny człowiek często sobie tego nie uświadamia. Coach jako taki nie jest wymysłem naszych czasów, bo narodziny „specjalistów” nastąpiły już w społeczeństwach prehistorycznych, czyli w czasach, kiedy ludzie żyli w plemiennych hordach. Jeden potrafił robić łuki, inny tropić zwierzynę, ktoś doskonale wyczuwał wroga; jedna kobieta potrafiła zbierać zioła, znała się na nich, inna umiała przygotowywać lepsze pokrycia na namioty, szałasy itd. Tylko że wtedy ludzie naśladowali siebie po to, by osiągnąć sukces, który miał charakter wspólnotowy, a nie charakter indywidualny. I to różni współczesnego człowieka Zachodu od jego przodka. System, w którym żyjemy, do niedawna określany jako kapitalizm bankowo-korporacyjny, ma specyficzną naturę. Nastawiony jest bowiem z całą mocą na sukces indywidualny. Czyli jakby po części wbrew naszej naturze eksponuje takie wątki, jak interes jednostki, prawa jednostki. To hasła typu: „Jesteś kowalem własnego losu”; „Wszystko leży w twoich rękach” itd. Chcę powiedzieć, że świat odszedł przed laty od kooperacji, a teraz w obliczu coraz poważniejszych wyzwań współczesności – jak choćby katastrofa klimatyczna – musi do niej powrócić. Piszą o tym, wręcz alarmują, wszyscy współcześni myśliciele.

Rozumiem, że z tej drogi nie tak łatwo zawrócić…
Nie będzie łatwo, to prawda. Z tego systemu wykiełkował fenomen wszelkiego rodzaju poradnictwa, doradztwa, z tego systemu wykiełkował zawód coacha, mówcy motywacyjnego. To nic innego jak zmonetaryzowanie tej naturalnej ludzkiej potrzeby znalezienia wzorca. Stąd też kult gwiazd filmowych, celebrytów, youtuberów, oni są w naszym systemie, w naszej rzeczywistości wzorcami ludzi sukcesu.

Coach czy Kardashianka są współczesnym odpowiednikiem tej kobiety, która wiedziała, jakie zioła zebrać i zaparzyć, by wyjść z choroby, czy tego mężczyzny, który tak dobrze strzelał z łuku, że jego horda nie była głodna. Mamy ich dziś naśladować na dwóch poziomach: po pierwsze, modelują konsumpcję – włącza pani Internet i czyta, że pani X chodzi w sukience z sieciówki, może pani mieć tę samą za jedyne 199 zł; po drugie, modelują zachowanie – włącza pani telewizję śniadaniową i słyszy, że pani Y założyła firmę kosmetyczną, a pani Z zapytana przez prowadzącego, jak to się stało, że odniosła sukces, opowiada w punktach o swojej drodze na szczyt. W szerokim planie to wszystko pomyślane jest po to, by zarysować, jak powinna się pani zachowywać, ale to nie wszystko, chodzi także o przekazanie wartości. Kiedyś, gdy 17-letnia dziewczyna chciała wiedzieć coś o chłopakach, pytała matkę. Jeśli z matką nie miała dobrych relacji, to być może matka miała młodszą siostrę, która robiła piorunujące wrażenie na mężczyznach; więc nastolatka prosiła ciotkę o wprowadzenie w damsko-męski świat, o opowiedzenie, na czym polega związek.

Ciotka była jej coachem!
Tylko ta ciotka nie czerpała z tego zysku, zyskiem było to, że młoda kobieta zostaje wprowadzona w społeczeństwo, w życie. Czyli znowu – zysk rozkładał się na interes ogółu. Coach i youtuber nie mają potrzeby przejmować się interesem ogółu. Dziś zdolność doradczą osiągają niekoniecznie ci z rzeczywistą wiedzą i uczciwymi intencjami, ale ci, którzy mają zdolność reklamową…

Powiedzieliśmy o biologii, o mechanizmach, które mamy niejako wbudowane, oraz o tym, jak współczesny świat uczynił sobie z tej biologicznej bazy sposób na interes, ale w czynności doradzania ukryte są też rozmaite mechanizmy psychologiczne…
Gdybyśmy przeprowadzili taki prosty eksperyment myślowy: jeśli mamy dwie osoby, z których jedna doradza, a druga jest tą, której się doradza, to taka sytuacja na poziomie psychologicznym jest repliką układu matka – dziecko czy nauczyciel – uczeń. Zatem jeśli ja pani doradzam, z automatu staję się tym „starszym”, tym, który ma większe możliwości, więcej władzy, wyższą pozycję, a pani jest jak dziecko, uczeń. Niezależnie od rzeczywistej sytuacji, moich kompetencji i wiedzy jestem tym, który wie, a pani – znowu niezależnie od swojej wiedzy i swoich kompetencji – staje się tą, która nie wie.

Ludzie uwielbiają doradzać z kilku powodów. Bycie doradcą daje uwagę, znaczenie, władzę, uznanie, poczucie kompetencji (także pomimo ich braku). Jeśli ktoś postąpi tak, jak mu doradziłem, to potwierdzi moją ważność. Jeśli ktoś potrzebuje mojej pomocy, mojej rady, to ja udzielając jej, na poziomie psychologicznym podporządkowuję sobie tę osobę. Rozprzestrzeniam swoje wartości, swój sposób postrzegania rzeczywistości, swój pomysł na życie. Buduję sobie wokół świat, w którym to ja jestem na szczycie hierarchii.

Czyli stwarzam sobie jak najbardziej korzystne warunki.
Tak, to, oczywiście, zwykle dzieje się na poziomie nieświadomym lub na wpółświadomym, gdyby było bowiem świadome, nazwalibyśmy to czystą manipulacją.

Czy my naprawdę zawsze doradzamy, bo chcemy coś ugrać?! Kiedy widzę, że przyjaciółka cierpi w swoim związku, bo mąż źle ją traktuje, doradzam jej: „Zostaw go, bo cię niszczy”. Tu też mam swój interes?
Po pierwsze, nie bałbym się tak bardzo tego „interesu”, bo generalnie każdy z nas ma swoje interesy i życie polega na ich realizowaniu. Po drugie, fakt, że pani doradza przyjaciółce, można zinterpretować nie tylko jako interesowne wtrącanie się w nie swoje sprawy, ale też jako przejaw zatroskania jej losem, potrzebami, stanem emocjonalnym. To utrwala społeczne relacje, zaś posiadanie dobrych relacji jest niezbędnym warunkiem dobrego i szczęśliwego życia. Jedno z najdłuższych badań psychologicznych przeprowadzonych na świecie było zrobione na absolwentach Harvardu, trwało ponad 70 lat i wykazało w przekonujący sposób, że dwa najważniejsze czynniki, które determinują poczucie szczęścia, to właśnie posiadanie sieci trwałych relacji oraz altruizm. To znaczy, że ludzie są szczęśliwsi, jeśli pomagają innym, a więc kiedy wpływają na ich życie w sposób dobroczynny. Radzenie innym jest łączeniem tych dwóch czynników. Jeśli ktoś prosi panią o radę, to znaczy, że jest z panią w bliskiej relacji, to po pierwsze; a po drugie, kiedy widzi pani, że udzielona rada okazała się skuteczna, ma pani w garści drugi czynnik odpowiadający za poczucie szczęścia – pomogła pani komuś. I to dotyczy rzeczy dużych, jak przykład, który pani przywołała, i tych zupełnie błahych – prosimy, by ktoś poszedł z nami do sklepu i doradził, w której sukience wyglądamy dobrze. Wspomniany interes mają obie strony – pani czuje się ważna, gdyż ja chcę wiedzieć, w której koszuli bardziej się podobam właśnie pani, a nie komu innemu, ale moja pozycja też rośnie w pani oczach z tego samego powodu. Skoro zwróciłem się z tym pytaniem właśnie do pani, a potem jeszcze posłuchałem rady, to znaczy, że warto mnie lubić i akceptować jako sprzymierzeńca w różnych sprawach. Proszenie o radę jest też podświadomą próbą rozłożenia konsekwencji danego wyboru.

Chodzi o to, że jestem – jako doradczyni – współodpowiedzialna za decyzję, którą pan podjął?
Tak, i jest mi lżej, mimo że to ja ponoszę konsekwencje.

Mówimy teraz o sytuacji, kiedy prosimy kogoś o radę, ale są tacy, którzy doradzają nieproszeni, przekraczając tym samym granice intymności drugiego człowieka.
Wujek Dobra Rada, który „pomaga” wbrew potrzebom: „Ja ci mówię, weź ślub”; „Kup mieszkanie w innej dzielnicy” itd. Tu jest to napięcie między społecznościami indywidualistycznymi a kolektywistycznymi. My w Polsce jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Kolektywistyczne wspólnoty kładą nacisk na bezpieczeństwo, czujemy się bezpiecznie, ale kosztem jest posłuszeństwo – trzeba liczyć się z presją ze strony rodziny, przyjaciół i otoczenia. Indywidualizm nie jest w cenie, ważne są przydatność, pożytek dla ogółu. Tu rady udzielane w formie nacisku są po prostu akceptowane. I nikt nie ma pretensji do Wujka Dobrej Rady. W społeczeństwie indywidualistycznym Wujek Dobra Rada nie będzie zbyt lubiany, ale to też ma swoje koszty. Wolność zwykle zyskujemy w pakiecie z poczuciem osamotnienia. I także ono stało się żyzną glebą dla coachów wszelkiej maści. Z powodzeniem przejmują rolę rodziny, znajomych. Sprzyja temu także fakt, że żyjemy w świecie miliona możliwości, a co za tym idzie – miliona specjalizacji, w świecie, który zmienia się w takim tempie, że radzenie się starszych pokoleń już nie odpowiada na wszystkie pytania i dylematy, przed którymi stoi młody człowiek. Niezależnie jednak od tych wszystkich uwarunkowań doradzanie sobie wzajemnie czy konsultowanie swoich decyzji z bliskimi – to chyba fundamentalnie ludzka cecha, która realizuje się w różnych kulturach na różne sposoby – z pewnością nie zniknie w najbliższym czasie. No, chyba że niedługo zaczniemy się radzić AI – sztucznej inteligencji – ale to już zupełnie inna historia.

Bartłomiej Dobroczyński, psycholog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Kolegium Interdyscyplinarnego Centrum Etyki Wydziału Filozoficznego UJ.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze