Czy możemy stworzyć stałą i szczęśliwą relację, nie zakochując się w drugim człowieku?

Trzeba wiedzieć, że zakochanie to stan umysłu analogiczny do stanu psychotycznego. (Fot. iStock)

Nie chcę ostatecznie przekreślać wartości zakochania, ale prawdę mówiąc, ono zbyt wiele nam w przyszłości nie gwarantuje. Jeśli krok, a najlepiej kroczek za nim nie wyruszy w tę podróż racjonalny umysł, taki związek może długo i szczęśliwie nie potrwać, mówi Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka.

Czy to prawda, że możemy stworzyć trwałą i szczęśliwą relację, nie zakochując się w drugim człowieku? Zakochanie jako niezbędny tego warunek jest przereklamowane, a może to nawet mit wart obalenia?
Pewna dziennikarka mieszkająca w Toronto, Reva Seth, napisała nawet książkę zatytułowaną „First Comes Marriage…”. Pisze w niej o dużym znaczeniu decyzji i racjonalności w miłości. Zgadzam się z tym poglądem. Trzeba wiedzieć, że zakochanie to stan umysłu, który jest analogiczny do stanu psychotycznego.

To znaczy?
Mówiąc wprost, to rodzaj szaleństwa, zwykle szaleństwa we dwoje, folie à deux, czyli takiego, które w dużej mierze jest indukowane. Więc nie dość, że szaleństwo, to jeszcze zaraźliwe. I o ile dwoje ludzi ma dobre, zdrowe doświadczenie z dzieciństwa, można ufać, że owo zakochanie oznacza wybór kogoś „odpowiedniego”, bowiem zakochanie to w dużej mierze odnajdywanie czegoś, co znamy. Kłopot w tym, że gdy nasze doświadczenia wczesnodziecięce były trudne, a jak wiemy, to nie zdarza się rzadko, wtedy odnalezienie czegoś nam znanego tożsame jest z odnalezieniem czegoś złego. Stąd na przykład córki alkoholików tak często zakochują się w pijących mężczyznach.

Chcesz przez to powiedzieć, że z zakochaniem trzeba uważać?
Warto być ostrożnym. Zauważ, że dość powszechnym zwyczajem jest przedstawianie poznanego człowieka, w którym się zakochujemy, swoim bliskim: rodzinie, przyjaciołom. To nie jest zwyczaj, który nic nie znaczy…

Chodzi o to, by rzucił na niego okiem ktoś aktualnie poczytalny?
Tak, na przykład zaufana przyjaciółka, która powie: „To jest do sensu” lub „coś się tu bardzo nie zgadza”. Ale by sprawę skomplikować, powiem, że racjonalne podjęcie decyzji o budowaniu związku bez żadnego czynnika emocjonalnego nie jest możliwe. To znaczy, jeżeli chcesz dokonać wyboru jedynie na podstawie skonstruowanej tabeli z plusami i minusami potencjalnego partnera, zawsze będziesz w stanie znaleźć tyle punktów po obu stronach, by one się zrównoważyły. Więc niezbędny jest choćby mikroczynnik emocjonalny, by waga opowiedziała się ostatecznie po jednej ze stron. Ale… w drugą stronę jest jeszcze trudniej – ekstremalnie ciężko o dobrą relację, jeśli to jest wyłącznie czynnik z obszaru emocji. Związanie się z kimś bez racjonalnego oglądu sytuacji, bez odpowiedzi na pytanie, jakie są twoje priorytety w życiu, daje wielkie prawdopodobieństwo, że taki związek będzie krótkotrwały bądź nieszczęśliwy.

Zakochanie nie gwarantuje zbyt wiele w przyszłości. (Ilustracja: Anna Rudak)

Przynajmniej od kilku kobiet usłyszałam, że, owszem, motyle w brzuchu są cudowne, ale ich relacje, które zaczynały się tym porywem serca, kończyły się zwykle porażką i bólem. Dlatego one, myśląc o związku „na życie”, całkiem świadomie zdecydowały się zrezygnować z tej iskry i zbudować relację z kimś, z kim tego ognia nie poczuły. Niektórzy nazywają to wyrachowaniem, mnie to słowo nie pasuje, choć, oczywiście, można powiedzieć, że jest to jakiś rodzaj kalkulacji…
Być może mało to romantyczne, co powiem, ale bez tego, co nazywasz kalkulacją, udany związek w ogóle nie jest możliwy. Bo jeśli chodzi ci o długotrwałą relację, niezbędne jest wnikliwe przyjrzenie się, z kim masz do czynienia. Dobrze układają się trwałe są związki, w których nie oszukujemy się, jest wiele podobieństw co do statusu społecznego, pochodzenia, światopoglądu, poziomu wrażliwości, urody. To te relacje mają największe szanse.

No tak, a gdy jesteśmy zakochani, wydaje nam się, że zostaliśmy zerwani z tego samego drzewa i zmierzamy dokładnie w tym samym kierunku, magia po prostu…
Właśnie, wydaje nam się… Nie chcę przekreślać ostatecznie tego błysku, ale prawdę mówiąc, on zbyt wiele nam w przyszłości nie gwarantuje. Jeśli krok, a najlepiej kroczek za nim nie wyruszy w tę podróż racjonalny umysł, może to długo i szczęśliwie nie potrwać. Ale odwróćmy tę sytuację i spójrzmy na związki aranżowane, które od wieków powstają w wielu kulturach. Jeśli nie jest to toksyczna relacja 13-letniej dziewczynki z 60-letnim mężczyzną, jeśli to nie jest rodzaj usankcjonowanego obyczajem gwałtu, to można pomyśleć, że przy dobrej woli obu stron jakiś rodzaj wzajemnej fascynacji, nie tylko miłości, ale fascynacji właśnie, pojawi się z czasem między dwojgiem połączonych odgórnie osób. I tak się często dzieje. Zresztą, co ciekawe, profesor Bogdan Wojciszke, czyli znawca związków miłosnych, badacz miłości, pisze tak: „Gorące uczucia można wykrzesać z siebie na życzenie. Nawet do kompletnie nieznanej osoby”.

To by nam dawało dużą szansę…
To znaczy, że jest rodzaj sprzężenia między myśleniem, wyborami a uczuciami. I to na szczęście jest sprzężenie zwrotne. Można zarażać się wspomnianą chorą fascynacją, ale można też oprzeć się na tym mechanizmie i wykorzystać go w „zdrowy” sposób. To znaczy, jeśli masz do czynienia z mężczyzną, który daje ci wyrazy uczucia, to, oczywiście, nie ma pewności, ale jest duże prawdopodobieństwo, że w sposób naturalny też tym samym odpowiesz. I teraz nasuwa mi się na myśl moja ulubienica Barbara Niechcic i historia klasycznego małżeństwa z rozsądku. Otóż jest Barbara i jest Bogumił. Barbara w gruncie rzeczy kocha się romantycznie w niejakim Tolibowskim. Prawie wszyscy pamiętamy tę filmową scenę, w której Tolibowski wchodzi do wody i zrywa dla Barbary nenufary…

My, kobiety, wzdychamy wtedy przed ekranem…
Tylko że ten romantyk Tolibowski wcale Barbary nie chce, a ta wychodzi za mąż za Bogumiła. Z jednej strony na niego narzeka, ale z drugiej strony – to z nim jest, jemu rodzi dzieci, od niego dostaje wsparcie. Narzeka na niego, ale jednocześnie też go wspiera i to właśnie między nimi tworzy się relacja, więź. Idąc dalej tym tokiem, moja znajoma mawia, że każda z nas ma swojego „Tolibowskiego”, do którego wzdycha. Argumentem, który ludzie często podają podczas rozstania, jest to, że jedno z partnerów mówi: „zakochałem się”. Na pozór to jest argument, z którym trudno dyskutować, ale w gruncie rzeczy to argument bardzo tani… Bo czy spotkanie „Tolibowskiego” aby na pewno jest wystarczającym powodem, by się rozwodzić? Ten platoński mit drugiej połówki pomarańczy, co cię znajdzie pośród milionów i tak olśni, uczynił ludziom strasznie dużo szkód. Bo bardzo łatwo spotkać się po tej „chorej” linii.

No właśnie, ów mit funkcjonuje w historii, w literaturze od tysięcy lat, tylko wszyscy wiemy, że ta wielka romantyczna miłość zwykle źle się kończyła. Skąd się właściwie wzięła w kulturze Zachodu ta współczesna „moda”, że chcemy łączyć się w pary w oparciu o to przereklamowane zakochanie?
Połączyłabym to z rozwijaniem się kultu indywidualizmu i w pewnym sensie hedonizmu. Takiego stosunkowo nowego przekonania, że życie jest po to, żeby być szczęśliwym. Łączę to też z komercjalizacją życia. Do początku XX wieku małżeństwa aranżowane były powszechne i przeważały w krajach muzułmańskich, w Indiach, Europie, Japonii. Czyli prawie wszędzie.

A potem Zachód wymyślił sobie, że świat ma nas uszczęśliwiać, więc drugi człowiek jako element tego świata także.
Tu chodzi nie tylko o to, że jesteśmy przekonani, że życie jest po to, żebyśmy byli szczęśliwi. Chodzi także o dość specyficzny sposób rozumienia tego szczęścia. No bo można pomyśleć, że szczęście daje jakiś rodzaj uważności na innych ludzi czy jakiś rodzaj oddania ważnej sprawie, ale tutaj wyraźny akcent jest taki: szczęście to doraźne zaspokajanie własnych potrzeb.

I dopiero zraniona mizernym efektem wielkiego olśnienia jestem gotowa zbudować relację w oparciu o coś innego: przyjaźń, poczucie bezpieczeństwa. Choć zwykle i tak wychowana w kulcie „ja, ja, ja” wciąż z tyłu głowy mam przeświadczenie, że tym samym czegoś wyjątkowego siebie pozbawiam.
Tu jest jeszcze jedna ważna kwestia: czy za tą moją decyzją stoi cynizm. Bo ta kalkulacja może być lub nie być pozbawiona dobrej woli. Jeśli myślę w kategoriach wygody, komfortu życia, kwestii materialnych, statusu społecznego, to jest czysty cynizm. Ale jeśli nie takie są intencje i chodzi tylko o brak tej „iskry”, to powiem dosadnie, że z biologicznego punktu widzenia ta wychwalana pod niebiosa iskra jest jedynie po to, by począć i odchować potomstwo. Zakochanie mija. I to szybko mija. Więc niezależnie od tego, czy ono było, czy nie, to konieczna jest świadoma decyzja i umiejętność, nabywana drogą praktyki, pielęgnowania relacji w taki sposób, by powstały bliskość, intymność.

Czyli można sobie spokojnie to zakochanie darować… Ale ono podobno potrzebne jest nam jeszcze do czegoś. Kiedy w związku pojawiają się kryzysy, terapeuci mówią, że odwołanie się wtedy do tego pierwszego etapu ułatwia przejście przez rafy.
Ważne, by związek miał pulę dobrych doświadczeń, ale naprawdę nie zaliczają się do nich jedynie motyle w brzuchu. Dobre doświadczenie to każda sytuacja, w której czułaś się bezpiecznie przy partnerze, kiedy czułaś, że on ciebie rozumie, kiedy wspólnie śmialiście się z czegoś, kiedy zwyczajnie było wam przyjemnie. Niemodnie jest o tym mówić, ale powiedzmy też o czymś takim jak dobro. Nie tylko zakochanie ma moc, wielką moc ma także to, że ktoś jest dla nas dobry. Po prostu, a może aż wzruszająco dobry, że nam chce się być dobrym dla niego.

A czy ten brak iskry nie utrudnia udanego zbliżenia fizycznego, seksu między dwojgiem ludzi?
Oczywiście, trudno wyobrazić sobie dobrą relację, kiedy ta druga osoba jest dla nas na poziomie fizyczności odrażająca. Ale nie tylko z zakochania może płynąć pociąg fizyczny, lecz też z jakiegoś przytomnego oglądu rzeczywistości. To znaczy, ten mężczyzna mi pasuje, ma cechy, które są dla mnie istotne, dla jednej z nas to będą dłonie, dla innej wzrost itd. Przecież ludzie uczą się nawzajem tego, co ich w seksie pociąga, wnoszą różne rzeczy. Też bardzo ważne jest to, w jaki sposób seksualność traktujemy, czy to dla nas coś w stylu american psycho, kiedy drugi człowiek jest w gruncie rzeczy traktowany jak przedmiot do zaspokajania moich potrzeb, czy w seksualności kluczowa jest dla nas intymność.
Te fajerwerki naprawdę nie są nam do życia tak strasznie potrzebne. Tym bardziej że w nich ukryta jest jeszcze jedna pułapka. Ten błysk zawiera w sobie automatycznie oczekiwanie jakiejś bajkowej wręcz niesamowitości. I to bardzo eskaluje oczekiwania. A co za tym idzie – nieuchronnie prowadzi nas do rozczarowania. Ta postać, ten człowiek, poprzez nasz stan zakochania, znajduje się na piedestale. Pojawia się gigantyczna idealizacja, a jak wiadomo, w parze z nią idzie dewaluacja. I nagle okazuje się, że…

…to jest „tylko” zwykły człowiek.
W życiu liczy się akceptacja faktu, że nie można mieć wszystkiego. Niezależnie od tego, jak wielka fala zakochania zaleje nas na początku czy też nie zaleje nas wcale, to drugi człowiek, z którym jesteśmy w bliskiej relacji, prędzej czy później będzie dla nas dolegliwie irytujący i męczący poprzez swoją inność. Jednak jeśli kochamy tę osobę, znajdziemy w sobie przestrzeń i tolerancję, by tę odmienność znieść. I to jest realne życie. I w tym realnym życiu zakochanie naprawdę nie odgrywa żadnej roli. Chodzi mi teraz po głowie Mickiewicz: „Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,/Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;/Jednakże gdy cię długo nie oglądam,/Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;/I tęskniąc sobie zadaję pytanie:/Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?”. Pozostanę przy tym, że to jest kochanie… Nie trzeba tracić zmysłów, by stworzyć wartościową relację.