fbpx

Dlaczego boimy się zmian? Jak wzmacniać poczucie sprawczości i trenować otwartość na nowe?

Dlaczego boimy się zmian? Jak wzmacniać poczucie sprawczości i trenować otwartość na nowe?
Bojąc się zmiany, prawie zawsze w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? (Fot. iStock)

Jako gatunek wykazujemy wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi – mówi psychoterapeutka Magdalena Guzik. Dlatego zamiast unikać zmian, lepiej się ich spodziewać i przyjmować je z otwartymi ramionami. Niczym falę, która obmywa nam stopy, a zaraz potem odpływa, by zrobić miejsce kolejnej. 

Żyjemy w czasach, w których mamy coraz wyższą samoświadomość, a zagadnienia psychologiczne są nam dużo bliższe niż naszym rodzicom czy dziadkom. Czy to znaczy, że mniej boimy się zmian?
Przede wszystkim żyjemy w świecie, w którym panuje duży nacisk na nieustanny rozwój. Z tematem zmiany mierzymy się zatem w sposób bardziej zaplanowany i przemyślany. Inaczej jest oczywiście w przypadku osób z dużym poziomem lęku czy doświadczających zaburzeń lękowych – dla nich strach przed zmianą staje się niejako głównym tematem życia, czymś, z czym borykają się bardzo realnie, doświadczając go wręcz fizycznie.

Nie trzeba jednak cierpieć na stany lękowe, by czuć się niepewnie w podlegającej ciągłym przeobrażeniom rzeczywistości. Dlaczego coś, co powinno być naturalne jak przypływy i odpływy morza, które obserwujemy siedząc na plaży – w większości ludzi budzi opór i niepokój? Mieliśmy tysiące lat, by się do tego przyzwyczaić.
Panta rhei – mawiali starożytni, czyli wszystko płynie. W naszej epoce to już jednak nie płynięcie, to rozszalały nurt! Zmiany społeczne i kulturowe zachodzą tak szybko, że ciężko za nimi nadążyć. Myślę więc, że nawet jeśli nauczyliśmy się czegoś przez tysiąclecia, to dziś i tak znajdujemy się w sytuacji bezprecedensowej. Fakt, że od wieków trudno jest nam mierzyć się z czymś nowym, wynika z prostego faktu, że każda zmiana zaburza znajomy i oswojony już porządek rzeczywistości. Budzi to szereg emocji: od niepewności do niepokoju, a stąd już blisko do lęku, który może być paraliżujący. Przeglądu tych emocji mogliśmy dokonać w ostatnich miesiącach, kiedy wybuchała i rozwijała się pandemia – sytuacja była tak nieprawdopodobna i tak zupełnie nowa, że większość z nas reagowała szokiem, niedowierzaniem; następnie pojawiał się lęk o zdrowie, który stopniowo oswajaliśmy, później lęk o przyszłość. Nadal się z nimi mierzymy.

Kolejna rzecz, o której należy wspomnieć, to wydatek energetyczny, jaki wymuszają na nas zmiany. One zawsze wymagają jakiegoś działania, choćby namysłu i podjęcia decyzji, jak do nich podejdziemy. Można więc powiedzieć, że są emocjonalnie kosztowne – gdy zachodzą, musimy poradzić sobie z rozmaitymi emocjami, przede wszystkim tymi, które łączą się z utratą kontroli. Oczywiście inaczej ma się sprawa w wypadku zmian, które wymuszają na nas okoliczności zewnętrzne, a inaczej, gdy wypływają one z nas samych. W tym drugim przypadku są dużo łatwiejsze do przyjęcia. Chociaż nie zawsze…

Historia pokazuje, że jako gatunek wykazujemy jednak wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Do większości jesteśmy w stanie naprawdę wspaniale się przystosować, choćby łączyło się to z tak zwanymi negatywnymi emocjami. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi!

Mówimy o historii, a stąd już blisko do uwarunkowań kulturowych. Na ile są one istotne? Przyznam, że obracając się w środowisku bardzo międzynarodowym, często odnoszę wrażenie, że w nas, Polakach, lęk przed zmianą jest szczególnie mocny.
Rzeczywiście jesteśmy społeczeństwem dosyć tradycyjnym, konserwatywnym, przywiązanym do pewnych wartości i niechętnie z nich rezygnującym. Z drugiej strony – i to warto podkreślić – jesteśmy także narodem, który w wielu momentach dziejów pokazał, że potrafi doskonale i niezwykle twórczo poradzić sobie z trudnościami. Mówi się przecież: „Polak potrafi!”. Sądzę więc, że kwestia polskiego podejścia do zmian nie jest jednoznaczna. Ja wprawdzie nie mam bardzo wielu kontaktów z przedstawicielami innych nacji, za to wnikliwie obserwuję moich pacjentów. Szczególnie wśród młodego pokolenia, tego już aktywnego zawodowo, widzę sporą otwartość na zmiany. Te osoby świetnie odnajdują się w nowych specjalnościach, podróżują, eksperymentują.

Może tym, co podskórnie czułam, był dysonans między tym, jacy rzeczywiście jesteśmy, a tym, jak siebie wyrażamy? Lubimy przecież w Polsce ponarzekać, na zmiany także, co rzeczywiście nie musi oznaczać, że ich nie akceptujemy i nie próbujemy sobie z nimi poradzić. Tak czy inaczej, gdy w naszym życiu zachodzą zmiany, u wielu osób emocje wymykają się spod kontroli. Jak zachować wewnętrzny spokój? Dotyczy to nie tylko sytuacji dramatycznych, ale także tych wyczekiwanych – ślubu, narodzin dziecka, nowego domu…
Jak już wcześniej powiedziałyśmy, warto rozróżnić zmiany narzucone z zewnątrz (np. choroba kogoś bliskiego) od tych, które pochodzą od nas (np. decyzja o remoncie mieszkania). W obu przypadkach pewien stres jest potrzebny, bo mobilizuje nas do planowania i działania. U osób z większą wrażliwością może jednak stać się paraliżujący. Takie osoby rzadziej będą samodzielnie wprowadzać w życie jakiekolwiek zmiany, czyli te z drugiej kategorii – nie polubią remontów, przeprowadzek i nowych doświadczeń, choćby inni uważali je za ekscytujące. Aby opanować napięcie, które może pojawić się przy zmianach, warto skrupulatnie planować ich przebieg lub − w wypadku zmian z pierwszej kategorii − przemyśleć, co zrobimy, kiedy już zaistnieją. Pomaga to odzyskać przynajmniej częściowe poczucie kontroli.

Oczywiście trzeba też pamiętać, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu i wszystkiego nie zaplanujemy, nie rozpiszemy, nie przewidzimy. Pomocna może więc być zasada małych kroków – skupienie się na poszczególnych etapach. Sprawdza się ona zwłaszcza w sytuacjach, gdy obrany cel jest dla nas tak ważny, że z obawy przed porażką nie robimy nic. Gdy rozpiszemy go na etapy: mniejsze, czasem nawet bardzo drobne czynności, które pomału doprowadzą do efektu finalnego − cel przestanie wydawać się tak bardzo nieosiągalny.

Wspomniałaś o poczuciu kontroli. Skojarzyło mi się to z popularnym motywem wielu komedii romantycznych, gdzie panna młoda – a więc osoba mierząca się z piękną, upragnioną zmianą – wpada w zupełny popłoch. Czy to właśnie brak poczucia kontroli powoduje stres, także w chwilach zmian przez nas wyczekiwanych?
Zdecydowanie tak. To, że czegoś wyglądamy, na coś czekamy, że podjęliśmy pewną decyzję – nie oznacza, że nie towarzyszą nam trudne emocje. Mogę przecież być ogromnie zakochana i szczęśliwa, a jednocześnie odczuwać wątpliwości, czy poradzę sobie w nowej sytuacji. Czynników stresogennych jest tu więc wiele. Kolejnym, bardzo zresztą ważnym, jest presja środowiska. W wypadku ślubu i wesela jest ona często silnie odczuwana – staramy się zadowolić rodziców, gości, partnera. Dotyczy to zresztą wszystkich zmian. Każda z nich wpisana jest bowiem w jakiś kontekst, w którym żyjemy – rodzinny, towarzyski, zawodowy….

Przypomina mi się własne doświadczenie sprzed kilku lat, gdy podjęłam decyzję o zmianie pracy. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, pełna entuzjazmu, nie mogłam doczekać się rozpoczęcia nowego projektu. Bardzo zdziwiły mnie wtedy reakcje znajomych, w większości negatywne. „Nie boisz się?” – pytali wielokrotnie, jakby lęk miał determinować moje wybory. „Może nie odniesiesz już sukcesu po raz drugi?”. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło; dziś myślę, że może po prostu przyjaciele projektowali na mnie swoje obawy.
Możemy powiedzieć, że twoje otoczenie na decyzję o zmianie zareagowało dużym niepokojem. Bez względu na powody – to nie miejsce i czas na ich analizę – wyobrażam sobie, że było to dosyć obciążające. Komunikaty, jakie wtedy otrzymałaś, mogą bardzo podcinać skrzydła; odbierać poczucie przekonania co do dokonanego wyboru, ale też złościć. To kolejna emocja, która może pojawić się podczas dokonywania zmiany. Szczególnie, gdy coś lub ktoś staje na naszej drodze.

Bojąc się zmiany, prawie zawsze, w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? Nie chodzi tu zresztą tylko o jednoznacznie negatywne konsekwencje zmiany – to, co pozytywne, odniesiony sukces, też może budzić zazdrość czy zawiść. Co więcej, zmiana może zupełnie zaburzyć kontekst, w którym żyjemy. Weźmy za przykład rodzinę, w której kobieta, dotąd zajmująca się domem, staje się aktywna zawodowo. Taka zmiana diametralnie przeformułowuje jej życie, ale równie silnie wpływa na osoby trzecie − dzieci, partnera. To też musimy brać pod uwagę.

Wracając do twojej historii – warto podkreślić, że każdy ma inny próg otwartości na zmianę. Może twoi znajomi ustawili go w innym miejscu? Może są mniej otwarci na doświadczenia, mają większy poziom lęku? Podejrzewam, że ich reakcje w tej sytuacji były niegroźne i nie zaprzepaściły twoich planów. Ale wyobraźmy sobie reakcję lękliwej matki z małym dzieckiem, naturalnie chętnym do odkrywania świata. Ciągły komunikat z jej strony w stylu: „Uważaj, zaraz się przewrócisz. To niebezpieczne” może zaważyć na chęci eksplorowania, a w dłuższej perspektywie sprawić, że dziecko przejmie lęk matki.

Czyli otwartość na zmiany wynika nie tylko z  naszej osobowości, ale także z doświadczeń i wychowania, z dzieciństwa?
Zdecydowanie tak, ale pamiętajmy, że na te wzorce wdrukowane w dzieciństwie możemy wpływać, możemy je zmieniać w dorosłym życiu. Pomocna może być w tym terapia, w czasie której przyglądamy się wczesnym relacjom. Na ile nas one wzmacniały, budowały, a na ile przeciwnie, podcinały nam skrzydła? To przecież w tych wczesnych relacjach budujemy zaufanie do siebie i do świata. Czy jest on bezpieczny? Czy mam prawo sięgać po to, co sobie wymarzyłam? Jakie jest moje poczucie sprawstwa, poczucie wpływu? Co dostałem? Czego zabrakło? Na szczęście kształtuje nas w życiu wiele czynników, nie tylko wczesne relacje, ale też na przykład właśnie relacja terapeutyczna. Może ona stać się relacją korygującą, wzmacniającą, pokazującą, że wbrew temu, czego nauczyłem się w dzieciństwie, mogę sobie ufać i mieć poczucie wpływu na własne życie.

Poza cechami osobniczymi i nauką wyniesioną z wczesnych relacji mamy jeszcze trzeci element formujący naszą otwartość na zmiany: przeżyte już w późniejszym, nawet dorosłym wieku doświadczenia i traumy. Są w naszym życiu zdarzenia, które mogą zaburzać poczucie bezpieczeństwa i stanowić takie obciążenie, że wpływają nawet na osobę, która wcześniej nie bała się zmian.

Doskonale to rozumiem. Uwielbiam zmiany i nowe doświadczenia, ale w zeszłym roku przeszłam poważne załamanie, straciwszy dość zaawansowaną ciążę. Nagle ogarnął mnie lęk o przyszłość, zaczęłam  się bać wszystkiego i o wszystko – o bezpieczeństwo bliskich, o swoje zdrowie. Strata, którą przeżyłam, stanowiła właśnie takie obciążenie. Warto dodać, że zmiany przez nas pożądane też oznaczają w pewnym sensie stratę.
Oczywiście. Każda zmiana łączy się z jakąś stratą, z tego prostego powodu, że zawsze wybierając bycie w jednym miejscu, rezygnujemy z bycia w drugim. Może to być bolesne, nawet jeśli z nową rzeczywistością łączą się radość i liczne korzyści. To zresztą refleksja, która przychodzi i pogłębia się z wiekiem – im więcej mamy lat, tym wyraźniej widzimy, że każda decyzja oznacza rezygnację z czegoś innego. You can do anything, but you can’t do everything – mówi anglojęzyczne porzekadło. Możemy wiele, ale nie damy rady zrobić wszystkiego jednocześnie. Trzeba się z tym pogodzić.

W artykułach na temat lęku przed wprowadzaniem modyfikacji w życiu kilkakrotnie spotkałam się z wyrażeniem „aktywne zarządzanie zmianą”. Czy to właśnie to? Pogodzenie się z faktem, że nie możemy wszystkiego, i wybór pola, na które mamy wpływ, a następnie aktywne go kształtowanie?
Przyznam, że termin, na który się powołujesz, brzmi dla mnie bardziej jak hasło coachingowe niż wyrażenie z zakresu psychologii. Domyślam się, że związany jest z aktywnym planowaniem działań, które mają doprowadzić do zmiany – coś takiego bardzo potrzebne jest w organizacjach. Możemy nawiązać tu do innego ważnego terminu, mianowicie poczucia sprawczości. Pippi Pończoszanka mawiała: „Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze dam radę”. Im więcej w nas takiego przekonania i poczucia sprawczości, tym lepiej. Jeśli mamy go niewiele, też czeka na nas dobra wiadomość: poczucie zaufania do siebie można wzmacniać, można nad nim pracować; znamy narzędzia, które temu służą. Powtarzam jednak, że trzeba zostawić pewien margines na to, czego w życiu nie da się kontrolować. „Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” – tę myśl Woody’ego Allena też trzeba mieć gdzieś w zanadrzu. 

Magdalena Guzik psycholog, psychoterapeutka, trenerka. Prowadzi terapię osób dorosłych z zaburzeniami lękowymi, doświadczających kryzysów osobistych czy trudności w relacjach. Wspiera Fundację Melancholia, zajmującą się edukacją społeczną w zakresie szerzenia wiedzy o depresji

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze