fbpx

Dorosłe dzieci niedojrzałych rodziców – czym jest parentyfikacja?

Dorosłe dzieci niedojrzałych rodziców - czym jest parentyfikacja?
Część z nas miała rodziców, którzy nie udźwignęli swojej roli. Zagubieni, straumatyzowani, niedojrzali, oczekiwali wsparcia albo wręcz opieki. Takie odwrócenie ról znane jest pod terminem parentyfikacji. (Fot. iStock)

Część z nas miała rodziców, którzy nie udźwignęli swojej roli. Zagubieni, straumatyzowani, niedojrzali, oczekiwali wsparcia albo wręcz opieki. Takie odwrócenie ról znane jest w psychologii pod terminem parentyfikacji. Rozpoznanie tego uwikłania to niezwykle ważny krok ku autonomii i wolności.

Dziecko, które opiekuje się rodzicami czy wyręcza ich w obowiązkach, postrzegane jest przez wielu jako dzielne, wyjątkowe. To ratownik, siłaczka… Potrafi stawić czoło niemałym wyzwaniom: ugotować obiad, zadzwonić po karetkę, zrobić zakupy, zająć się młodszym rodzeństwem, otrzeć matczyne łzy. O takich dzieciach mówi się najczęściej z podziwem dla ich oddania, gorliwości, umiejętności, tego, jak sobie radzą. Tylko czy w tych gloryfikujących samodzielność przekazach jest refleksja nad ceną, jaką one muszą za to zapłacić?

Ch(w)ała bohaterom

Powiedzmy sobie jasno: parentyfikacja odbiera dzieciom ich dzieciństwo. Okalecza ich psychikę. Co prawda w dorosłym życiu takie osoby wciąż mogą być postrzegane jako zaradne, silne, może nawet niezłomne, ale to kolos na glinianych nogach. Brakuje im podstawowego wyposażenia na życie: poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, miłości. Za to często jest wstyd, niskie poczucie wartości, ból. I przymus, by zdobyć czyjeś względy przez kolejne wysiłki, osiągnięcia (a nuż tym razem się uda). Często brakuje też wyczucia miary, granic, świadomości własnych potrzeb, może nawet kontaktu z rzeczywistością… Charakterystyczne jest chroniczne napięcie, rodzaj wyczekiwania. Katarzyna Schier, psycholożka i autorka książki „Dorosłe dzieci”, tłumaczy to pewnymi funkcjami regulacyjnymi, jakie bierze na siebie dziecko. Całkowicie zależne od rodziców, zrobi wszystko, by zaspokoić najpierw ich potrzeby. Będzie wręcz monitorować nieustannie ich stany emocjonalne; sprawdzać, co można dla nich zrobić. Tak traci się siebie, nawet jeśli po drodze zostaje się herosem.

Opisując zjawisko parentyfikacji, Katarzyna Schier przywołuje dwie bardzo znane w naszej kulturze opowieści, dwoje bohaterów. Pierwszy to mityczny Herakles, syn Zeusa, który od najmłodszych lat wyznaczany był przez ojca do wielkich zadań: pośredniczenia w sporze między boskimi małżonkami, obrony Olimpu przed gigantami. Potem było jeszcze trudniej. Wiadomo: „Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze/ Ten młody zdusi Centaury”… Odważny, mocarny, wytrwały, Herakles bywał też nieobliczalny. Dość powiedzieć, że w przypływie szału zamordował trzech synów. Druga bohaterka to Kopciuszek. Czy trzeba przypominać, jak ta półsierota troszczyła się o macochę i przyrodnie siostry, z jakim oddaniem prowadziła dom i jak była w tym osamotniona?

„Dzieci, które podejmują rolę dorosłych, bo ci z niej abdykowali, i robią to w sposób intensywny, ciągły i niezauważalny, są we własnym domu w pracy” – twierdzi Bruce Lackie z Uniwersytetu w Maine. Co ciekawe, w tej samej rodzinie nie wszystkie dzieci podlegają parentyfikacji. Najczęściej rodzice „wybierają” na swojego opiekuna najstarsze dziecko, zwłaszcza jeśli to wrażliwa, z empatią reagująca na ich potrzeby dziewczynka. Gdy wybór padnie na chłopca, jest duże prawdopodobieństwo, że stanie się on powiernikiem matki albo będzie „zarabiał na chleb”. Zdaniem psycholożki dziecko może się opiekować dorosłym w dwóch podstawowych obszarach: egzystencjalnym, inaczej instrumentalnym (czyli stricte praktycznym), oraz emocjonalnym. W pierwszym przypadku zajmuje się zdrowiem rodziny, domem, kwestiami finansowymi czy administracyjnymi. W drugim bywa pocieszycielem, rozweselaczem, terapeutą, doradcą, mediatorem, sędzią. Ale też kozłem ofiarnym, kontenerem na trudne emocje, a nawet partnerem (co sprzyja nadużyciom seksualnym).

Nie da się ukryć: patologiczne odwrócenie ról w rodzinie to forma przemocy, choć nie zawsze jest tak postrzegane. Mało tego: z taką utajoną przemocą zwykle trudniej sobie poradzić – twierdzi Schier. Na zewnątrz przecież rzecz może wyglądać bez zarzutu. Dziecko musi więc pomieścić w świadomości sprzeczne obrazy. Chyba nie trzeba dodawać, że parentyfikacja prowadzi zazwyczaj do traumy. Do rozszczepień. Cierpi psychika: nadużyte w ten sposób osoby zmagają się w dorosłym życiu z uczuciem braku, z poczuciem winy (bo jak tu postawić siebie na pierwszym miejscu?), mają skłonność do popadania w depresję. Cierpi ciało: silne napięcia wywołują na przykład dolegliwości psychosomatyczne. Można też odczuwać wyczerpanie, stracić kontakt ze swoją seksualnością, zmysłowością. „Opuścić” ciało, nie lubić go. Cierpią relacje: trudno w nich o równość, o zaspokojenie własnych potrzeb, zbyt silny jest przymus opiekowania się, odpowiedzialność za innych. Jednocześnie może się ujawniać część roszczeniowa – wygłodniała, nastawiona tylko na branie. A emocje? Cóż, często trudno je rozpoznać, uświadomić sobie, odróżnić jedną od drugiej (czy oddzielić od stanów fizjologicznych), a co dopiero opisać, wyrazić. Katarzyna Schier mówi o ryzyku aleksytymii, czyli braku słów dla emocji. Niektórzy nazywają tę przypadłość analfabetyzmem emocjonalnym.

Gdzie jest Ja?

Zdaniem francuskiej psychoterapeutki Gisèle Harrus-Révidi rodzice, którzy dokonują parentyfikacji, są niedojrzali, skupieni na sobie, niewrażliwi na potrzeby innych, hipochondryczni, nieakceptujący upływu czasu (często sprawiają wrażenie młodszych niż są). Czynników sprzyjających odwróceniu ról jest sporo: choroba rodzica, uzależnienie, pracoholizm albo problemy finansowe, samotność, izolacja. Parentyfikacja jest też częstym zjawiskiem w rodzinach imigrantów – zazwyczaj dzieci szybciej opanowują nowy język, stając się tłumaczami dorosłych. Rodzice domagający się opieki od dzieci zwykle sami doświadczyli deficytu w tym obszarze (albo traumy). Katarzyna Schier mówi wręcz o wielopokoleniowym dramacie.

Jednym z zadań dziecka w tym dramacie jest ochrona wizerunku rodzica. Idea, że mógłby krzywdzić własne dziecko (i że jest ono tak naprawdę bezbronną ofiarą), nie mieści się w głowie. Dziecko woli więc stłumić gniew (czasem ogromny), ale też własne potrzeby i przyjąć, że to ono jest „złe” – przecież mimo tylu starań nie udaje mu się zadowolić rodzica. Prawdopodobnie w dorosłym życiu wciąż będzie się poświęcało, zabiegając o względy innych. Może też przyjąć postawę wielkościową: uznać, że jest stworzone do ważnych misji. Będzie więc szukało podziwu, poklasku. Zacznie pouczać, moralizować. I będzie samotne.

Tak czy inaczej, powstaje fałszywe Ja. Dziecko (również po wejściu w dorosłe życie) jest niejako stopione z rodzicem, trudno mu się od niego oddzielić. Z jednej strony czuje się przytłoczone tą relacją, z drugiej – przerażone na myśl, że mogłoby pozwolić sobie na autonomię. Coś wyje w nim i tęskni za innym życiem, własnym, ale może jeszcze nie teraz. Jeszcze jeden wysiłek… Może jednak uda się „uratować” rodzica, a przynajmniej zrobić coś, żeby tak nie cierpiał. A jeśli nie rodzica, to kogoś innego: przyjaciela, kolegę z pracy, sąsiadkę. Presja służenia jest bardzo silna. Ta tożsamość pomocnika, tytana, naprawiacza jest niczym druga skóra. I mimo że dorosłe dziecko chciałoby ją zrzucić, to pod wpływem pochwał za starania rodzice (i inni) tylko ją wzmacniają i koło się zamyka. Jednocześnie gdzieś głęboko dziecko czuje smutek, poczucie niespełnienia. Bo jest doceniane za to, kim nie jest – za rolę, jaką odgrywa. Jego prawdziwe, zdrowe Ja pozostaje w ukryciu.

W stronę happy endu

Aby nie było zbyt dramatycznie: Katarzyna Schier twierdzi, że dla dzieci, których rodziny potrafią okazać wdzięczność za ich opiekuńczość, parentyfikacja nie musi być tak niszcząca. Trudne doświadczenia w relacji z rodzicami rozwijają w nich poczucie odpowiedzialności, empatię, otwartość na innych, gotowość wspierania. Nic dziwnego, że osoby, które doznały parentyfikacji, często znajdują zatrudnienie w zawodach związanych z pomaganiem – zostają lekarzami, pielęgniarkami, pracownikami socjalnymi albo terapeutami.

Nie zmienia to faktu, że zwykle same potrzebują terapii. Katarzyna Schier zauważa, że zbyt często miały poczucie, że coś muszą – jak więc można narzucić im cokolwiek, choćby wizytę u terapeuty? Czy to nie kolejna presja? A jednak zaprasza, by skonfrontowały się z tematem, spotkały z własnym bólem – z iluzją, że ich rodzice byli „wystarczająco dobrzy”. By przyjęły prawdę. „Moje doświadczenia kliniczne wskazują, że jest to najtrudniejszy moment w terapii, taki, w którym wielu pacjentów z niej rezygnuje” – pisze w „Dorosłych dzieciach”. Ci ludzie boją się wejść w pustkę, zostać z niczym. Tak, to konfrontacja z ogromną, przygniatającą stratą – opłakanie dzieciństwa jest jak żałoba. Inne wyzwanie to zgoda na rodziców takich, jakimi są, porzucenie nadziei, że się zmienią, rezygnacja z nawracania ich. Bez tego trudno odzyskać siebie.

Jakiego terapeuty potrzebuje ktoś, kto doznał parentyfikacji?

Katarzyna Schier przytacza długą listę oczekiwań: ma rozumieć, jak dewastujące dla psychiki może być odgrywanie roli Heraklesa albo Kopciuszka. Ma dostrzec realność tych doświadczeń, nie oskarżać. Ważne jest też, by nie bał się ekstremalnych emocji: wściekłości, rozpaczy, poczucia niesprawiedliwości, tęsknoty za utraconym dzieciństwem. Aby pomógł je opłakać, domknąć przeszłość. By potrafił zobaczyć klienta jako zintegrowaną, wielowymiarową jednostkę. Być może nie wszystko to da się znaleźć w jednym gabinecie – tym bardziej że wskazane jest objęcie tym procesem również ciała.

Przeszłości nie zmienimy, ale możemy sprawić, by rzeczywiście stała się przeszłością. Pamiętając, że zarówno mit o Heraklesie, jak i baśń o Kopciuszku znajdują szczęśliwe zakończenie. Grecki heros umiera co prawda w cierpieniach, ale po śmierci zostaje osadzony na Olimpie, gdzie wiedzie szczęśliwe życie u boku bogini młodości Hebe. Kopciuszek – wiadomo – trafia spod popielnika na salony, znajduje swojego księcia. Ból obojga znajduje ukojenie. No i nie muszą już się starać. To tak w ogólnym zarysie – oczywiście, najlepiej jest stworzyć własną historię, z najwłaściwszym dla nas happy endem.

Wejdź w kontakt z emocjami

Osoby, które doświadczyły parentyfikacji, mają skłonność do wypierania uczuć, jakie żywią względem ważnych osób. To ćwiczenie pomoże ci skontaktować się z takimi emocjami, rozpoznać je. Możesz odwołać się do niego, kiedy pojawia się trudny do uzasadnienia niepokój czy przygnębienie.

  1. Zadaj sobie pytanie, czy jest taka możliwość, że żywisz jakieś ukryte uczucia. Zwróć uwagę na chwilę, kiedy czujesz dyskomfort: czy wiążą się one z myślami o jakiejś szczególnej osobie?
  2. Spróbuj ująć swoje uczucia w słowa, posługując się prostymi zdaniami – tak jak uczyniłby to trzecio- czy czwartoklasista. Najlepiej znaleźć ustronne miejsce i wypowiedzieć swoją prawdę. Można posłużyć się sformułowaniem: „Nie lubię, gdy ta osoba…”. Prawdopodobnie uwolni się napięcie, twoje ciało dozna ulgi. Pamiętaj, że mówisz do siebie – nikt cię za to nie zgani. Ty też tego nie rób.
  3. Nie musisz komunikować swoich odkryć osobie, wobec której czujesz złość, lęk, żal itp. Chodzi tu o wyjawianie prawdziwych uczuć samemu sobie. Przyznanie się do nich i wypowiedzenie ich na głos może być bardzo pomocne w zbliżeniu się do siebie, w odzyskiwaniu równowagi emocjonalnej.

Źródło: Lindsay C.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>