fbpx

Dziecko nie jest drugą szansą rodziców na ich niespełnione marzenia

Dziecko nie jest drugą szansą rodziców na ich niespełnione marzenia
Dziecko poznaje świat, szuka swojej drogi, zdobywa wiedzę i umiejętności. Ma prawo zmieniać zdanie. (Fot. iStock)

Dziecko ma być traktowane jako oddzielna istota, a nie element projektu rodzica. Zbyt usilne dążenie do bycia w niebie zaprowadzi nas do piekła – mówi psycholog dr Tomasz Srebnicki.

Ala ma 12 lat i zdiagnozowaną anoreksję. Jej mama nie wie, co robić. Córka już nie wróci do szkoły baletowej, pobyt w szpitalu przekreślił jej karierę. – To jakaś wrodzona choroba ta anoreksja – mówi mama. Ona też kiedyś marzyła o karierze baletnicy więc wspierała córkę z całych sił. Namawiała do ćwiczeń nawet wtedy, gdy dziewczynka płakała, że już nie chce tańczyć. Tata zachwycał się Alą zawsze, kiedy robiła przed gośćmi czy rodziną jakieś taneczne pas…

„Miałem 15 lat, kiedy zostałem wysłany w ramach wymiany szkół na cały rok do Stanów Zjednoczonych. Mój ojciec marzył, że dzięki temu stanę się obywatelem świata. Wszędzie będę się czuł jak u siebie: w Nowym Jorku, Madrycie, Lublinie. Tato pochodzi z małego miasteczka na Dolnym Śląsku i dobrze pamięta, ile go kosztowało, by ustawić się w Warszawie. Zanim osiągnął swoją pozycję było mu ciężko. Chciał, żeby jego dziecku było łatwiej. Po powrocie ze Stanów zdałem na studia. Nikt nie wiedział, że się okaleczam i mam bulimię. Potem zacząłem brać narkotyki, miałem depresję. Kiedy skończyłem 24 lata sam poszedłem do szpitala psychiatrycznego i poprosiłem o pomoc. Już nie dawałem rady udawać. To wtedy rodzina o wszystkim się dowiedziała. Nie chciałem, żeby mnie odwiedzali”.

Chciałam opowiedzieć ci te historie, bo mnie poruszyły. Czy ci rodzice traktowali swoje dzieci jako osobne istoty, i czy tak trzeba dzieci traktować? Może rozsądniej jest nimi kierować, bo skąd one mają wiedzieć, co dla nich dobre?
A czy rodzice to wiedzą? Zwłaszcza, gdy nie słuchają dzieci, nie słyszą tego: „nie chcę tańczyć”? No i dla kogo to ma być dobrze, że syn będzie „obywatelem świata”? Dla syna czy dla ojca? Może zacznę właśnie od tej ostatniej historii. Niestety, ojciec tego chłopaka wiedział lepiej – miał cel wychowawczy, czyli pomysł na to, kim ma być jego dziecko w przyszłości. Jeśli masz taki cel wychowawczy, to z pewnością nie traktujesz dziecka jako odrębnej istoty ludzkiej. Dziecko jest wtedy elementem twojego projektu. Takie czasy. Wszyscy czujemy, że musimy mieć wyznaczone cele, także wychowawcze. Wszyscy też chcemy, by naszym dzieciom było lepiej, niż nam. I bywa, że używamy ich do realizacji własnych niespełnionych ambicji, jak zrobiła np. mama dziewczynki z anoreksją. Jednak dziecko to nie jest nasza druga szansa.

To nie jest nasze alibi: „nie mam innych dzieci” ani nie jest lekiem na głód miłości, bo ono: „zawsze będzie mnie kochać”, jak często mówią samotni rodzice. Dla dziecka takie zadania są ponad jego siły, to ciężar nie do uniesienia, który sprawi, że ono nie pozna i nie rozwinie swoich talentów. Straci dzieciństwo, od razu stając się „starym maleńkim” ciężarowcem. Rodzic musi dostrzec, że dziecko to osobna istota, której ma stworzyć takie warunki, by spokojnie rozwinęła skrzydła i mogła odfrunąć, by założyć własne gniazdo. I uznać, że może to gniazdo nie będzie w Madrycie czy Nowym Jorku, lecz w Wieliczce.

Czy cele wychowawcze rodzica przeszkadzają dziecku w byciu sobą i założeniu własnego gniazda, kiedy dorośnie?
A czy są one naturalne i dobre? Czy kiedyś, żyjąc w puszczy albo na wsi, mieliśmy świadome cele wychowawcze? Jeśli mieliśmy, to one były mniej powiązane z naszymi ambicjami, a bardziej z przetrwaniem w społeczności. Dawniej nie mieliśmy możliwości kształtowania naszego życia, nie mieliśmy tak szerokiej oferty i sposobów realizacji nieskończonej ilości celów i ambicji. Były klasy i role społeczne. I tyle.

A teraz ten chłopiec, wbrew celom wychowawczym ojca, by wszędzie na świecie czuł się u siebie, nie czuł się tak nigdzie. Zabrakło mu zakorzenienia, swojego miejsca, terytorium. Lęk stał się jego stanem naturalnym. A jak żyć z lękiem? No właśnie tak…

To był drastyczny przypadek, zazwyczaj jest tak, że mama Jasia chce, żeby on był lekarzem. Moja mama chciała, żebym została sędzią. (…) Rodzice chcą, żeby ich dzieciom było lepiej niż im?
Zawsze tego chcą, ale dzieje się odwrotnie. Zbyt usilne dążenie do bycia w niebie zaprowadzi nas do piekła. Dziecko ma być traktowane jako oddzielna istota, a nie element projektu rodzica. Komunikat, który przekazują rodzice w tych wszystkich wariantach brzmi: „jeśli nie będziesz jakiś to nie dasz sobie rady i inni zaczną tobą gardzić”. Proste decyzje jak np. wybór szkoły, mogą już być dla dziecka takim komunikatem. Nie rozumiesz? Na przykład, wybieramy najlepszą szkołę, żeby dziecku zapewnić najwyższy standard nauczania. Tylko w jakim celu? Po to, żeby sobie świetnie w życiu poradziło – przecież to jasne. Przeżywamy więc bardzo, czy ono tam się dostanie, a potem jak mu idzie. Ergo przekazujemy dziecku komunikat, że bez tego superwykształcenia nie poradzi sobie w życiu.

To mam nie dbać o edukację dziecka? Później się już tego nie nadrobi… Zostawić dziecko samo sobie?
Dziecko uczące się już w przedszkolu chińskiego i gry na fortepianie oraz chodzące na lekcje baletu jest zostawione samo sobie. Widzę, że nie rozumiesz… Zobacz: „wysyłam cię, moja córeczko Beatko, na balet po to, żebyś miała proste plecy i z gracją się poruszała jako dorosła kobieta”. Jednocześnie daję ci sygnał, że inaczej będziesz miała ciężkie życie, bo będziesz chodzić jak słonica. I jak ty lubisz ten balet, to jeszcze pół biedy… Ale możesz lubić balet, lecz nie przepadać za panią od baletu albo koleżankami, albo muzyką do ćwiczeń. I jak mi powiesz, że nie chcesz chodzić na lekcje baletu, to ja będę cię przekonywał, że warto, bo proste plecy i ruchy pełne gracji w życiu ci się przydadzą. I jeszcze dodam: „pamiętasz babcię? Tak brzydko chodziła… A jak cierpiała, kiedy dziadek odszedł do tej baletnicy?!”. To nic, że ty nie chcesz chodzić w pointach, ale ja chcę. Więc cię na ten balet zapiszę. Jak ty się wtedy poczujesz? Nawet nie sama, ale samotna, opuszczona, bo ja cię wbrew twojej woli zmuszam do określonych zajęć.

Boję się tato, że mnie odrzucisz, jeśli będę chodzić jak sło- nica, więc zgadzam się na te tańce!? Tylko tak sobie chlipię w aucie, gdy tam jedziemy…
Albo tego nie widzę, albo mówię ci wtedy: „ja wiem, co jest dla ciebie dobre” i cię z tym baletem i poczuciem odrzucenia zostawiam. I tam, na tych nieszczęsnych zajęciach musisz sobie poradzić sama ze swoją niechęcią do pani i koleżanek. Sama, bo mi już o tym więcej pewnie nie powiesz. Poczujesz, że to dla mnie bardzo ważne, żebyś stawała na palcach i kręciła piruety!

Rozumiem teraz, czemu te dzieci czują się samotne, choć wydają się tak zadbane przez rodziców.
Tak i może taka córeczka za jakieś 40 lat na terapii powie: „mój tata chciał dla mnie jak najlepiej…”. Jednak, jeśli ten tata chciałby jak najlepiej, a nie żeby było tak, jak on pragnął, to by zrozumiał, że dziecko samo rozpozna to, co je ciekawi, bo będzie się rozwijać. Więcej – nawet jak samo odkryje swój talent, to może chcieć lub nie go dalej rozwijać. Po to, żeby dziecko dowiedziało się, co je ciekawi, jakie ma uzdolnienia musi chodzić i na flamenco, i na karate. Na rower i na rysunek. I to jest naturalne, bo ono musi popróbować różnych smaków życia. Poznać je. Wybrać ten, który mu najbardziej odpowiada.

Jak się za to rodzic weźmie, to może nawet odkryć talent swojego dziecka, powiedzmy do tego baletu. Może nawet to jego dziecko zacznie odnosić sukcesy, ale czy będzie się czuło kochane, czy będzie szczęśliwym człowiekiem? Nie bardzo, bo jeśli zostanie do ćwiczeń przymuszone, to wówczas w jego relacji z rodzicem zabraknie zrozumienia i szacunku i ono będzie się czuło w tej swojej tanecznej aktywności samotne.

Po czym rozpoznać, że nie wspieram rozwoju mojego dziecka tylko je przymuszam, by robiło to, co ja uważam za dobre dla niego?
Kiedy czujesz frustrację, gdy dziecko po jednej lekcji, czy nawet po kilkunastu, chce zrezygnować z baletu, na który je zapisałaś.

Może się frustruję, bo zapłaciłam za lekcje na rok?
Wybieraj szkoły i kursy, za które płaci się co miesiąc. Nie dostosowuj życia dziecka do swoich oczekiwań. Jeśli zapiszesz je na kurs szermierki, bo ci się taki kurs podoba, i zapłacisz za cały rok zajęć, a dziecko po jednej lekcji powie: „nie chcę!”, to miej do siebie pretensje. Ono ma 10 lat i ma prawo nie chcieć tego, co ty. Nawet jak cię o jakiś kurs poprosi, nie płać za rok. Dziecko nie musi być konsekwentne! Ono poznaje świat, szuka swojej drogi, zdobywa wiedzę i umiejętności. (…) A ty masz mu towarzyszyć i pomagać, bo jest za małe, żeby samo sobie pewne rzeczy zorganizować, jak na przykład dojazd na lekcje, jeśli są na drugim końcu miasta.

Po czym jeszcze mogę poznać, że nie sprawdzam się jako matka-opiekunka talentów mojego dziecka, lecz tylko realizuję swoje niespełnione marzenia, wykorzystując je do tego?
Możesz to jeszcze poznać po tym, że lekceważysz różne rzeczy, których chce twoje dziecko. Na przykład, dostaniesz ze szkoły twojego dziecka, tej najlepszej w całej Warszawie, listę zajęć dodatkowych. No i czytasz: „szermierka? Szermierka, nie. Chiński? Ha! Bardzo dobrze! Przygotowanie do maratonu? Świetnie! Będzie biegała obok mnie”. Czyli decydujesz bez wiedzy twojego dzieciaka. To jeszcze pół biedy, kiedy trzęsiesz się jak kot do waleriany, myśląc o chińskim i bieganiu jako zajęciach dla swojego dziecka. Problem pojawia się wtedy, kiedy wykreślasz te rzeczy, których ty nie lubisz, a twoje dziecko lubi. Mówisz: „ja nigdy nie lubiłam gotowania. Moja córeczka pewnie też nie będzie lubić” i buch – nie ma możliwości, aby sobie spróbowała popichcić…

Przecież znam swoje dziecko!
Właśnie. Ma twoje geny. W związku z tym a priori uniemożliwiasz jej odkrycie pasji kulinarnej po prababci (też geny). W szkołach i na różnych zajęciach dodatkowych dzieci mogą popróbować różnych zajęć i zazwyczaj pierwsze jest gratis. I gdyby twoje dziecko poszło na zajęcia z kuchni, to mogłoby powiedzieć: „gotowanie mamo jest super”! A ty poczujesz wściekłość – na szczęście przeczytałaś tę książkę i mówisz: „dobrze droga córko, będzie kurs gotowania”.

Uff!
Jeszcze nie uff. Córka chodzi na kurs, a ty łapiesz się na tym, że w ogóle z nią o tych zajęciach nie rozmawiasz.

Kiedy chce coś opowiedzieć o szczypiorku to jej nie słucham?
To jeszcze pół biedy, jak mówisz – nie teraz. Najgorzej, jeśli o tym jej pichceniu zapominasz. Dziecko wraca ze szkoły i mówi: „mamo, ugotujmy coś” – bo chce z Tobą i w domu pichcić, a ty machasz ręką: „nie, zmęczona jestem”. To bardzo źle, bo kiedy ciebie w ogóle w jego pasji nie ma, to oznacza jej bierną dewaluację. Dziecko w tym swoim gotowaniu jest wtedy samotne. Wtedy jest mu naprawdę trudno swoją pasję rozwijać. Bo nawet jak jest w kuchni bardzo gorąco i są inne dzieci, to jemu jest zimno i nie czuje się bezpiecznie.

A więc po tym, że nie pamiętam o pasji swojego dziecka po- znam, że mam kłopot z uznaniem jego odrębności?
Tak. Kiedy dziecko chodzi na szwedzki, a ty cały czas widzisz oczami duszy, jak jedziesz z nim do Szwecji i twoje dziecko (twoje!) po szwedzku zamawia ci kebab! I ty wtedy mówisz do niego z taką dumą: „widzisz, jak szwedzki się przydaje!”.

Sa/o!, co znaczy po szwedzku: tak!
A dziecko odpowiada: „tato, ja próbowałem po szwedzku, ale ten pan mówił po arabsku!”.

Rodzice mogą się poczuć zagubieni?
Jak mogą się odnaleźć? Jeśli Drogi Rodzicu stwierdzisz, że są rzeczy, które musisz dać swojemu dziecku, jak lekcje baletu czy niemieckiego, to spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie, co te zajęcia dadzą tobie? W czym niemiecki ci pomoże? A jeśli go nie znasz, to w czym by ci to pomogło, gdybyś go znał? Jeśli sam nie chodziłeś na balet, to dlaczego przypisujesz mu jakieś moce, które mają rozwiązać problemy życiowe twojego dziecka lub je przed nimi uchronić? „Zaopiekuj się swoją ciekawością”, zafascynuj się tym, czym jest dla ciebie niemiecki czy balet? Pomyśl o tym, a potem – jeśli okaże się, że balet jest tak naprawdę dla ciebie a nie dla dziecka – wykreśl go z jego planu zajęć.

Mam powiedzieć dziecku, że już nie musi chodzić na balet i uczyć się niemieckiego, jeśli nie chce? Nawet gdy uważam, że mu się przydadzą w życiu? Czy na pewno, doktorze? Wyobraź sobie, że ja bardzo bym chciał, żeby moje dziecko dmuchało balony. Nie śmiej się, to jest bardzo ważna rzecz. Bo jak kiedyś przyjdą Niemcy i będą nas, Słowian, zmuszali, żebyśmy im na każdego Sylwestra dmuchali balony, to moje dziecko będzie przygotowane. Przetrwa dzięki umiejętności dmuchania balonów.

Rozumiem, że chcesz pokazać absurd przewidywania przyszłości w kontekście wyboru dodatkowych zajęć dla dziecka? Sugerując, że nie jesteśmy jasnowidzami?
Ależ mądrze to co mówię sparafrazowałaś! Rzeczywiście, nie przewidzimy, co czeka nasze dziecko, choćbyśmy się bardzo starali. Za to takimi tekstami jak: „musisz dmuchać w balony, to jest bardzo ważna rzecz!”, wbijamy w nie „swoje wykałaczki”. Ponieważ używam mojego dziecka do załatwienia mojej własnej sprawy – chcę, żeby robiło coś, co mi pomoże poradzić sobie z moimi lękami. Bo to ja boję się, że jak przyjdą Niemcy, to tylko jeśli będę nadmuchiwał sprawnie balony, poradzę sobie z nimi. A więc ja sam powinienem dmuchać w te balony, żeby się nie bać. Tymczasem zmuszam do tego moje dziecko. Wkręcam je w moje lęki. Ratunkiem dla niego jest więc to, żebym to ja sam skonfrontował się z moim lękiem. Pokonał go, oswoił.

Jeśli poskromię ten lęk w sobie, to przestanę naciskać na dziecko!?
Wtedy ta umiejętność dziecka stanie się dla ciebie tak samo ważna, jak każda inna. Dziecko nie chce niemieckiego i baletu, ale chce hiszpański i garncarstwo? Oki! Kiedy uwolnimy się od obsesji, by nauczyć nasze dzieci dmuchania balonów czy każdej innej umiejętności, nawet racjonalnie dającej się uzasadnić, to wreszcie zobaczymy nasze dzieci. Dowiemy się, jakie one są, co lubią robić? Czego chcą? Co je ciekawi…

Bo „balony” nie będą nam zasłaniały dziecka.
Właśnie.

Jak odkryć, dlaczego chcę, żeby np. moja córka była baletnicą?
Trzeba się zastanowić, co by mi to dało, gdybym ja była baletnicą. Pomyśl, może sama chciałaś być baletnicą, ale matka mówiła, że na żaden kurs cię nie zapisze, bo nie będzie z tobą jeździć na zajęcia… A więc ta baletnica jest tym, czego nie dostałaś, a bardzo pragnęłaś. Dlatego chcesz tego dla córki. Pytanie tylko, czy twoja córka też tego chce? A może woli być krawcową, jak dziadek?

Dopóki sobie nie zdasz sprawy z tego, że balet to twoja niezałatwiona sprawa, będzie on psuł relację z dzieckiem i jak wykałaczka je kaleczył.

Fragment książki „Niezwykły rodzic” . Tomasz Srebnicki, psycholog i terapeuta poznawczo-behawioralny. Trener i wykładowca w Szkole Psychoterapii Centrum CBT w Warszawie.

 

Niezwykły rodzic
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze