Gdy jesteś w dole, możesz iść tylko w górę – przekonuje znana psycholożka Brené Brown

Upadłeś? Powstań! Ale nie spiesz się za bardzo... (Fot. iStock)

Upadłeś? Powstań… ale nie spiesz się za bardzo. Po drodze sprawdź koniecznie, jaką historię opowiedziałeś sobie o tym, co się zdarzyło. Prześwietl swoją opowieść, zweryfikuj. Zrób to, co Brené Brown nazywa „kompostowaniem porażki”. W ten sposób urośniesz w siłę.

Dlaczego porażka, niepowodzenie, upadek są tak trudne? Ponieważ konfrontują nas z emocją, której organicznie nie znosimy – bezsilnością. Mieliśmy wspaniałe plany, wizje, zamiary, a coś poszło całkiem inaczej. Nie mamy na to wpływu. Jesteśmy zrozpaczeni, przerażeni, rozgoryczeni. Zagubieni. Wściekli. Obrażeni. Stajemy się jednym wielkim „nie!”. Kto by myślał w takim momencie o wyciąganiu wniosków, dostrzeganiu pozytywnych aspektów sytuacji czy jakimś „kompostowaniu”! A jednak – wygląda na to, że w perspektywie czeka cię wzrastanie. Podobno Jung, gdy jego klient przychodził załamany, skarżąc się na przykład na stratę pracy, uważał to za okazję do wzniesienia toastu. Po prostu wiedział, że po upadku następuje nieuchronnie ruch w górę. W książce „Rosnąc w siłę” Brené Brown potwierdza: bez porażki nie ma innowacji, nauki, kreatywności. Ale nie oszukujmy się: upadek boli. I nie można go bagatelizować. Dlatego Amerykanka opracowała mapę, która pomaga poruszać się po tym grząskim terytorium.

Ten straszny drugi dzień

Brené Brown zasłynęła jako badaczka wrażliwości. Dla niej wrażliwość – gotowość do odsłonięcia siebie, do bycia autentycznym – związana jest ściśle z odwagą. A co, kiedy zdobywasz się na odwagę, podejmujesz ryzyko i przegrywasz? Brown pisze o konieczności bycia twardzielem. Ale szybko wyjaśnia: „Dla mnie prawdziwym twardzielem jest człowiek, który mówi: <Nasza rodzina cierpi. Chcielibyśmy skorzystać z twojego wsparcia>. Albo mężczyzna, który tłumaczy synowi: <Bycie smutnym jest w porządku. Wszyscy czasem bywamy smutni. Musimy po prostu o tym rozmawiać>”. Prawdziwi twardziele to ludzie, którzy potrafią uporać się z dyskomfortem i powiedzieć prawdę o tym, co ich spotkało.

Jak jeden z bohaterów „Rosnąc w siłę”, Andrew, menedżer agencji reklamowej, odpowiedzialny za zatwierdzanie kosztorysu ofert. Przez lata pracy zaskarbił sobie zaufanie i posłuch, stał się nieoficjalnym strażnikiem kultury firmy. Kiedy przedstawiciele bardzo popularnej marki poprosili jego agencję o złożenie oferty, dotyczącej przeprowadzenia dużej kampanii reklamowej, pracownicy byli zachwyceni. Andrew nie do końca podzielał ich entuzjazm: byli już obciążeni pracą, do tego klient miał w branży opinię źle traktującego ludzi. Uznał jednak, że nie będzie podcinał pracownikom skrzydeł… Zrobiło się gorąco – nadmiar zadań generował napięcia. Ale przeszli do następnej rundy selekcji i zostali poproszeni o przeprowadzenie prezentacji. Włożyli w nią mnóstwo energii – w przeciwieństwie do zespołu reprezentującego klienta, którego przedstawiciele zachowywali się w nonszalancki, arogancki sposób. Andrew nie reagował, atmosfera zrobiła się bardzo ciężka. Miał poczucie, że nie ochronił swoich ludzi, że musi się z tego jakoś wyplątać. Gdyby tak mógł kogoś obwinić… Wtedy się zatrzymał. Zrozumiał, że to, co go przytłacza, to wstyd. Przypomniał sobie, co wie o wstydzie – że najlepszym antidotum na to uczucie jest ujawnienie go. Zadzwonił do przyjaciela. A potem stanął przed zespołem, powiedział: nawaliłem. Przeprosił. Uznał, że decyzję o tym, czy dalej zabiegać o zlecenie, podejmą wspólnie – w końcu wszyscy byli w to zaangażowani. Jednomyślnie zdecydowali, że wycofują ofertę, że ważniejsze są wartości, wyznawane przez zespół. Ta sytuacja scaliła ich, dostarczyła im „kompostu” do zbudowania poczucia siły i wspólnoty.

Brené Brown zwraca uwagę, że zwykle gdy mówimy o upadkach i o tym, jak z nich powstaliśmy, nasze opowieści mają pozytywny wydźwięk i są starannie ocenzurowane. Prześlizgujemy się po tym, co najtrudniejsze i przechodzimy płynnie do radosnego finału – bo przecież dołożyliśmy starań i, proszę, „mamy to”. A gdzie miejsce na wstyd, przerażenie, rozpacz? Nie udawajmy, że ich nie ma. Spotkajmy się z nimi. W przeciwnym razie rozminiemy się z prawdą, będziemy próbować – jak Andrew – szukać winnych, mataczyć, zamiatać brudy pod dywan. Wyfotoszopowana porażka nie daje kompostu, za wiele na niej nie urośnie. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby opowiadać wszem i wobec o swoich potknięciach. Rzecz w tym, by stawić się ze swoją prawdą przed tymi, których bezpośrednio ona dotyczy. Przede wszystkim przed samym sobą. Pamiętając, że nie da się pominąć drugiego dnia…

Trzydniowy proces zmiany, który proponuje Brown, w skrócie wygląda tak: pierwszego dnia rozpoznajesz problem, podejmujesz wyzwanie, drugi dzień to czas próby, zmagania się z trudnościami, wątpliwościami i wreszcie trzeci – transformacja i celebracja. Oczywiście dzień jest umowną miarą czasową, choć Brené Brown opowiada, że uczestnicy trzydniowych szkoleń w jej firmie doświadczają tej dynamiki dosłownie: drugi dzień jest najgorszy. Nie da się już zawrócić – kości zostały rzucone – ale do słynnego światełka w tunelu jeszcze daleko. Tkwimy w samym środku niewygody, boksując się z rzeczywistością i z samym sobą. Cierpimy – jak wielu przed nami i wielu po nas. Jak bohaterowie naszych ulubionych książek i filmów. Zauważyłeś? W pierwszym akcie bohater staje przed wyzwaniem i je akceptuje. W drugim szuka rozwiązań, znajdując się w którymś momencie w naprawdę opłakanym położeniu. Dopiero trzeci akt przynosi rozwiązanie konfliktu, odkupienie.

Niech się stanie rewolucja

Nikt nie lubi drugiego dnia, drugiego aktu. Ale ten etap procesu nie podlega dyskusji. Na pewno pomaga świadomość jego przebiegu. Jak więc wygląda proces podnoszenia się z upadku i wzrastania w siłę według Brené Brown?

Pierwszy krok to ROZPOZNANIE. Czujesz, że dzieje się coś trudnego, chcesz rozpoznać swoje emocje, zanurzasz się w nich. Budzisz w sobie ciekawość odnośnie własnej opowieści na ten temat (ale też myśli i zachowań, jakie za nią stoją). Pozwalasz sobie na wrażliwość. Co mówisz sobie o danej sytuacji? Jakie wnioski pojawiają się jako pierwsze

Drugi etap to ZMAGANIA. Musisz wziąć odpowiedzialność za swoją opowieść, skonfrontować się z ukrytymi w niej konfabulacjami i założeniami, spojrzeć na nią z boku, z góry… Zweryfikować, co jest prawdą, a co mechanizmem samoobronnym. Ustalić, co trzeba zmienić, żeby zacząć żyć całym sercem. Na tym etapie kluczowe jest znalezienie domyślnej narracji. Prawdopodobnie twoja historia osnuta jest wokół jakiegoś przekonania. Załóżmy, że czekasz na kogoś, kto się spóźnia. Nie znasz powodu, ale podświadomie już „wiesz”, o co chodzi: „nikt się ze mną nie liczy”. Inny przykład: partner unika cię, odwraca wzrok. Zamiast spytać, o co chodzi, wpadasz w panikę albo obwiniasz go o zdradę. To nic innego jak teorie spiskowe – twierdzi Brown. I dodaje: „Najbardziej niebezpieczne spośród wymyślanych przez nas historii są te, w których umniejszamy własną wartość”. Żeby zdemaskować taką historię, zapisz ją – bez filtrowania emocji, dobierania słów. To szansa na przejście od pierwszej reakcji na to, co się zdarzyło, do głębszego zrozumienia własnych myśli, uczuć i zachowań. Szansa na zmianę.

Na REWOLUCJĘ, która jest trzecim krokiem w tej podróży. O niej najmniej, bo co tu pisać? Kiedy tam jesteś, oddychasz z ulgą. Napisałeś nowe, odważniejsze zakończenie swojej opowieści, dzięki czemu dokonała się transformacja. Wiesz, że to już. Że jest inaczej, lepiej. I że wszystko było po coś…

Jak to wygląda w praktyce?

Spójrzmy na doświadczenie Andrew. Jego upadek miał miejsce, kiedy pozwolił na potraktowanie swojego zespołu w lekceważący sposób. Rozpoznał uczucia, jakie go ogarnęły – głównie poczucie winy, którego natychmiast chciał się pozbyć. Jego wymyślona historia brzmiała: „Jestem do niczego”. W ramach zmagań musiał się spotkać ze wstydem, strachem, obwinianiem. Z perfekcjonizmem i brakiem zgody na popełnianie błędów. Z zaufaniem do samego siebie, które zostało nadwątlone. Rewolucja polegała na odkryciu, że różnica między „jestem do niczego” a „to, co zrobiłem, było do niczego” jest ogromna. Że przyznanie się do błędu nie tylko nie odbiera nam godności, ale może podnieść poziom zaufania i szacunku w relacjach. Że porażka bywa bardzo ożywczym doświadczeniem. Brené Brown podkreśla, że na to, jak sobie z nią radzimy, duży wpływ ma nie tylko nasze zaangażowanie w sprawę, ale też to, czy zachowaliśmy się zgodnie z wyznawanymi wartościami. „Kiedy zmagamy się z porażką i widzimy wyraźnie, że dokonywane przez nas wybory nie były zgodne z naszymi wartościami, musimy poradzić sobie nie tylko ze skutkami upadku, ale także z poczuciem, że zdradziliśmy sami siebie”.