Co z nami robi brak przestrzeni dla siebie?

fot.123rf

Żyjemy z zatłoczonych miastach, jeździmy przepełnionymi autobusami, siedzimy w biurach w open space’ach, wiecznie skazani na czyjeś towarzystwo. Co z nami robi brak przestrzeni dla siebie? Trenerka Renata Mazurowska pyta psychoterapeutę Pawła Droździaka.

Według kanadyjskich naukowców mieszkańcy dużych miast częściej cierpią z powodu problemów psychicznych – o 21 proc. zwiększa się ryzyko zaburzeń lękowych, a o 39 proc. zaburzeń nastroju i depresji. Jaką rolę odgrywa w tym przestrzeń?
Kiedy rozmawiamy o przestrzeni fizycznej, tak naprawdę chodzi o granice przestrzeni psychicznej, o poczucie własnej odrębności – bo psychologicznie, żeby się oddzielić, wystarczy telewizor, książka albo smartfon i już jesteśmy gdzie indziej, nie tam, gdzie naprawdę jesteśmy. Każdy człowiek potrzebuje odrębności swojego świata psychicznego. Mała przestrzeń powoduje więcej interakcji, bo ja dokądś idę, ktoś wchodzi mi w drogę, albo patrzę na coś i inni też na to patrzą – muszę brać cały czas pod uwagę inne osoby. I zaczynam tracić to poczucie psychicznej odrębności.

Z drugiej strony potrzebujemy też być w grupie.
Dlatego nie każdy może być kosmonautą czy popłynąć w długi rejs jachtem. Ale też nie każdy może pracować w open space. Potrzebujemy być w grupie, o ile ta grupa nie jest dla nas inwazyjna. U dziewczynek wychowanych w rodzinach, gdzie niezachowana była odrębność, występują często zaburzenia odżywiania. Bo, metaforycznie rzecz ujmując, miały swoją szufladę, ale nie miały do niej kluczyka – każdy do tej szuflady zaglądał, mógł coś do niej wkładać i coś z niej wyjmować, trzymać też tam coś swojego, ale dziecko nie miało poczucia, że ta szuflada jest tylko jego. Kiedy wszystko jest wszystkich, a każdy się interesuje każdym, przez dorastającą dziewczynę jest to przeżywane jako nieustająca inwazja, opresyjność braku granic, także na poziomie ciała, pojawia się presja wyrzucenia ze swojego ciała pokarmu. Nie może, nie chce go przyjąć. Podobnie człowiek, który siedzi biurko w biurko z kimś w pracy, potrzebuje mieć taką „swoją szufladę”, własną teczkę albo cokolwiek własnego, a gdy tego nie ma, przenosi swoją uwagę i aktywność psychiczną w inne miejsce, na ekran smartfona, w słuchawki z muzyką, przeglądanie Internetu. Musi mieć psychicznie coś swojego.

Gdy się zmusi ludzi do bycia razem, na wspólnej przestrzeni, w biurze, na szkoleniu, w przedziale pociągu, wychodzą na wierzch ciekawe rzeczy, ujawniają się role, jakie przyjmujemy, to, w jaki sposób się dogadujemy lub rozwiązujemy konflikty…
I mogą się zadziać rzeczy traumatyczne, szczególnie jeśli nie ma kogoś, kto profesjonalnie nad tym procesem czuwa. Dlatego trzeba być ostrożnym w przypadku wszelkiego rodzaju zamkniętych zajęć coachingowych, grupowych, warsztatowych czy szkoleniowych dla pracowników tej samej firmy. Ich uczestnicy są często zachęcani do ujawniania swoich osobistych kawałków. O ile odsłanianie się w grupie terapeutycznej jest bezpieczne i służy terapii, bo grupa ta zwykle składa się z obcych sobie ludzi, którzy później się rozejdą – to w pracy zostajemy potem z tymi prywatnymi informacjami i ujawnionymi przeżyciami na kolejne miesiące czy lata, w tej samej grupie osób. To bywa niebezpieczne. Dlaczego w więzieniach nie dopuszcza się, by ludzie, którzy dzielą jedną celę, cały czas spędzali ze sobą? Boby się pozabijali. Rotuje się więc ich między celami, a nawet między zakładami karnymi. Dlaczego na uroczystościach rodzinnych mamy odruch włączania telewizora? Bo potrzebujemy poczuć własną odrębność psychiczną, na chwilę przenieść uwagę na coś innego niż znane twarze.

Wyłączając się psychicznie, chronimy swoje fizyczne i psychiczne granice?
Podstawowy w kontakcie z innymi jest kontakt wzrokowy. Możemy być w takim kontakcie przez kilka, kilkanaście sekund, ale nie jesteśmy w stanie zachować ciągu myśli i skojarzeń, wpatrując się nieustannie w czyjeś oczy. Telewizor czy kominek pomagają się zresetować.

Ale i słuch jest ważny – nie da się długo siedzieć z kimś, kto bez przerwy ma coś do powiedzenia.
Jeśli ktoś bez przerwy gada, to radzimy sobie w taki sposób, że przestajemy go słuchać.

Dlaczego się izolujemy, czego boimy się doświadczyć?
Boimy się wszystkiego, bo nie wiadomo, co może się wydarzyć. Na statkach handlowych marynarze chronią się w ten sposób, że uciekają w strukturę hierarchiczną, w porządek, którego tam nikt nie kwestionuje, bo jakby zakwestionowali, to trzeba by go na nowo ustalać, a to na zamkniętej przestrzeni, w grupie rywalizujących mężczyzn, mogłoby się skończyć tragicznie.

Do izolowania się służą nam też alkohol, narkotyki czy wszechobecne dopalacze. Uciekamy w te odmienne stany, bo jesteśmy przebodźcowani?
Cały czas zalewani jesteśmy informacjami, a na dodatek wszędzie jeszcze są jacyś ludzie, którzy czegoś od nas chcą. Zwłaszcza w dużych miastach. Dla osób o strukturze psychotycznej bycie z ludźmi jest szczególnie trudne. Z zadowoleniem witają oni pojawienie się kas automatycznych w sklepach, odpraw przy automatach na lotniskach, bo nie muszą wchodzić w żadną interakcję. Zamiast jeździć komunikacją miejską, co jest przecież i szybsze, i tańsze, każdy woli mieć swój samochód, by choć przez chwilę pobyć samemu.

Wielka przestrzeń też potrafi być zagrażająca.
Z tego samego powodu – poczucia odrębności własnego istnienia, z tą różnicą, że zamiast strachu przed zalaniem ujawnia się strach przed rozpadem. Nie mamy się czego uchwycić, kręci nam się w głowie, boimy się latać – to wszystko ma związek z poczuciem braku kontroli i z konstrukcją naszej osobowości. Niezależnie, na jakiej przestrzeni znajduje się człowiek, potrafi budować wewnętrzne bariery. Są ludzie, którzy nie mają na tyle poczucia własnej integralności, by wytrzymać, że np. ktoś cały czas obok nich przechodzi. Niektórzy z tego powodu nie są w stanie chodzić do galerii handlowych, gdzie tłum się przelewa jak natrętne myśli. A ktoś inny powie: „Niezależnie, czy ludzi wokół mnie jest milion czy pięciu, wewnętrznie jestem sam”.

Teoretycznie, jeśli mamy zdrową strukturę psychiczną, poradzimy sobie w każdej przestrzeni, ale przyznasz, że mało kto wytrzyma, jak co chwila ktoś mu za plecami przechodzi, gdy pracuje w jakimś komunikacyjnym ciągu.
To jest dla każdego nie do zniesienia, uruchamia paranoiczne myśli: „On może myśleć o mnie różne rzeczy, a ja nie mam możliwości myśleć o nim nic”.

Aż strach pomyśleć, co nam robią przestrzenie typu open space.
Wymyślono je po to, by obniżyć koszty budowy, oraz po to, by kontrolować pracowników. Dyrektorzy uciekają do gabinetów, a pracownik ma być pod nieustającą kontrolą, zero prywatności. Żeby przetrwać w open space, trzeba mieć dużą zdolność budowania wewnętrznych barier. Bo jeśli tego nie mamy, praca w takich warunkach prowadzić może nawet do psychozy.

Każdy potrzebuje granic?
Jest taka znamienna scena w jednym z reportaży o obozach jenieckich z czasów II wojny, gdy wyzwalano oficerski obóz – stoły podzielone były kredą na małe kwadraty i w miejscu, gdzie rękawiczki z jednego kwadratu przekroczyły granice drugiego, miały obcięte palce.

To się zdarza także w firmach, gdy przekraczamy czyjąś przestrzeń, rozkładając swoje rzeczy na cudzych stanowiskach, „pożyczając” sobie z innych biurek przedmioty…
Niebranie pod uwagę cudzych granic może się wiązać z tym, że ktoś sam także nie czuje dobrze własnych. Jeśli moje granice psychologiczne są stale ignorowane, niemożliwe jest utrzymanie stabilnego poczucia „ja”. Dlatego każdy powinien – dla własnego zdrowia psychicznego – i w głowie, i w domu mieć jakiś swój własny kawałek podłogi.