Po co nam solidarność? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Ilustracja Paweł Jońca
Ilustracja Paweł Jońca

Jej synonimy to: jedność, zgodność, komitywa. A na co dzień mamy do czynienia raczej z rywalizacją, indywidualizmem, chciwością. Czym zatem jest dla nas dziś solidarność – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Według ciebie solidarność jest nam jeszcze dziś w ogóle do czegoś potrzebna? Lubisz to pojęcie, czy to słowo jest ci bliskie?
Przyznaję, pierwszy raz słowo „solidarność” pojawiło się w moim słowniku, gdy powstała ta Solidarność. Nie używałem go wcześniej, bo wydawało mi się długie i nadęte, lecz wtedy, w sierpniu 1980 roku, bardzo przypadło mi do gustu. Wskazywało na to, że wszyscy mieszkańcy kraju Polska winni zrozumieć, że jadą na jednym wózku i – jak w definicji Émile’a Durkheima – zacząć zgodnie działać w imię wspólnego interesu, którym było wyrwanie się z komunistycznej opresji i odzyskanie niepodległości. A mnie od dziecka było blisko do wolności, równości, sprawiedliwości i braterstwa. Przezywałbym siebie egalitarystą. A to moje usposobienie wzięło się prawdopodobnie stąd, że pochodzę z rodziny przesiedleńców, czyli prawie uchodźców, którzy w 1944 roku uciekli w popłochu z Ukrainy przed Armią Radziecką w przysłowiowych skarpetkach. W dodatku w powojennej Polsce sporo czasu spędziłem w domach dziecka, a potem trafiłem do zwykłej, dzielnicowej szkoły podstawowej. I w domach dziecka, i w szkołach egalitaryzm był zasadą. Do tej samej klasy chodziły dzieci z różnych środowisk: synowie i córki dygnitarzy partyjnych, milicjantów, wojskowych i pijaków, dzieci prywatnej inicjatywy, których rodziców wtedy nazywało się przekupkami, badylarzami i sklepikarzami, a także dzieci z inteligenckich, przedwojennych rodzin lekarskich czy prawniczych. No i byli tam też tacy jak ja – uchodźcy. I mimo że z moim nazwiskiem bywałem na zmianę „hitlerowcem” albo „Żydem”, to i tak wszyscy czuliśmy się równi i solidarnie podpowiadaliśmy sobie na lekcjach, podawaliśmy ściągi i bawiliśmy się w bezkresnych ruinach Warszawy.

>> Czytaj także: Wojciech Eichelberger – o tym jak żyć w związku z narcyzem

Doświadczałeś wtedy solidarności.
Zdecydowanie tak. Także solidarności w biedzie. Wszyscy byli jednakowo biedni. Różnice majątkowe były minimalne. Kwitła pomoc sąsiedzka i każda inna. Niemal o każdej porze dnia można było zapukać do sąsiadów z prośbą o szklankę cukru, soli, mąki czy kaszy. Ludzie pozdrawiali się i na dzień dobry, i na dobry wieczór. To były naprawdę wspólnotowe czasy, bo też wszystko było wspólne: podwórka, ulice, osiedla, szkoły, ziemia, lasy i jeziora. Wszystko było dostępne dla wszystkich. Nie było lepszych i gorszych dzielnic, bo prawie całe miasto było jedną wielką ruiną.

Co jeszcze dawała ci solidarność w biedzie poza tym, że nasiąkałeś egalitarnymi ideami?
Przede wszystkim poczucie wspólnoty, czyli życie w przeświadczeniu, że ma się oparcie w innych ludziach. A to coś fundamentalnie ważnego i cennego dla każdego człowieka. Bo jak wszystkie ssaki jesteśmy istotami stadnymi. Stado daje nam poczucie przynależności, czyli świadomość tego, kim jesteśmy, i bezpieczeństwo, a to podstawowa potrzeba, bez której wszystkie inne trudno jest zaspokoić. Dla mnie było to szczególnie ważne, bo ocalała część mojej rodziny swoją naturalną wspólnotę plemienną zostawiła daleko na Wschodzie.

Czy na poczucie solidarności wpływ mają wychowanie, szkoła, na przykład lektury?
Nas indoktrynowano wtedy radziecką literaturą dla młodzieży, której ważnym przekazem były właśnie solidarność i empatia. Jedna z tych książek, „Timur i jego drużyna”, silnie na mnie wpłynęła. Bardzo spodobał mi się pomysł bezinteresownego i anonimowego pomagania ludziom, których życie zostało zdemolowane przez wojnę, zwłaszcza tym starym, biednym i niedołężnym. Sam chciałem, tak jak Timur, biegać ze swoją drużyną i naprawiać ludziom dachy, płoty, studnie. Ponieważ w odbudowującym się mieście okazało się to trudne, więc z grupą kolegów zajmowaliśmy się raczej podkradaniem jabłek ze straganów i buszowaniem w ruinach w poszukiwaniu broni i skarbów.

Szkoda, że dzieci już takich postaci jak Timur nie poznają, że ich wyobraźnią sterują już wyłącznie gry komputerowe i idole muzyczni.
Tak, to wielka szkoda, że tego typu postawy nie są promowane i upowszechniane. W moim życiu promocją tych idei było też popaździernikowe harcerstwo, oparte na ideach skautingu. Uczyło solidarności z innymi, bo np. obóz harcerski gdzieś w dziczy realizował model plemiennej wioski, gdzie każdy miał do odegrania swoją istotną i czytelną rolę. Był więc użyteczny niezależnie od tego, jaka ta rola była, bo pełnił ją w interesie całej obozowej społeczności. Tego właśnie poczucia wartości, wynikającego z naszej użyteczności dla wspólnoty, a nie z bogactwa czy władzy, nie daje liberalizm. Bo kiedy wartością jest solidarność, to wartość ma każdy człowiek. Więc we wspólnocie opartej na solidarności można realizować swoje talenty, jest przyzwolenie na różnorodność.

Solidarność nie zagraża więc w żadnym stopniu indywidualności, ale co z rywalizacją? Bez niej dzisiejszy człowiek chyba nie umie działać?
Rywalizacja była nawet w moim harcerstwie. Ale jej celem nie było pokonanie innych, lecz przede wszystkim pokonywanie własnych słabości i ograniczeń. Tak więc była to rywalizacja w realizowaniu swojego potencjału, w szlachetności, czyli w zdobywaniu umiejętności istotnych dla jednostki i dla przetrwania całej społeczności. Dziś chyba tylko w ruchach proekologicznych można ten klimat i te wartości odnaleźć. Ja po przejęciu harcerstwa przez komunę miałem długą przerwę. Po wielu latach odżyłem wreszcie w egalitarnym klimacie ruchu hipisowskiego, od którego powędrowałem we współtworzenie społeczności praktykujących zen. Co czyniłem równolegle z pracą dla legalnej Solidarności, a potem – dla tej podziemnej.

>> Czytaj także: Jak ważna w życiu mężczyzny jest matka – rozmowa Wojciecha Eichelbergera z Tomaszem Jastrunem

Czy entuzjazm, z którym przyjęliśmy Solidarność, nie wynikał tylko z czystej polityki, ale z naszych głębszych potrzeb wspólnotowych?
Myślę, że podstawową potrzebą człowieka jest uczestniczenie w zgodnej wspólnocie, zintegrowanej wokół wspólnych celów i wartości. Solidarność nie jest wyborem sentymentalnym. To nie jest miłość, chociaż może się zbliżać do ideału miłości do bliźniego i zapewne znajdą się ludzie, którzy ten wymiar solidarności odnajdują. Ale zasadniczo solidarność to wyraz instynktu samozachowawczego. Jeśli działamy we wspólnocie, naszą wrodzoną potrzebą jest to, by dbać o harmonię tej wspólnoty i jej solidarność. Narzędziami są empatia i wrażliwość społeczna.
W tym kontekście wybuch Solidarności w sierpniu 1980 był raczej eskalacją potrzeb wspólnotowych Polaków, którzy zapragnęli zintegrować się przeciw totalitarnej władzy wokół celów godnych nowoczesnego i demokratycznego państwa.
Niestety, solidaryzm jako idea ustrojowa został bez pytania Polaków o zgodę wyparty przez neoliberalizm będący w kontrze do solidarności. Indywidualna chciwość, rywalizacja, przebojowość i pogarda dla słabszych miały doprowadzić nas wszystkich do dobrobytu. Na szczęście coraz mniej ludzi daje się na to nabierać.

Czyli konsumpcyjne bogacenie się to kolejne zagrożenie dla poczucia solidarności?
Neoliberalizm dokonuje intelektualnej manipulacji stwierdzeniem, że indywidualna chciwość i przebojowość w efekcie przynoszą wszystkim dobre rezultaty. Jeśli młody człowiek to usłyszy, a jest ambitny i umie korzystać z możliwości, które dają liberalizm i globalizacja, to idzie w tym kierunku. Trup wokół niego ściele się gęsto, ale on ma przekonanie, że wszystkim wokół robi dobrze. Pewną nadzieję budzi fakt, że do głosu dochodzi pokolenie, które próbuje odkopać wartości solidaryzmu. Mam na myśli millennialsów, którzy nie kupują samochodów nie tylko dlatego, że nie można poruszać się nimi po mieście, ale także dlatego, że zatruwają one środowisko. Nie kupują mieszkań, bo po co brać kredyt wiążący na całe życie z jednym miejscem i bankiem? Nie wynajmują własnych drogich biur, skoro mogą dzielić się przestrzenią biurową nawet z kilkoma innymi firmami. Widać, że ten szalony, nastawiony na indywidualne bogacenie się i posiadanie system wartości zanika w tym pokoleniu.

Komunardzi… To swoisty dowód na odradzanie się tego, co „żywe” w naszej kulturze.
Tak. Młodzi myślą całkiem inaczej niż poprzednie pokolenie: po co mam kupować wiertarkę, skoro użyję jej pięć razy w życiu? Możemy mieć wspólną wiertarkę, możemy ją pożyczać. Fajne, sexy i trendy jest to, co kontestuje ciągle obowiązujące wartości neoliberalne.
Na millennialsów można spojrzeć więc jak na nową odmianę hipisów, którzy nie chcą przede wszystkim mieć. Chcą przede wszystkim żyć wspólnotowo, dbać o ekologię i kierować się w życiu refleksją oraz etyką.

No to od nich możemy próbować uczyć się solidarności. Od czego najlepiej tę naukę zacząć?
Solidaryzm zakładał, że ci, którym wiedzie się lepiej, zdolni są do dobrowolnego rezygnowania z przywilejów i dochodów na rzecz tych, którym wiedzie się gorzej. A więc trzeba płacić podatki. Trzeba chodzić na wybory, patrzeć rządzącym i autorytetom na ręce, troszczyć się o demokrację i jej instytucje tak, aby wszyscy członkowie społeczności czuli się wysłuchani, szukać kompromisów i nowych uzgodnionych rozwiązań ustrojowych. Przekonywać cierpliwie ludzi, że pieniądze, posiadane dobra i popularność nie decydują o wartości człowieka, o jego poczuciu spełnienia, że tu decydują raczej: poczucie więzi, przydatność dla wspólnoty i stan ducha. Te wartości trzeba dziś położyć na stole, jeśli mamy przetrwać.

Co jest dla ciebie tą najważniejszą wartością, którą należy położyć na stole, przekazać młodym?
Solidarność właśnie. Oparta na zrozumieniu tego, że nie musimy wszystkich kochać i zgadzać się z ich poglądami, ale że każdy ma prawo wyznawać swoją wiarę i kultywować swoją specyfikę. Oczywiście, pod warunkiem że nie dąży do narzucenia swoich poglądów innym ani do wykluczenia kogokolwiek ze wspólnoty, do siania niezgody i nienawiści w jej szeregach. I warunek drugi, że troskę o spójność, trwałość i dobro całej wspólnoty uznaje za nadrzędną wartość.

Czy kolejne kryzysy, z którymi mamy dziś na świecie do czynienia, mogą wynikać właśnie z braku myślenia solidarnościowego?
Zdecydowanie tak. Widać jasno, że kierowanie się wyłącznie zyskiem, indywidualną korzyścią zagroziło istnieniu całej ludzkiej wspólnoty, istnieniu życia na Ziemi. Ludzkość nie szuka, niestety, ratunku we wspólnych działaniach, ale ucieka od odpowiedzialności w objęcia autorytarnych przywódców. A chyba nigdy w dziejach ludzkości globalna solidarność, odpowiedzialność i wizja nie były tak dramatycznie potrzebne jak teraz, jeśli życie na Ziemi ma w ogóle przetrwać…

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii