Moc modlitwy według Gregga Bradena

Proś i czuj - modlitwa ma moc
Gdy stajesz przed czymś większym od siebie, prosisz, dziękujesz lub dzielisz się czymś. (Fot. iStock)

Modlitwa często kojarzona jest z prośbą, taką ubraną w konkretne słowa. Z religijnymi rytuałami, obrzędami, czasem sztywnymi formułami. A przecież może być nią też taniec, śpiew, spacer, kołysanie dziecka, tworzenie mandali…

Albo wpatrywanie się z zachwytem w dzieło sztuki. To pewien rodzaj uniesienia, obcowania, kontaktu. Ufności, że to, co powierzamy przestrzeni, nie trafia w próżnię. Że mamy wpływ na nasze życie. Że ktoś-coś nad nim czuwa.

Podobno nie ma niewysłuchanych modlitw. Po prostu odpowiedź nie zawsze brzmi „tak”. Może jest to „nie” – bo to, czego pragniemy, niekoniecznie nam służy; bo jest dla nas coś lepszego. Może jest to „jeszcze nie” – bo czas (albo proszący) musi dojrzeć. Chyba że – jak twierdzą niektórzy – warto przyjrzeć się samej modlitwie i coś w niej zmienić…

Tajemnica modlitwy

Gregg Braden, amerykański nauczyciel, łączący naukę z duchowością, w książce „Tajemnice zagubionej modlitwy” opowiada, jak ze swoim przyjacielem (umownie zwanym Davidem) pojechał kiedyś wymodlić deszcz. Miało to miejsce w północnej części Nowego Meksyku, gdzie panowała skrajna susza. Po kilkugodzinnej wędrówce mężczyźni dotarli do kamiennego kręgu. David wyjaśnił, że to szamańskie koło uzdrawiającej mocy – tak stare, że było tam chyba od zawsze. „Sam krąg nie ma żadnej mocy. Służy za miejsce skupienia dla kogoś, kto inwokuje modlitwę” – dodał. Po czym zdjął buty, wszedł do kręgu. Pozdrowił wszystkie strony świata, przodków, złożył dłonie na wysokości twarzy, zamknął oczy, no i skupił się. By stwierdzić po chwili: „Sprawa załatwiona”. I rzeczywiście – niedługo potem spadł niezwykle rzęsisty deszcz. Przypadek? Nie da się tego rozstrzygnąć. Warto jednak pochylić się nad wyjaśnieniem Davida.

Tajemnicę modlitwy poznał jeszcze jako mały chłopiec – od starszyzny ze swojej wioski. Dowiedział się, że kiedy prosimy o coś, czego nam brakuje, pogłębiamy uczucie braku. W tym rozumieniu typowa modlitwa o deszcz wzmacniałaby tylko suszę. Co w takim razie zrobił David? Wywołał w sobie uczucie, jakby stał w strugach deszczu, poczuł jego zapach. Poczuł, jak krople spływają po jego ciele, jak stopy nurzają się w błocie. Przywołał doznania, jakie znał ze spacerów przez pole kukurydzy, sięgającej mu po ulewie do piersi. Aha – oprócz tych różnorodnych odczuć zmysłowych – czuł też wdzięczność. W końcu to nie byle co uczestniczyć w akcie stworzenia!

Co na to nauka? Jak tłumaczy Gregg Braden w „Boskiej matrycy” i „Tajemnicach zagubionej modlitwy”, od kiedy badacze potwierdzili istnienie wszechobecnego pola energetycznego, łączącego wszystko, stało się jasne, dlaczego najpotężniejszą modlitwą są nasze uczucia. Uznano, że wspomniane pole – zwane też matrycą Plancka, Polem Jedności, Kwantowym Hologramem, a nawet Boskim Umysłem – nie tylko ma inteligencję, ale też reaguje na ludzkie emocje! „Zarówno nauka, jak i starożytna tradycja mówią to samo” – triumfuje Braden. „To, czego chcemy doświadczyć w świecie zewnętrznym, musi najpierw zaistnieć w nas samych”.

Uczucia – podstawowy składnik modlitwy

Co do tradycji, nauczyciel dzieli się intrygującym odkryciem. Otóż najnowsze tłumaczenia dawnych manuskryptów wykazują, że znana powszechnie wersja biblijnego „Proście, a będzie wam dane” jest niepełna. W porównaniu z wersją oryginalną brakuje w niej znaczącego fragmentu: „I bądź otulony swoją odpowiedzią – bądź otulony swoim pragnieniem, aby twoje zadowolenie było pełne”.

Gregg Braden opowiada też o pielgrzymce do Tybetu, którą odbył przed 20 laty. Chciał odnaleźć formę modlitwy, zapomnianą z powodu zmian, które Kościół wprowadził do Biblii w IV wieku. W każdym klasztorze pytał mnichów o to samo: Co właściwie robisz, kiedy się modlisz? Kiedy widzimy, jak intonujesz po kilkanaście razy dziennie pieśni, kiedy używasz dzwonów, mis, gongów, mantr i mudr, co dzieje się w twoim wnętrzu? Wreszcie przyszedł dzień odpowiedzi, która – gdy padła – wywołała w badaczu potężny dreszcz. „Nigdy nie widzieliście naszych modlitw – modlitwy nie można zobaczyć. To, co widzieliście, służy nam do wywoływania uczuć w ciele. To uczucia są modlitwą!”.

Czyli uczucia – podstawowy składnik modlitwy. Ale ważna jest też intencja. Oscar Wilde twierdził, że w życiu są tylko dwie tragedie: niedostanie tego, o co się modlisz, i otrzymanie tego. Gregg Braden podkreśla, że – by uczucie miało moc tworzenia – musi być pozbawione ego i osądu. Zweryfikowałeś swoją intencję? Jesteś pewien, że chodzi o pragnienie płynące prosto z serca? Że nie działa ono na czyjąś szkodę? W takim razie oddychaj głęboko i czuj: radość, satysfakcję, przyjemność, lekkość… Wdzięczność. Czuj, jakby twój cel był już osiągnięty, twoje modlitwy wysłuchane. Emanuj tym, czego chcesz doświadczać w swoim świecie. To klucz do spełnienia.

Siła błogosławieństwa

Wygląda na to, że uczucia, zwłaszcza gdy przyjmują formę modlitwy, stanowią najpotężniejszą siłę we wszechświecie. Czasem jednak, gdy przeżywamy trudne doświadczenie, niełatwo nam dostrzec w nim sens, wzbudzić w sobie pozytywne odczucia. A co dopiero wdzięczność! Co wtedy?

Gregg Braden zaprasza nas do przestrzeni „pomiędzy”: miejsca, w którym możemy na chwilę odsunąć od siebie cierpienie, zawiesić osąd (zanim pojawi się zrozumienie, akceptacja). Jak tam trafić? Jak choćby na chwilę przerwać spiralę wściekłości czy rozpaczy? Oto kolejny sekret: błogosławieństwo. „Kiedy błogosławimy ludzi lub rzeczy, będące przyczyną naszego cierpienia, chwilowo zawieszamy ten bolesny cykl” – pisze nauczyciel. I zapewnia, że nie ma znaczenia, czy to zawieszenie potrwa cały dzień czy jedną nanosekundę. Ważne, by przed modlitwą oczyścić się ze złości, lęku i cierpienia, wpuścić do serca i umysłu coś innego…

Zdaniem Gregga Bradena błogosławieństwo ma wielką moc transformującą. Jest swego rodzaju katalizatorem pozwalającym uwolnić bolesne emocje i je przekształcić. W tym celu błogosławimy wszystkich uczestników, wszystkie elementy doświadczenia – włącznie z jego przyczyną. Nie oznacza to, że usprawiedliwiamy kogoś, kto wyrządził nam krzywdę czy wyrażamy aprobatę dla zaistniałej sytuacji. Nie! Po prostu uznajemy, że stało się to, co się stało; pozwalamy sobie na dożycie bólu. To pierwszy krok do odzyskania własnej siły.

Czy gotów jesteś wyjść poza instynktowne reakcje, poza przekonania na temat kary, pragnienie odwetu? Jeśli tak – zrób to. Udziel błogosławieństwa. Zwykle są trzy aspekty bądź grupy ludzi, które go potrzebują. W pierwszym rzędzie cierpiący (możesz to być ty sam bądź twoi bliscy). To łatwa część procesu, zazwyczaj przechodzimy przez nią bez oporu. Najtrudniej jest pobłogosławić przyczynę cierpienia – kogoś, kto zawiódł nas, oszukał, okradł, zdradził. Żywioł, który nam coś odebrał. Życie, które nie spełniło naszych oczekiwań… Jest taki wiersz Rumiego: „Pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co błędne, rozciąga się wielka przestrzeń. Tam się spotkamy”. Tak, to właśnie to miejsce – możemy się w nim spotkać za sprawą błogosławieństwa. Trzecia grupa, do której je kierujemy, to świadkowie cierpienia – tę część łatwo z kolei przeoczyć, zignorować. A przecież ci, którzy byli świadkami tragicznych zdarzeń (agresji, katastrof), niosą w sobie ich pamięć, określone emocje. To ważne, by ich też objąć błogosławieństwem – tym bardziej że znów może chodzić o nas.

Jak wygląda takie błogosławienie?
Wycofujesz się w bezpieczne miejsce i wypowiadasz na głos słowa: „Błogosławię (wymieniasz tych, którzy cierpią bądź cierpieli). Błogosławię (wymieniasz szczegółowo przyczyny cierpienia – ludzi, rzeczy, sytuacje). Błogosławię (wymieniasz świadków cierpienia)”.

Czasem na efekty trzeba poczekać, powtórzyć błogosławieństwa kilkakrotnie. To zrozumiałe: umysł będzie się opierał, bronił przed tą dziwną procedurą, przed emocjami. Ale to właśnie ich pojawienie się (choćby szloch) uwalnia cierpienie. „Powtarzaj swe błogosławieństwo tak długo, aż poczujesz ciepło w dołku. Wkrótce zacznie się ono rozlewać po całym ciele” – zapewnia Braden. Twierdzi, że zna ludzi, którzy – zafascynowani mocą tej praktyki – błogosławią wszystkich wokół (włącznie z kierowcami zajeżdżającymi im drogę i wydarzeniami w programach informacyjnych). Przychodzi im to niemal automatycznie – jak mówienie „na zdrowie”, gdy ktoś kichnie.

Sam wykorzystał siłę błogosławieństw w bardzo trudnym dla siebie momencie – kiedy odkrył, że jego kot padł ofiarą grasujących w okolicy kojotów. Najpierw błogosławił ukochane zwierzę, wspominając chwile, które z nim przeżył. Potem przyszedł czas na kojoty. „Wkrótce naprawdę zacząłem odczuwać dziwnego rodzaju więź z nimi” – wyznaje. „Wiedziałem, że to, co się stało, nie miało na celu skrzywdzenia mnie. One po prostu zrobiły to, co robią kojoty”. Pobłogosławił też siebie – za próbę zrozumienia praw natury. Trochę to potrwało, zanim poczuł zmianę w ciele, ale jeszcze tego dnia wiedział, że „błogosławieństwo zostało dopełnione”. Że dotarł do miejsca w sobie, które rdzenni Amerykanie nazywają „dobrym miejscem”. Tego, o którym pisał Rumi.

Stań się modlitwą

Czy akt błogosławieństwa zmienia świat? Tego do końca nie wiemy. Liczy się zmiana, jaka za jego sprawą dokonuje się w nas. Podobnie zresztą jest z modlitwą. Soren Kierkegaard ujął to krótko: „Modlitwa nie zmienia postanowień Boga, ale zmienia tego, kto się modli”. Wtórował mu 
XX-wieczny kaznodzieja wizjoner chrześcijański, Samuel Shoemaker:

„Być może modlitwa nie zmienia świata dla ciebie, ale na pewno zmienia ciebie dla świata”

Gregg Braden idzie dalej: jego zdaniem modlitwa jest czymś znacznie więcej niż tym, co mówimy, robimy. Ona jest tym, czym jesteśmy! Stań się więc tym, czego pragniesz. Stań się swoją najpiękniejszą modlitwą.

 

 

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>