Samotność w związku

Boimy się swoich uczuć – tego, że czasem mamy do siebie coś nieżyczliwego. Nie bardzo wiemy, co z tym zrobić. I albo sobie dokuczamy, albo się zatapiamy w swoim świecie. (Fot. iStock)
Boimy się swoich uczuć – tego, że czasem mamy do siebie coś nieżyczliwego. Nie bardzo wiemy, co z tym zrobić. I albo sobie dokuczamy, albo się zatapiamy w swoim świecie. (Fot. iStock)

Pięknie jest się mądrze różnić, ale co, gdy różnimy się codziennie? Kiedy nie umiemy, nie mamy ochoty, by wsłuchać się w drugą osobę? Albo jest nam ze sobą wygodnie, ale już nie tak blisko jak kiedyś? Lekarstwa na bolesną i raniącą samotność w związku szuka psycholożka Katarzyna Miller.

 

Tym razem chciałam dotknąć dość smutnego tematu – samotności we dwoje…

Temat smutny i powszechny. Ogromna liczba ludzi czuje się samotna w związkach. Przypomina mi to fragment wiersza Rilkego: „kiedy ludzie, co się nienawidzą, spać muszą razem – bardziej jeszcze sami: samotność płynie całymi rzekami”. Przejmujący obraz – rzeka nienawiści pomiędzy ciałami!

Samotność to rzeka nienawiści czy jednak obojętności?

Jedna i druga. Jeśli w parze jest złość – to ta samotność jest bardziej agresywna, pełna noży i wzajemnych pretensji, ale nadal jest samotnością. Człowiek czuje się strasznie samotnie zarówno kiedy się ciągle kłóci, jak i kiedy panuje wokół cisza, taka niby grzeczność i układność, ale podszyta zimnem. Myślę, że człowiek może czuć się samotnie również wtedy, kiedy w parze dzieją się rzeczy pozornie wspólne. Każdy ma swoją rolę, dorośli chodzą do pracy, a dzieci do szkoły, mąż i żona na zmianę jeżdżą na zakupy… Wszyscy starają się jak najlepiej funkcjonować, ale im lepiej funkcjonują, tym bardziej stają się robotami. Samotność zaczyna się wtedy, gdy w życie wkrada się nadmierna zadaniowość. Gdy jest coraz mniej miejsca na spontaniczność, na poszukanie innej możliwości, na zapomnienie o obowiązkach.

Ciąg obowiązków i ról jedynie symuluje kontakt i prawdziwą relację?

Dokładnie tak. Stwarza pozór relacji. Nie żyjemy razem, tylko umawiamy się na to, co kto ma zrobić: ty przywozisz dzieci, ja odwożę, ty kupujesz jedzenie, ja sprzątam, ty dzwonisz po hydraulika, a ja będę w domu, kiedy przyjdzie…

Ja zrobię obiad, ty kupisz kwiaty, bo o 20 przychodzą goście…

Pary, które gdy przestają już ze sobą rozmawiać, bardzo często zapraszają gości – żeby było z kim pogadać albo żeby można było im pokazać, co ostatnio kupili. Choć zapraszanie gości może być też bardzo fajne, zwłaszcza jeśli się przedtem razem gotuje, razem sprząta mieszkanie, razem je dekoruje. Chodzi mi o to, że czasem kiedy się ludzie dobrze pourządzają, to już nie mają specjalnie interesu do siebie. Zapominają, że najważniejszym interesem jest bliskość. Bo zobacz, dlaczego jest tyle samotności w tak zwanych porządnych rodzinach? Przecież nie rozmawiamy tu o domach dysfunkcyjnych, gdzie jest przemoc czy uzależnienie, a samotność bywa związana też ze strachem o przeżycie…

Czasem ta zadaniowość jest w parze większa, dopóki są dzieci, potem, kiedy idą na studia lub zakładają swoje rodziny, często trzeba po raz pierwszy od dłuższego czasu spojrzeć sobie w oczy.

Ja bym powiedziała tak: jeśli sytuacja przed pojawieniem się dzieci była między parą żywa, to wtedy spojrzenie nie będzie takie niemiłe. Oczywiście, że będzie pustka, tęsknota czy poczucie straty, ale jeśli ludzie umieją być ciekawi siebie, kontaktowi i otwarci na przyjemność czerpaną z życia – to ogromnie dużo przecież im zostaje. To, co ich łączy, przyjaciele, ich pasje i też dzieci, które nadal wpadają do domu.

Podobną próbą dla związku może być wyjazd czy przeprowadzka – w nowym miejscu, wyjęci ze starych ram i starych znajomości, jesteśmy nagle pozostawieni sami sobie. Niektórzy dopiero wtedy orientują się, że niewiele ich łączy.

Tak, często zdarza się też, że para z dziećmi przeprowadza się z małego mieszkanka do wymarzonego domu. Wprawdzie wcześniej było im trochę ciasno, ale z perspektywy wspominają to jako cudowny i radosny czas. W nowym domu mają więcej miejsca, ale doszły też nowe obowiązki: dwa samochody, ogród, więcej okien do mycia. Każdy ma swój pokój, w którym się chowa przed resztą. Posiadanie i dobrobyt bardzo często ludzi od siebie oddala. Choć daje im też komfort. Sama pamiętam, kiedy budowaliśmy dom na wsi i przez ten czas mieszkaliśmy w wynajętej chałupce, która miała dwa pokoje i kuchnię – jak mi było tam dobrze! I byliśmy sobie znacznie bliżsi niż teraz, gdy on siedzi na górze, a ja na dole. Spędzamy ze sobą mniej czasu, bo każdy u siebie robi swoje rzeczy. I czasem tylko krzykniemy do siebie: „A wpadnij do mnie na chwilę”. Tyle że on wtedy ogląda swój serial, ja właśnie czytam ulubioną książkę, a za chwilę zadzwoni Joasia, żeby zrobić ze mną wywiad… Coraz trudniej się spotkać.

Ale skoro ja czuję się samotna w związku, może on też czuje się podobnie?

Moim zdaniem samotność w parze jest zawsze obustronna. Może tylko inaczej się przejawia. Ona jest zwykle tak przejęta zadaniami i rolą gospodyni, że jej się wydaje, że jeśli lepiej ugotuje, lepiej posprząta, to będzie w ogóle lepiej. Bo kiedy dom dobrze funkcjonuje, to wszystko dobrze funkcjonuje. Mężczyznom jest to znacznie mniej potrzebne. Oczywiście lubią wracać do domu jak do dobrze prosperującego lokalu gastronomicznego, ale to nie daje bliskości, tylko wygodę. A kobiecie iluzję, że ona pracuje dla dobra związku.

Poza tym boimy się swoich uczuć – tego, że się czasem nie lubimy, że się chętnie kłócimy albo mamy do siebie coś nieżyczliwego. Nie bardzo wiemy, co z tym zrobić. I albo sobie dokuczamy, oddając sobie wzajemnie razy, albo się zatapiamy w swoim świecie. A dziś można utonąć we wszystkim: w Internecie, Facebooku, Netfliksie.

Widziałam taki napis na moście: „Sypiasz z Netfliksem”.

W dodatku, jak ten Netfliks cię zna. Codziennie przysyła nową propozycję spędzenia wspólnego wieczoru, dopasowaną do twojego gustu. I niektóre z nich są wstrząsająco dobre. Niedawno do trzeciej w nocy siedziałam, oglądając serial „W rytmie bossanovy” i pomyślałam sobie, że w ciągu paru godzin obejrzałam życie paru osób, w dodatku na przestrzeni kilkunastu lat. Kilka godzin z zapartym tchem śledziłam losy obcych ludzi, sama nie żyjąc swoim życiem. Ja oczywiście nie mówię, żeby tego nie robić, nie oglądać filmów czy nie czytać – książki, w które wchodziłam na całego, w dużej mierze uratowały mi kiedyś życie, ale to jest jednak siedzenie samemu w swoim świecie.

Samotność w parze jest zawsze obustronna – może tylko inaczej się przejawiać. (Fot. iStock)

Czy jeśli się od siebie odsuwamy do swoich światów, to znaczy, że nasz związek się kończy?

Nie, ale to oznacza tyle, że będzie coraz trudniej dopracowywać się chwil wzajemnego wzruszenia czy radości.

Jest jeszcze inny rodzaj samotności, który może być bardzo dojmujący, a który pojawia się albo z racji tego, że ludzie się zmieniają, albo że wcześniej nie było czasu porozmawiać o naprawdę ważnych sprawach – różnice wartości.

Ostatnio badacze bardzo wyraźnie mówią o tym, że najważniejszą rzeczą, jaka łączy ludzi, są jednak wspólne wartości. Oczywiście łączą nas też wspólne doświadczenia, zainteresowania czy temperamenty, ale najbardziej wartości. Choć w sumie kiedy mamy wspólne punkty widzenia, to nie za bardzo jest o czym rozmawiać.

Miałam na myśli raczej to, że para buduje dom, a dopiero po wybudowaniu okazuje się, że ona chciała w nim wychowywać dzieci, a on chciał go mieć dla prestiżu.

Oj, masz rację! Nie uzgodnili! Myśleli, że jest świetnie, bo przecież oboje chcą mieć dom! Albo ona budowała go po to, by gości przyjmować, a on tego nie lubi. Z drugiej strony zawsze podkreślamy, że jeśli on z tobą nie chce iść do kina, to idź z przyjaciółką. Jeśli on nie lubi morza, to jedź nad morze sama, i nie miej mu za złe. Bardzo ważne jest uchronić coś miłego na temat partnera. Wiedzieć na przykład, za co go najbardziej lubię, co jest w nim takie nadzwyczajne. I żeby od czasu do czasu poświętować coś wspólnego. Nie można tego robić oczywiście codziennie, bo nie starczy na to czasu, ale by świadomie oddać się pewnym dobrym rytuałom, takiemu dbaniu o coś. Na przykład my z Edkiem specjalnie nie kultywujemy świąt, nie rajcuje mnie przygotowywanie dań, sprzątanie, dekorowanie – ale poczułam, że coś jednak przez to tracimy. Moglibyśmy sobie jakieś świeckie święta ustanowić.

Niektórzy lubią obchodzić związkowe rocznice: pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek… Albo odwiedzać miejsca, w których się poznali.

Moim zdaniem to kobiety przodują w kultywowaniu takich rocznic, choć może udaje im się wciągnąć w to i swoich partnerów. Na pewno jeśli na początku tym, co was łączyło, był nie tylko pociąg fizyczny, ale coś jeszcze – jest najlepiej. Macie wspólną bazę, wspólny język, wspólne zainteresowania. Ale widzisz, u nas on czyta książki polityczno-społeczne, a ja obyczajowe. Ja niespecjalnie mam ochotę z nim gadać o ekonomii, a on ze mną o psychologii.

A to nie powoduje u ciebie poczucia osamotnienia?

Czasem powoduje. Choć Edek też wielu rzeczy się nauczył: na przykład, że gdy wracam z grupy warsztatowej, to nie mogę sobie miejsca znaleźć – tak jak ekipa filmowa po miesiącach spędzonych razem na planie. I kiedy tak się czuję, to on mówi: „No tak, wiem, smutno ci teraz”. Tylko że ja nie mam poczucia, że on to rozumie. On to wie.

A chciałabyś, żeby to też rozumiał?

W ogóle chciałabym więcej wzajemnego porozumienia. Nie wiem, jak mają pary, które razem pracują – czy one się lepiej rozumieją? Może tak bywa, a może wcale nie? Ile razy ludzie zakładają wspólnie firmę, a potem i tak się rozstają. Może to nie wystarcza? Po prostu nigdy nie jest łatwo.

Nam zwyczajnie chodzi o empatię.

Oczywiście, że o to nam chodzi.

Świat nas mało rozumie, chcielibyśmy, żeby chociaż ta jedna, najbliższa osoba to, zrobiła. A jeśli tak się nie dzieje – to wtedy jest ci najsmutniej, najsamotniej na świecie.

Tak jak najsamotniej na świecie jest dzieciom w rodzinach, w których jest dobrobyt, ale nie ma uważności. „O co ci chodzi, przecież wszystko masz?!” – tak się odgradzają i tłumaczą rodzice. „No mam, ale nie mam tego, żeby ktoś widział mnie”.

A czy poczucie samotności może się brać z tego, że nie mamy swojego życia i tak bardzo zależymy od partnera?

Może i tak być, oczywiście… Ale ja na przykład mam bardzo swoje życie. Nawet wyjątkowo bardzo. Nie uwieszam się na partnerze, brakuje mi jednak tego, żebyśmy byli bardziej do siebie podobni, bardziej zgodni. A może byśmy chętniej i ciekawiej zapraszali się do swoich światów?

Może nic nas nie ratuje przed tym, że czasem czujemy się samotni?

Też ważna prawda! Jeżeli druga osoba nie odkrywa ci siebie i jednocześnie nie prosi ciebie o odkrycie się przed nią, to będziesz mieć poczucie samotności – w związku z nią, nie ze swoim życiem. Jeśli masz swoje życie, po prostu lepiej sobie z tym radzisz. A wrażliwy człowiek może się czuć jeszcze bardziej samotnie w otoczeniu ludzi, którzy tak nie mają. Po prostu nie ma dobrego rozwiązana tego problemu w jednym człowieku – do szczęścia związanego z bliskością jest nam potrzebna druga osoba.

Chodzi o to, by pogodzić się z osamotnieniem i cieszyć się, jak uda nam się z kimś znaleźć porozumienie?

Można też sobie powiedzieć: „Kocie, ja ciebie nie rozumiem, ty mnie, ale zróbmy coś razem, posiedźmy sobie chociaż przytuleni”. Ale prawdą jest też, że za dużo oczekujemy od związków. One nie uchronią nas całkowicie przed samotnością. A czasem poczucie zrozumienia dostajemy nie stąd, skąd się go spodziewamy. Na przykład od spotkanych przypadkowo ludzi… Ja wiele zrozumienia i bliskości duchowej z innymi brałam i dostawałam z książek. Dały mi poczucie niesamowitej więzi, tak jakby ktoś pisał o mnie, czytał w mojej duszy – i to ktoś dajmy na to w XVIII wieku! Porozumienie duchowe jest możliwe, nawet pomiędzy wiekami. A poza tym: „Jest jeszcze śledź w śmietanie, metafizyczne danie” jak śpiewał Młynarski. A mój chłop nie lubi śledzi, no rozumiesz?