fbpx

Stare i nowe metody walki z nadmiarem

Stare i nowe metody walki z nadmiarem
Uwolnienie się od nadmiaru to może być pierwszy krok na drodze do minimalizmy. (Fot. iStock)

A gdyby tak w kolejny rok wejść jedynie z walizką? W dodatku wypełnioną tym, czego naprawdę potrzebujesz. Joanna Olekszyk sprawdza, czy nowe i stare metody walki z nadmiarem są dobrym pomysłem na szczęśliwe życie.

Ryan pewnego dnia obudził się w pokoju, w którym nie było niczego oprócz łóżka. Wstał, przeciągnął się i ruszył przez puste mieszkanie w kierunku kartonów stojących przy wejściu i opisanych kolejno: kuchnia, łazienka, ubrania, różności… Podszedł do tego drugiego i wyjął z niego szczoteczkę do zębów i pastę. Poszedł do łazienki. Po czym wrócił, jeszcze raz sięgnął do pudełka i wyjął z niego żel pod prysznic i ręcznik. Znów zniknął w łazience… Tak wyglądał pierwszy dzień jego eksperymentu. Postanowił spakować do pudeł i worków wszystko, co ma, i przez 21 dni (jak wyczytał, tyle trwa wyrabianie nawyku) wyjmować z nich tylko to, czego akurat potrzebuje. Po upływie tego czasu miał się dowiedzieć, ilu rzeczy naprawdę używa. Nigdy nie rozpakował wszystkich pudeł. Po 21 dniach uświadomił sobie, że potrzebuje ledwo procenta rzeczy, które posiada. Cała reszta ma mu zapewniać status, być potwierdzeniem tego, że osiągnął sukces.

Ryan Nicodemus to jeden z bohaterów książki „Rzeczozmęczenie” Jamesa Wallmana, dziennikarza, futorologa i prognostyka trendów.

Ryan dorastał w biedzie, obiecał więc sobie, że kiedyś będzie zarabiał tyle, by móc zamieszkać w jednym ze wspaniałych domów, które remontowali razem z ojcem. I dopiął swego. W wieku 28 lat, zarabiając ponad 100 tysięcy dolarów rocznie, mając piękny dom i fajną dziewczynę, czuł się jednak nieszczęśliwy i zagubiony. Po zakończeniu eksperymentu pozbył się większości dobytku. Przestał też pracować do późna, by zarabiać na przedmioty, których tak naprawdę nie potrzebował. Rozpoczął nowe życie, w którym nie był już przytłoczony rzeczami. Jak pisze Wallman, zamiast realizować swoje materialne aspiracje, zaczął dążyć do innych celów – dbania o zdrowie czy dobre relacje z bliskimi. I rzeczywiście stał się szczęśliwszy.

Mało, coraz mniej

„Z własnej woli zaprzestań już teraz marnotrawstwa, zanim zostaniesz do tego zmuszona w niedalekiej przyszłości” – apelowała w 2008 roku w książce „Sztuka prostoty” Dominique Loreau, Francuzka propagująca japoński minimalizm. Już wtedy zwracała uwagę na to, że wszystko, co jednorazowe, nie tylko niszczy środowisko naturalne, ale i nas samych. Od tego czasu dosłownie utonęliśmy w jednorazówkach, na szczęście ten trend ostatnio się odwrócił. Nie nauczyliśmy się jednak przestać gromadzić rzeczy. Przywykliśmy do kupowania kolejnych gadżeciarskich modeli smartfonów, telewizorów nowszej generacji czy trzeciej pary takich samych butów, tylko w innym kolorze. Tak sobie wynagradzaliśmy i wynagradzamy czasy, kiedy albo nie było nas stać na pewne rzeczy, albo nie mogliśmy ich dostać. Ale czy staliśmy się szczęśliwsi?

„Obfitość nie uczy wdzięku ani elegancji. Niszczy duszę i pozbawia wolności – przestrzega Loreau. – Prostota zaś rozwiązuje wiele problemów. Miej mało rzeczy – będziesz mogła poświęcić więcej czasu swojemu ciału. A gdy poczujesz się dobrze w swojej skórze, będziesz mogła zapomnieć o sprawach ciała i zająć się kwestiami duchowymi, wieść życie pełne sensu”.

Wielu z nas przyznaje jej dziś rację. I marzy o życiu prostym, bardziej ekologicznym, pozbawionym tysięcy drobnych decyzji i wydatków (oraz niekończącego się sprzątania ich efektów). Dlatego obiecujemy sobie: w nowym roku walczę z nadmiarem! Ja też tak postanowiłam, po tym jak przeprowadziłam własny eksperyment.

Otóż z powodu remontu na miesiąc przeniosłam się z całym moim dobytkiem w inne miejsce. I zobaczyłam, jak ogromną ilość rzeczy posiadam. To, co do tej pory było dla mnie powodem do czegoś w rodzaju dumy, okazało się męczarnią – zwłaszcza że musiałam przenosić ów dobytek tam i z powrotem. Bez żalu więc część przedmiotów oddałam, a część wyrzuciłam. Zorientowałam się też, że korzystam jedynie z ubrań zapakowanych do podręcznej walizki – i niczego mi nie brakuje. Mogłam w parę minut spakować się i wyruszyć w podróż w dowolnym kierunku. I było to rzeczywiście coś na kształt wolności.

„Prostota oznacza, że mamy niewiele, by stworzyć miejsce dla spraw najważniejszych – pisze Dominique Loreau. – Jeżeli zrezygnujemy z posiadania zbyt wielu rzeczy, będziemy potrafili lepiej docenić to wszystko, co przynosi satysfakcję duchową, emocjonalną i intelektualną”.

Ryan postawił na minimalizm, czyli na eliminację ze swojego życia i otoczenia wszystkiego, co zbędne. Można pomyśleć: cóż pozostaje? Tylko to, co konieczne. I wyjątkowe. Bo aby żyć w stylu minimalistycznym, przedmioty, które masz – nawet te najmniejsze – muszą być piękne i funkcjonalne. „Nie wahaj się pozbywać przedmiotów, które są jako takie, i zastąpić ich rzeczami doskonałymi, nawet jeśli pociągnie to za sobą wydatki, które wiele osób uzna za marnotrawstwo – radzi Dominique Loreau. Jej zdaniem przed wejściem na drogę minimalizmu powstrzymuje nas właśnie lęk przed marnotrawstwem, czyli wyrzuceniem lub oddaniem tego, co kiedyś jeszcze może się przydać. Ale czy nie większym marnotrawstwem jest właśnie to zachowywać? Minimalizm dużo kosztuje, ale właśnie płacąc tak dużo, zadowolisz się tym, co rzeczywiście niezbędne.

Czyli: mniej kupuj, oddawaj niepotrzebne i zbędne rzeczy, no i upraszczaj, krok po kroku. Pomyśl: Czy naprawdę potrzebujesz aż tylu zestawów sztućców? Albo ciepłych czapek? Dawno przeczytanych książek? Może ucieszą kogoś innego? Czy nie lepiej przenieść się z wielkiego domu do mniejszego mieszkania, a przy okazji zaoszczędzić? Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest na czasie. Zdaniem Loreau w wyniku przeludnienia za kilka lat wszyscy będziemy zmuszeni funkcjonować na niewielkich, ale za to świetnie zorganizowanych metrażach. Lepiej już teraz umieć się tym rozkoszować.

Jak upraszczać życie?

  • nie miej poczucia winy, gdy coś wyrzucasz lub oddajesz;
  • nie akceptuj tego, czego sobie nie życzysz;
  • wyobraź sobie, że twój dom spłonął – zrób listę rzeczy, które kupisz ponownie;
  • pozbądź się wszystkiego, czego nie użyłeś chociaż raz w ciągu ostatniego roku;
  • powtarzaj co jakiś czas: „Nie pragnę niczego, co nie jest konieczne”;
  • odróżniaj swoje potrzeby od swoich pragnień;
  • przekonaj się, jak długo możesz żyć bez czegoś, co uważasz za niezbędne;
  • znajdź miejsce dla każdej rzeczy;
  • zawsze zadawaj sobie pytanie: „Dlaczego trzymam to w domu?”;
  • dla zabawy zrób listę wszystkich rzeczy, które masz; niemożliwe?
  • nigdy nie akceptuj wyboru drugiej kategorii;
  • kupuj tylko wtedy, gdy masz pieniądze w kieszeni;
  • miej zaufanie do rzeczy klasycznych, które sprawdziły się do tej pory.

Jakość ponad ilość

Minimalizm może jednak okazać się dla niektórych zbyt restrykcyjny. Jeśli chcesz pożegnać się z nadmiarem, ale w bardziej stonowany sposób, postaw na „rozważną aranżację”. Określenie to stworzyła blogerka Tara Burton. W skrócie oznacza ono, że rozważnie otaczamy się przedmiotami – inwestujemy w te godne zaufania, dzięki czemu oszczędzamy czas, energię i pieniądze, które pochłaniają ich naprawy lub wymiana na nowe. Według tej koncepcji kupujemy rzadziej i tylko takie rzeczy, które będą towarzyszyły nam przez lata – radowały oko, sprawnie funkcjonowały i stawały się dla nas ważne. W przeciwieństwie do minimalizmu nie zakłada ona ograniczenia się do określonej liczby przedmiotów, które można spakować do walizki, choć możesz, tak jak Burton, sporządzić listę rzeczy, których nie potrzebujesz – pomoże ci ona podejmować decyzje zakupowe. Nie chodzi bowiem o całkowite zaprzestanie kupowania, tylko o kupowanie jedynie tego, co wspiera funkcjonalny i satysfakcjonujący styl życia. Idealna sytuacja jest wtedy, gdy możesz sobie powiedzieć, że „masz wszystko, czego potrzebujesz” – tak jak brzmi tytuł książki Tary Burton, wydanej w tym roku.

Pisze w niej: „Nasze domy, podobnie zresztą jak całe życie, zostały wypchane przedmiotami, które zawodzą i sprawiają, że nasz poziom stresu wzrasta, a oszczędności topnieją”. Jak przyznaje, sama zawsze była rozrzutna, już jako dziecko, bez względu na to, ile kieszonkowego dostawała, zawsze pod koniec miesiąca była spłukana. W końcu doprowadziło to do jednego: jej karty kredytowe były obciążone na kilka tysięcy funtów. „Wracałam do zagraconego domu, którego sprzątanie mnie wykańczało, a potem wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w sterty ciuchów będących pokłosiem szybko zmieniającej się mody i zastanawiałam, dlaczego wydaje mi się, że nie mam co na siebie włożyć” – wspomina. Kiedy rozpadł się jej ostatni związek, tak bardzo się pogubiła, że musiała wspomagać się antydepresantami, do tego dołowała ją praca – pisała teksty reklamowe, jak mówi: „dla ludzi takich jak ja, przekonujące ich do kupowania niezależnie od tego, czy rzeczywiście czegoś potrzebują”.

Na szczęście w jej życiu nastąpił punkt zwrotny. Zmiana zaczęła się od jednego naczynia – błękitnego garnka marki Le Cruset, który dostała na 30. urodziny. Francuska firma słynie z tego, że jej produkty służą pokoleniom. Kiedy Burton trzymała go w rękach, zdała sobie sprawę, że nigdy więcej nie będzie musiała kupić podobnego. I pomyślała: „Gdyby tylko wszystko w moim życiu takie było”. Stworzyła firmę i stronę internetową BuyMeOnce, na której poleca rzeczy z dożywotnią gwarancją przydatności do użycia. „Z czasem ze zdumieniem odkryłam zarówno praktyczne, jak i emocjonalne korzyści z wybierania tylko tych przedmiotów, które odzwierciedlają moje wartości i zostaną ze mną na dziesięciolecia” – pisze.

Blogerka zwraca uwagę na to, że nadmierne kupowanie często wiąże się z niskim poczuciem własnej wartości. Ma wypełnić emocjonalną pustkę, jednak tylko ją pogłębia. Trwające sześć lat badanie, którego wyniki opublikowano w „Journal of Consumer Research”, pokazało, że niezależnie od tego, ile wydamy, materializm potęguje samotność, a ta z kolei zwiększa materializm.

Trzeba jednak podkreślić, że to niecała prawda o tym problemie. Burton demaskuje w swojej książce tzw. planowane postarzanie. Ma ono dwie odmiany: pierwsza polega na tym, że firmy projektują przedmioty tak, aby psuły się wcześniej niż powinny, na przykład nie pozwalając na wymianę baterii lub jakiejś części w urządzeniu. Druga to postarzanie psychologiczne – celowo wywołuje się w nas przekonanie, że nie chcemy już dłużej korzystać z tego, co mamy, choć nadal jest to sprawne.

Jak pisze Burton, „przed nastaniem XX wieku ludzie nie mieli naturalnej potrzeby wymieniania dobytku, dopóki się nie zużył, dlatego wymyślono powody, by trwale to zmienić”. Na przykład taki, że nowa kosiarka jest bardziej wydajna, samochód to ulepszony model zeszłorocznego, pralka ma dodatkowy gadżet, a torebka jest po prostu trendy. Pora przestać się dłużej na to nabierać.

Jak walczyć z materializmem?

  • każdego dnia po przebudzeniu uśmiechnij się i podziękuj za to, co dzisiaj cię spotka;
  • codziennie znajdź czas, aby skupić się na rozwoju osobistym i poczuciu własnej wartości;
  • odszukaj ludzi, których pasjonuje to samo co ciebie, i poczuj z nimi więź;
  • blokuj materialistyczne treści, które do ciebie docierają;
  • medytuj i rozwijaj świadomość;
  • wychodź z domu jak najczęściej, choćby do ogródka albo do parku (udowodniono, że kontakt z przyrodą redukuje materializm).

Doznania uszczęśliwiają

Czy można w ogóle „wypisać się” z materializmu? Według Jamesa Wallmana – tak. Tym bardziej że jako mieszkańcy całkiem dostatniej Europy cierpimy na jedno z najbardziej dotkliwych schorzeń – rzeczozmęczenie. Jak z nim walczyć? – Zamiast kupować – przeżywaj, a z dużym prawdopodobieństwem osiągniesz szczęście – radzi Wallman. Swoje zalecenie opiera na najnowszych pracach takich badaczy jak Thomas Gilovich czy David C. Howell. A ponieważ stary system nazywał się materializmem – nowy nazwał się „eksperientalizmem” (od angielskiego experience, czyli doświadczenie, przeżycie, doznanie).

Skąd przekonanie, że doznania nas uszczęśliwią bardziej niż rzeczy? Po pierwsze, nie nudzimy się nimi tak jak przedmiotami; po drugie, na doświadczenia patrzymy przez różowe okulary; po trzecie, są częścią naszej tożsamości; po czwarte, zbliżają nas do innych, i po piąte, choć możemy porównywać przeżycia, to – w przeciwieństwie do rzeczy – trudno jednoznacznie ocenić, które z nich jest lepsze. Dlatego rzadziej żałujemy swoich wyborów. Poza tym kiedy działamy, jest większe prawdopodobieństwo, że popchnęła nas do tego motywacja wewnętrzna i doświadczymy wtedy stanu przepływu. A tego nie można osiągnąć przez sam fakt posiadania. Wallman podkreśla, że rozwój technologii sprzyja eksperientalizmowi – niedługo zamiast mieć coś na własność, będziemy jedynie korzystać z usług. Zamiast chodzić do pracy dla pieniędzy, za które możemy kupić różne rzeczy, będziemy robić to dla samego sensu pracy. To już się dzieje!

Niedawno przeczytałam o brytyjskiej dziennikarce, Suzy Walker, która przeprowadziła małą życiową rewolucję. Jej 16-letni syn rozpoczął dwuletnią naukę w jednym z londyńskich koledżów, a że Suzy mieszka na stałe w hrabstwie Sussex, pomyślała, że ponad dwugodzinne dojazdy do domu ich wykończą. A wynajęcie mieszkania w Londynie to nie taka prosta sprawa. Ani tania. Jej syn za dwa lata będzie pełnoletni i wyfrunie z domu, chciała dobrze wykorzystać te ostatnie chwile, kiedy może być przy nim. I nagle ją olśniło. Robiła akurat wywiad do swojej rubryki w magazynie „Psychologies” z Tiu de Haan, mówczynią motywacyjną, która mieszka w Londynie… na barce. Pomyślała: „A czemu by nie przenieść się na dwa lata na taką łódź?!”. Będzie tanio, syn Charlie będzie miał ze szkoły jedynie pięć minut komunikacją miejską, a ona – prawdziwą przygodę.

Po sześciu tygodniach udało jej się wynająć swój dom, pozałatwiać sprawy na miejscu i kupić długą na 14 metrów (46 stóp) barkę, którą właśnie płynie w kierunku Londynu. Jak przyznaje, będzie to eksperyment, który pokaże jej, czy zdoła pomieścić się (wraz z synem) na tak małej przestrzeni, w dodatku z niewielką liczbą ekwipunku. Zdała sobie też sprawę, że tyle razy przekonywała czytelników, by podążali za własnym głosem, tymczasem ona – wciąż gdzieś pędząc – zapominała słuchać swojego. Postanowiła, że nadchodzący rok będzie dla niej nie tylko minimalistyczny, ale i powolny. Toczący się ze spokojną, stałą prędkością rzeki.

Według Wallmana tak może wyglądać nie tylko kolejny rok, ale i nasza przyszłość. Zamiast gadżetów będziemy kupować rzeczy umożliwiające nam przeżycia. Przyjemna wizja, przyznacie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze