1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Nie ma seksu bez rozmowy - mówi seksuolog Andrzej Depko

Nie ma seksu bez rozmowy - mówi seksuolog Andrzej Depko

O bieżących problemach powinniśmy rozmawiać otwarcie, ale czy dzielić się wszystkimi doświadczeniami z przeszłości? To już sprawa dyskusyjna. (Fot. iStock)
O bieżących problemach powinniśmy rozmawiać otwarcie, ale czy dzielić się wszystkimi doświadczeniami z przeszłości? To już sprawa dyskusyjna. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Jednym z warunków udanego seksu jest otwarta i szczera komunikacja. Dlatego tak ważne jest, by umieć mówić o swoich potrzebach, o tym, co nas cieszy w seksie, a co można udoskonalić. Seksuolog Andrzej Depko tłumaczy, jak nie narazić intymności na szwank.

Gdy nie jesteśmy w stanie powiedzieć o czymś partnerowi, bo się wstydzimy albo boimy się go urazić, nie przekazujemy bardzo ważnego komunikatu o tym, że należałoby coś zmienić. A gdy poziom frustracji sięgnie zenitu i w końcu o tym powiemy, druga strona może poczuć się urażona („Tyle lat było dobrze i teraz mi to mówisz?”).

Czy mówić o przeszłości?

O bieżących problemach powinniśmy rozmawiać otwarcie, ale czy dzielić się wszystkimi doświadczeniami z przeszłości? To już sprawa dyskusyjna. Po pierwsze, trzeba zastanowić się nad własną motywacją: Czy nie jest tak, że poprzez intymne wyzwanie chcę się od czegoś uwolnić? Po drugie – czy druga strona faktycznie chciałaby taką informację poznać? I czy jest na to przygotowana? Czy jest w stanie udźwignąć ten ciężar. Wyobraźmy sobie dziewczynę, która miała bardzo bogate życie seksualne, eksperymentowała i spróbowała wszystkiego, czego w seksie można spróbować. I nagle zakochała się w chłopaku, który nie miał żadnych doświadczeń seksualnych – był zahamowany i wylękniony i nie mógł uwierzyć, że ta piękna, doświadczona kobieta wybrała właśnie jego. A ona, chcąc mu pomóc, powiedziała: „Nie martw się, spróbowałam wszystkiego i wszystkiego cię nauczę”. Nie pomyślała, że jeżeli on nie był doświadczony i miał różne lęki, to takie wyznanie może zadziałać jeszcze bardziej blokująco. Chłopak zaczął się zastanawiać: „Czy podołam? Czy będę równie dobry, jak poprzedni? Czy ona nie pozostanie otwarta na doświadczenia z innymi?”. Ona dla tej miłości gotowa była zmienić swoje dotychczasowe życie seksualne, ale jej szczerość całkowicie go „wykastrowała”.

Każdy człowiek posiada indywidualną wrażliwość i zanim zechcemy podzielić się z kimś swoją przeszłością, musimy dobrze poznać jego typ osobowości. Możliwe, że ktoś namawia nas do wyznań z czystej ciekawości, ale może usłyszeć rzeczy, o których wcale nie chce wiedzieć. Bo z tą wiedzą trzeba sobie potem poradzić. Zawsze lepiej powiedzieć mniej, a najlepiej poczekać, poznać się dobrze i wtedy wysłać próbne sygnały typu: „miałam taki sen, że kochamy się analnie” albo: „miałam taką fantazję, że kochamy się w samochodzie”. Możemy wtedy poznać reakcję partnera i to też nie oznacza, że musimy o takim swoim doświadczeniu opowiedzieć. Bo jeżeli partner powie: „Świetnie, zróbmy to!” i będzie wspaniale, to po co psuć to uczucie zadowolenia, że zrobiliśmy razem coś fajnego i że zrobiliśmy to po raz pierwszy? Jeżeli partner nie będzie chciał podjąć takiej próby, to nie poradzi sobie również ze świadomością, że partnerka ma takie doświadczenia z przeszłości.

Wylewność nie popłaca

Nadmierna szczerość wcale nie służy budowaniu związku. Niektóre osoby domagają się szczegółowych opowieści, a potem zadręczają się swoimi wykreowanymi na tej podstawie wyobrażeniami. Rozpamiętywanie przeszłości nie jest nikomu do niczego potrzebne. Liczy się nasza teraźniejszość. Jeżeli ktoś się domaga od nas takiej szczerości, dobrze jest zbadać jego motywację, zadając pytanie: „Po co ci taka wiedza, skoro najważniejsza jesteś ty tu i teraz? A moje doświadczenia są skromne, bo czekałem na ciebie”. Do przeszłości nie ma powrotu, należy żyć teraźniejszością i przyszłością, a nie rozpamiętywaniem, co każde z nas robiło wtedy, gdy się jeszcze nie znaliśmy.

Przykładem na to, jak pragnąc przejrzystości, można zaprzepaścić przyszłość, jest historia pewnej pary. On namówił ją do zwierzeń, a gdy opowiedziała mu o swoim życiu seksualnym, nie mógł sobie poradzić z tym, że jest dwunasty. Gdyby był szósty, toby jej wybaczył. A tak wychodzi, że miała jednego partnera na pół roku i to, jego zdaniem, było za dużo. Jeden na rok byłby do zaakceptowania, więcej nie. Można powiedzieć, że zachował się niedojrzale. Najpierw namawiał na zwierzenia, udając, że ma to służyć budowaniu związku, ale ostatecznie nie chciał poznać partnerki naprawdę, wolał swoje wyobrażenie.

Osoby dojrzałe nie są zainteresowane przeszłością, mają silne przekonanie, że spotkały drugiego człowieka w odpowiednim momencie i od tej chwili chcą budować coś razem. Ci mniej dojrzali drążą przeszłość z powodu swoich lęków i niskiej samooceny.

Na imprezie, po drinku

W sprawach seksu lubimy się radzić zaufanych przyjaciół, chcemy polegać na ich doświadczeniu, czasem wydaje się to łatwiejsze niż pójście do specjalisty. Jednak zdradzanie tajemnic własnej alkowy może obrócić się przeciwko nam. Nie ma żadnego powodu, żeby chwalić się swoimi seksualnymi doświadczeniami przed przyjaciółmi. Przyjaźń jest wspaniała, ale rzadko wieczna. Po co przyjaciółce wiedza o naszym życiu seksualnym? Zwłaszcza że może kiedyś poczuje potrzebę ujawnienia naszych sekretów. Warto pamiętać, że system wartości znajomych może okazać się zupełnie inny. Mogą też silnie zareagować ze względu na głęboko skrywane podobne potrzeby. Tak jak to było w przypadku pewnej pary, która na imprezie po alkoholu zwierzyła się towarzystwu, że byli trzy razy w klubie dla swingersów i świetnie się bawili. I nagle okazało się, że w systemie wartości ich znajomych nie ma miejsca na takie zachowania. Usłyszeli komentarze typu: „Jak zwierzęta!”. Para zrobiła coś, co w powszechnej ocenie było nie do przyjęcia i straciła grono przyjaciół.

Inny przykład: dziewczyna rzuca na imprezie pomysł odwiedzenia klubu go-go. Ktoś pyta: „Byłaś tam z mężem?”. Ona odpowiada: „Tak, i było fajnie, chodźcie, zobaczycie”. Liczyła, że wesprą ją zwłaszcza mężczyźni i że taka propozycja ze strony kobiety ułatwi wszystkim jej przyjęcie. A okazało się, że panowie przyjęli sztywną pozycję, a jeden, który ją poparł, szybko się z tego wycofał. Od tej pory dziewczyna przestała być zapraszana na wspólne wyjścia.

Pozostaje jeszcze kwestia lojalności wobec partnera – jeżeli opowiadam przyjaciółce o swoim życiu seksualnym, niejako „zdradzam” partnera. Chyba że próbuję wiele razy rozmawiać z nim o naszych problemach i wciąż czuję się odrzucona i bezradna. Wtedy pozostaje jeszcze do rozstrzygnięcia kwestia, czy przyjaciółka jest w stanie udźwignąć taki ciężar i czy nie lepiej pójść z tym do osoby neutralnej, jaką jest terapeuta. Bo przyjaciółka może chcieć pomóc, ale niechcący namiesza ci w głowie, twierdząc, że skoro on unika seksu, to na pewno kogoś ma. A twoje reakcje pod wpływem takich przekonań z pewnością negatywnie wpłyną na waszą relację. Przyjaciółka może też zostać przeciążona problemem i poczuć potrzebę podzielenia się nim z kimś innym (w największej tajemnicy).

Chodźmy do lekarza

Tak jak z bolącym żołądkiem idziemy do gastrologa, z problemem komunikacji udajemy się do terapeuty. Jeżeli rozmowa z partnerem nie wychodzi, to nie czekajmy pół roku czy dłużej, lecz zajmijmy się tematem. To dojrzałe i odpowiedzialne podejście do związku. Nie chowajmy głowy w piasek, tylko rozwiązujmy problem. Terapeuta, czyli trzecia osoba, może nam pomóc zrozumieć, dlaczego poziom komunikacji w naszym związku jest słaby, jakie tkwią w nas ograniczenia. Pomoże nam się otworzyć, zwerbalizować problem i w efekcie go usunąć. I należy pamiętać, że jeżeli pojawiają się kłopoty w sferze seksualnej, nie znaczy, że są natury seksualnej. Najczęściej powodem jest problem komunikacyjny i bagaż negatywnych doświadczeń. Gdy te sprawy się rozwiąże, dylemat w sferze seksualnej najczęściej znika.

Niewiele można zrobić, jeżeli jedna strona nie chce dobra związku. Bo decyzja o podjęciu terapii jest dowodem na to, że komuś na związku zależy. Nie potrafimy przezwyciężyć trudności, ale relacja stanowi dla nas taką wartość, że chcemy o nią zawalczyć. Odmowa podjęcia terapii może świadczyć o tym, że problem faktycznie jest poważny – partner może mieć zupełnie inne wyobrażenia i plany na temat swojej przyszłości. Dobrze jest wtedy zapytać: „Dlaczego nie chcesz iść? Jaką masz motywację? Może ja tracę czas? Może nic już nie da się uratować?”.

Autoterapia nie jest dobrym rozwiązaniem. Nie pomożemy sobie, czytając poradniki na temat naprawy związku, bo z przeczytania jednej książki nic nie wynika. Nikomu się w głowie od tego nie rozjaśni, a nawet może to jeszcze bardziej zaciemnić obraz sytuacji. Konkretną lekturę podsunąć może terapeuta, który fachowym okiem oceni, czego nam potrzeba. I choć jest w nas taka Zosia-Samosia, to ona sama najpewniej postawi chybioną diagnozę, z której trzeba będzie się dodatkowo leczyć. Bo to nie jest zadanie dla Zosi, lecz terapeuty.

Jak rozmawiać o seksie w parze?

  • Nie przechwalaj się swoimi doświadczeniami, zwłaszcza liczbą partnerów i rozmaitymi eksperymentami.
  • Nie rozmawiaj o przeszłości, dopóki nie poznasz dobrze motywacji drugiej strony.
  • Nie krytykuj i nie rób wyrzutów – jeżeli długo tłumiłaś swoje potrzeby, nie wylewaj nagle wszystkich żali, bo to uruchomi mechanizmy obronne, które uniemożliwią porozumienie.
  • Unikaj postawy roszczeniowej, bo wywoła ona zamknięcie się partnera.
  • Mów jak najwięcej o wspólnych seksualnych radościach, wzmacniając relację z partnerem.
  • Proponujcie nawzajem, co jeszcze radośniejszego możecie razem zrobić: Jak się pieścić? Gdzie się dotykać? Jakich technik spróbować?
Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Wzwód - zawód

Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. (Ilustracja Getty Images)
Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. (Ilustracja Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Tak jak kobiety potrzebują innych kobiet do potwierdzenia swojej siły, tak mężczyźni potrzebują przyzwolenia innych mężczyzn na słabość. Także tę związaną z seksualną potencją. Paradoksalnie jeśli masz dostęp nie tylko do własnej siły, ale i słabości, twoje możliwości wzrastają! - mówi terapeutka Olga Haller.

U źródeł impotencji mogą leżeć zarówno urazy, lęk, zmęczenie, jak i choroby, np. miażdżyca czy cukrzyca, albo substancje obniżające sprawność seksualną, np. alkohol, leki antydepresyjne. Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. Potencja seksualna, jak wszystko w życiu, może być zmienna. A impotencja – to słowo ma swój ciężar, jest w nim jakaś ostateczność, żadnej nadziei. Czy też tak to słyszysz?

O tak. I od razu czuję jakąś wielką grozę. To nawet jest w języku: coś zrobić po męsku, czyli twardo. A miękko to po kobiecemu. Potencja to męska twardość, siła, twórczość, władza, zaś impotencja – tego przeciwieństwo i śmieszność. Nic dziwnego, że mężczyźni boją się impotencji jak diabła, a jak jest problem, to wolą go wstydliwie ukrywać. Wzorzec mężczyzny silnego, twardego w działaniu, zawsze mogącego jest nadal powszechny. I samotnego wilka, który leczy rany w odosobnieniu. Mężczyzna w przypadku jakiejś słabości, np. choroby, bagatelizuje ją, nie bada się. Więc jak ma problem z potencją, to tym bardziej woli milczeć. A partnerka boi się pytać – by nie urazić, nie zawstydzić.

Krucha jest męska potęga, byle uśmiech, złe słowo, myśl czarna może ją obalić. Czy kobiety o tym wiedzą? Chyba nie do końca... Mężczyźni bardzo to ukrywają, zachowują się tak, żeby nie przyszło nam do głowy, że łatwo ich zranić, że nie zawsze są pewni siebie. Czasem sami tego o sobie nie wiedzą. Jeśli więc nagle pojawia się problem ze wzwodem, to pierwszą reakcją jest niemiłe zaskoczenie, lęk i dezorientacja. To z kolei rodzi pełne napięcia oczekiwanie i w następnej sytuacji seksualnego zbliżenia reakcja może się utrwalić – typowy mechanizm, kiedy lęk i napięcie wzmacnia powtarzanie objawu.

Niemoc płciowa łatwo przekuwana jest w agresję. Sądzi się, że problemy z potencją mieli różni tyrani, że część ich agresji wobec świata to zemsta za kompromitację męskości. Miałaś takie doświadczenia z facetami? – nie myślę o agresji, ale o gwałtownym spadku możliwości. To jest reakcja łańcuchowa nieszczęść, jakby było się na szczycie wieży, co się wali... Mało jest oszczędzone kobietom, ale to jednak tak. Tak, mam w pamięci takie sytuacje – w latach młodości, w początkach związku – paradoksalnie może właśnie z powodu jego wielkiego zapału i chęci męskość zawiodła. Ku wielkiemu zaskoczeniu nas obojga! Miałam na szczęście dosyć wyrozumiałości, że to minie, ale też intuicji: trzeba odpuścić i spokojnie zacząć od nowa.

Szczęśliwe ofiary chwilowej słabości, jeśli trafią na taką partnerkę. Nie miałem takiego szczęścia, będąc pewnie w wieku twego partnera. I było poczucie końca świata. Wszystko przez te nerwy...  A „to” – jak pytam teraz obie płcie – zaskakująco często się zdarza. Mężczyzna jest tak zbudowany, że od razu widać, jeśli coś idzie nie tak. W jego przypadku nie da się udawać. Kobieta może wiele ukryć. Tym bardziej ważne, by istniało przyzwolenie na chwile słabości. Przede wszystkim od innych mężczyzn. A ze strony kobiet też, w ramach pomocy doraźnej.

Ale faceci rywalizują w seksie. Siła grozy impotencji tkwi także w tym, że stoi w sprzeczności z pierwotnym nakazem reprodukcji. Osobnik, co już nie może, odpada z gry. Ale właśnie próbujemy różnić się od zwierząt. Instynkty, popędy to część naszej natury, jest jeszcze świadomość i wola, możemy więc nie tylko reagować i podlegać, ale i wpływać, zmieniać, kształtować. To nasz ludzki potencjał.

Mężczyźni, jak już mówią o seksie, to się przechwalają lub świntuszą. Niedawno kolega w moim wieku nagle zwierzył mi się, że coś ma z „tym” słabiutko. Byłem zdumiony i poruszony jego szczerością. O tak, fala przemian coraz śmielej ogarnia i kobiety, i mężczyzn, to dotyczy ról, potrzeb. Fascynujące, jak różnice płci przestają nas dzielić, a niosą możliwość dopełnienia! Tak jak kobiety potrzebują innych kobiet do potwierdzenia swojej siły, tak mężczyźni potrzebują przyzwolenia innych mężczyzn na słabość. Paradoks – jeśli masz dostęp do własnej siły i słabości, twoje możliwości wzrastają!

Boimy się pokazać miękki brzuch. A kobiety nie zawsze to ułatwiają. Tak, w grupach treningowych, które prowadzę, jest zwykle mało mężczyzn, czasem tylko jeden. Widzę zachwyt kobiet nad widoczną z bliska jego „miękkością” i ulgę: „on coś przeżywa, jest wrażliwy”. Jednak idzie za tym próba zawładnięcia, chęć zaopiekowania się jego słabością. Matkowanie to najlepiej znany sposób na bliskość z czującym mężczyzną. A oni boją się tego i słusznie. W grupie rozwojowej jest możliwość twórczego przekroczenia stereotypów, znalezienia własnej wolności w prawdziwym spotkaniu kobiet i mężczyzn. Ale w życiu? Emocjonalne ryzyko bywa zbyt duże, przepisy na mężczyznę gotowe, baby czyhają, a wsparcia facetów brak.

 
Na dodatek w tym dramacie impotencji jest element humorystyczny... Ileż kpin prowokuje ten problem. No cóż, trudne sprawy najłatwiej obśmiać. Zdaje mi się, że ojcowie często traktują z przymrużeniem oka problemy swoich nastoletnich synów. Czy wprowadzają ich w świat seksu, a jeśli tak, to czy mówią o tej delikatnej stronie ich seksualnej natury? Że mają prawo mieć kłopoty z potencją – podczas inicjacji czy kiedykolwiek. Jakie są twoje doświadczenia?

Ojcowie raczej nie uświadamiają, a jeśli już, to ten temat pomijają. Wiadomo, że potencję się ma, i już. W podtekście tego milczenia jest ukryta intencja – nie skompromitujesz ojca, nie przyniesiesz mu wstydu. Mężczyźni uczą się więc od ojców nie przyznawać do słabości. Na drugim biegunie kobiety uczą się od matek, że wszelkie doznania genitalne to wstyd i odcinają się od swojej mocy. A przecież wszystkie te stany są ludzkie – właściwe dla obu płci. Z perspektywy humanistycznej nie ma żadnego powodu, aby reglamentować prawa do mocy lub niemocy.

Ale powiedzmy też prawdę: jego problemy z potencją to zawsze ważny znak dla partnerki. Jest wiele przyczyn, które mogą je wywołać, więc łatwo się pomylić w odnalezieniu tej właściwej. A sam bohater często nie chce mówić. I co ona ma z tym zrobić? Może go jedynie wspierać. Ale tylko dotknięty problemem niemocy może znaleźć rozwiązanie. To dla niego znak, że za dużo pracuje, przeżywa stres albo doświadcza konfliktu uczuć. Że powinien się zatrzymać i poddać refleksji swój sposób bycia w związku.

Wyczuwam w kobietach myśl, że to męski problem, którego lepiej nie dotykać. Tymczasem rozmowa bywa tu najlepszym lekarstwem. Tak, ale po pierwsze, ma to szansę w związku, w którym partnerom na sobie zależy. Tam, gdzie liczy się tylko seks, można się spodziewać, że on czym prędzej ucieknie, a ona odetchnie z ulgą. Po drugie, to naprawdę sprawa mężczyzny – ona tego problemu nie rozwiąże, może wspierać partnera. Rozmawiać – tak, ale nachalność i matkowanie są wykluczone. Najlepiej spytać go, czego potrzebuje. Najlepsza jest wyrozumiała obecność i spokojne powroty do seksu. To jak z upadkiem z konia, każdy jeździec musi to przejść, potem odleżeć, ile trzeba, i wsiadać znowu na konia. Nie pielęgnować lęku w odosobnieniu. A jak trudność jest nie do przejścia, sięgnąć po pomoc medyczną lub terapeutyczną.

Część kobiet wpada w panikę, na ogół uważają, że ich partner ma kochankę, że przestały być atrakcyjne albo nie są już kochane. Mówiliśmy nieraz o tym, że łóżko to teren nie tylko do seksu, a seks nie zawsze służy jedynie naszej seksualności. Jeśli seks ma być sposobem na niezaspokojone inne potrzeby, to niesprawność seksualna jest tym większą katastrofą. Tracimy wtedy środek na uśmierzanie nieuświadomionego cierpienia! Jeśli mamy ze sobą słaby kontakt, łatwo wpaść w panikę, samooskarżanie lub oskarżanie innych. Albo sięgasz po rozmaite „dopalacze” czy „rozluźniacze”, które nawet jak pomogą, to na chwilę, po czym problem wraca ze wzmożoną siłą. W sytuacji choroby i lęków najlepsza jest otwarta rozmowa z lekarzem, poznanie różnych opcji, możliwych konsekwencji i świadomy wybór sposobu postępowania.

Seks nie musi być twardością i mocą, może być czułością i wyrafinowaniem. Pianista zwykle nie wali w klawisze. Erekcja jest tylko częścią seksu, mamy poza tym palce, język, nawet słowa. I czułość. Intuicja i wiedza mówią, że dla kobiet czułość jest najważniejsza. A mężczyzna nowej epoki też potrafi dać i przyjąć czułość. W życiu na ogół jest więcej możliwości, niż nam się zdaje. Erekcja jest ważna, ale to niejedyna droga do spełnienia. Dostałam niedawno list od 60-letniej kobiety po przejściach. Jej sparaliżowany partner nie może tradycyjnie uprawiać seksu. A robią to z radością i sukcesem po swojemu. I ona pisze, że dopiero teraz odkryła radość seksu. Seksualność to dar na całe życie, a sposoby jej wyrażenia są nieograniczone.

U faceta nieuchronnie z wiekiem maleje potencja. Wiotczeją mięśnie, coraz mniej sił, a tu jeszcze taki wstydliwy kłopot. Ale wymyślono viagrę! To rozwiązuje wiele problemów mężczyzn, ale czy nie stwarza nowych? Owszem, stwarza – nie ma cudów! Jak z każdym lekiem trzeba zachować dużą ostrożność. A starzenie się to osobny temat – jak wchodzić w starszy wiek ze zgodą na to, co przynosi, i z odwagą żegnania się z tym, co przemija. Ilu dorosłych synów patrzy na starych ojców z czułością i dumą? Ilu ojców starzeje się z poczuciem, że nie zdradzili siebie? Oby było ich coraz więcej – a odnalezienie w sobie zgody na moc i niemoc uwolni energię do pełni życia.

Olga Haller psycholożka, terapeutka Gestalt, prowadzi wraz z mężem Adamem Centrum Counsellingu Gestalt www.gestalt.haller.krakow.pl w Krakowie. 

  1. Psychologia

Czy warto mówić sobie wszystko w związku?

Gdy ona dopytuje
Gdy ona dopytuje "Ile miałeś kobie?", nie znaczy, że chce naprawdę wiedzieć. chce tylko trochę poprowokować. Podobnie gdy on pyta: "Czy z tamtym było ci lepiej niż ze mną?" (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Bezgraniczne oddanie i potrzeba symbiozy z partnerem rodzi też pragnienie posiadania o nim pełnej wiedzy. Co, jeśli ukochany coś skrywa? Albo wyznaje rzeczy, których wolałabyś o nim nie wiedzieć? Pawła Droździaka, psychologa i psychoterapeutę, pyta Renata Mazurowska.

Przyznam, że zawsze mnie zadziwiała ludzka potrzeba, by w kolejnych związkach opowiadać sobie o poprzednich partnerach, na ogół źle…

To proste: poznajemy kogoś nowego, powierzamy mu swoje tajemnice i w ten sposób podkreślamy, że istnieje jakaś intymność, bo odkrywamy, że mówimy i robimy z tą osobą to, czego nie robimy z innymi. To rodzaj psychologicznych zaślubin. Opowieść o poprzednich partnerach jest czymś w rodzaju ofiary złożonej partnerowi, wiana wniesionego do związku.

Zaznaczamy nieważność poprzednich relacji, a podkreślamy ważność tej, którą właśnie zakładamy?

Tak, bo „teraz to ty jesteś tym kimś szczególnym, a te osoby stają się tylko historią”.

Jest też w tym pewna kokieteria: „Powiedz mi, że te przede mną nie miały znaczenia, że tak naprawdę dopiero gdy mnie spotkałeś, odkryłeś, że jestem tą jedyną, kobietą twojego życia”.

Gdy ona pyta: „Ile miałeś kobiet?”, to nie znaczy, że chce naprawdę wiedzieć, znać liczbę. Chce tylko trochę poprowokować, postawić pod ścianą, zobaczyć, jak partner sobie poradzi z tym pytaniem. Podobnie, gdy on pyta: „Czy z tamtym było ci lepiej niż ze mną?”. Przecież on nie chce usłyszeć, jak naprawdę wypadł w tym porównaniu. Chce coś dostać, ale czy to koniecznie musi być prawda? Co by wtedy z nią zrobił? Dlatego sądzę, że ta prawda powinna być zarezerwowana dla psychoanalityków albo na tę smutną chwilę, gdy swój aktualny związek bezpowrotnie chcemy zamordować.

Jest jeszcze inny aspekt mówienia sobie wszystkiego – to szczególny sposób unikania odrzucenia. Na zasadzie „Powiem teraz, od razu wszystko to, co najgorsze, i jeśli on mnie nie odrzuci, to później już raczej to nie nastąpi. A jeśli ma odrzucić, to lepiej od razu, zanim się zaangażuję. No więc od razu mówię wszystko”. Czasem to działa, bo rozbraja.

A co, jeśli naprawdę nie chcemy mówić o przeszłości?

Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do takiego sposobu rozpoczynania relacji, że sobie jednak o przeszłości opowiadamy, to może mieć pewien niepokój, gdy druga osoba nie chce o tym rozmawiać. Pojawia się obawa, czy to znaczy, że w tej przeszłości jakoś tkwi, nie potrafi jej dla mnie porzucić, zdradzić? Może tak być, ale może być i tak, że ta przeszłość ma na tyle traumatyczny wymiar, że dla tego kogoś jedynym sposobem radzenia sobie jest o tym po prostu zapomnieć.

A może chce zachować dawne przeżycia tylko dla siebie i byłego partnera?

Może, zwłaszcza jeśli ma bardzo rozbudowany aspekt lojalności. Mówi: „Owszem, jestem teraz z tobą, ale o poprzednim związku nie chcę mówić, bo mój ekspartner by tego nie chciał, a ja jestem zawsze w porządku”. Czy ktoś będący „zawsze w porządku” jest zdolny do miłości, czyli do sytuacji, w której traci się głowę? To ciekawy temat. Na pewno tego rodzaju postawa może wyjaśniać opór przed nieskrępowanymi zwierzeniami.

Poppsychologiczna kultura sugeruje czasem ludziom, że ich związek powinien być trochę jak skrzyżowanie talk-show z sesją psychoanalityczną. Mówcie sobie wszystko, to was wyleczy. Oczywiście, dobra komunikacja i otwartość to ważne rzeczy, ale to nie tak, że wywalanie sobie wszystkiego magicznie naprawia związek. Psychoanaliza nie jest tym samym co uwodzenie. Rządzi się innymi prawami.

Gdy partner objawi nam się w całej swojej szczerości, przestaje też być dla nas interesujący.

Pomyślmy: jeśli kobieta śpi w wałkach i maseczce na twarzy, to jest autentyczna, prawda? Prawdziwa. Niczego nie udaje. Jednak nie działa to dobrze na intymność w związku, bo ją zabija. Przekaz jest jasny: „Nie muszę już przed tobą niczego udawać”. On podobnie – chodzi w przepoconym podkoszulku, kapciach, powyciąganych portkach od dresu i jest nieogolony. Oboje siebie akceptują w pełni prawdziwymi, takimi, jacy są. Problem w tym, że tego rodzaju intymność zabija tajemnicę i nie pozwala fantazjować. Bo to, co nas pociąga w drugiej płci, to nie, jaka ta druga osoba jest naprawdę, tylko to, jak sobie ją wyobrażamy. Przyciąga nas bliskość, ale też pewien element fantazmatyczny.

Niemówienie o wszystkim partnerowi wynika niekiedy z chęci ocalenia własnej przestrzeni, ale może też rodzić się z lęku przed odrzuceniem. Czasem mamy naprawdę co skrywać. Na przykład jednorazowa zdrada. Mówić partnerowi czy nie? Psychologowie często radzą, żeby nie mówić, bo jeśli zdrada była „bez znaczenia”, to po co partnera ranić i go tym obciążać. Ja jednak uważam, że zdrada, także niewypowiedziana, i tak oddziałuje na związek.

Psycholog nie jest od tego, żeby traktować rozmówców jak dzieci, którym trzeba mówić, kiedy coś powiedzieć, a kiedy nie. O czymś takim mogą sobie ludzie przecież swobodnie zdecydować sami.

Jasne, że mogą, chcę tylko, żebyśmy się zastanowili, co oznacza – dla relacji, dla nas – gdy jedna z osób skrywa rzeczywisty ciężar dotyczący relacji. Czuje, że jest nie fair, a musi udawać, że nic się nie stało. Jak żyć z tajemnicą swojej zdrady?

To, czy jest to przeżywane jako ciężar, zależy od struktury danej osoby. Są przecież takie związki, gdzie ludzie lubią sobie opowiadać o swingowaniu i ekscytuje ich to.

Inni na przykład są w związku oficjalnie monogamicznym, ale nie czują zbyt mocno monogamii. Widzą ją raczej jako roboczy kompromis współpracy i dyplomatycznych przemilczeń. Tacy już są i śmiem twierdzić, że w większości przypadków obie strony jakoś to wiedzą. No i są też tacy, którzy się zadręczają, ponieważ wierzą w monogamię, a zdradzili, bo chcieli odpowiedzieć na jakąś zdradę partnera, na jakieś poczucie odrzucenia, prawdziwe bądź wyimaginowane, bo chcieli jeszcze raz odegrać jakiś swój życiowy dramatyczny spektakl „zbrodni i odkupienia”. Wówczas może pojawić się silna pokusa, by zdradę ujawnić, zobaczyć, co partner z nią zrobi, oczekiwać od niego rozgrzeszenia, zobaczyć jego ból, żeby wiedział, jak nas kiedyś bolało, albo doprowadzić do tego, że teraz on odejdzie pierwszy. To są czasem bardzo złożone, wielopiętrowe gry i nie sposób tego w jednej rozmowie pomieścić. Jedyne, co bym tu mógł sugerować, to refleksja na temat własnych najprawdziwszych motywów. Kiedy jest szczera, odpowiedzi przychodzą same.

Jest jeszcze inny rodzaj tajemnicy w związku – dotyczy pochodzenia. Ktoś ma jakiś rodzinny sekret albo sam tworzy tabu wokół jakiejś osoby. Przodek zbrodniarz, ojciec alkoholik, matka schizofreniczka albo babcia, która trzyma w domu 40 kotów i zbiera dla nich jedzenie po śmietnikach… Znam takie przypadki.

Szczególnie teraz często można to zaobserwować, gdy mamy do czynienia z szybkim awansem społecznym – ludzie boją się konfrontacji partnera i jego rodziny z własną rodziną, bo jest ogromna różnica klas. Masz rodziców alkoholików, może balansujących na granicy bezdomności, a wykształciłaś się i zrobiłaś karierę. Całe życie uciekasz przed tą przeszłością i jakoś nie możesz się z nikim związać. Aż poznajesz cudownego mężczyznę z tzw. dobrej rodziny, zakochujecie się i nagle podczas kolacji w świetnej restauracji zaczynasz mieć atak paniki.

To ze strachu przed odrzuceniem, gdy się wyda?

Nie tylko przed odrzuceniem. Są w tobie jakby dwie osobowości. Pierwsza – ta stara. Bierze się z tego miejsca, gdzie były krzyki, chowanie się pod stół, trauma. I nałożona na to druga osobowość, doskonale sobie radząca, akceptowana i społecznie podziwiana osoba, do tego na stanowisku.

Dwie tożsamości, które trudno złożyć w jedną?

Wręcz się nie da, bo duża część tej siły, która napędza sukces, pochodzi właśnie z tego, że chce się coś przykryć. Odczynić. Ale jej sedno bierze się z wrodzonego potencjału, który udało się zrealizować, mimo przeszkód, drogą ogromnego wysiłku.

A gdybym powiedziała o swoich obawach partnerowi?

To nie jest takie proste. Mówimy o wewnętrznym pęknięciu w tej osobie, o tym, że ona w sobie nie integruje tych dwóch części. Więc najpierw jest tajemnica przed sobą. Kim naprawdę jestem? Taki ktoś może mieć za sobą historię bardzo wielu upokorzeń, przed którymi ucieka. Dlatego odnosząc sukcesy, ma wrażenie, że to nie jest do końca prawdziwe. No i poznaje kogoś, kto może dla niego uosabiać lepszy świat, ma fajną rodzinę i tak dalej. I początkowo wszystko jest w porządku, ale w miarę jak związek się rozwija, zaczyna się rodzić coraz większy, nieokreślony niepokój – taka osoba zaczyna być drażliwa albo się zamyka, albo wycofuje z relacji – sama nie rozumiejąc dlaczego.

Tajemnice w postaci przemilczeń rodzą ogromne konsekwencje w związku.

Jeśli chodzi o wewnętrzne pęknięcie w czyjejś tożsamości, to fakt – może ono w ogóle uniemożliwiać człowiekowi stworzenie związku. Gdy mamy takie doświadczenia rodzinne, że inni nie przyjmują naszych uczuć, płacz jest karany, bezradność jest karana, błędy są karane – to może się zdarzyć, że każda sytuacja, kiedy sobie z czymś człowiek nie radzi, staje się sekretem do ukrycia. Taki człowiek jest przekonany, że jedyne, czym świat jest zainteresowany, to ta piękna fasada.

Abstrahując od zranień, które wiele osób wnosi do związku, to z pewnością są i takie tajemnice albo nieopowiedziane wcześniej historie, które pozwalają, nawet po latach, na nowo zainteresować się partnerem. Spojrzeć na niego z podziwem, zachwytem, niedowierzaniem. Uratowałeś topiącego się kolegę, wow! Byłeś punkiem w latach 80, super! Pisałaś kiedyś wiersze!

Ciekawe przykłady. Warto by wiedzieć, jak to się mogło stać, że takie, w gruncie rzeczy przecież wcale nie wstydliwe, tylko właśnie ciekawe szczegóły, nie weszły później w skład obrazu siebie w oczach drugiej osoby i dopiero po latach partner je odkrywa. Interesujące, jak to mogło się stać. Ukrywanie zranień i własnej tożsamości, od której się uciekło, to jedno. A drugą sprawą jest pytanie, na ile w ogóle kobieta i mężczyzna mogą stać się dla siebie zrozumiali i odkryci.

Budowanie magii w związku nie polega na tym, że relacjonujemy każdy szczegół. „Czy sposób, w jaki dochodzę z tobą do orgazmu, jest optymalny w porównaniu do tego, jak dochodziłam z Wiesławem? Ile dokładnie, ale naprawdę dokładnie, miałeś kobiet? Wymień je w kolejności i opisz, jaką miały figurę, porównując to z moją”. W związku warto być szczerym, ale pewne rzeczy lepiej zostawić na psychoterapię.

 

Paweł Droździak - psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego

  1. Seks

Nie możemy zajść w ciążę - jak starania o dziecko wpływają na związek?

Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty (fot. iStock)
Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Co czwarta para w Polsce ma problem z zajściem w ciążę. A im bardziej tego chcą, tym bywa trudniej. Jak sobie radzić z niepokojem i przerażeniem, gdy mimo starań nic z tego nie wychodzi – wyjaśnia seksuolog Krzysztof Korona.

Wydaje się, że seks zupełnie już oddzielił się od prokreacji. A tu nagle jak grom z jasnego nieba spada na nas niechciana ciąża albo wprost przeciwnie, dojrzeliśmy już, by mieć dziecko, a tu nic. Dane statystycznie mówią, że co czwarta, piąta para w Polsce ma problem z zajściem w ciążę. Partnerzy są pod presją, bardzo chcą dziecka, ale im bardziej chcą, tym bardziej się nie udaje. Generalnie ludzie mają coraz mniej dzieci i rodzą się one coraz późnej. To ostatnie nie sprzyja prokreacji. Ilość stosunków, które doprowadzają do zapłodnienia i ciąży, jest nieproporcjonalnie duża wobec szans na poczęcie dziecka. W przeszłości obwiniano za to wyłącznie kobiety. W teorii ukrytej owulacji pada stwierdzenie, że prakobiety w przeciwieństwie do innych samic dających reprodukcyjny komunikat swym wyglądem i zapachem w okresie rui zaczęły świadomie ukrywać przed mężczyznami jajeczkowanie. Mając zawsze gotowość do kopulacji, zaczęły przeżywać orgazm także w okresie niepłodnym, więc mężczyzna już nie wiedział, kiedy należy poruszać biodrami, by zrobić dziecko, a kiedy ów wysiłek jest zbyteczny. Współczesny człowiek uprawia seks tak często, bo ma orgazm, czyli rozkosz, co łączy i buduje więź z partnerem, daje fizyczne odprężenie, a czasami załatwia podwyżkę, awans lub prowadzi do zapłodnienia.

Gdy nie dochodzi do zapłodnienia, chociaż ludzie się o to starają, po czyjej stronie jest częściej „wina”? Z psychologicznego punktu widzenia wypowiadanie się na temat winy jest nieporozumieniem. Często się zdarza, że gdy ludzie starający się bezskutecznie o dziecko rezygnują z leczenia, kobieta niespodziewanie zachodzi w ciążę, bo stres związany z próbami poczęcia to jedna z częstszych przyczyn problemów z zapłodnieniem.

Słyszałem, że męskie nasienie też przeżywa kryzys. To prawda, szczególnie w Polsce jakość nasienia mężczyzn jest zła. Według badań sperma przeciętnego Polaka zawiera nawet pięć razy mniej plemników w porównaniu ze spermą Kanadyjczyka czy Fina. Strzelamy ślepakami. Dlaczego? Z chłopcami nie rozmawia się o szkodliwości palenia i picia alkoholu w kontekście zdrowych plemników. Nie mówi się: „Nie jedz czipsów, bo plemniki tłuszczem ci obrosną i nie dadzą rady wziąć udziału w rajdzie po złote jajo, którego drogi biegną po krętych ściankach pochwy i jajowodu, istnym torze przeszkód”. Polscy rodzice w dalszym ciągu razem z religijnymi ortodoksami wrzeszczą: „Nie ruszaj siusiaka”, podczas gdy inne nacje uczą chłopaków, jak badać sobie jądra i sprawdzać, czy nie ma na nich nowotworowego guza. Nie inaczej jest z dziewczętami. Gimnazjalistki nie wiedzą, że pochwa kobiety nie jest miejscem, do którego powinno się wlewać szampana dla zabawy. Stojąca na straży czystości polskiej waginy zdrowa flora bakteryjna nie daje sobie rady z atakiem grzybów pobudzonych przez sznurek stringów. Pada też ofiarą wybuchu brudnej bomby biologicznej, jeśli właściciel penisa nie dba o higienę. Polska pochwa za często jest w stanie zapalnym.

A stres, o którym się często mówi? Ma ogromne znaczenie. Tam, gdzie pojawia się lęk, biologia wyłącza funkcje rozrodcze. Swojego czasu w mediach było głośno o żyrafach, które przestają się rozmnażać z powodu stresu. Dotyczy to wszystkich zwierząt, w tym też człowieka. Kiedy obserwuję pary doświadczone przez dramat niepłodności, często okazuje się, że ci ludzie już wcześniej, zanim zaistniał ten problem, żyli w stresie, walcząc o przeżycie albo by mieć więcej. Nad większością młodych małżeństw, które powinny żyć w atmosferze miłości, spokoju, wisi jak topór kredyt i groza utraty pracy.

Dlatego też ludzie dzisiaj odwlekają ciążę, jak długo się da. Facet przekonuje, że jeszcze ich na dziecko nie stać, kobieta ma zawodowe ambicje, które ciąża może przekreślić. A czas ucieka i nagle dzwonią wszystkie dzwonki alarmowe, zaczyna się panika i pogoń za ciążą. Ani męska, ani żeńska rozrodcza aparatura nie znosi stresu i nacisków. Męska hydraulika jest delikatna, łatwo zawodzi, u kobiet może dojść do oziębłości seksualnej, problemów z orgazmem. Kiedy zaczynają się starania o dziecko i nic tego nic nie wychodzi, pojawiają się niepokój i konflikty. Wtedy para powinna być objęta opieką specjalisty. Seks jest zaburzony walką o dziecko, ale po jego narodzinach też bywa zaburzony przez brak snu, czasu, brak czułości dla siebie nawzajem. Ciepłe emocje gromadzą się wokół nowo narodzonego. To zwykle mężczyźni czują się wtedy odtrąceni, dziecko zajmuje ich miejsce. Kobieta nie ma zazwyczaj zdrowia ani siły na seks.

Czy orgazm jest potrzebny do poczęcia? Biologicznie kobiecie potrzebny był orgazm głównie ze względu na to, by zaraz po stosunku nie wstawała, pionizacja doprowadzić mogła do wycieku nasienia. Zmęczenie wywołane orgazmem sprawiało, że przez pewien czas zmuszona była pozostać w pozycji horyzontalnej. Mówiliśmy już o tym, że polskie małżeństwa są pod presją różnych lęków, co w sposób oczywisty blokuje gotowość fizjologiczną do zajścia w ciążę. Nie da się dokonać aktu prokreacji na zawołanie, gdy teściowa puka w ścianę z pokoju obok, od tygodnia zaniepokojona brakiem miłosnych pomruków.

Jak często twoi pacjenci obarczają się winą za to, że nie mogą zajść w ciążę? Często. Ciężko im pomóc, szczególnie gdy spory doprowadziły już do zaburzeń libido czy erekcji. A pojawienie się miesiączki po próbach zapłodnienia przeżywane jest jak żałoba. Zaczyna się karuzela emocjonalna. I dramat. U kobiety pojawiają się wtedy objawy depresji. Zaczynają się kłótnie i konflikty. Seks przestaje być przyjemnością, staje się zadaniem do wykonania. Wtedy psychoterapia jest jedynym sensownym lekiem na lęk przed niepłodnością. Źle leczona niepłodność i nastawienie się pary na seks na godzinę powoduje rozpad relacji miłosnej. Nawet gdy uda im się zajść w ciążę, są tak poturbowani emocjonalnie, że ciężko potem sprostać stresom po narodzeniu dziecka.

Jeśli zajście w ciążę nie udaje się drogą tradycyjną, jest metoda in vitro, ale tu Kościół grozi palcem. Niemal 99 proc. moich pacjentów, którzy przychodzą w sprawie in vitro, ma dramatyczny problem moralny. Wysoka jest cena za potępienie tej metody przez Kościół katolicki. Przy poczęciu pojawia się o też lęk przed karą, która może być ukierunkowana na niewinne dziecko. Gdy para poddaje się procedurze in vitro w strachu, że skazują siebie i dzieci tak narodzone na potępienie, często zdarza się, że nie przynosi ona efektu. Tu znów namawiałbym do spotkania z psychologiem, który pomoże nam pozbyć się mechanizmów nerwicowych związanych z religią. Ale też w wielu przypadkach siła instynktu i pragnienie posiadania dziecka kruszy nasz światopogląd. Ważne, że nie mamy już kłopotu związanego z brakiem możliwości pozyskania nasienia i jest duża oferta środków farmakologicznych pomagających w zajściu w ciążę.

A co jeszcze przeszkadza? Błędy popełniane niechcący przez lekarzy. Niewłaściwa rozmowa z ludźmi starającymi się o dziecko może doprowadzić do dodatkowych niepokojów. Jeśli mężczyzna ma słabe plemniki, to nie znaczy, że zapłodniona nimi żona urodzi dziecko z wadami genetycznymi! Tak nie jest. Czasem przychodzi do mnie para w ciąży i mówi, że nie uprawia seksu, bo „boją się coś zepsuć”. Jeżeli masz wątpliwości i obawy, idź do ginekologa!

Teraz krótko: jak uprawić seks, żeby mieć dziecko? Należy mieć stosunek co dwa, trzy dni, optymalny moment do zapłodnienia jest na dzień lub dwa przed owulacją. Doradzam seks miłosny. Jak są problemy, należy sięgać po fachową poradę. I zachować spokój.

Krzysztof Korona: psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

  1. Seks

Mam sny erotyczne o innych kobietach. Czy jestem bi?

Biseksualizm jest pojęciem anachronicznym. Charakterystycznym dla kobiet wyróżnikiem zachowań seksualnych jest to, że orientacja seksualna nie musi być u nich czymś statycznym. (Fot. iStock)
Biseksualizm jest pojęciem anachronicznym. Charakterystycznym dla kobiet wyróżnikiem zachowań seksualnych jest to, że orientacja seksualna nie musi być u nich czymś statycznym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Heteroseksualna kobieta miewa erotyczne sny o… innych kobietach. O czym to świadczy, tłumaczy edukatorka seksualna dr Alicja Długołęcka.

Heteroseksualna kobieta miewa erotyczne sny o… innych kobietach. O czym to świadczy, tłumaczy edukatorka seksualna dr Alicja Długołęcka.

Monika ma 29 lat, pracuje w galerii sztuki i jest atrakcyjną brunetką. Od sześciu lat mieszka z Rafałem. Są szczęśliwą parą z udanym życiem seksualnym. Planują ślub. Jednak od jakiegoś czasu coraz bardziej niepokoi Monikę pewna sprawa. Otóż dziewczyna często miewa erotyczne sny o pieszczących się kobietach. Za każdym razem śnią jej się inne osoby, nieznane z realnego życia. W snach tych odczuwa bardzo przyjemne podniecenie, ale rano pojawia się zażenowanie i niesmak. Nikomu o tym nie opowiada, ponieważ się wstydzi. I sama myśl, że mogłaby się do niej w ten sposób zbliżyć jakaś kobieta, budzi w niej wstręt. Ponieważ Monika ma takie sny coraz częściej, czuje z tego powodu narastający dyskomfort. Podejrzewa, że być może jest biseksualna. Zastanawia się, czy wszystko z nią w porządku i czy jej niechciane fantazje są normalne?

Komentarz: Nie istnieje coś takiego jak obiektywna, uniwersalna norma seksualna. Seksualność ograniczają normy społeczne i religijne – wpisane w obyczajowość, prawne – określające, co jest, a co nie jest wykroczeniem, i wreszcie normy medyczne, których przekroczenie szkodzi zdrowiu człowieka. Oczywiste jest, że orientacja homoseksualna według norm medycznych nie jest żadnym zaburzeniem, prawnie również nie podlega sankcjom, chociaż jeszcze 30 lat temu milicja robiła „spisy homoseksualistów”. Natomiast normy społeczne czy religijne podlegają wolniejszym zmianom i homoseksualizm wciąż budzi kontrowersje.

Z perspektywy seksuologicznej senne wizje Moniki jak najbardziej mieszczą się w normie. To, co może niepokoić, to silne negatywne emocje, jakie w niej wywołują. Jeśli Monika skłonności homoseksualnych nie ma – sny byłyby epizodyczne i już by wygasły. Powracają, ponieważ nadaje im tak wielkie znaczenie i skupia wokół nich ogrom negatywnych emocji. Możliwe, że właśnie z tego powodu się nasilają.

W klasyfikacji zaburzeń seksualnych wyróżnia się tzw. egodystoniczność, czyli odrzucanie tej części ego, która wiąże się z homoseksualnością. W interpretacji psychoanalitycznej wynika to z rozbieżności pomiędzy id a presją społeczną (superego), co w rezultacie prowadzi do frustracji. Być może problem ten dotyczy naszej bohaterki. Zastanówmy się, dlaczego Monika boi się swoich myśli? Dlaczego aż tak się na nich koncentruje?

Gdyby śniła jej się konkretna, realna osoba, mogłoby to świadczyć o fascynacji daną kobietą, pewnego rodzaju identyfikacji z nią, chęci upodobnienia się. Warto by było wówczas zwrócić uwagę na to, kto w tych snach jest dominujący i w jaki sposób się śni. Gdyby w snach pojawiała się osoba, w której Monika się zakochała i której pożąda, sytuacja byłaby jasna, ale ponieważ dziewczynie śnią się różne, obce kobiety, przyczyna tych snów nie musi być związana z orientacją homoseksualną.

Być może Monika ma, a raczej miała – bo obecnie je wypiera – idealistyczne wyobrażenia o miłości lesbijskiej. A rodzaj tych wyobrażeń odpowiada temu, czego brakuje jej w ars amandi partnera. Seks kobiecy powszechnie kojarzy się ze specyficznym uwodzeniem i romantyczną otoczką. Warto dodać, że to stereotyp, bo miłość lesbijska w realnym życiu ma wiele scenariuszy, tak samo jak heteroseksualna. Ale ponieważ kobiety heteroseksualne niezbyt często znają lesbijki, to zdarza się, że tęsknią za wyobrażaną przez siebie nie tyle prawdziwą miłością lesbijską, ile za jej aurą, pełną czułości i wzajemnego zrozumienia.

Nie znamy szczegółów życia seksualnego Moniki, ale może z racji tego, że jej związek trwa już od dłuższego czasu, pojawiła się w nim rutyna? Być może Monice brakuje gry wstępnej, pewnej empatii w fizycznej bliskości albo jakiegoś rodzaju określonych pieszczot, typu miłość francuska? Może pragnie więcej pocałunków, a mniej pieszczot genitalnych? Powinna się nad tym zastanowić i jeśli tak jest – porozmawiać z partnerem, jak wzbogacić współżycie o pożądane elementy.

Przyczyna fantazji bohaterki może mieć też bezpośredni związek z homoseksualnością. Na podstawie podanego opisu nie potrafię jednak stwierdzić, w jakiej proporcji jest ona do heteroseksualności. Bo czy nam się to podoba czy nie, w każdym z nas jest pierwiastek homoseksualny. Posługując się już nieco przestarzałą, uproszczoną siedmiostopniową skalą Kinseya, określającą orientację seksualną, można powiedzieć, że stosunkowo mało jest typów ekskluzywnych, a więc takich, które można określić jako wyłącznie heteroseksualne czy wyłącznie homoseksualne.

U Moniki nie nastąpił najważniejszy wyróżnik diagnostyczny, pozwalający stwierdzić, że jej tożsamość jest homoseksualna – to znaczy w jej realnym życiu nie pojawiła się miłość i pożądanie do konkretnej kobiety. Chociaż nie możemy wykluczyć, że nie doszłoby do tego, gdyby przestała bać się swoich fantazji.

Biseksualizm, o którym myśli Monika, jest pojęciem anachronicznym. Charakterystycznym dla kobiet wyróżnikiem zachowań seksualnych jest to, że orientacja seksualna nie musi być u nich czymś statycznym np. nierzadko się zdarza, że do mniej więcej 35. roku życia kobieta ma tożsamość heteroseksualną i czerpie satysfakcję z tego rodzaju kontaktów, a potem zakochuje się w kobiecie i związek z nią jest pod względem seksualnym równie satysfakcjonujący. Współczesny seksuolog powie wtedy, że początkowo taka kobieta miała tożsamość heteroseksualną, a później zmieniła się ona na homoseksualną.

Warto, żeby Monika uzmysłowiła sobie, że dopóki nie przestanie amputować z siebie treści, których nie akceptuje, nie będzie w stanie poznać w pełni swoich potrzeb i pragnień. Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie i Monika nadal będzie borykała się z brakiem akceptacji dla swoich fantazji, dobrze, żeby skonsultowała się z psychologiem bądź seksuologiem, który pomoże jej zobaczyć, co się kryje za tą barierą odrzucania i wstrętu.

Alicja Długołęcka, doktor nauk humanistycznych, edukatorka seksualna, autorka licznych książek, propagatorka zdrowia seksualnego, doradca partnerski i rodzinny.

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Jak? Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem? Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań? Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli? Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą? Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni? Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny… Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają? Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy? Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze... Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy? Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw? Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.