1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Druga pierwsza miłość

Druga pierwsza miłość

fot. Getty Images/ Gallo Images
fot. Getty Images/ Gallo Images
Rozstanie nie musi oznaczać końca świata. To szansa na stworzenie nowego związku, w którym będziemy bardziej w zgodzie ze sobą. Pod warunkiem że wcześniej odrobimy lekcję i wejdziemy w niego świadomi własnych potrzeb i wartości. Jak zacząć śnić swój własny sen o miłości, pytamy coach psychologii procesu Agatę Gebhardt.

 

Często opiewamy pierwszą miłość i pierwsze zauroczenie, ale ono rzadko okazuje się tym na zawsze, więc wchodzimy w kolejny związek. Czy to znaczy, że łatwiej go zbudować, bo wcześniej przerobiliśmy lekcję pierwszego? Czy za każdym razem rozpoczynamy od nowa?

Może na początek warto znaleźć odpowiedź na pytania: Czym był ten pierwszy związek? Czy to była przyjaźń czy kochanie, czy zauroczenie, które z czasem minęło, ale ważne zobowiązania nie pozwoliły nam się rozstać? A może był jeszcze czymś innym: ucieczką, transakcją, układem? Nie brzmi to już tak romantycznie, prawda? Często przyczepiamy do pudełka z pamiątkami po pierwszej relacji tabliczkę „pierwsza miłość” albo inną, i kładziemy na najwyższej półce pamięci, z adnotacją „nie otwierać”. Ale warto je otworzyć, bo to niesie bezcenny dar świadomości, który zwiększa szansę na drugą miłość… a może właśnie pierwszą? Przyjmijmy więc, że rozmawiamy o ważnym związku, często sformalizowanym, ale nie do końca wiemy, czym on był, kto go tworzył i po co. Warto poszukać odpowiedzi na te pytania, bo jeśli wchodzimy w nowy związek, to jego jakość w dużej mierze zależy od tego, czego z poprzedniej relacji dowiedzieliśmy się o swoich potrzebach, wartościach, zachowaniach, reakcjach... I z jakimi przekonaniami na temat siebie i ogólnie relacji z niego wyszliśmy, jakie obietnice złożyliśmy sami sobie.

(…)

Więcej w lutowym numerze magazynu SENS.

 

Wydanie 02/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wzorce w relacjach. Może lepiej nie wiedzieć, jaki ma być mój partner?

Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
A może by tak porzucić oczekiwania, że on ma być opiekuńczy, zaradny, wysportowany i mieć niebieskie oczy? Bo czasami lepiej nie wiedzieć, jaki ma być i wybrać tego z etykietką „zupełnie do mnie nie pasuje”. Do czego taka postawa doprowadzi w związku, mówi life coach Joanna Godecka. 

To żadne odkrycie, że w związki wchodzimy rządzeni przez różnego rodzaju wzorce. Do czego może prowadzić ich nieuświadomione odtwarzanie w kolejnych relacjach?
Funkcjonując zgodnie z wzorcami, mamy tylko dwie drogi do wyboru. Nagle budzimy się dokładnie w takim samym związku, w jakim żyli nasi rodzice, albo w jego zaprzeczeniu. W jednym i drugim przypadku jest to nieprawda. A w pewnym momencie życia chcemy już tylko prawdy.

Kiedy wreszcie uświadomimy sobie te schematy i powiemy „dość”, tracą one swoją moc. Jednak wtedy docieramy jednocześnie do miejsca dużej niepewności. Potrzebny jest nam nowy pomysł. Jak go znaleźć?
Niczego nowego nie stworzymy, jeśli usiądziemy i będziemy myśleć, co już było, a czego jeszcze nie. Kalkulacja w sprawach uczuć nie ma żadnych szans. I tak zweryfikuje się negatywnie. Znowu wpadniemy w jakąś rolę i będzie teatr. Kiedyś mężczyzna miał zarabiać, a kobieta prowadzić dom, potem to zaczęło się zmieniać, kobiety zaczęły robić karierę i zapracowały na swoje złote karty kredytowe. Wszyscy to wiemy, ten proces ewoluował całe lata na naszych oczach. Natomiast teraz liczy się partnerstwo, oboje pracujemy, oboje przynosimy pieniądze. Czyli pojawił się następny model, w którym – jak widać – po raz kolejny grzęźniemy.

Często zdarza mi się pracować z ludźmi, którzy boją się związku, bo kojarzy im się on z ciasnym, dusznym pokojem, w którym nie ma okien. Mam wrażenie, że przeczuwają oni nadchodzącą katastrofę. I słusznie, bo każdy model jest jakimś schematem, jakimś ograniczeniem, a one przecież do niczego dobrego nie prowadzą.

Model partnerski może niektórych straszyć wymuszaniem niezależności, na którą nie każdy i nie zawsze ma ochotę. Jest tu też coś niebezpiecznie bezpłciowego.
Myślę, że związki budzą lęk przed codziennością, taką „misiowatością”. Ciągłe eksploatowanie tych samych zachowań sprawia, że przestają one być atrakcyjne. Schematem jest też myślenie, że jak żyjemy w związku, to pewne rzeczy musimy robić. Na przykład wracać po pracy do domu. I rezygnujemy z plotek u przyjaciółki, żeby partner nie czuł się zaniedbywany. Zawsze, gdy wyznaczamy sobie sztywne reguły, życie staje się obowiązkiem. Jeśli sobie pomyślisz, że musisz, jak się czujesz?

Źle.
A jeśli powiesz sobie: „chcę”, jaka energia jest w tym słowie?

Dużo lepsza. Będąc w związku, nie powinniśmy zapominać o swoich przyjemnościach, ale też nie róbmy z tego obowiązku. Jest chyba teraz taka tendencja, żeby dmuchać i chuchać na swoją strefę „ja”. A może czasem ktoś wolałby wrócić po pracy do domu i cieszyć się, że ukochana osoba jest blisko?
Doszłyśmy teraz do punktu prawdy. Sama próbuję jej szukać dla siebie i pomagać ją znaleźć ludziom. Mówię: „Poszukaj prawdy o tym, co tak naprawdę lubisz. Czego chcesz w życiu?”. Wydaje się, że są to najprostsze, podstawowe pytania, ale wbrew pozorom trudno na nie odpowiedzieć. Zwykle nie wiemy, co lubimy, bo to, co lubimy, zastąpiliśmy tym, co robimy. A że tego nie lubimy? Już o tym zapomnieliśmy.

Powiedzmy sobie: „nie wiem, jaki ma być mój związek, nie wiem, jaki ma być mój partner, ale wiem, co lubię”.
Tak. Wydaje mi się, że to lubienie jest drogowskazem do związku. A każdy lubi co innego, tutaj się nie trzeba od razu definiować. O ile damy sobie szansę, żeby zauważyć, co lubimy. W tej stołówce zwanej życiem dosyć wcześnie jesteśmy przyrządzani na takie danko, żeby nikomu nie zaszkodziło. Dziewczynki mają być grzeczne, chłopcy zresztą też. Musimy to pranie mózgu troszkę odwrócić, wejść w siebie.

Kiedyś dostałam wino od koleżanki, która sama nie pije wina. Poszła do sklepu i powiedziała, że chce kupić wino dla koleżanki w prezencie. Polecono jej słodkie, bo ktoś założył, że kobiety takie piją. Ja go nienawidzę. Nie pijmy zatem słodkiego wina, skoro go nie lubimy. Pijmy to, co lubimy, i zorientujmy się w różnorodności swoich ulubionych smaków. Używając tej monopolowej metafory – próbujmy w życiu różnych rzeczy, żeby móc jak najpełniej zdefiniować swoją osobowość.

Dobre warunki do zdefiniowania własnej osobowości mamy chyba podczas różnego rodzaju przerw, chwil spokoju. Na przykład między związkami.
Jeśli ktoś kończy związek i desperacko ląduje w następnym, zwykle robi to ze strachu. Powinniśmy mieć trochę czasu, żeby opadły emocje. Ale też, żeby zauważyć, w jakim punkcie jesteśmy, bo na pewno się zmieniliśmy, na pewno mamy już nowe doświadczenia. To jest dobry czas na rozmontowanie się, kiedy najlepiej nic nie robić i za bardzo nie chcieć. Pozwolić sobie na wielkie „nie wiem”.

Rozmontowanie się jest trudne, bo umysł chce się czymś zajmować. Poza tym mamy w głowę wbite hasła o wyznaczaniu celów, świadomym kreowaniu rzeczywistości. Co robić, kiedy naprawdę nie wiemy? Mówimy „nie wiem, jakiego chcę związku”, bo niby skąd mamy wiedzieć? Wyszliśmy ze schematów, które były znane, ale nieprawdziwe. Boimy się.
Ten lęk może znowu zaprowadzić na znane ścieżki albo złapiemy się byle czego. Z jakiego powodu niektórzy, będąc na przykład na wakacjach w Hiszpanii, wcinają hamburgery, zamiast delektować się miejscowymi specjałami? Bo boją się nowości. Wyobraź sobie, że nagle zapomniałaś wszystkie przepisy, które znasz. Otwierasz lodówkę, wyjmujesz produkty i zaczynasz eksperymentować. Odkrywasz nowe smaki dzięki temu, że przepisy wyleciały ci z głowy.

Zdrowo jest zapomnieć.
I zdrowo jest nie wiedzieć. Ta amnezja, to „nie wiem” i ten nieprzyjemny moment, kiedy czujemy, że już nie mieścimy się w jakimś schemacie i kompletnie nie wiemy, co mamy sobie dać zamiast – to powinno być nasze święto. Wtedy warto zabrać się do eksperymentowania. Iść do sklepu i nie ściągać z wieszaków tego, co zawsze – piątego szarego sweterka, tylko wziąć rzecz z etykietką „to do mnie zupełnie nie pasuje”.

Tak. Ale zwykle w tym momencie pojawia się psychiczny dyskomfort. Wzorce nie pozwalają być sobą, ale w pewien sposób chronią. Jak sobie pomóc?
Warto sobie pomagać technikami praktyki obecności. Na przykład świadomym oddychaniem, tym wszystkim, co nas zbliża do siebie samych. Kiedyś podczas sesji coachingu oddechu straciłam poczucie tożsamości. Byłam przerażona i miałam moment paniki. Jednak gdy wzięłam oddech z tym moim lękiem, poczułam, że wszystkie definicje są mi niepotrzebne. To, że ja jestem, to już definicja, nie muszę tego nazywać. Trzeba pozwolić sobie zbliżyć się do siebie, czuć tak, jak się czujemy. Beznadziejnie na przykład. Wtedy odkryjemy w tym coś szalenie bliskiego i idealnego.

Dopiero gdy zbliżymy się do siebie, możemy prawdziwie zbliżyć się do drugiego człowieka.
Nie podamy tu recepty na idealny związek, właściwie obojętne, czy będzie on mniej, czy bardziej partnerski. Chodzi o to, żeby dojść do tego, czy jest to nasz wybór. Czy jest to nasza prawda, czy coś, co nam narzucono.

To bliskie wolności.
Tak. A wolność czujemy w ciele. Gdybyśmy, żyjąc w jakimś schemacie, byli uważni na sygnały ciała, odkrylibyśmy, że na przykład barki są napięte, a kręgosłup trzeszczy. Schematy usztywniają, ciało zawsze pokazuje prawdę. Jego rozluźnienie jest dowodem, że żyjemy tak, jak lubimy.

Kiedy już zdecydujemy się pozostać w stanie „nie wiem”, przychodzi czas prób. Pojawiają się osoby, sytuacje, rzeczy, którym mówimy „nie”, chociaż na horyzoncie nie pojawia się jeszcze nic, czemu można powiedzieć „tak”.
Wtedy trzeba zmierzyć się z pustką. Ale tylko w momencie, kiedy przejdziemy przez ten etap, pojawi się coś naprawdę nowego.

Całkowitą pustką. Mam wrażenie, że nawet marzenia o tym nowym kimś mogą przeszkadzać.
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia, myślmy o tym, jak chcemy się w tym związku czuć. Radośni, wolni, uskrzydleni? W ten sposób dajemy życiu szansę, żeby nas zaskoczyło. Niespodzianki może wprowadzają chaos, ale nie są przypadkowe.

Wtedy pojawia się szansa, że w naszym życiu zmaterializuje się ktoś, kim wcześniej byśmy się nie zainteresowali. To znak, że schematy są już za nami.
Kiedy wchodzimy w nowy związek, jak najczęściej pytajmy siebie, co czujemy, bądźmy uważni na to, jak reaguje ciało. Ostrożnie wchodźmy w tę relację, zastanawiajmy się nad intencją działań, bądźmy czujni, czy robimy coś, bo chcemy, czy dlatego, że musimy. Czy jesteśmy sobą, komunikujemy swoje uczucia, nie udajemy niczego, ale jednocześnie pozwalamy partnerowi, żeby był sobą i wyrażał to, co czuje. Wówczas damy sobie szansę na wejście w prawdziwą totalną bliskość, która nie mieści się w żadnym wzorcu.

Joanna Godecka dyplomowany life coach, coach oddechu i terapeutka TSR. Specjalizuje się w tematyce związków partnerskich, skutecznego podnoszenia poczucia własnej wartości oraz atrakcyjności. 

  1. Seks

Na miłość nigdy nie jest za późno. Związek po rozwodzie

Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Po przejściach, doświadczeni, czasem zgorzkniali. Myśleli, że porywy serca dawno już za nimi. Przygotowywali się do życia w samotności. Dziś mówią: „Na miłość nigdy nie jest za późno”.

Rozwodzimy się coraz częściej. Smutne? Niekoniecznie. Bo prawie wszyscy rozwodnicy wchodzą w nowe związki. Część już rok po rozstaniu zawiera drugie małżeństwo. Połowa wszystkich rozwodników decydujących się na zalegalizowanie nowego związku robi to do trzech lat po rozwodzie.

Pięć minut przed miłością

– Liczba związków zawiązywanych w drugiej połowie życia rośnie i będzie rosnąć - mówi Katarzyna Popiołek, psycholożka społeczna z SWPS. - Osoby, które wchodzą w takie relacje, to najczęściej dwa typy. Pierwsi to ci, którzy rozstali się z pierwszymi partnerami. Drudzy – których też jest coraz więcej – to ludzie, którzy do pewnego momentu stawiają na karierę. Dopiero z upływem czasu doceniają wartość stabilnej relacji.

Anna: – Miałam 42 lata, za sobą wiele związków i jedno (studenckie) małżeństwo. Przeczytałam mnóstwo mądrych psychologicznych książek, byłam na wielu warsztatach. Dzięki temu dużo zrozumiałam. Między innymi to, że w niektóre relacje wchodziłam niepotrzebnie, bo chciałam mieć dziecko. Przed poznaniem Jego pierwszy raz pomyślałam: „Nic na siłę. Nie muszę być matką. Mam fajną pracę, przyjaciół, pieniądze. Moje życie jest pełne. Czuję ulgę, odpuszczam”.

Ewa: – Pamiętam taką scenę pięć lat temu. Wracam z pracy z siatami wypchanymi zakupami. Na kanapie leży mąż. Ogląda wiadomości. Nawet nie wstaje, żeby mi pomóc. Nie, nie jesteśmy złym małżeństwem. Jesteśmy poprawni. Seks uprawiamy dwa razy w tygodniu. Mamy córkę w liceum i tych samych przyjaciół od lat. Sporo jem, mało marzę. Na terapii mówię: „Tak będzie zawsze, chyba się z tym pogodziłam”. I pamiętam scenę cztery lata temu. Jestem już sama, mąż odszedł do kochanki (nie wiedziałam, że od pięciu lat prowadził podwójne życie). Mało jem, dużo piję. Na terapii mówię: „Nigdy już nikomu nie zaufam”.

Adam: – Większość życia spędziłem sam. W sumie mi to pasowało. Związki miałem przelotne. Poważniejsze dwa. Na studiach i cztery lata temu. To moje partnerki odchodziły. Zdawałem sobie sprawę, że w jakimś sensie jestem za to odpowiedzialny. Nie chciałem się zmieniać dla drugiej osoby, nie uważałem, że koniecznie muszę z kimś być. Kiedy czułem, że ranię tym kobietę – emocjonalnie stygłem. Wolałem się odsunąć. Jednak rozpad ostatniego związku bardzo mnie zabolał, zdezorganizował moje życie. „Nie chcę więcej się tak czuć” – postanowiłem. Więc na krótko przed poznaniem Jej stan był mniej więcej taki: jestem 43-letnim singlem. Przygotowuję się do spędzenia reszty życia w samotności.

Paweł: – Śmiałem się często: „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja?”. Po rozwodzie, z dwiema córkami, miałem kochankę. Ona marzyła o ślubie i dzieciach. Ale ja nie chciałem wspólnego życia, garów i kobiecych pretensji. Nie chciałem więcej dzieci. Poświęciłem się pracy.

Poznanie

– W młodzieńczym okresie życia rządzi nami biologia. Ona często przyciąga osoby bardzo się różniące, które – z czasem – muszą się do siebie dopasować. To nie jest łatwe - twierdzi Katarzyna Popiołek. - Dodatkowa trudność: młodzi ludzie, dojrzewając, zmieniają się, przeformułowują swoje preferencje i dotychczas uznawane wartości. Zglobalizowany świat odrzuca wszystko, co odbiega od idealnej normy, więc i my mamy duże wymagania. Jeśli znajdujemy kogoś lepszego pod jakimś względem, a taki zawsze przecież istnieje, odchodzimy do niego. Kiedy w niedojrzałym związku pojawiają się problemy, zamiast naprawy tego, co się zepsuło, następuje wymiana partnera na nowy model. Gdy wchodzimy w związki w późniejszym wieku, lepiej znamy siebie i trafniej też możemy rozpoznać, z kim się wiążemy, bo nasi przyszli partnerzy także są wyraźniej określeni. Wybieramy najczęściej w grupie osób podobnych do nas. Stawiamy na odpowiedniość stylu życia, upodobań. Rzadziej się oszukujemy, bo już nam się nie chce. Patrzymy przede wszystkim na to, jaką ten ktoś ma wartość dla nas, a nie które miejsce zajmuje w społecznym rankingu.

Anna: – Zaczęliśmy się spotykać na firmowych korytarzach. Sprawiał wrażenie ciepłego i nieśmiałego. Przystojny, inteligentny, szarmancki. Podobał się kobietom, byłam pewna, że ktoś taki nie może być samotny. Dużo rozmawialiśmy, ale głównie na tematy zawodowe. Przełom nastąpił, kiedy podczas wyjazdu integracyjnego zobaczył mnie wyjadającą z puszki gulasz angielski. „Chcesz trochę?” – spytałam po prostu. Potem wyznał: „Pomyślałem, że kobieta, która wcina mięso z puszki, nie może być sztywna i niedostępna”. Po powrocie potrafił trzy razy dziennie przyjść do mnie pod jakimś pretekstem. A to chciał czyjś telefon, a to podpytać o moje projekty. Z czasem zaczął mi opowiadać o swojej rodzinie. Nic za tym jednak nie szło. Nie proponował spotkania poza pracą, choć między wierszami wyznał, że z nikim nie jest związany. Kiedyś mi się przyśnił. To był mocny sen. Jakiś koszmar, dokładnie nie pamiętam. I on w tym śnie mnie uratował. Rano wstałam kompletnie wytrącona z równowagi, rozmiękczona. Jestem realistką, zwykle takie rzeczy nie mają na mnie wpływu, ale cały dzień o nim myślałam. Następnego dnia zadzwonił: „Musimy pogadać”. Pogadaliśmy, ale nie o nas. Tyle że od tej pory i tak patrzyłam już na niego inaczej.

Ewa: – Było lato, siedziałam w poczekalni u dentysty, przeglądałam gazetę. Miałam nieułożone włosy, kiepski makijaż, brzydką sukienkę. Wszedł On. Zadbany, w garniturze, bardzo przystojny. „Cholera, dlaczego nie ubrałam się inaczej” – przeklęłam w duchu. Zauważył chyba moje spojrzenie. Zagadał. „Ciekawa gazeta?” „Niezwykle” – zaśmiałam się. Gdy wychodziłam z gabinetu, zapytał, czy dam mu swój telefon. Zadzwonił dopiero pięć dni później, wchodziłam akurat do windy, ledwo słyszałam: „Nie zapisałem jednej cyfry. Przez pięć dni próbuje dociec, jakiej. Obdzwoniłem ponad 40 osób”. Jeszcze tego samego dnia piliśmy herbatę w kawiarni pod moim domem. Opowiedzieliśmy sobie całe życie. Też był po rozwodzie. Miał dzieci. W weekend wyjechaliśmy razem w Bieszczady.

Adam: – Od razu zwróciłem uwagę na jej oczy. I uśmiech, bo kiedy się uśmiecha, śmieje się całymi oczami. Była wysoka, zgrabna, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Zrobiło na mnie wrażenie jej mieszkanie, do którego trafiłem kiedyś ze znajomymi. Jestem architektem, wnętrza są dla mnie ważne. „To dom osoby silnej i zdecydowanej” – pomyślałem. Żadnych kobiecych pierdółek, śladu taniego romantyzmu, którego nie lubię. Potem zorganizowałem imprezę specjalnie po to, żeby ją do siebie zaprosić. Poszliśmy na balkon zapalić, przytuliłem ją. I tak zostało.

Paweł: – Mój przyjaciel zadał mi niedawno pytanie: „Stary, ale dlaczego ona?!”. Nie potrafię odpowiedzieć. Miałem wiele piękniejszych, zgrabniejszych kochanek. Gdy ją zobaczyłem, w ogóle nie myślałem o wyglądzie. Ona miała ciepłe oczy. Fajnie odgarniała włosy z czoła i bardzo mi się spodobała jej sukienka. W pracy otaczają mnie sztuczne, profesjonalne kobiety. W niej było coś prawdziwego. Na pierwszym spotkaniu powiedziała mi, że rzuciła pracę w korporacji i zakłada własną działalność, bo skończyła 40 lat i już najwyższy czas, żeby zacząć być wolnym człowiekiem. Zawsze imponowali mi odważni ludzie. Żona taka nie była.

Wnioski z dawnego życia (po poznaniu nowych miłości)

Anna: – Kochałam awantury i życie na krawędzi. Byłam wymagająca, nietolerancyjna. Bałam się stabilizacji, bo tylko emocjonalny chaos znałam z domu. Partnerów musiałam zdobywać. Gdy już osiągnęłam swoje, nudziłam się. I albo odchodziłam sama, albo prowokowałam, by partner mnie zostawił. A wtedy cierpiałam. Ten stan kojarzyłam z miłością.

Ewa: – Jestem pewna, że w jakimś sensie przyczyniłam się do tego, że mąż mnie zdradził. Nie chciało mi się. Byłam zajęta dziećmi, potem przyjaciółkami. Pochodzę z rodziny, gdzie normalne jest to, że kobieta usługuje mężczyźnie. Więc ja też usługiwałam, a potem robiłam awantury. Albo płakałam i zamykałam się w sobie.

Adam: – Często się bałem, że dziewczyna mnie porzuci. Znajdowałem kobiety trochę w typie borderline. Wieczna huśtawka. Jedna z nich, kiedy się ze mną kłóciła, po prostu przestawała jeść. „To przez ciebie” – mówiła. Wiesz, jak się czuje mężczyzna, który słyszy coś takiego? Jak morderca.

Paweł: – Byłem egoistą: „Ja, ja, ja”. Moje sprawy, moje priorytety. Uważałem, że tylko życie na ful ma sens.

Związek

- Młodzi żyją iluzjami, romantyczna miłość nakłada im różowe okulary, dlatego ich związki nie wytrzymują często zderzenia z twardą rzeczywistością. Poza tym pojawienie się dzieci, walka o pracę generują konflikty. Dojrzali ludzie są już od tego wolni. Mają – zwykle – ustabilizowaną pozycję i realistyczne wymagania, nie oczekują, że ktoś ich będzie stale bezwarunkowo uwielbiał. Nie wierzą w ekstatyczne szczęście, które nie przestaje trwać. Mają już za sobą trening społeczny. Są mniej roszczeniowi. Wiedzą, że wszystkie relacje wymagają kompromisu - mówi Katarzyna Popiołek.

Anna: – Po miesiącu związku zorientowaliśmy się, że w zasadzie mieszkamy razem. Po pracy wracaliśmy do mnie, bo było bliżej od naszej pracowni, on u siebie praktycznie nie bywał. Po pół roku zdecydowaliśmy – moje małe mieszkanie w centrum wynajmujemy, a ja przenoszę się do jego pięknego dużego domu pod lasem. I to chyba jedyny minus, bo nie znoszę tej okolicy, długich dojazdów do pracy, brak mi gwaru miasta. Ale pierwszy raz w życiu pomyślałam, że uczucie to też pójście komuś na rękę. Kompromis. I odpuszczanie. Kiedyś miałam wszystko wysprzątane. W środku nocy potrafiłam szorować wannę. Przy nim nauczyłam się, że nic się takiego nie dzieje, kiedy nie jest sterylnie. Sprzątamy raz w tygodniu, proszę bardzo. Porozrzuca ciuchy? Niech leżą. Nie robię o to awantur. Szkoda mi życia. Nagle okazało się, że drobiazgi nie muszą być problemem. Jednak czasem wybucham. On, kiedy go zdenerwuję, zamyka się w sobie. Ale na szczęście o wszystkim rozmawiamy. On mnie uspokaja, wycisza, daje poczucie bezpieczeństwa. Wszystko robimy razem, ciągle się przytulamy, trzymamy za ręce. Nie mamy siebie dość, tak jakbyśmy nadrabiali stracone lata, gdy nie byliśmy razem.

Ewa: – Po miesiącu mi się oświadczył. „Zwariowałeś” – powiedziałam. Bałam się. Ale on po roku znów spytał: „Wyjdziesz za mnie?”. Jak nastolatka napisałam przyjaciółce: „Hurra, jednak znów zostanę żoną”. Nie mieliśmy problemów z dziećmi, nie było dystansu. Oboje byliśmy dawno po rozwodzie – to zniwelowało ewentualne konflikty. Nasze córki się polubiły. Dziś razem mieszkają. Przed oczami stają mi takie obrazki: nasze pierwsze święta. Jest śmiech i radość. Nie pamiętam, kiedy śmiałam się z eksmężem. Kiedyś wszystko dusiłam w sobie, teraz otwarcie mówię: „Nie podoba mi się to i to”. A on nie ma żadnego focha – mój były nie odzywałby się przez dzień albo dwa. Pierwszy raz w życiu widzę, że to mit, że mężczyźni nie rozmawiają o uczuciach. „A co czujesz, czego chcesz, masz ochotę wyjść do moich znajomych, nie masz?” – pyta mnie wciąż. Nakręcamy się pracą – dla niego też to jest ważne. Teraz dopiero widzę, ile znaczą wspólne wartości. Były o 17.00 wyłączał służbowy telefon i miał wszystko w nosie. Z drugiej strony – nie umiał z tej wolności korzystać, zanurzał się w kanapie. Teraz podróżuję, w weekendy organizujemy kolacje dla mnóstwa znajomych. Nie ma podziału: „to moje”, „to twoje”. Dzielimy się rachunkami. On na początku się tego bał, ale przegadywaliśmy to milion razy. „Albo jesteśmy razem ze wszystkim, albo nie jesteśmy” – powiedziałam. Uważałam, że wiek nie ma nic do rzeczy, bo miłość to miłość.

Adam: – Przed chwilą zadzwoniła. Była zła, bo jej powiedziałem, że się zagadaliśmy i się spóźnię, a za chwilę ma przyjść do domu hydraulik. Kiedyś bym się bał, że ją stracę, bo zawodzę. Ale emocje miną, wiem. Teraz bycie razem kojarzę z radością, a nie z lękiem. Nie boję się, że ona odejdzie. Miłość jest zaprzeczeniem lęku. Doceniam zwyczajność. Moment, gdy dzwoni jej budzik, a ja wstawiam wodę na kawę. Potem przynoszę jej tę kawę do łóżka, rozmawiamy. Lubię nasze dyskusje o literaturze, o filmie, bieżących wydarzeniach. I lubię jej siłę, jestem dumny, że jest taka inteligentna i bystra. Jesteśmy partnerami. Męczył mnie podziw młodszej dziewczyny, z którą się kiedyś spotykałem: „Bo ty tak wszystko wiesz”, mówiła. Nie nadaję się na Pigmaliona.

Paweł: – Jest piątek po południu, jadę po kwiaty. Jutro wyjeżdżamy do domu na Mazurach. Czasem myślę, że mamy wszystko. Odchowane dzieci, pieniądze i szczęśliwą miłość. Córkom powtarzam: „Nigdy nie jest na nic za późno”. Ale nie myśl, że jest idealnie. Nie jest. Tyle że dojrzali ludzie chyba już nie wierzą, że coś może być idealne. Widzą swoje błędy, chcą się zmieniać. I są tolerancyjni wobec tej drugiej osoby. Mam na przykład obsesję na punkcie porządku, to się nie zmieniło. Wracam do domu, kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado. „Ugotowałaś kolację? Pycha. To ja potem pozmywam” – mówię. Nie chcę sprawiać jej przykrości. To jest ważniejsze niż jakiś tam porządek.

Plany

Anna: – Wspólna starość. Takie zwykłe bycie razem. Wkrótce ślub. Wierzę, że nam się uda.

Ewa: – Ja już nie mam planów. Bliska mi jest praktyka mindfulness. Jest tu i teraz. I o to „tu i teraz” dbam.

Adam: – Myślę o dziecku, czasem. I myślę, że ono się pojawi. Nie musi być „nasze” biologicznie. Możemy przecież zaangażować się w wolontariat. Pomóc komuś. To jeszcze przed nami.

Paweł: – Po raz pierwszy myślę, że chciałbym mieć jeszcze syna. Albo jeszcze jedną córkę. Mamy oboje po 43 lata – dlaczego nie mielibyśmy spróbować?

Dojrzali ludzie są bardziej pogodzeni ze sobą, z tym, jacy są, jak wyglądają. Nie uważają, że wszystko im się należy, potrafią lepiej docenić starania partnera. Dojrzałe związki mają więc dużo większe szanse na przetrwanie. Ale warunkiem jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. U osób despotycznych, narcystycznych, które chcą być uwielbiane, a jednocześnie nie potrafią kochać, z wiekiem pewne cechy – uniemożliwiające szczęśliwy i trwały związek – się pogłębiają. W efekcie dzieje się tak, że z nowym partnerem mają te same, stare problemy.

PS Anna i Adam są parą od 2011 roku. Ewa i Paweł – małżeństwem od trzech lat.

  1. Seks

Orgazm na emeryturze

Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Młodzi obsadzają cię w roli babci, a ty wciąż masz wielki apetyt na życie i seks? Nie musisz przechodzić na erotyczną emeryturę! Możesz mieć orgazm za orgazmem, bo dopiero teraz wiesz, jak go osiągnąć i poczuć jego prawdziwy smak.

Pamiętacie tę scenkę z serialu „Seks w wielkim mieście”, kiedy zrozpaczona Samantha oświadcza koleżankom, że straciła orgazm? Carrie próbuje ją pocieszyć, że czasami po prostu się nie udaje. „Mnie się zawsze udaje” – ucina Samantha i nawet nie chce słuchać zapewnień przyjaciółki, że pewnego dnia orgazm znów się pojawi. Tymczasem Charlotte dolewa oliwy do ognia: „Czytałam artykuł o kobiecie, która miała orgazm za każdym razem. I nagle… Przestała mieć. Na dobre. Po prostu zużyła cały swój zapas”.
Myślicie, że jest jakiś limit orgazmów, które przysługują nam na całe życie? Że w „pewnym” wieku zostają nam już tylko wspomnienia?

Rozkosz bez limitu

Kiedyś byłam w kinie na filmie „Lepiej późno niż później”. Podczas sceny, w której Jack Nicholson i Diane Keaton uprawiają seks, usłyszałam rozmowę pary siedzących obok 20-latków: „To w tym wieku jeszcze uprawia się seks?!”. No cóż…

– Młodzi często uważają, że w pewnym wieku seks trzeba odłożyć na półkę, a zająć się plewieniem ogródka lub opieką nad wnukami – uśmiecha się Violetta Nowacka, specjalistka od edukacji seksualnej, psycholożka prowadząca poradnię SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. I uspokaja: – Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci.

Na dowód przytacza dane: 41 proc. emerytów deklaruje, że regularnie uprawia seks, a 15 proc. robiłoby to, gdyby tylko miało partnera. Co czwarty mężczyzna po siedemdziesiątce jest sprawny seksualnie, a większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. I choć Jacek Cygan pisał: „Za młodzi na sen, za starzy na grzech”, kobiety mają inne zdanie na ten temat. Przykłady?Jane Fonda: „Mam 74 lata i nigdy wcześniej moje życie seksualne nie było równie satysfakcjonujące. W młodości krępowało mnie tyle obaw – nie wiedziałam, czego pragnę”.
Nasze krajowe gwiazdy, kobiety energiczne i zachłanne na życie, tylko potwierdzają, że seks po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce jest najlepszy w całym życiu. „Może być lepszy niż po dwudziestce, bo już nie trzeba się niczego bać, wstydzić. Daje tylko radość. Wreszcie kobieta nie musi się denerwować, że zajdzie w ciążę. Może też puścić wodze fantazji, bo nie uprawia seksu z obcym mężczyzną, tylko z tym, komu ufa i komu może wszystko powiedzieć. Nie należy opowiadać bzdur, że w pewnym wieku seks nie ma już znaczenia” – mówi Bożena Dykiel. Podobnego zdania jest Urszula Dudziak: „Myślę, że dla kobiety najlepszy czas zaczyna się po menopauzie. Nawet seks smakuje wtedy lepiej. Seks uzdrawia i utrzymuje nas w dobrej formie. Dzięki niemu jesteśmy młodzi, piękni i radośni. Jest on integralną częścią naszego szczęścia. My mamy fantastyczny seks i czuję, że to się chyba nigdy nie skończy”.

Ale po co nam ten orgazm?

„Bez męskich orgazmów nie byłoby dzieci” – zauważają Annika Sommerville i Lisa Williams, autorki książki „Dużo orgazmów proszę”. „Mężczyźni potrzebują ich do prokreacji; gdyby seks był dla nich nudny, doprowadziłoby to do spadku liczby narodzin, a w efekcie do wymarcia ludzkiego gatunku”. Może dlatego przez wieki utarło się, że mężczyźnie orgazm się po prostu należy. Sami panowie traktują zresztą swój orgazm jako coś oczywistego. W dodatku mogą zostać ojcami nawet w późnym wieku, kiedy bardziej przypominają dziadka niż ojca dziecka.

A po co kobiety doznają seksualnej rozkoszy? I to w dodatku w dekadzie życia, w której nie mamy ani szans, ani nawet ochoty na potomstwo, bo menopauza pozbawiła nas tej możliwości. Może po to, żebyśmy czuły się bardziej atrakcyjne? Bo przecież kobieta podczas szczytowania jest niezwykle podniecająca. „U kobiet orgazmy są seksowne – zarówno dla nich, jak i dla ich partnerów” – twierdzą autorki książki. Przekonują, że kobiety, które mają orgazmy, a zatem udane życie seksualne, lepiej śpią, mają wyższe poczucie własnej wartości, są bardziej zadowolone z siebie i swojego życia oraz mają więcej energii, która napędza je do działania. Naukowcy podkreślają, że kobieca satysfakcja seksualna to prawdziwa tabletka na szczęście. „Orgazm poprawia jakość snu, pomaga zachować młody wygląd, a jeśli osiągasz go podczas seksu z partnerem, to wzmacnia waszą więź” – piszą Sommerville i Williams. Radzą więc: „Kiedy się czujesz zestresowana, wyczerpana i potrzebujesz czasu dla siebie, może warto dać sobie orgazm, zamiast robić zakupy online, obsesyjnie przeglądać Internet albo przesiadywać na Pudelku”.

Violetta Nowacka przytacza badania przeprowadzone na Rutgers University w USA, z których wynika, że aktywność seksualna trzyma nas w dobrej formie do późnej starości. „Seks i orgazm sprawdzają się w leczeniu bólu – zastępują dwie tabletki aspiryny, łagodzą schorzenia reumatyczne, przewlekłe bóle artretyczne, wzmacniają mięśnie całego ciała, dzięki czemu stajemy się bardziej elastyczne i odporne na zmęczenie. Poza tym podczas seksu spalamy prawie tyle kalorii, ile podczas joggingu, co w pewnym wieku, kiedy spada metabolizm i łatwo o dodatkowe kilogramy, jest nie bez znaczenia” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Co więcej, charakterystyczna dla wieku pomenopauzalnego u kobiety atrofia ścianek macicy postępuje wolniej, gdy regularnie uprawia ona seks.

A co, gdy orgazmu nie ma?

Orgazmu na długie lata pozbawił kobiety Zygmunt Freud, który uważał, że orgazm łechtaczkowy jest mniej wartościowy. Kobiety, które tylko w ten sposób potrafiły osiągnąć przyjemność (a jest to znacząca grupa), uważały więc, że prawdziwego orgazmu osiągnąć nie potrafią. Teoria Freuda, jak wiele innych, została w końcu obalona, a orgazm łechtaczkowy zyskał pełnoprawną wartość. O przewadze łechtaczki nad penisem napisali też Sylwia Jędrzejewska i Andrzej Depko w najnowszej książce „Kobiety, które pragną bardziej”. Przekonują: „Kobiece ciało jest wyposażone w narząd służący wyłącznie do dostarczania przyjemności seksualnej. To łechtaczka. Mężczyźni takiego narządu nie posiadają. Penis niestety nie jest narządem, którego można zazdrościć. W pewnym momencie aktywności seksualnej staje się niewydolny, niejednokrotnie rozczarowuje partnerów, podczas gdy łechtaczka zawsze jest gotowa dostarczać właścicielce przyjemności i tak łatwo się nie męczy. To narząd posiadający osiem tysięcy połączeń włókien nerwowych – penis ma ich o połowę mniej”.

Dziś ocenia się, że tak naprawdę jedynie mniej niż 5 proc.kobiet nie jest w stanie osiągnąć orgazmu. Autorki książki „Dużo orgazmów proszę” zapytały kobiety o to, dlaczego nie miały w ostatnim roku orgazmu podczas seksu ze swoim partnerem. Aż 41 proc. wyznało, że podczas seksu myśli głównie o tym, że źle wygląda (jest za gruba, za duża, ma za małe piersi albo za duży brzuch). To sprawia, że – skupione na swoich deficytach i wadach – nie potrafimy czerpać satysfakcji z seksu. „Jako kobiety jesteśmy wychowane w przekonaniu, że nasza wartość seksualna, i nie tylko, jest oparta na wyglądzie” – argumentują autorki. Tymczasem dojrzałość przynosi większy luz. I choć nasze ciała nie wyglądają jak 30 lat temu, to już wiemy, że to nie ma znaczenia. „Stajemy się odważniejsze, bo co niby mamy do stracenia? Mam obwisłą skórę, no i co? On też” – twierdzi Jane Fonda.

Według tych samych badań 40 proc. kobiet nie osiągnęło orgazmu z powodu pośpiechu i ograniczenia czasowego, a 31 proc. dlatego, że nie potrafiło powiedzieć partnerowi, co tak naprawdę sprawia im w łóżku największą przyjemność. I tu też dojrzałość ma przewagę. „Starsi ludzie mogą być seksowni i świetnie się bawić w łóżku” – piszą Sommerville i Williams. „Teoretycznie, gdy osiągamy ten wiek, kiedy człowiek zaczyna wzdychać: »O, jak miło sobie posiedzieć«, i nie musi dłużej udawać, że lubi festiwale muzyczne, powinniśmy już znać swoje ciało na wylot. Wiemy, czego oczekujemy od partnera”. W młodości godziłyśmy się na kiepski seks, a nawet udawałyśmy orgazm, żeby nie zrobić mu przykrości, teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. W dodatku znikają problemy młodości – dzieci za ścianą, rata kredytu do zapłacenia, szef, który w pracy wylał na nas swoje frustracje. Jest jeszcze jeden powód, dla którego seks po menopauzie daje nam już tylko radość – znika lęk, że zajdziemy w niepożądaną ciążę.

Czy można mieć za dużo orgazmów?

Podobno im więcej, tym lepiej. W dodatku kobiety mogą mieć orgazm wielokrotny, czyli podczas jednego stosunku potrafią szczytować kilka razy. To nasza przewaga nad mężczyznami – podczas gdy oni mają zwykle jeden, i na tym koniec (wyjątkowo dwa), my możemy mieć kaskadę orgazmów. I to aż do późnej starości. Kolejna różnica między nami – co zauważają Sommerville i Williams – mężczyźni z wiekiem coraz rzadziej miewają orgazmy, ale kobiety z roku na rok się rozkręcają. Na dowód przedstawiają badanie, w którym poddano wieloletniej obserwacji 800 pań. I co się okazało? Że połowa kobiet po osiemdziesiątce doświadcza satysfakcji seksualnej za każdym lub prawie każdym razem. Co więcej, okazuje się, że seks z biegiem lat może być lepszy, zgodnie ze starym porzekadłem „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. U kobiet coś takiego jak erotyczna emerytura po prostu nie istnieje. Według statystyk seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie: ile orgazmów miesięcznie powinnaś osiągać? „Seks to nie owoce i warzywa, żeby fundować sobie pięć zalecanych porcji dziennie. W życiu intymnym nie liczy się ilość, lecz jakość. Nie ma znaczenia, jak często uprawiasz seks i ile masz orgazmów” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Jeśli masz ochotę na orgazm, dobrze wiedzieć, jak go osiągnąć. Bez presji. Za to z przyjemnością.

A co, gdy zawodzi zdrowie?

Pamiętacie scenę z filmu „Lepiej późno niż później”, w której bohater grany przez Jacka Nicholsona podczas preludium do seksu z młodziutką kochanką dostaje ataku serca? No cóż… Starszy pan przesadził z viagrą i entuzjazmem, a niezdrowy tryb życia dał o sobie znać. Bo nawet w chorobach serca seks jest dobry i bezpieczny. Violetta Nowacka twierdzi, że sam stosunek nie jest wielkim wysiłkiem dla serca. Pod warunkiem że nie przerabiamy w łóżku wszystkich pozycji Kamasutry albo nie zabawiamy się w odgrywanie scen z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. „Można go porównać z dość szybkim spacerem” – twierdzi specjalistka i dodaje, że nawet miesiąc po przebytym zawale nie trzeba rezygnować z seksu, a bezpieczna jest wtedy pozycja „na łyżeczkę”. Ma też radę dla panów na kłopoty z potencją: „Powinni kochać się regularnie i najlepiej nad ranem. Wtedy poziom męskich hormonów jest najwyższy i o wzwód najłatwiej”.
Violetta Nowacka podkreśla, że regularne współżycie pozwala łagodniej przejść przez trudny czas po menopauzie i pogodnie wkroczyć w starszy wiek: „Jeśli mamy związane z seksem pragnienia, nie dajmy się presji społecznej i uprawiajmy seks. Nie przestajemy być mężczyznami i kobietami tylko dlatego, że przekroczyliśmy sześćdziesiątkę. Kochaj się optymalnie raz, dwa razy w tygodniu, a jeśli nie masz z kim, możesz się zaspokajać sama. Kto powiedział, że masturbacja to przywilej wyłącznie młodych?”.

  1. Seks

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.