1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Speed dating - zakochasz się w trzy minuty

Speed dating - zakochasz się w trzy minuty

123rf.com
123rf.com
W standardzie, dla ViP-ów, studentów, dojrzałych a także w wersji kameralnej. W modnych pubach, ekskluzywnych restauracjach, klubobusie, limuzynie. Speed dating, czyli szybkie randki to szansa, by odnaleźć bratnią duszę, przyjaciela, towarzysza zabaw. A najlepiej wszystko to w tej jednej osobie. Czy to możliwe? W 3 minuty?

Na dźwięk dzwonka panowie przesiadają się do następnej kandydatki, panie zostają na swoich miejscach. Uczestnicy szybkiej randki mają jedynie od 3 do 5 minut na rozmowę. Są oznakowani plakietkami ze swoimi imionami i wyposażeni w karty, na których notują swoje wrażenie. I decyzję. Speed dating to test pierwszego wrażenia. Błysk! Kilka sekund i już wiesz, czy chcesz jeszcze. Rozmowy, kontaktu, czegoś więcej.

Przeczucie to potęga, udowadnia Malcolm Gladwell, publicysta „New Yorkera”, łącząc w swojej książce elementy psychologii, marketingu i socjologii. Tłumaczy, że wystarczy odrzucić logikę, racjonalność i myślowe stereotypy. Za naszymi decyzjami stoją proste mechanizmy, oparte na posługiwaniu się intuicją. Umiejętność podejmowania decyzji w  ciągu dwóch sekund według Gladwella jest cechą, którą ma każdy z nas.

Te same przekonania miał rabin Yaacov Deyo z Los Angeles, który zainicjował speed dating. Po raz pierwszy szybkie randkowanie odbyło się w Pete's Cafe w Beverly Hills w 1998 roku, a rozpropagował je kultowy serial Sex and The City. W Polsce, w większych miastach takich jak Warszawa, Kraków czy  Katowice, powoli rozpowszechnia się ten rodzaj towarzyskiej imprezy.

Najliczniejszą grupą speed dating są studenci i osoby, które nie przekroczyły 40 roku życia. Grupy dobierane są wiekowo, a udział w imprezie kosztuje od 20 do 50 zł. W lokalach po promocyjnych cenach można napić się alkoholu czy zjeść kolację. Po szybkich randkach, które trwają około 2 godzin, często dalej trwa otwarta impreza.

Uczestnik speed dating sam określa z iloma osobami chce kontynuować znajomość. W ciągu 48 godzin ci, którzy wzajemnie siebie wybrali, otrzymują swoje dane kontaktowe. Dalszy los ich kontaktów zależy już od nich.

Organizatorzy speed dating twierdzą, że impreza ma same zalety. Przede wszystkim w krótkim czasie umożliwia poznanie wielu osób, które poszukują partnera. Siadając twarzą w twarz, można sprawdzić, czy działa „chemia”. I co ważne, ten rodzaj poznawania nie grozi poczuciem odrzucenia. O twoim wyborze dowiaduje się przecież jedynie osoba, która również ciebie wybrała. Aż 40 proc. uczestników wybiera siebie nawzajem. Speed dating ma też swoją wersję internetową. Na portalach randkowo-społecznościowych (np. Give5) możliwe są spotkania poprzez video czat.

Zdaniem psychoterapeuty Jarosława Józefowicza z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie (www.akademiapop.org) speed dating jest zjawiskiem o ciekawym podłożu psychologicznym. Relacje międzyludzkie nawiązujemy na różne sposoby. Jeden z nich jest bardziej racjonalny, oparty na intelekcie i zmysłach. Wtedy rządzą nami nasze przekonania i motywacje, płynące z systemów wartości, które nas ukształtowały i których jesteśmy mniej lub bardziej świadomi. Ale to nie wszystko, jest inny, jeszcze bardziej ulotny sposób odbierania świata. Jakaś część nas nieświadomie śni na jawie. Ten sen może być zupełnie inny niż nasz racjonalny pomysł na wybór partnera. W tym śnie wyrażają się te części naszej osobowości, których nie znamy, bo z tego pierwszego poziomu myślimy o sobie zupełnie inaczej. Na przykład ktoś, kto uważa się za człowieka trzeźwo myślącego oraz kierującego się zdrowym rozsądkiem, może zakładać, że udany związek stworzy z podobną partnerką. A jednocześnie, nie do końca zdając sobie z tego sprawę, będzie śnił o „szaleństwie”, lżejszym traktowaniu życia i wybierze kobietę, która da mu w jakiś sposób sygnał, że taka jest. Tego typu komunikaty są przekazywane w spojrzeniu, tonie głosu, gestach, niekoniecznie tylko w słowach. I są odbierane intuicyjnie, szybko, zanim zaczniemy posługiwać się rozumem. To się może stać nawet w 3 minuty.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie daj się zwieść! O tym, jak rozpoznać uwodziciela mówi Katarzyna Miller

Jeżeli ktoś potrafi tak nami zakręcić, że wpadamy w euforię, trzeba uciekać. (Fot. iStock)
Jeżeli ktoś potrafi tak nami zakręcić, że wpadamy w euforię, trzeba uciekać. (Fot. iStock)
Uwodziciel wie, czego pragniesz, i obiecuje, że to dostaniesz. Ale… to tylko słowa, iluzja. A cena, jaką przyjdzie ci za tę chwilową iluzję zapłacić, znacznie przerośnie zyski. Jak rozpoznać uwodziciela, zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Przeczytałam książkę Roberta Greene’a „Sztuka uwodzenia. Praktyczny przewodnik po tajemnicach manipulacji” i poczułam przerażenie, że tak łatwo może nas oszukać i zranić ktoś, kto pozna kilka sztuczek.
Łatwo i niełatwo! Z uwodzicielem trzeba współpracować, czyli mieć już wcześniej „dziurę” w sercu, aby dać mu się uwieść! A ta „dziura” to głód: miłości, akceptacji, uwagi. Uwodziciel czerpie siłę z tego, że wierzysz w jego obietnicę, że uleczy twoje zranione serce. Deklaratywność – to podstawowa cecha uwodzenia. Będzie cię obserwował, pytał o ciebie znajomych, słuchał, o czym mówisz, aż odgadnie, czego pragniesz, i to ci obieca. Pragniesz czuć się chciana, pożądana? Będzie zachwycał się każdym twoim palcem. Okaże ci, że bardzo trudno mu zapanować nad sobą, gdy jesteś blisko, bo budzisz w nim dziką namiętność. A jeśli traficie do łóżka, tak cię omami swoim zachwytem czy pożądaniem, że uznasz go za najlepszego kochanka i pomyślisz, że nigdy już takiego nie spotkasz! No, a to da mu władzę nad tobą. Bo on sile tego seksu nie ulegnie, dla niego to tylko narzędzie…

Właśnie! Greene, w zależności od tego, czym uwodziciele uwodzą, podzielił ich na kilka typów. Superkochankiem nazywa tego, który realizuje marzenia seksualne. A Rozpustnikiem – tego, który rozbudza w kobiecie namiętność swoim własnym pożądaniem!
Jakkolwiek by go nazwać, uwodziciel przypomina kameleona, a więc jeśli jesteś sentymentalna i chcesz romantyzmu – w Paryżu całować się przy kawiarnianym stoliku – obieca ci, że tak będzie. Ożywi twoje marzenia.

A więc łatwo go rozpoznać po tym, że tylko gada i mami?
Nie tylko gada! Gada, kiedy marzysz, żeby słyszeć, że jesteś cudem, wie, że tak osiągnie swój cel. Powiedzmy, że chcesz być celebrytką, gwiazdą portali czy nawet programów telewizyjnych. Więc uwodziciel obiecuje ci, że nią będziesz. Bo ma wpływy i pieniądze. Znam kobietę, która taką gwiazdą dzięki swojemu uwodzicielowi została. Ale… przepłakała kilka lat w związku, zanim odeszła. Bo uwodziciel, tak jak zachwycał się każdym centymetrem jej ciała, tak nagle zaczął unikać seksu, bo: „Pupa ci obwisła!”; „Brzuch ci się zrobił!”. Pół Polski się w niej kochało, a on wytykał wady! Wpadła w rozpacz, bo uznała, że musi to być prawda, skoro ubóstwiał, a teraz kpi!

Może coś było na rzeczy?
Nie. Umniejszanie jej wartości było kolejnym narzędziem manipulacji. Służyło temu, by za bardzo nie obrosła w piórka, bo celem tego uwodziciela była absolutna władza nad tą, której pożądali inni mężczyźni. A kiedy dostał już to, czego od niej chciał, i w dodatku mógł pod przykrywką bycia jej partnerem uwodzić kolejne kobiety, nasilił krytykę, żeby się jej pozbyć!

A więc najważniejsze to szybko zdemaskować uwodziciela!
Nie jest to łatwe, bo ten zna wiele sztuczek. Jeśli uzna, że przynętą dla ciebie jest wieczna miłość, obudzi w tobie nadzieję na nią – mówiąc, że chciałby ci dać pierścionek po swojej prababci, która kochała tylko jednego mężczyznę, jego dziadka. Jeśli uzna, że to będzie skuteczne, to powie, że zabierze cię w miejsca dla siebie ważne! Na przykład do miasteczka rodziców. A to po to, żebyś pomyślała, że jesteś mu bliska, że planuje spędzenie z tobą życia.

Obiecanki cacanki?
Nic nie kosztują uwodziciela, ale ciebie mogą kosztować bardzo wiele! Bo uzależnia cię od siebie. Zaczniesz na ten wyjazd czy pierścionek czekać, o nim marzyć i fantazjować. A on da ci odczuć, że to jeszcze nie teraz, że nie zasłużyłaś, bo czymś go zawiodłaś. Ale czym i jak masz zasłużyć – nie wiesz. Od ciebie coraz mniej zależy, bo wszystko zależy od niego, od uwodziciela. To on nie wywiązuje się z tego, co obiecał, ale to ty czujesz się winna. Czujesz, że tracisz coś cennego, a przecież nic nie dostałaś! Jesteś skołowana, a on działa według swojego planu. Wie, w jaki sposób ofiarę zaczarować, jak zanęcić i zostawić. To chłodny myśliwy, który widzi, jak powolutku, na delikatnym ogniu się dogotowujesz. Dlatego wyznaje ci miłość, daje superorgazm i… znika. Martwisz się, czekasz, złościsz… A wtedy, gdy już tracisz nadzieję, pojawia się… Wyjaśnia, że musiał wyjechać, bo coś niezwykle ważnego się stało. Ale – tęsknił za tobą, wciąż o tobie myślał. Choć go obok ciebie nie było, to byłaś w jego myślach! Bo jesteś tą jedyną, tą cudowną, tą niezwykłą i… I znów jesteś w jego mocy. Krążysz po jego orbicie jak satelita, coraz bardziej skupiasz się na nim – znowu szczęśliwa! A wtedy on znowu znika…

To okrutne! Kiedy przejrzę na oczy?
To zależy od tego, jak duża jest ta „dziura” w twoim sercu. Możesz nie przejrzeć na oczy, nawet jak go spotkasz z inną kobietą, nawet jak nakryjesz go podczas sceny intymnej. Uwodziciel może odegrać wtedy cudny teatr! Na przykład wyznać ci, że tylko ty, już na zawsze! Teraz to wie! Ale on taki słaby i czasem, sam nie wie dlaczego… te inne kobiety. Złe, uwodzące… Jeśli masz w sobie coś z mamuśki i zaczniesz go wspierać w tej walce z jego słabym charakterem, to już po tobie.

Kto mieczem wojuje, od miecza ginie! Zemsta: naślę na niego moją przyjaciółkę uwodzicielkę!
Jeśli to kobieta tajemnicza, zmysłowa, sugerująca wielkie erotyczne przeżycia, ale niczego niemówiąca wprost, to zapewne da się jej uwieść prawie każdy mężczyzna. Ale... na pewno nie uwodziciel! On od razu ją rozpozna i będzie się miał na baczności. Prawdziwy uwodziciel to psychopata – niezdolny do przeżywania uczuć, a więc ona go nie zakręci, nie zwabi… Od razu będzie wiedział, że nie zostanie jego ofiarą.

Greene twierdzi, że każda z nas ma w sobie cechy uwodzicielki. A kiedy je w sobie odnajdzie, zyska moc! I może zostać Syreną, która, jak ta uwodzicielka, o której mówiłaś, kusi, bo obiecuje, ale nie mówi niczego wprost. Albo Kokietką, czyli zachowywać się tak, jakby uwodziła samą siebie i to jej wystarczało. Może być Czarodziejką – chcieć dostarczyć przyjemności. Albo Gwiazdą – eteryczną, tajemniczą…
Na pewno dzięki takiemu poznaniu siebie i inwestowaniu w to, co kobiece i zmysłowe, możesz zyskać czar, powab! Ale to nie wystarczy, żeby być uwodzicielką. Jak myślisz, dlaczego uwodziciel może uwodzić? Jest chłodny i obojętny. Wie, co działa na ofiarę. Żaden normalny człowiek nie potrafi uwodzicielskiego planu zrealizować, bo sam się zakocha, gdy się tak kimś zainteresuje. Polubi swoją ofiarę, no, a wtedy nie może już jej wykorzystać. Uwodzenie to pozbawiona empatii gra po to, żeby zdobyć to, czego się pragnie. Uwodziciel może udawać wszystko, nawet oddanie i wdzięczność. Pewien mężczyzna zapewniał swoją pielęgniarkę, że nikt nigdy nie okazał mu tyle troski co ona. Że jest jej niezmiernie wdzięczny, poruszony jej wielkim sercem, dobrocią. Zapewnił ją też, że jeśli ma ona jakieś marzenie, i to będzie w jego mocy, to pomoże jej je spełnić. Wzruszona jego wdzięcznością kobieta wyjawiła mu, że marzy i zbiera pieniądze na mały domek za miastem. Wówczas on drżącym głosem wyznał, że to także jego marzenie! Do czasu poznania jej nie znał nikogo, z kim chciałby je spełnić! A więc jeśli tylko ona by zechciała, to on chętnie – łącząc ich zasoby finansowe – w takim domku dzieliłby z nią życie. Wzruszona kobieta oddała swojemu byłemu pacjentowi, a następnie narzeczonemu, wszystkie oszczędności, które gromadziła przez lata.

No i tyle go widziała…
Bo właśnie na naszej naiwności i pragnieniu miłości uwodziciele zarabiają. Zdobywają to, czego chcą, dając nam złudzenie, że otrzymamy od nich to, czego zawsze pragnęłyśmy. Wyobraź sobie, że kiedy policja ujęła Henriego Landru, niezwykle wytwornego mężczyznę, który oczarował, rozkochał w sobie i okradł, a następnie zabił kilkanaście kobiet stanu wolnego po to, aby zdobyć pieniądze na wygodne życie dla żony, to te jego ofiary, które ocalały, prosiły sąd, aby go nie skazywano na karę śmierci, bo on im przywrócił wiarę w siebie.

Czyli uwodziciel może nam coś dać?
Może, o ile wiesz, kim jest, i nie ulegniesz jego czarowi. Wtedy da ci setki komplementów, zastrzyk wiary w siebie. Może też pomóc zrealizować fantazje seksualne. Odgadnie je i najpierw przekona, że już w tym zakazanym raju był, a potem tak cię zaczaruje, że... pójdziesz np. do łóżka z nim i z jego tajemniczą przyjaciółką. Albo pójdziesz do łóżka z dziewczyną i jej bratem, a on będzie się tylko przyglądał i robił zdjęcia.

Zakazany owoc zawsze jest słodki…
Uwodziciel o tym wie i dlatego ci go poda. Jego broń to brak zasad, bo to zawsze robi wrażenie. Zwykle postępujemy jak konformiści, a tu pojawia się kuszący smak ryzyka. Ale... jeśli z uwodzicielem przekroczysz swoje moralne granice, to może cię ten krok silnie do niego przywiązać. Staniecie się wspólnikami seksualnego przestępstwa…

„Bądź dla swej ofiary przewodnikiem w przekraczaniu jakiegokolwiek rodzaju tabu – to uwodzicielskie” – pisze Greene. Ale skąd uwodziciel wie, jakie jest moje tabu?
Uwodziciel pozna wartości, jakie wyznajesz, bo on wie, że przekroczenie ich jest kuszące. Zacznie twoje zasady podważać, bo to klucz do władzy nad twoją duszą. Ośmieszy je, zadrwi z nich… Nawet dziś, gdy zasady moralne są „poluzowane”, każdy jakieś ma, a jeśli mamy wspomniane „dziury” w sercu, to możemy pójść za uwodzicielem zbyt daleko…

Skoro jest tak groźny, że gdy go zdemaskujemy, jest dla nas za późno, to co robić?!
Nie być naiwną. Jeżeli ktoś potrafi cię tak nakręcić, że wpadniesz nagle w euforię, to uciekaj. Bo prędzej czy później spadniesz boleśnie na pupę. Normalny człowiek mówi przyjemne rzeczy, jest z nim fajnie, ale nigdy nie doprowadzi cię do takiej „nieprzytomności” jak uwodziciel. Jeśli więc jest za idealnie, trzeba go sprawdzić.

Jak go sprawdzić?
Uważaj na wszystkich, którzy robią na tobie i innych wielkie wrażenie, błyszczą, obiecują. Kiedy ja spotkałam w swoim życiu uwodziciela, odkryłam, że tylko pozornie chce władzy, pieniędzy, prestiżu, seksu, a tak naprawdę, gdzieś głęboko, taki uwodziciel pragnie tego samego co ja – ale o wiele silniej! Chce być w centrum mojego świata, chce być niezapomnianym wspomnieniem, kimś wyjątkowym. Ale „dziura” w jego sercu jest tak ogromna, że to już czarna otchłań. Nie współczuj mu! Uciekaj, jak tylko poczujesz, że ktoś włączył program magii… Bo może być po tobie, jeśli w twojej przeszłości odkryje klucz do tego, o czym marzysz.

Nowe książki Katarzyny Miller: „Być parą i nie zwariować”, napisana z Andrzejem Gryżewskim, oraz „Być kobietą i nie zwariować”, napisana z Moniką Pawluczuk (wyd. REBIS).

  1. Psychologia

Po czym poznać, że mężczyzna nie jest tobą zainteresowany?

Mężczyzna, nawet jeśli nie jest tobą zainteresowany, nie będzie miał nic przeciw temu, żeby się z tobą spotkać od czasu do czasu. Zwłaszcza gdy jest miło i gdy jest szansa na seks. (Fot. iStock)
Mężczyzna, nawet jeśli nie jest tobą zainteresowany, nie będzie miał nic przeciw temu, żeby się z tobą spotkać od czasu do czasu. Zwłaszcza gdy jest miło i gdy jest szansa na seks. (Fot. iStock)
Spotkałaś swój ideał. No, prawie ideał, bo ostatnio jakoś nie dzwoni, nie proponuje spotkań i nie przedstawia cię rodzicom… Może jest nieśmiały? A może to ty go tak onieśmielasz? Może. A może po prostu nie zależy mu na tobie i spotyka się z tobą, bo w pobliżu nie ma nikogo bardziej interesującego? Boli? I to jak! Ale lepiej chyba dać sobie spokój, zanim zaboli bardziej.

Baśka, moja znajoma, godzinami rozważała, co może oznaczać takie lub inne zachowanie mężczyzny, który bardzo jej się podobał. Wszystko potrafiła sobie wytłumaczyć. Na jego i swoją korzyść. Na przykład to, że nigdzie jej nie zapraszał, a jak już gdzieś wyszli, to nie lubił trzymać się za ręce – po prostu jest nieśmiały. – Może jest żonaty? – podpowiadały przyjaciółki. Nie, nie przyjmowała takiej możliwości. Doszło już do tego, że uwierzyła mu nawet w tak absurdalny argument, że nie zostaje u niej na noc, bo nie lubi spać w nieswoim łóżku… Okazało się jednak, że to przyjaciółki miały rację – mężczyzna już był z kimś związany. Baśka długo leczyła złamane serce.

Gdy mężczyzna nie odzywa się przez kilka dni, to kobieta prędzej uwierzy we wszystkie możliwe kataklizmy świata i śmiertelne choroby, które stoją na przeszkodzie ich porozumieniu, niż w to, że on po prostu nie miał ochoty się z nią spotkaćOchoczo przyjmie wymówkę, że nie miał czasu, bo "pracuje nad ważnym projektem", a nie pomyśli, że przecież kiedy człowiek jest zakochany, priorytetem staje się miłość, choćby nie wiem jak ważne były wszelkie inne życiowe projekty. Ma nadzieję tak długo, aż nie dostanie ostatecznego dowodu. Dlaczego wolimy się łudzić niż spojrzeć prawdzie w oczy?

Greg Behrendt, scenarzysta kultowego serialu "Seks w wielkim mieście", autor książek "Nie zależy mu na Tobie" i "Kobiety pragną bardziej", tego właśnie nie mógł zrozumieć. Otoczony w pracy kobietami, nie mógł znieść, że jego koleżanki marnują czas na kompletnie bezwartościowe znajomości. "Piękna, utalentowana, superinteligentna dziewczyna współtworząca scenariusze do nagradzanego serialu znanego z wnikliwych obserwacji na temat mężczyzn powinna – wydawałoby się – do woli przebierać wśród facetów" – pisze. "Tymczasem ta superkobieta jest zagubiona w sytuacji, która dla mnie jest rażąco jasna. >>Zagubiona<< to złe określenie, ona jest na to o wiele za mądra. Nie jest zagubiona, ona ma nadzieję. Tylko, że sytuacja jest beznadziejna, dlatego wolę powiedzieć jej prawdę: Ten facet nie jest tobą zainteresowany. I to dobra wiadomość. Naprawdę. Marnowanie czasu z niewłaściwą osobą jest właśnie marnowaniem czasu. Kiedy znajdziesz w końcu tego właściwego, wierz mi, wcale nie będziesz żałowała, że nie spędziłaś więcej czasu ze Śmierdzielem Pogadamy Później lub z Frankiem Zapomniałem Zadzwonić".

Chcesz zrozumieć męskie motywy? Myśl jak facet!

To nie jest trudne zadanie, ale będzie wymagało od ciebie kompletnej zmiany perspektywy. – Jako mężczyzna wiem, jak mężczyźni myślą, czują i działają, i mam obowiązek powiedzieć ci, jacy naprawdę jesteśmy – zapewnia Greg Behrendt. – Kiedy facetowi zależy na kobiecie, daje jej to do zrozumienia. Dzwoni, pojawia się, chce poznać jej przyjaciół, nie może przestać na nią patrzeć ani jej dotykać, a kiedy przychodzi pora na seks, więcej niż chętnie na to przystaje. I choćby miał następnego dnia o godzinie 04.00 (czyli o czwartej rano, drogie panie!) po raz pierwszy zasiąść w fotelu prezydenta Stanów Zjednoczonych i tak wejdzie do niej na górę!

Co robi facet, który nie jest zainteresowany?

Ciągle się usprawiedliwia. – Jest wykończony po pracy i zestresowany projektem, nad którym akurat pracuje. Niedawno przeżył ciężkie rozstanie i jeszcze się nie pozbierał. Rozwód jego rodziców odcisnął piętno na jego osobowości i przez to nie potrafi on zaufać drugiej osobie. Musi się teraz skupić na karierze zawodowej. Nie może się angażować w żaden związek, dopóki nie odnajdzie sensu swojego życia. Właśnie kupił nowe mieszkanie i przenosiny idą mu cholernie ciężko. Jak tylko sprawy trochę się unormują, zostawi żonę, dziewczynę, beznadziejną posadę.

Boże, jaki on jest skomplikowany – wymienia Behrendt. – Czy naprawdę istnieją mężczyźni zbyt zajęci lub tacy, którzy mają za sobą okropne przeżycia i trudno jest im zaangażować się w związek? Owszem, ale jest ich tak niewielu, że można by ich uznać za postaci anegdotyczne – dodaje.

Mężczyzna, nawet jeśli nie jest zainteresowany tobą na poważnie, nie będzie miał na ogół nic przeciw temu, żeby się z tobą spotkać od czasu do czasu, zwłaszcza gdy jest miło i gdy jest szansa na seks, ale do kina raczej już cię nie zabierze (strata czasu, żaden zysk, a jeszcze może musiałby za bilet zapłacić). – My, mężczyźni, nie jesteśmy skomplikowani, choć chcemy, by nas za takich uważano. Kieruje nami popęd, choć wolimy udawać, że wcale tak nie jest – potwierdza Greg Behrendt.

  1. Psychologia

Po co nam flirt? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Flirt to aluzja, niedomówienie, niewypowiedziana i niespełniona obietnica, która przyspiesza rytm serca (Fot. iStock)
Flirt to aluzja, niedomówienie, niewypowiedziana i niespełniona obietnica, która przyspiesza rytm serca (Fot. iStock)
Są takie momenty, na przykład wakacje, które z pewnością sprzyjają flirtom. Czujemy się zwolnieni z zasad i norm, którymi kierujemy się na co dzień. Chcemy oddechu, a być może czegoś ważnego nam brakuje… – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Czy dziś potrafimy jeszcze flirtować?  Mam wrażenie, że nawet samo słowo „flirt” wychodzi już z użycia, a co dopiero kryjąca się pod nim czynność. Kiedyś flirt był wartością samą w sobie: wyrafinowaną towarzyską zabawą, grą, a nawet sztuką, której subtelności nie wypadało popsuć szybkim skonsumowaniem wzajemnego zachwytu w formie seksualnej randki czy romansu. Mistrzów tej gry znamionowała bowiem zdolność do nieskończenie długiego delektowania się elektryzującą chwilą. „Między ustami a brzegiem pucharu”. Flirt to aluzja, niedomówienie, niewypowiedziana i niespełniona cudowna obietnica, która podnosi ciśnienie, przyspiesza rytm serca, pobudza hormony i kreatywność. Słowem, sprawia, że czujemy się młodsi, piękniejsi i sprawniejsi na wszystkich poziomach. A zarazem – co bardzo ważne – flirt jest wymagającym ćwiczeniem naszej wolnej woli na zasadzie: „Mimo że to, czego bardzo pragnę, jest możliwe, bo wystarczyłoby tylko przechylić puchar, nie decyduję się na to”. Ale dziś – zapewne na skutek konsumpcyjnej gorączki – sztuka flirtu znika z katalogu naszych międzyludzkich umiejętności. 

Co dziś nazywamy flirtem? To już nie jest flirt w prawdziwym tego słowa znaczeniu. To na ogół jawne lub prawie jawne propozycje seksualne pozbawione finezji i jakiegokolwiek wkładu intelektualnego, nie mówiąc już o uczuciowym czy duchowym. To redukcja naszych ludzkich możliwości i talentów do poziomu genitalnego. Sztuka prawdziwego flirtu, jak każda wysoka sztuka, nie powinna być instrumentalna, podporządkowana jakiemuś z góry powziętemu celowi. Redukowanie flirtu do żmudnej procedury mającej na celu jak najszybsze wynegocjowanie transakcji seksualnej z reguły prowadzi do rozczarowania, co należy uznać za zasłużoną karę za to szczególne świętokradztwo. Dlatego mistrzowie flirtu ostrzegają: „Nie próbuj chwytać wiatru, który cię zachwyca, bo zamienisz go w duszne, stojące powietrze”. 

Lepiej gonić króliczka niż go schwytać… Tak, a my teraz „idziemy na podryw”, „wyhaczyć jakieś ciacho albo fajną d..ę czy świnkę”. Bo flirt to rozrywka zmanierowanych salonów, w dodatku zapożyczona z jakiejś obcej nam kultury. A teraz przyszedł czas na pozbywanie się obcych naleciałości, czas, by wprost, szczerze, w duchu disco polo, nie owijając niczego w importowaną bawełnę, dążyć do seksu lub romansu. 

Dlaczego w okresie wakacji łatwo przychodzi nam zawieszanie partnerskich zobowiązań, umów i przysiąg, aby zacząć sprawdzać się na seksualno-matrymonialnej giełdzie? Dzieje się tak z wielu powodów. Pierwszy z nich to nasza wątpliwa monogamiczność. Wiele bowiem wskazuje na to, że monogamia to obyczaj wytworzony przez kulturę od czasu, gdy przestaliśmy wędrować i polować. Osiadły tryb życia, własność ziemi, solidne domy i gospodarstwa, znaczenie rodów i genealogii wymagały uporządkowania spraw związanych z dziedziczeniem majątku, warsztatu pracy i pozycji społecznej. Czyli potrzebna była jakaś doza pewności co do tego, które dziecko do kogo należy. Wygląda na to, że wakacyjne wędrówki i oderwanie od rzeczywistości osiadłego, przewidywalnego życia uruchamiają w wielu ludziach poligamiczny atawizm. Co więcej, nowa postać poligamii, którą można nazwać „poligamią seryjną”, staje się w naszym kręgu kulturowym coraz bardziej popularna. Nie miewamy wprawdzie kilku żon czy kilku mężów w tym samym czasie, ale coraz częściej mamy kilku mężów lub kilka żon po kolei.

Częściej słyszy się takie prezentacje! Jedną z przyczyn wzrastającej liczby rozwodów jest emancypacja kobiet, które stając się niezależne finansowo i mentalnie, nie muszą trwać u boku mężczyzn, którzy nie dość, że nie są w stanie dostarczyć im tego, czego potrzebują, to na dodatek stają się ciężarem i zamrażarką kobiecych aspiracji, możliwości. Lecz – z drugiej strony – samodzielność i samowystarczalność kobiet dla części ich partnerów może stanowić wygodne alibi zwalniające ich z wymogu lojalności wobec partnerki i odpowiedzialności za trwałość rodziny. 

Mężczyźni czują się zwolnieni z odpowiedzialności, bo ich zdaniem kobiety jakoś dadzą sobie radę? Właśnie tak. Jak widać żadna ze stron nie ma silnej motywacji do samoograniczania w nawiązywaniu nowych znajomości, ryzykownych dla trwałości związku i wspartej na nim rodziny. Obawy o to, co ludzie powiedzą, też już nas nie powstrzymują. Znajomi coraz częściej się rozwodzą albo żyją w tzw. związkach otwartych, czyli nie wymagają od siebie zachowania seksualnej wierności. Słyszymy też o poliamorii, czyli współczesnym odwzorowaniu pierwotnego, plemiennego obyczaju, zgodnie z którym zarówno kobiety, jak i mężczyźni wchodzą w seksualne relacje z innymi członkami wybranej i zdefiniowanej grupy. Jest więc wiele pokus, żeby zostać przynajmniej wakacyjnym poligamistą czy poligamistką. 

Jakie są konsekwencje coraz większego społecznego przyzwolenia na romanse? To z pewnością nie jest dobre, szczególnie dla emocjonalnego rozwoju dzieci z takich rodzin. Ale w głębi duszy przeczuwam, że wszystko dzieje się tak, jak dziać się powinno, że ta zadziwiająca kulturowa i obyczajowa transformacja, w której uczestniczymy, ma jakiś adaptacyjny sens. No bo na skutek zmian kulturowych, których głównym motorem jest spóźniona o wieki emancypacja kobiet, wyszło na jaw, że nie potrafimy tworzyć, budować, podtrzymywać, pogłębiać i rozwijać naszych partnerskich związków. 30-letni małżonkowie przychodzą na konsultację do psychoterapeuty i skarżą się na znudzenie i zanik seksualnej energii oraz namiętności w ich związku po... dwóch latach bycia razem! Oboje zaczęli więc „flirtować” z ludźmi na portalu randkowym czy na Facebooku. Bo tamci są o wiele ciekawsi i pociągający… 

No pewnie! Bo nie widzieliśmy ich np. w sobotę rano po całym tygodniu pracy! Wszechogarniający konsumpcjonizm sprawia, że nasz stosunek do miłości i związków z ludźmi też się komercjalizuje. W rezultacie na rynku matrymonialnym, w relacjach z żywymi, czującymi ludźmi, zachowujemy się jak w markecie, jak w sklepie z ubraniami. Przymierzamy, odrzucamy i zmieniamy jak najczęściej. Bez względu na to, czy jesteśmy z kimś, czy sami, kupujemy coś nowego, by poczuć się na nowo atrakcyjnymi. 

Co jeszcze sprawia, że zaczynamy korzystać z erotycznych marketów? Także to, że niemądrze, byle jak dobieramy się w pary. Lekceważymy to, co decyduje o udanym związku, ulegając czarowi atrakcyjnych opakowań, czyli znamionom sukcesu, urody, popularności czy społecznej pozycji partnera. No i szybko okazuje się, że brakuje nam tego, co najważniejsze, czyli zrozumienia, solidnego wsparcia, lojalności, bliskości, namiętności ze strony tego drugiego człowieka, słowem – miłości. Nie wiemy także, jak tworzyć związek, jak w niego inwestować. Nikt nam nie powiedział, że dobry miłosny związek jest nagrodą za ciężką pracę nad sobą każdego z partnerów, że wymaga zaangażowania, wytrwałości i wiary. Więc gdy pojawią się kłopoty, to nie przychodzi nam do głowy, że możemy nasz związek naprawić, i gonimy na zakupy, by kupić sobie coś nowego. Pragnienie szczęścia i spokoju pozostaje niezaspokojone. 

A więc flirt to potężne zagrożenie dla związku w kryzysie? To wręcz tsunami dla związku. Prawdziwy flirt można porównać do window shopping: „Podoba mi się, ale nie kupuję”. Dzisiejszy flirt to raczej obsesive shopping, czyli obsesyjne zakupy: natychmiast muszę kupić sobie coś nowego. Dzisiaj częściej to kobiety wpadają w taką zakupową gorączkę. Bo widać gołym okiem – zwłaszcza w dużych miastach – jak wiele świetnych, lecz samotnych kobiet poluje na coraz płytszym matrymonialnym rynku, zmagając się z deficytem nadających się do związku i ojcostwa mężczyzn. Nie mówiąc o tym, że zanik libido, zaburzenia erekcji i słaba jakość nasienia stają się cywilizacyjną zmorą mężczyzn. Nie tak dawno za niepłodność w związkach w 60 procentach odpowiadały kłopoty kobiet, dziś ten wskaźnik odwrócił się na niekorzyść mężczyzn.

Czyli nie lekceważmy flirtu, jeśli zobaczymy, że nasz partner czy mąż oddaje mu się choćby na Facebooku? Flirt typu window shopping może być dobrą okazją do pobudzenia gospodarki hormonalnej zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Jeśli np. kobieta będąca w stałym związku straciła w nim poczucie atrakcyjności i libido, to zachwyt w oczach innego mężczyzny, garść komplementów i erotycznych aluzji może przywrócić jej radość życia i poczucie wartości. Podobnie rzecz się ma z mężczyznami. 

No właśnie, przecież flirt wciąż może być niewinny. I taka jest jego natura, zwłaszcza w długich monogamicznych związkach. Ale, niestety, przy obecnym braku umiejętności dbania o wzajemną atrakcyjność w stałych związkach window shopping kończy się często rozbiciem wystawowej szyby, czyli seksem i rozwodem. W dodatku podczas wakacji, o których mówiliśmy, ulegamy iluzji i wydaje nam się, że życie nomady i życie osiadłe nigdy się nie spotykają. Zazwyczaj się spotykają, i to na ogół w dramatycznych okolicznościach. 

A co z niewinną letnią przygodą? Przygoda to już flirt skonsumowany. Wybita szyba wystawowa. Tu zaczyna się niebezpieczna gra, bo kupiony w takich okolicznościach towar nie ma gwarancji i nie da się go zwrócić do sklepu. W dodatku towar może zdradzać objawy przywiązania do nabywcy. Dlatego – paradoksalnie – na taką odświeżającą letnią przygodę mogą sobie ewentualnie pozwolić tylko ludzie odpowiedzialni i dobrze zakorzenieni w swoich stałych związkach. W dodatku te cechy muszą mieć obie mające się ku sobie strony. W przeciwnym razie letnia przygoda nieodzownie traci swoją lekkość oraz niewinność i staje się początkiem trudnego, nieprzyjemnego procesu rozstawania się z aktualnym partnerem i żmudnego budowania podwalin nowej relacji. 

Czyli najbezpieczniej jest flirtować ze swoim mężem czy partnerem? Do tego się to sprowadza. W wakacyjnych, nomadycznych okolicznościach – wypoczęci i opaleni, wolni od codziennych trosk – możemy odkryć naszego partnera na nowo. A po powrocie z wakacji zainwestować w swoje pasje i marzenia, stać się sami dla siebie atrakcyjnymi, a wtedy nieuchronnie w oczach partnera zobaczyć zachwyt i uznanie. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (). 

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.

  1. Seks

Brak seksu – jakie korzyści można czerpać z abstynencji seksualnej? Do czego kiedyś służyła?

Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
W świecie przepełnionym seksem zwyczaje, które każą z niego rezygnować, wydają się dziwactwem, bawią, budzą lęk. Okazuje się jednak, że abstynencja seksualna ma swój sens!

Bawi nas dziś stary zwyczaj tobiaszowych nocy związany z wiarą w demony. Inny, wcale nieprzebrzmiały, syndrom dziwki i madonny budzi protest lub zdziwienie. Trudno zrozumieć współczesnemu człowiekowi celibat, bo uważamy, że rezygnacja z seksu niczemu nie służy. Tymczasem okazuje się, że to, co postrzegamy jako naiwne, mogło przynosić korzyści, to, od czego się odżegnujemy, dotyczy często i nas, a to, co uważamy za zbędne, może mieć głęboki sens.

Tobiaszowe noce - brak seksu, który przynosi korzyści

Biblijny Tobiasz umknął gniewowi demona Asmodeusza, powstrzymując się od seksu ze swą żoną Sarą przez kilka nocy po ślubie (Asmodeusz uśmiercił wcześniej jej siedmiu mężów, którzy powstrzymać się nie zdołali). Tobiaszowe noce oznaczają seksualną wstrzemięźliwość praktykowaną przez młodych małżonków podczas nocy poślubnej lub przez kolejne noce – różnie w różnych kulturach. Chrześcijaństwo wysoko ceni erotyczną ascezę.

Synod w Kartaginie w 398 r. jako okres wstrzemięźliwości ustalił noc poślubną, lecz z czasem obyczaj objął trzy noce – przy czym każda z nich była poświęcona kolejnej postaci z religijnego panteonu: Chrystusowi, Matce Boskiej i św. Józefowi. Na przykład w mitologii germańskiej spotyka się przekonanie, że prawo do dziewictwa kobiety ma bóstwo i to ono powinno podczas poślubnej nocy posiąść ją i zapłodnić, a zatem mąż musi poczekać przynajmniej przez tę jedną noc.

W Estonii i Persji wierzono z kolei, że podczas kilku pierwszych nocy po ślubie mężczyzna jest zagrożony – zazdrosne demony mogą go zabić, ponieważ kobiecość wiązana była ze złymi siłami, które nie chciały dobrowolnie oddać swej własności. Zdarzało się więc, że małżeństwo zaczynało uprawiać seks sporo czasu po ślubie. Zwyczaj „opóźnionego seksu” znany był także w Indiach i innych krajach Dalekiego Wschodu, lecz tu nie łączono go z lękiem, ale raczej z możliwością oswojenia się małżonków ze sobą.

– To był doskonały pomysł – uważa Katarzyna Platowska, psycholog i terapeuta. – Tym bardziej że małżeństwa były aranżowane i ślub zawierali ludzie, którzy nie mieli szans na wcześniejsze poznanie się. A kiedy dodatkowo kochankowie nie dysponują żadnym doświadczeniem, stosunek z reguły ma przebieg nieudany i jest dla obu stron rozczarowujący. Stopniowe oswajanie się partnerów ze sobą sprawia, że pojawia się między nimi więź, która złagodzi i osłodzi to rozczarowanie. Obcowanie bez seksu służyło stopniowemu budowaniu intymności, bliskości i zaufania, które sprawiało, że kobieta mniej bała się swego pierwszego razu.

W innych kulturach obyczaj nakazywał małżonkom leżeć obok siebie bez dotykania się i pieszczot. Czasem musieli kłaść między sobą coś, co ich rozdzielało, np. obnażony miecz. Ale nawet tak wstrzemięźliwa forma tobiaszowych nocy miała zdaniem psychologów swój sens. Służyła kumulacji napięcia seksualnego. Jeśli partnerzy muszą czekać, a potrzeba seksualna nie jest rozładowywana przez kolejne noce – rośnie. W efekcie, gdy już dojdzie do zbliżenia, będzie ono gwałtownym i niezapomnianym przeżyciem, nawet jeśli technicznie nie było majstersztykiem.

– Satysfakcja z seksu płynie nie tylko z faktu złapania króliczka, ale też pogoni za nim – mówi Platowska. – Tobiaszowe noce były rodzajem gonienia króliczka, dlatego gratyfikacja była potem większa.

Szacunek dla bóstwa, które ma prawo do dziewictwa kobiety czy poświęcanie kolejnych nocy świętym, nadawał małżeńskiemu seksowi specjalnego znaczenia.

– To połączenie ziemi z niebem, pierwiastka cielesnego z duchowym – tłumaczy psycholog. – Ofiara dla bóstw nadawała innego wymiaru współżyciu małżeńskiemu – zmieniała je ze zwykłej kopulacji w wydarzenie o duchowym wymiarze.

Abstynencja seksualna - triumf woli nad biologią

Celibat? Przed oczyma jawi się wizerunek kapłana w sutannie. Asceza – wyobraźnia przywołuje postać półnagiego jogina poskręcanego w dziwnej pozycji. I słusznie. Celibat, czyli bezżeństwo, rezygnacja z życia seksualnego, rzeczywiście jest częstym wymogiem stawianym wobec duchownych różnych formacji religijnych. Dotyczy księży katolickich, ale zobowiązani do niego byli też kapłani wielu innych wiar, np. wyżsi rangą mnisi i mniszki buddyjskie, westalki w starożytnym Rzymie, kapłani bogini Demeter, wróżbitki z Delf itp. Decyzję o życiu w czystości świadomie podejmowali też ludzie świeccy – w XIX w. prawie jedna trzecia ludności buddyjskiej żyła w celibacie – bardziej skupiona na życiu duchowym niż ziemskim poszukiwaniu przyjemności.

W wielu kulturach szamani i czarownicy decydowali się na czasową abstynencję seksualną, by wzmocnić dar przewidywania przyszłości albo wejść w lepszy kontakt ze światem duchowym; także w konfucjonizmie z okazji ważnych świąt zachowuje się do dziś wstrzemięźliwość płciową.

– Z życia płciowego rezygnowali przedstawiciele kultur, które większą wagę przykładały do spraw ducha niż spraw ciała – uważa Platowska. – Nie chcieli zaprzątać sobie głowy sprawami przyziemnymi, energię kierowali ku wyższym rejonom. Człowiek uprawiający seks jest rozbudzony i myśli o seksie, postrzega rzeczywistość pod kątem seksu: widzi miejsca, które mogłyby służyć uprawianiu seksu, jego wzrok przyciągają ozdabiające ciało detale. To, co nam chodzi po głowie, manifestuje się częściej w świecie zewnętrznym. Celibat i seksualna asceza to triumf woli nad biologią.

Nie zawsze abstynencja seksualna musi mieć związek z religią. Są takie chwile, kiedy rezygnacja z seksu wydaje się czymś naturalnym. Doświadczają tego ludzie, którzy są w coś zaangażowani całą duszą: tworzą, piszą, malują albo okrążają świat na jachcie. Kiedy ogarnia ich pasja, liczy się tylko ona, seks wypada poza krąg zainteresowań, znika reszta świata. Także wielu sportowców zachowuje wstrzemięźliwość płciową przed ważnymi rozgrywkami, by utrzymać koncentrację na tym, co w danym momencie najważniejsze.

– Ważna jest dobrowolność rezygnacji z seksu i świadomość tej decyzji – tłumaczy Platowska. – Jeśli seks jest tłumiony, może „wypłynąć” w najmniej odpowiednich monetach. Ale ktoś dobrowolnie wybierający celibat i świadomy, jakie są tego konsekwencje, może wykorzystać ascezę do swojego rozwoju. W kontekście religijnym można ją porównać z postem: wyrzeczenia czemuś służą, otwierają nasze wewnętrzne oko na sposób funkcjonowania świata i nas samych, pozwalając sięgać do głębi różnych zjawisk.

Ekonomia sprawiła, że w Polsce okresowo celibat praktykuje dziś wielu! Statystyki podają, że kilkaset tysięcy Polaków wyjechało za granicę w poszukiwaniu pracy. Większość z nich zostawiła w kraju rodziny. Zarówno osoba, która wyjechała, jak i ta, która pozostała, decyduje się na życie w celibacie (oczywiście przy tym, że zakładamy wierność małżeńską).

Syndrom dziwki i madonny, a brak seksu w małżeństwie

Idealizowanie ukochanej osoby jest romantyczne i piękne, ale... do pewnych granic. Człowiek dotknięty syndromem dziwki i madonny przekracza te granice, idealizuje ukochaną do tego stopnia, że ją całkowicie odrealnia. Stawia na piedestale, wynosi na ołtarz, kocha, podziwia, wielbi i... nigdy jej nie dotknie. Mężczyzna nie chce i nie może podejść do niej na tyle blisko, by zobaczyć, że jest zwykłą śmiertelniczką.

– Syndrom dziwki i madonny sprawia, że człowiek dzieli kobiety na dwie kontrastowe kategorie: święte i ladacznice, madonny i dziwki – tłumaczy Platowska. – Z tymi pierwszymi seksu uprawiał nie będzie, bo są na to za czyste, idealne, święte. Co więcej, może się okazać, że bardzo kocha swoją wybrankę, ale w intymnej sytuacji nie będzie mieć erekcji. Z tymi drugimi będzie mógł się kochać, ale nie będzie ich szanował, nie będzie chciał takiej kobiety za stałą partnerkę.

Psychologowie uważają, że syndrom ten ma funkcję obronną: wymuszają go nieuświadomione lęki spowodowane przeżyciami z wczesnego dzieciństwa; przeżyciami, które otarły się o molestowanie seksualne lub inne emocjonalne nadużycia. Dotknięte nim osoby nie chcą łączyć bliskości emocjonalnej i seksualnej, unikają kontaktu z bolesnymi wspomnieniami.

– Taki człowiek deklaruje, że bardzo kocha żonę, ale rzadko lub bardzo rzadko z nią współżyje (czasem wcale), natomiast korzysta z usług prostytutek. Dla dotkniętego syndromem dziwki i madonny jest to jak najbardziej logiczne: nie potrafi postrzegać seksualnie osoby, z którą łączy go więź emocjonalna, ale bez większego trudu wchodzi w niezobowiązujące, oparte tylko na seksie przygody – tłumaczy psycholog.

Uważa, że seks jest czymś brudnym, raniącym i złym, nic więc dziwnego, że wierzy, że nie można uprawiać go z kimś kochanym, bo to go kala, obraża. Do seksu nadaje się tylko ktoś, kogo się nie ceni, nie szanuje i kim można gardzić. To klasyczny przypadek dotyczący pewnej grupy ludzi dotkniętych bolesnymi doświadczeniami. Ale cząstka syndromu dziwki i madonny, wyrażana w łagodniejszej formie, ujawnia się w wielu związkach. Nie dotyczy seksu w ogóle, lecz na przykład pewnych jego obszarów. Znakomitym przykładem jest postać grana przez Roberta De Niro w „Depresji gangstera”. W pewnym momencie wyznaje swojemu terapeucie, że wybiera się do burdelu, bo ma ochotę na seks oralny. Terapeuta pyta, dlaczego nie zrobi tego ze swoją żoną, na co De Niro z oburzeniem odpowiada: „Zwariowałeś? Przecież ona potem całuje moje dzieci!”.

– Wielu mężczyzn uważa, że pewnych rzeczy nie robi się z własną żoną – dodaje Platowska. – Nie dlatego, że ona odmawia np. seksu analnego czy oralnego. On jej tego nawet nie proponuje, bo takie zachowania seksualne z kobietą „szanowaną” nie mieszczą się w jego systemie wartości.

Izolowaniu się od kobiety, z którą się uprawia seks, sprzyja jeszcze jedno zjawisko: lęk kastracyjny. Taki pierwotny lęk od tysięcy lat budzi w mężczyźnie partnerka seksualnie wyzwolona i żyjąca w zgodzie ze swoimi potrzebami. Mężczyźni boją się, że przy takiej kobiecie stracą swoją męskość. Erotycznie wyzwolona kobieta budzi w nich niepewność, uosabia pierwotny mit o pochwie pochłaniającej członek. Nieskrępowana kobieca seksualność zagraża męskiej, zwłaszcza gdy facet ma niskie poczucie własnej wartości albo nie jest tak wyzwolony. A w naszych czasach – obyczajowych i społecznych przemian – o niepewnych swej roli i pozycji mężczyzn nietrudno…