1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Miłosny seans filmowy

Miłosny seans filmowy

123rf.com
123rf.com
Co prawda kalendarzowa wiosna w pełni, ale pogoda zmienna. Warto więc przygotować plan B, jeśli aura nie będzie sprzyjała aktywnościom plenerowym. Na przykład seans filmowy. Najlepiej we dwoje.

Miłość to jeden z najstarszych i niby najbardziej oklepanych tematów. I co z tego, skoro i tak najchętniej oglądamy właśnie filmy o miłości. Na początek wybrałam trzy obrazy, których nie może zabraknąć w Waszej domowej kolekcji. Warto, bo można wracać do nich nie raz.

9 i pół tygodnia – absolutny faworyt! Historia Elizabeth, trzydziestoletniej rozwódki z Nowego Jorku, która podczas zakupów na targu spotyka przystojnego Johna, od razu podbiła moje serce. Wspaniałe kreacje aktorskie Kim Basinger i Mickeya Rourke’a są nie do opisania, to trzeba zobaczyć! Ten film mogłabym oglądać w nieskończoność, a szczególnie dwie sceny. Pierwsza to ta, w której Lizy wykonuje szalony striptiz w takt „You can leave your hat on”, druga – to sekwencja z kostką lodu, okrzyknięta jedną z najbardziej sexy w historii kina. Wystarczy ją zobaczyć, żeby zrozumieć dlaczego.

Sekretarka – Lee Halloway (grana przez Margaret Gyllenhaal, która ostatnio pojawiła się w Histerii - Romantycznej  historii wibratora), właśnie opuściła zakład psychiatryczny. Nie jest szalona, ale ma pewne nietypowe skłonności. Chce wrócić do normalnego życia i znaleźć pracę. To niełatwe, ponieważ nie ma ani doświadczenia, ani referencji. Mimo to dziwaczny prawnik,  pan Grey (w tej roli James Spader) zatrudnia ją. Wkrótce okazuje się, że wiele ich łączy i  zaczyna się... perwersyjna zabawa dla dwojga! To historia z happy endem, ale nie będę zdradzać szczegółów – nie można tego przegapić!

Ostatnie tango w Paryżu - arcydzieło Bernarda Bertolucciego z 1972 roku, które wciąż zyskuje nowych admiratorów. W najbardziej kochliwym mieście Europy rozpoczyna się romans czterdziestopięcioletniego Amerykanina z o połowę młodszą Francuzka. Przez trzy dni w opuszczonym mieszkaniu para uprawia seks. Liczy się tylko fizyczność i przekraczanie kolejnych granic. Znakomita i niepowtarzalna fabuła z udziałem mistrzowskich: Marii Schneider i Marlona Brando. Ci, którzy jeszcze nie widzieli – koniecznie muszą to nadrobić,  natomiast znający tę historię wiedzą, że warto do niej wrócić.

Powyższe tytuły filmów są moimi absolutnymi faworytami. Każdy z Was może mieć zupełnie inne upodobania – bo tak naprawdę liczy się dobra zabawa. Od oglądania miłosnych filmów we dwoje do miłosnych igraszek droga jest naprawdę niedaleka…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

To właśnie miłość - 5 najpiękniejszych scen miłosnych

"Foodie Love", reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Rankingów, które opisują topowe sceny miłosne, nie brakuje. Niemal wszystkie bez wyjątku przypominają wielkie kinowe przeboje sprzed lat. Tymczasem i w najnowszych produkcjach znajdziecie prawdziwe perełki. Poleca szefowa działu kultury Zwierciadła, Zofia Fabjanowska-Micyk.

Kto nie lubi wracać do przeszłości? Powspominać, jak to w podstawówce oglądało się z VHS-u, z bijącym sercem, „Uwierz w ducha” i młodziutką Demi Moore za kołem garncarskim, którą coraz namiętniej obejmuje od tyłu Patrick Swayze z gołym torsem. Albo inaczej: powspominać, jak w podstawówce, z bijącym sercem, oglądało się na DVD pocałunek Kristen Stewart i Roberta Pattinsona w „Zmierzchu”. A gdyby tak zamiast powtórki z kina, przejrzeć premiery? Takie, które od niedawna możecie oglądać, nie ruszając się z domu, online. Oto wybór scen i wątków miłosnych z filmów i seriali. Nieoczywistych i intrygujących. Gdzie bardziej od samego seksu istotne jest to „coś”, co łączy ekranowych kochanków.

Apetyt na miłość

Hiszpański serial „Foodie love” [HBO GO] rozpala nie tylko głód miłości, ale i głód w ogóle. Tytuł wziął się od nazwy aplikacji randkowej dla miłośników dobrego jedzenia. Przez którą to aplikację poznają się ona i on (do końca nie poznamy ich imion, nawet jeśli ich samych poznamy bardzo dobrze). Z każdą ich randką odkrywamy nowe miejsce: hipsterską kawiarnię, jedną z najbardziej wykwintnych restauracji w Barcelonie, niepozorny bar serwujący genialny japoński ramen. Ta kameralna, oparta na błyskotliwych dialogach historia trochę przypomina filmową trylogię („Przed wschodem słońca”, „Przed zachodem słońca” i „Przed północą”) z kultowymi rolami Julie Delpy i Ethana Hawke’a. Tyle, że jest śmielsza obyczajowo. I długo trzyma nas w napięciu: nie możemy się już doczekać, kiedy ona i on skonsumują wreszcie nie tylko to, co na talerzu, ale też ich związek. A jednak wcale nie scena pierwszej wspólnie spędzonej nocy, choć bardzo zmysłowa, jest tu najpiękniejsza. Serial nakręciła słynna reżyserka Isabel Coixet (m.in. „Życie ukryte w słowach”), która nie byłaby sobą, gdyby nie dodała tu wątku brzemiennej w skutki tajemnicy. Nie chcę zdradzić za wiele, ale Coixet prowadzi nas przez rozmaite zawirowania do wzruszającego finału i po mistrzowsku puentuje. A my, widzowie, mało czego pragniemy w tamtej chwili równie mocno, jak tego, żeby tym dwojgu się udało.

'Foodie Love', reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO) "Foodie Love", reż. Isabel Coixet, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)

Niedobrani, ale...

Skandal. Ona maturzystka, on (czyli tytułowy pan T.) dwa razy starszy udziela jej korepetycji z języka polskiego. Ich potajemny związek jest z gatunku tych, które marną mają szansę na przetrwanie, co nie odbiera mu urody, o czym za chwilę. Widują się w skromnym pokoiku w Domu Literata i w pojedynczym za wąskim dla nich łóżku częściej się kłócą niż kochają. Czasy zresztą także nie sprzyjają miłości. Są wczesne lata 50., stalinizm, a pan T. właśnie przeżywa kryzys twórczy. Nie to, że nie umie nic sensownego napisać, po prostu nie chcą go drukować. Przymiera więc głodem, ale nie traci fasonu: w golfie, płaszczu, z włosami pociągniętymi pomadą i w przyciemnianych okularach, na tle zniszczonej wojną Warszawy (Pałac Kultury dopiero się buduje) prezentuje się naprawdę stylowo. Podnoszoną przed oficjalną kinową premierą kwestię, ile w filmie „Pan T.” (player.pl i vod.pl) jest inspiracji życiorysem pisarza Leopolda Tyrmanda, pozostawmy reżyserowi Marcinowi Krzyształowiczowi. Tymczasem pewne jest, że to pierwsza taka rola dawno niewidzianego na dużym ekranie Pawła Wilczaka. I pierwsza taka młodziutkiej Marii Sobocińskiej, jego filmowej wybranki. Zresztą Sobocińska w tym czarno-białym obrazie też wygląda zjawiskowo. To para może pod pewnymi względami niedobrana, za to równie ładna co zakochani z takich klasyków polskiego kina jak „Do widzenia, do jutra” czy „Niewinni czarodzieje”.

'Pan T.', reż. Marcin Krzyształowicz, 2019. (Fot. materiały prasowe Kino Świat) "Pan T.", reż. Marcin Krzyształowicz, 2019. (Fot. materiały prasowe Kino Świat)

Jej portret

Nie brakuje głosów, że „Portret kobiety w ogniu” (vod.pl, cineman.pl oraz player.pl) to w ogóle jedna z najpiękniejszych miłosnych historii opowiedzianych w kinie. Odważna, a jednocześnie niebywale subtelna. Bretania, XVIII wiek. Marianne, młoda malarka, na zamówienie pewnej hrabiny ma namalować portret jej córki Heloise. To będzie część posagu, Heloise wyszła z klasztoru i szykowana jest do zamążpójścia. Nie zna życia na zewnątrz, od lat nie mogła nawet samodzielnie przyśpieszyć kroku, nie mówiąc o wypowiadaniu na głos, co myśli i czuje. Czas, kiedy powstaje obraz, staje się dla portrecistki i portretowanej czasem wyjątkowym, tylko dla nich. Hrabina wdowa musi wyjechać, w całym hrabiowskim zamku nie ma żadnego mężczyzny. To film o rodzącym się uczuciu. Tak bezkompromisowym, że chociaż spotkanie pary bohaterek trwa krótko, zostaje im na całe życie i też na całe życie je wzmacnia. Jest tu piękna scena ich ostatniej wspólnej nocy. Zaraz Marianne wyjedzie na zawsze. Czuwają więc wtulone w siebie do świtu. Dla nich miłość oznacza wolność, możliwość decydowania o sobie, nawet jeśli ograniczona jest tylko do tego co w sercu i głowie. Reżyserka Céline Sciamma, która jakiś czas temu udzielała wywiadu magazynowi Zwierciadło, powiedziała, że „czasami jedno słowo starcza za miliony słów”. To dobra recenzja tego filmu. Tu każde słowo, dotyk, spojrzenie jest na wagę złota.

'Portret kobiety w ogniu', reż. Céline Sciamma (2019). (Fot. materiały prasowe Gutek Film) "Portret kobiety w ogniu", reż. Céline Sciamma (2019). (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Szkoła uczuć

Serial „Sex education” (Netflix) to niby komedia z gatunku kid adults, czyli dla nastolatków, a jednak oglądają ją miliony dorosłych na świecie. Przygody młodocianego Otisa (syna cenionej seksuolożki) i jego pokątnego licealnego biznesu – porad z zakresu życia intymnego – to doskonała rozrywka. Nie mówiąc już o tym, że dla rodziców dorastających dzieciaków to studnia wiedzy o tym aspekcie życia ich pociech, o którym rodzic wie niewiele albo nic. Tutaj nie ma tematów tabu: ryzykowne eksperymenty, uzależnienie od masturbacji, homoseksualizm, fetysze. A jednak siłą tego serialu nie jest tylko dowcipnie podana porcja wiedzy. Geniusz tej produkcji polega na tym, że opowiada się po stronie fundamentalnych wartości. Słowo „godność” jest tu kluczem. Pierwsze doświadczenia serialowych nastolatków rozczulają, tu jeszcze jest miejsce na szczerość i spontaniczność, którą traci się z wiekiem. Ale jeśli chodzi o najlepsze wątki erotyczne, niżej podpisana należy do licznego grona miłośników matki serialowego Otisa, granej przez Gillian Anderson, zupełnie niepodobnej do sztywnej agentki Scully z serialu „Z Archiwum X” sprzed lat. W „Sex education”, w odróżnieniu od nad wiek poważnego Otisa, jego matka jest cudownie wyluzowana i zmysłowa. To pean na cześć życia po czterdzistce, kiedy to ty decydujesz o swoim życiu intymnym. I to z jaką, w wykonaniu Anderson, dezynwolturą!

'Sex Education', reż. Laurie Nunn, 2019. (Fot. materiały prasowe Netflix) "Sex Education", reż. Laurie Nunn, 2019. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Nowe życie

A jeśli już o życiu po czterdziestce mowa: poznajcie 45-letnią Eve Fletcher z serialu „Pani Fletcher” (HBO GO). Tę postać stworzył Tom Perrotta, specjalista w pisaniu bestsellerów i przerabianiu ich na świetne scenariusze (film „Małe dzieci” z Kate Winslet, serial „Pozostawieni”). Tytułową bohaterkę umieścił w wyjątkowym momencie życia. Fletcher zostaje sama. Rozwódką jest już od jakiegoś czasu, ale jej syn Brendan wyjeżdża do innego miasta na studia. Dom nagle wydaje się taki pusty! Fletcher, na co dzień kierowniczka ośrodka dla seniorów, pewnie zabijałaby czas czytaniem i pieczeniem ciasteczek, które wysyła na uczelnię Brendanowi, ale przez przypadek trafia w laptopie na stronę zdecydowanie tylko dla dorosłych. W pierwszym odruchu odskakuje przestraszona, ale to właśnie ten moment, kiedy w Eve coś się zmienia. Krok po kroku odkrywa własne ciało i potrzeby, ogląda strony pornograficzne, zaczyna sobie zadawać pytania, co jej sprawia przyjemność, odkrywa świat fantazji erotycznych. Paradoksalnie to ona, a nie jej syn – stuprocentowy samiec, były zawodnik szkolnej drużyny, który nie bardzo umie się odnaleźć w akademiku i na uczelni – zaczyna nowe, pełne przygód życie. Zaczyna umawiać się na randki, zapisuje na kurs kreatywnego pisania, gdzie poznaje wyraźnie nią zainteresowanego chłopaka w wieku Brendana, coraz bliższa staje jej się ciałopozytywna koleżanka z pracy. Powoli pani Fletcher dojrzewa do… tego nie mogę zdradzić, bo to mocna scena i świetna zachęta, aby czekać na drugi sezon.

'Pani Fletcher', reż. Tom Perrotta, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO) "Pani Fletcher", reż. Tom Perrotta, 2019. (Fot. materiały prasowe HBO)

Na koniec odsyłam do najnowszego magazynu Zwierciadło (na rynku od 21 kwietnia), gdzie w "Temacie numeru" przeczytacie o najlepszych stronach dojrzałości i budzeniu się świadomości własnych potrzeb.

 

 

 

 

 

  1. Kultura

14 najpiękniejszych filmów o miłości – najlepsze filmy miłosne

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pamiętnik", na zdjęciu: Rachel McAdams i Ryan Gosling. (Fot. BEW PHOTO)
Filmy o miłości wzruszają, uwrażliwiają, a czasem nawet wywracają nasz świat do góry nogami. Często zarzucamy im, że przedstawiają historie, które nie zdarzają się w realnym świecie, ale... niech podniesie rękę ten, kto choć raz w życiu nie miał nastroju na romantyczny film. Oto lista najpiękniejszych - naszym zdaniem - filmów o miłości. 

Niezwykłe filmy o miłości wzruszają, uwrażliwiają, a czasem nawet wywracają nasz świat do góry nogami. Często zarzucamy im, że przedstawiają historie, które nie zdarzają się w realnym świecie, ale... niech podniesie rękę ten, kto choć raz w życiu nie miał nastroju na romantyczny film. Oto lista najpiękniejszych - naszym zdaniem - a zarazem najlepszych filmów o miłości. 

"Notting Hill"

Można nie lubić komedii romantycznych z przełomu XX i XXI w., ale młodego Hugh Granta nie sposób nie kochać. Jedna z najlepszych ról odrobinę niezdarnego, ironicznego, ale niezwykle charyzmatycznego aktora, który stworzył z Julią Roberts duet idealny. Warto nie tylko dla fajnej, lekkiej i prześmiesznej historii (szczególnej uwadze polecamy scenę wywiadu, który główny bohater przeprowadza z filmową Anną Scott), ale też mocnych wątków w tle (tu przede wszystkim postać przyjaciela i współlokatora Granta).

"Co się wydarzyło w Madison County"

Clint Eastwood i Meryl Streep jako ludzie w średnim wieku, którzy na "przeżycie" miłości życia mieli jedynie... 4 dni. Ona - kobieta zajmująca się domem, z mężem i dwójką dzieci, która niczego już od życia nie oczekuje i on - samotnik, podróżnik, fotograf, lekkoduch, który za nic nie zdecydowałby się na stały związek. Do czasu. Wystarczyły 4 pełne miłości, czułości i namiętności dni, by oboje zdali sobie sprawę, że takie uczucie zdarza się tylko raz w życiu.

"Pamiętnik"

Nakręcony na podstawie książki Nicolasa Sparksa film romantyczny opowiadający historię głębokiej miłości dwójki młodych ludzi, którą słyszymy z ust starszego mężczyzny. Opowiada ją chorej na Alzheimera kobiecie, czytając pamiętnik, wspominający niewinną, piękną i romantyczną miłość dziewczyny z dobrego domu i ubogiego, prostego chłopaka. Warto, także ze względu na role głównych bohaterów - Ryana Goslinga i Rachel McAdams, między którymi czuć było "chemię". Wyciskacz łez, dumnie reprezentujący filmy miłosne na podstawie książek, który zostaje w pamięci na długo.

"Rzymskie wakacje"

Audrey Hepburn jako księżniczka znudzona dworskim życiem, która postanawia zwiedzić Wieczne Miasto na własną rękę. Bez świty i królewskiego orszaku. Główna bohaterka tego filmu romantycznego podczas jednego dnia wolności spędzonego z amerykańskim dziennikarzem (w tej roli Gregory Peck) po raz pierwszy tak naprawdę dowiaduje się, co to znaczy wolność i zauroczenie. Komedia sprzed ponad 50 lat, która absolutnie nie straciła swego uroku, często uważana za numer jeden w kategorii najpiękniejsze filmy o miłości.

"Słodki listopad"

Początek filmu przełamuje schemat: tutaj to ona (w rolę Sary wcieliła się Charlize Theron) zmienia chłopaków jak rękawiczki. A on (w rolę nowojorskiego biznesmena Nelsona wcielił się Keanu Reeves) szybko się w niej zakochuje. Postanawiają zawrzeć jednak układ, że nie będą angażować się zbytnio w związek i po wspólnym miesiącu, każde pójdzie w swoją stronę. Prawda, którą skrywa Sara wywraca jednak ich życie uczuciowe do góry nogami... Wyjątkowo wzruszające kreacje Theron i Reeves'a. Dla tych, którzy mają ochotę na smutne filmy romantyczne.

"Jeden dzień"

Miłość, która musiała dorosnąć, czyli wzruszająca opowieść o parze, która nawiązuje znajomość w bardzo młodym wieku i po prostu się zaprzyjaźnia. Umawiają się na to, że co roku będą spotykać się jednego konkretnego dnia, podczas którego opowiadają o swoich związkach, uczuciach, przeżyciach. Po jakimś czasie każde z nich zaczyna rozumieć, że prawdziwa miłość nie zawsze zdarza się "od pierwszego wejrzenia". Smutny film o miłości, która szczerze wzrusza.

"Tamte dni, tamte noce"

Młody chłopak, który spędza wakacje z rodzicami zakochuje się w mężczyźnie, który przyjechał pracować wspólnie z jego ojcem. To nieoczywiste uczucie rosło w nich od momentu, w którym się zobaczyli, ale w którym nie do końca chcieli jeszcze przyznać przed sobą, że istnieje. Plus za nostalgiczny klimat, gorącego lata we włoskim miasteczku... Uznany za najbardziej romantyczny film 2017 roku.

"Dla niej wszystko"

Russel Crowe jako oddany mąż, który decyduje się poświęcić absolutnie wszystko dla swojej ukochanej żony, która została skazana na karę więzienia. Ani przez chwile nie zadaje sobie pytania, czy jego ukochana jest winna, czy nie. Wie, że dla niej zrobi wszystko - łącznie ze złamaniem prawa.

"Zakochany kundel"

"Zakochany kundel" to przeurocza animacja o miłości i lojalności. Film wzruszy nie tylko najmłodszych, ale też dorosłych. Po wyjeździe swoich właścicieli piękna suczka rasy cocker spaniel, Lady, wyrusza w świat razem z bezpańskim kundlem, Trampem. Disnejowska produkcja z 1955 roku doczekała się również nowej, odświeżonej wersji, wzbogacając miłosne filmy o kolejną produkcję wartą uwagi.

"500 dni miłości"

Porzucony przez dziewczynę chłopak wraca pamięcią do 500 spędzonych wspólnie dni, by przeanalizować, co w ich relacji poszło nie tak i jakich błędów nie popełniać na przyszłość. Ciekawa opowieść o tym, jak często pochłonięci własną, wyimaginowaną wizją idealnej miłości nie widzimy tego, jak wygląda to w rzeczywistości...

"Titanic"

Choć wszystkim zapewne film o zakazanej miłości Jacka i Rose jest dobrze znany, nie moglibyśmy pominąć go w naszym zestawieniu. Kultowy wyciskacz łez z katastrofą historycznego statku w tle to jeden z największych wyciskaczy łez, jaki do tej pory powstał, zajmując czołową pozycję na liście smutnych filmów miłosnych. Nie da się ukryć, że do tej opowieści wracamy wyjątkowo często, niezależnie od tego, jak dobrze znamy jej zakończenie…

"List w butelce"

Kolejny film oparty na powieści Nicolasa Sparksa, czyli specjalisty od romansów. Dziennikarka znajduje na plaży list miłosny i postanawia odnaleźć jego twórcę. Autor okazuje się być niezwykle przystojnym, wrażliwym i inteligentnym mężczyzną (w tej roli Kevin Costner), który nie potrafił poradzić sobie ze śmiercią ukochanej żony. Okazuje się jednak, że życie jest o wiele bardziej niespodziewane i często zaskakuje nas w najmniej spodziewanym momencie.

"Uwierz w ducha"

Patrick Swayze, który powraca jako duch do swojej ukochanej po śmierci. Brzmi banalnie, ale film z udziałem Demi Moore i Paricka Swayze stał się kinowym hitem i jedną z najpiękniejszych opowieści o oddaniu, przywiązaniu i trosce o ukochaną osobę.

"Casablanca"

Absolutny klasyk, którego jednak nie mogło zabraknąć w naszym zestawieniu pięknych filmów miłosnych. Film z 1942 roku, który wciąż uznawany jest za historię miłosną wszech czasów. Podczas II wojny światowej spotykają się byli kochankowie, którzy znajdują się w zupełnie innym momencie życia. Mimo to dawne uczucia między nimi odżywają i zupełnie burzą ich dotychczasowe życie. Niezapomniane role Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman.

  1. Psychologia

Love story z morałem - Katarzyna Miller wyjaśnia, czego uczą nas filmy o miłości

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Titanic", reż. James Cameron, 1997. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
„Przeminęło z wiatrem” pokazuje, że marzenia są groźniejsze od bajek. „Pretty woman”, że dwoje ludzi może się odnaleźć, a „Millennium” odkrywa nowy typ mężczyzny, z kobiecym pierwiastkiem. Jak wizja miłości na ekranie przekłada się na nasze związki – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Najpiękniejszy film o miłości?
Ach, tak na dzień dobry? Zaraz, zaraz… „Pretty woman”! No, ten film jest samą rozkoszą. „Love story” też był fajny, ale dziś myślę, że się trochę zestarzał. Lubię bardzo filmy z Barbrą Streisand, zwłaszcza „Miłość ma dwie twarze”, o którym ostatnio rozmawiałyśmy, ale też „Księcia przypływów”, który jest także mądrym filmem o terapii.

Przed naszą rozmową zrobiłam mały research wśród znajomych na temat ich ulubionych filmów o miłości. „Casablanca”, „Pożegnanie z Afryką”, „Titanic”…
„Casablanca” uchodzi za film kultowy, ale mnie on jakoś nie rusza. W „Pożegnaniu z Afryką” jest zawarta pewna prawda o tym, że są tacy chłopcy, którzy się złapać nie dają (śmiech). „Titanic” to miłość z poświęceniem, ale też bardzo młoda, pierwsza, zbyt wysublimowana, żeby była prawdziwa, i spowodowana wyjątkową sytuacją, a to bardzo podsyca ogień miłości… O, ale widzisz, dzięki temu przypomniało mi się kilka fajnych tytułów. Jeśli nie widziałaś, musisz zobaczyć „Posłańca”, „Najemnika” i koniecznie „Kochanka lady Chaterley” – film o miłości cielesnej, przebudzeniu kobiety, ale też przekraczaniu barier społecznych. Uwielbiam również „Artura” z Dudleyem Moorem i Lisą Minelli. Rozkoszny, zupełnie rozkoszny, też o przekraczaniu barier. Oczywiście „Pół żartem, pół serio” z Marilyn Monroe i „Wyższe sfery” z Grace Kelly. Bardzo lubię też filmy duetu Katherine Hepburn i Spencera Tracy’ego, jak chociażby „Żebro Adama”. No i „Rzymskie wakacje” z cudownym Gregorym Peckiem!

'Rzymskie wakacje' - Audrey Hepburn i Gregory Peck jako Księżniczka Anna i Joe Bradley (fot. BEW PHOTO) "Rzymskie wakacje" - Audrey Hepburn i Gregory Peck jako Księżniczka Anna i Joe Bradley (fot. BEW PHOTO)

U mnie wygrywa „Przeminęło z wiatrem”.
O, tu mnie zaskoczyłaś, bo ja nie powiedziałabym, że to film o miłości. Dla mnie on jest o wszystkim: o wojnie, przetrwaniu, społecznych przemianach, no i oprócz tego jest tam fajna romantyczna historia.

Ja zawsze widziałam w nim opowieść o tym, jak można latami wzdychać do faceta, którego nie znasz, nie rozumiesz i z którym nie byłabyś szczęśliwa.
Scarlett O'Hara była zwyczajnie głupia emocjonalnie. Ashleya chciała po pierwsze dlatego, że był zupełnie inny niż ona, a po drugie był niedostępny, bo była Melanii. Scarlett była takim bachorem, który kiedy coś mu się podoba, uważa, że może to sobie wziąć. Po trzecie, Ashley był jej kompletnie obcy, bo tak naprawdę oni ze sobą nie spędzali w ogóle czasu. Gdyby zostawić ich razem na dwa dni, to ona zanudziłaby się na śmierć. Można powiedzieć, że użyła go jako wieszaka na swoje marzenia i nawieszała na nim wszystko to, czego nie zna, nie ma i nie rozumie. Poza tym zobacz, co on robił. To był typ w stylu „podpuszczę cię troszeczkę i nic ci nie dam”.

Karmił ją romantycznymi ochłapami...
I było mu strasznie przyjemnie, że taka kobieta lata za nim jak wściekła, a on tymczasem ma tu sobie cudowny związek z Melanią, bez której nie dałby sobie rady. W sumie go rozumiem, ale to było nieuczciwe. Nadużywał jej, dzięki czemu wydawał się sobie ciekawszy.

Ashley był dla Scarlett marzeniem, Rhetta uważała za chama i prostaka. Czyli takiego pana Cześka, o którym często piszesz.
Oj, Panie Boże, daj nam takich Cześków jak Clark Gable (śmiech)!

Tylko czemu ona tego nie widzi?
Tam był też taki istotny szczegół, że ona była na Rhetta wściekła za to, że na początku ich znajomości ją podsłuchał i się z niej wyśmiewał. Nie cierpiała go, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego, że piekielnie ją obchodzi. Z jednej strony miała swoje marzenie o bladawcu, a z drugiej walkę z pełnokrwistym facetem – bo z bladawcem nie da się walczyć. A walka jest bardzo sexy. Tylko mała dziewczynka, którą była, nie potrafiła sobie poukładać tego w główce. Dlatego jest to tak żywa i aktualna opowieść i dlatego Scarlett jest jedną z bardziej złożonych i prawdziwych postaci. Z jednej strony dużo wie i wiele rzeczy potrafi sobie w życiu urządzić, a z drugiej strony nie ma podstawowej wiedzy o sobie. Równie fajną postacią i bardzo współczesną jest Lisbeth Salander z trylogii „Millennium” i jej trudna relacja z Mikaelem Bloomkvistem, jedynym mężczyzną, któremu udało się przebić przez jej zasieki.

'Dziewczyna z tatuażem' - Daniel Craig i Rooney Mara jako Mikael Blomkvist i Lisabeth Salander (fot. BEW PHOTO) "Dziewczyna z tatuażem" - Daniel Craig i Rooney Mara jako Mikael Blomkvist i Lisabeth Salander (fot. BEW PHOTO)

On z kolei jest nowym typem mężczyzny – w ujmujący sposób kobiecym.
Ale też bardzo rycerskim. Gdybym miała wybrać faceta z filmu czy literatury, który mnie najbardziej ostatnio ujął, to byłby to właśnie Bloomkvist, ale z wersji szwedzkiej filmu. Nie jest może piękny jak Clark Gable, ale jest głęboki, ma zasady, prawdę w sobie, taki szlachetny kruszec. I kocha kobiety. Nie „lubi”, jak mówią czasem mężczyźni skaczący z kwiatka na kwiatek, tylko właśnie „kocha”. Może dlatego, że ma w sobie kobiecy pierwiastek.

'Przeminęło z wiatrem' - Clark Gable i Vivien Leigh jako Rhett Butler i Scarlet O'Hara (fot. BEW PHOTO) "Przeminęło z wiatrem" - Clark Gable i Vivien Leigh jako Rhett Butler i Scarlet O'Hara (fot. BEW PHOTO)

Często pięknymi filmami o miłości nazywamy te, w których miłość kończy się tragicznie. Ale są też – jak mówisz – rozkoszne komedie romantyczne z happy endem: „Pretty woman”, „To właśnie miłość”…
O Jezu, tak! „To właśnie miłość”, dziękuję, że mi o nim przypomniałaś. To jednak mój najulubieńszy film o miłości i najulubieńszy film na święta. Mogę go oglądać w kółko, choć nie wszystkie wątki lubię tak samo.

Od czego zależy to, jakie love story nas uwodzi?
Albo nas roztkliwia, albo nas bawi, albo unosi nas w wysokie rejony, jak oszołomienie, euforia. „Titanic” na przykład jest właśnie takim wysokim lotem. Stoimy na dziobie statku i lecimy. To lot pod tytułem „niezwykła odwaga jej”, ale też „niespotykana wybitność jego”, bo gdyby nie zginął, na pewno zostałby kimś wyjątkowym. To miłość, która zdobywa światy, przekracza konwenanse. W wielu filmach najbardziej nas to pociąga. W życiu bywa z tym różnie i ludzie bardzo często uginają się pod presją otoczenia, rodziny, środowiska czy własnych ograniczeń. Znałam takie przykłady i pracowałam z takimi ludźmi. Jedna historia mną zwłaszcza wstrząsnęła. Przecudny facet, rzadka klasa człowieka, przystojny, inteligentny, miły. Pobrał się z dziewczyną, którą poznał na studiach, ale której nie kochał. Zresztą nikogo wtedy nie kochał. Mieli już odchowane dziecko. Po kilkunastu latach w ich wspólnym towarzystwie pojawiła się pewna pani, z którą on często siedział, rozmawiał, czasem tańczył. I któregoś dnia on jakoś mocniej ją przytulił w tańcu, a ona do niego przylgnęła, tak jakby zbierali się do tego latami. Umówili się na kawę, potem na następną, potem okazało się, że gadają godzinami, że czują się w swoim towarzystwie jak w bajce. Najpierw spotykali się po kryjomu, aż wreszcie on postanowił: jesteśmy dorośli, nie będziemy się wygłupiać, przecież możemy się pobrać. Mało tego, okazało się, że ją bije mąż, który na dodatek jest alkoholikiem, o czym całe towarzystwo nie wiedziało. On na to: „Tym bardziej musisz się z nim rozstać”. Przy czym był uczciwy wobec swojej żony, powiedział jej, że się zakochał, że bardzo jej dziękuje za wspólne lata i zostawi jej wszystko, co ona sobie życzy, a nawet więcej. No i czekał na ruch ze strony ukochanej. A ona nie odeszła od męża. Tak to bywa, jak ktoś jest przywiązany do nieszczęścia. Paradoksalnie gdyby ten cudowny mężczyzna nie był dla niej tak dobry i cierpliwy, to być może by się z mężem rozstała.

Lubimy oglądać filmy, w których miłość pokonuje przeszkody, ale nie umiemy przenieść tego do swojego życia?
Presja stereotypu czy rodziny okazuje się czasem większa: „nie wypada, żebyś była z kimś takim, on jest tylko…” i tu można wstawiać dowolnie: rolnikiem, kierowcą, robotnikiem. Dlatego uważam, że dobrze sytuowane dziewczyny powinny się zastanowić nad tym, czy nie lepiej otworzyć się na mężczyzn z innej warstwy osiągnięć czy sukcesów, bo inaczej nie będą miały z czego wybierać.

Miłość pokona wszystko czy jednak to mrzonka?
Jedno prawda i drugie prawda (śmiech). Bywa tak, że dopóki pierwszy żar miłości bucha, to ludziom się wydaje, że miłość jest ważniejsza niż status społeczny czy akceptacja bliskich, ale im dłużej zwlekają z decyzją o byciu razem, tym ich determinacja słabnie.

Słyszałam o kilku iście filmowych historiach par, które poznawały się w sytuacjach trudnych, a ich uczucie było z kategorii „zakazane”…
Och, taka miłość rozwija się najszybciej. Żeby nie szukać daleko – Romeo i Julia.

Ale kiedy wszystkie przeszkody zostały usunięte, pojawiły się kłótnie, pretensje…
Miłość się wypaliła. My ogromnie reagujemy na czynniki zewnętrzne, które albo nas podkręcają, albo demotywują. Przeszkody, sprzeciw, łamanie barier – to jest to, co sprawia, że uczucie wydaje się piękniejsze, bardziej wyjątkowe. Ale kiedy to minie, często się okazuje, że cały blask był tylko pozorny. To bardzo dziecinne podejście, typowe dla dwudziestoparolatków, dla których bunt przeciwko rodzicom jest wartością nadrzędną. Kiedy byłam smarkata, z miejsca bym poszła na wojnę. A teraz? W żywe oczy bym kłamała, zdezerterowałabym nawet – tylko po to, żeby się z tego wykręcić.

Czy „Pretty woman” nie jest właśnie dla 20-latków?
Moim zdaniem to opowieść o tym, jak fajnie i rzadko jest trafić na kogoś, kto naprawdę ci pasuje. Jemu była potrzebna dziewczyna zuchwała, z fantazją, która by go rozśmieszała, rozluźniała, nie przejmowała się tym wszystkim, czym on się przejmował. Mógł przy niej odpocząć, wyluzować, zobaczyć, jak wiele ma dziecka w sobie. Ta genialna scena, w której ona leży w wannie, nie wie, że on ją widzi, i potwornie fałszuje. Albo ta, kiedy on ją pierwszy raz widzi w eleganckiej sukience. Na facetów niesamowicie działa taka sytuacja, gdy dziewczyna, która przez większą część filmu wygląda normalnie, nagle występuje w sukni wieczorowej. Taka zwyczajna panienka, a tu nagle wychodzi i jest Gildą. O, „Gilda”, to dopiero jest film! Kochałam się w Gildzie!

'Pretty Woman' - Richard Gere i Julia Roberts jako Edward Lewis i Vivian Ward (fot. BEW PHOTO) "Pretty Woman" - Richard Gere i Julia Roberts jako Edward Lewis i Vivian Ward (fot. BEW PHOTO)

Pewne podobieństwo widzę…
…że ruda? Ale gdzie mi tam do Gildy?! Chociaż tańczyć jak ona umiałam!

Chodzi o to, żeby kobieta potrafiła zrobić wrażenie?
Żeby umiała zaskakiwać. Żeby okazywała się różnorodna, i to w dodatku wtedy, kiedy on się tego nie spodziewa. Tylko żeby tego nie robić specjalnie, a naturalnie.

Bohaterowie „Pretty woman” po prostu się odnaleźli?
Tak, choć kwestia tego, że ona była niezła w seksie, a on bogaty, też była niebagatelna (śmiech).

To weźmy jeszcze na warsztat „To właśnie miłość”.
Mój Boże, od razu widzę Hugh Granta, który między gabinetami jako pan premier przeskakuje w rytm muzyki. No i gruby menedżer, który kocha swojego idola i podopiecznego w jednym, cudny wątek z Emmą Thompson, której mąż zastanawia się nad zdradą… Ci wszyscy bohaterowie są normalni, do zrozumienia. To bardzo inteligentny film.

'To właśnie miłość' - Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO) "To właśnie miłość" - Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO)

Ale z gatunku, o którym nie mamy dobrego zdania – komedii romantycznych.
Bo one często robią nam wodę z mózgu! Po pierwsze, wmawiają, że twoje życie nie ma sensu, dopóki nie spotkasz tego jedynego. Po drugie, że musi się to odbyć w jakichś niesamowitych okolicznościach natury, z biciem piorunów.

I ten przekaz: czekasz całe życie na miłość, która załatwi wszystkie twoje problemy.
Nawet uleczy z depresji. Nie masz pieniędzy, nic nie umiesz – ona wszystko ci załatwi. A jak się skończy, umrzesz.

Dlaczego jednak tak przyjemnie się to ogląda?
Bo lubimy sobie pomarzyć. Ważne, żebyśmy pamiętały, że to tylko marzenia, iluzje. W prawdziwym życiu mężczyźni bywają zupełnie inni, jeśli nie fajniejsi. Podobnie jak miłość. Mówi się, że filmy przedstawiają życie jak w bajce. Ale w bajkach trzeba coś pokonywać, zdobywać, to marzenia są nieprawdziwe. On cię spotka, odkryje, pokocha, ty musisz tylko być. Komedie romantyczne bazują właśnie na tej tęsknocie. Oczywiście mądre kobiety też mogą sobie je pooglądać, bo wiedzą, że to jest tylko taki uśmiech na chwilę. A jeśli jakiś film zrobi na nich duże wrażenie, potrafią coś z niego sobie wziąć. Że on robił jej takie cudowne niespodzianki? Samej sobie zrobić niespodziankę. Albo partnerowi!

  1. Seks

Poplotkujmy o seksie

Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
W babskim gronie plotkuje się cudownie. O znajomych, dzieciach, pracy, modzie… O seksie? A jakże! Aby czerpać z tych zwierzeń jak najwięcej radości, dobrze jednak nie mówić za dużo.

Psychologowie nie mogą się nachwalić kobiecego upodobania do zwierzeń. Podkreślają, że dzięki intymnym rozmowom z przyjaciółkami kobiety rzadziej lądują na kozetce u terapeuty. Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość.

– Przegadując różne problemy, przekonujemy się, że na wszystko można spojrzeć z odmiennej perspektywy – potwierdza Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – A to wzbogaca nas, nasz świat i poszerza spektrum jego przeżywania.

A jeśli tematem pogaduszek staje się rzecz tak intymna jak seks? Koleżanka płynnie przechodzi od problemów w pracy do narzekania na oziębłość partnera albo opowiada z detalami o wczorajszej szalonej nocy… Jak zareagować? Odwzajemnić jej otwartość? A może skierować rozmowę na inne tory?

Pięć razy „tak”

– Na pytanie, czy rozmawiać o seksie w gronie przyjaciółek, odpowiadam: oczywiście, że tak! – mówi psycholog. – Ale radzę, by opowiadać tylko o sobie. Co lubisz, czego nie lubisz; jakie masz fantazje, jakie doświadczenia; czego się boisz, co cię pociąga, a co niepokoi. Wtedy pozostaniesz lojalna wobec swojego partnera, a jednocześnie będziesz mogła skorzystać z wszystkich profitów, jakie płyną z takich pogaduszek.

A jest ich sporo…

1. Przełamują tabu

Większość z nas pochodzi z rodzin, w których się o seksie nie rozmawiało. W niektórych nawet rodzice się nie przytulali na oczach dzieci. Jeśli zostałaś wychowana w atmosferze seksualnego tabu, prawdopodobnie masz ogromne problemy z odkrywaniem, nazywaniem i ujawnianiem swoich cielesnych potrzeb. Rozmawiając z przyjaciółkami o seksie, oswajasz ten temat, uczysz się otwartości, przełamujesz opór przed rozmowami na łóżkowe tematy.

– Plotkując o seksie, nabierasz swobody w tym temacie oraz ćwiczysz słownictwo. Pozwoli ci to później lepiej komunikować się z partnerem – uważa Anna Gawkowska. – Wiele kobiet zwykle nie wie, jak ubrać w słowa swoje sugestie czy uwagi, tym bardziej że właśnie z partnerem rozmawiać jest najtrudniej – boisz się odrzucenia albo tego, że on poczuje się zraniony. Im większy ładunek emocjonalny, tym gorzej dla takich rozmów. Z przyjaciółką jest prościej: ona wysłucha, zrozumie, przytuli. I – co chyba najważniejsze – pomoże nazwać problem.

2. Dostarczają wiedzy

Opowieści przyjaciółek są nieocenionym źródłem wiedzy o seksie. Bo skąd masz ją czerpać? Filmy? Literatura? Przedstawiają zbyt wyidealizowany obraz erotyki. Pornografia? Jednowymiarowa, bo nakierowana głównie na mężczyzn. W dodatku pokazuje fizjologiczną i psychologiczną nieprawdę. Poradniki? Czemu nie, tyle że to nadal martwy przekaz, nie możesz o nic dopytać. – Poza tym poradniki opowiadają o anonimowych osobach, a przyjaciółki o sobie, czyli o kimś realnym, kogo znasz i do kogo możesz odnieść swoje zachowania czy uczucia – dodaje Gawkowska. Relacja innej kobiety bywa na wagę złota.

3. Oswajają lęki

Twój partner ma wybujałe libido. Zaczynasz się więc obawiać, czy nie jesteś oziębła. Ale kiedy usłyszysz od przyjaciółek, że w ich związkach jest podobnie – poczujesz ulgę, pomyślisz: „nie jestem sama”.

– Nie ma nic gorszego, niż żywić jakąś obawę czy lęk i dźwigać je w samotności – mówi psycholog. – Tym bardziej że seks to dziedzina, która w dużym stopniu wpływa na naszą samoocenę. Gdy przeżywasz wątpliwości tylko wewnątrz siebie, one ogromnieją. Skonfrontowane z życiem innych, nabierają właściwych proporcji.

4. Podsuwają rozwiązania

Przyjaciółki mogą podpowiedzieć, jak one sobie z czymś radzą, na przykład jak tłumaczą partnerowi, co je najbardziej kręci, a co nie, nie raniąc przy tym jego dumy i nie zrywając bliskości. Albo co dodają do sypialnianego repertuaru, żeby znów się zrobiło ciekawie. I często podrzucają rozwiązania, na które sama byś nie wpadła.

5. Otwierają na nowe

Rozmowy to także krok w kierunku większej swobody w łóżku: pomagają przesuwać granice. Na przykład mąż namawia na seks oralny, a żona uważa, że to nie mieści się w pojęciu „normalny seks”. Jeśli podzieli się swoim oporem z koleżanką, może od niej usłyszeć: „Ja to uwielbiam, ale musiałam się przekonać”. I jeśli nawet nasza bohaterka nie zgodzi się od razu ochoczo na propozycję męża, to na pewno zacznie myśleć: „A więc to nie jest zboczenie, ludzie się tym cieszą”.

– Pod wpływem zwierzeń innych kobiet zaczynasz patrzeć na nowe pełna ciekawości, a nie obaw. Zastanawiać się nad nowymi sposobami dostarczania sobie nawzajem rozkoszy – tłumaczy Anna Gawkowska. – W sytuacjach, w których kiedyś automatycznie mówiłaś „nie!”, myślisz: „a może?”. Zaczynasz inny etap: najpierw próbujesz. Nie odmawiasz już dla zasady, ale wtedy, gdy coś ci się rzeczywiście nie spodoba.

Ostrożnie z radami

W intymnych zwierzeniach kryją się jednak i pułapki. Pierwszą z nich jest groźba, że seks z partnerem – w zestawieniu z opowieściami koleżanek – niesłusznie zacznie ci się wydawać nudny.

– Powszechnie wiadomo, że jednym z powodów niezadowolenia z życia jest skłonność do porównywania się z innymi – ostrzega psycholog. – Mam coś, co wydaje mi się fajne. Ale cóż to? Koleżanka ma fajniejsze! I już moje wydaje mi się mniej atrakcyjne, przestaje cieszyć. To dotyczy także seksu. Nie dość, że media kreują nierealne wzorce idealnego kochanka i kochanki, to presja dorównania lub nawet przebicia doświadczeń przyjaciółek może popsuć całą przyjemność uprawiania seksu.

Uważaj też, kogo obsadzasz w roli punktu odniesienia. Bo jeśli swoje obawy powierzasz dość pruderyjnej koleżance, prędzej dodatkowo cię w nich utwierdzi, niż je rozwieje, a nawet wepchnie w irracjonalne poczucie winy czy wstydu. Z drugiej strony zbyt wyzwolona powierniczka może zacząć cię przekonywać do eksperymentu, na który w ogóle nie będziesz miała ochoty, no ale jak tu dyskutować z „ekspertem”?! Zresztą, z radami bywa tak, że najtrafniejsze są w stosunku do osoby, która ich udziela. – To, co sprawdziło się w innych związkach, nie musi zadziałać w twoim – ostrzega Gawkowska. – Każdą radę warto przefiltrować przez to, jaka jesteś, jaki jest twój związek, twój partner oraz czego chcesz w łóżku.

Wszyscy mamy swoje upodobania i wszystkie są jednakowo dobre, musisz tylko zastanowić się, które są odpowiednie dla ciebie.

Bohater drugoplanowy

Nie przesadzaj z uskarżaniem się na partnera w gronie koleżanek. Zwłaszcza takich, które go znają! Może się bowiem okazać, że twoje opowieści wpłyną na sposób, w jaki będą go postrzegać.

– Jeśli zbyt często opowiadasz, że jest kiepski w łóżku, za mało czuły, nieudolny lub, co gorsza, relacjonujesz ze szczegółami jego niepowodzenia – znajome zaczną widzieć twojego męża czy chłopaka jako skończonego fajtłapę i darzyć mniejszym szacunkiem także w innych dziedzinach życia – mówi Anna Gawkowska.

„Może zamiast negatywów skupić się na pozytywach” – myślisz. – „Cóż złego w tym, że pochwalę się wirtuozerią mojego kochanka w gronie wspólnych przyjaciółek?”. Bądź ostrożna, bo zbyt częste opowiadanie o waszych łóżkowych wyczynach niepotrzebnie zbuduje wokół twojego ukochanego erotyczną atmosferę. W konsekwencji niejedna przyjaciółka może spojrzeć na niego innym, łaskawszym okiem.

I nie ufaj bezgranicznie kobiecej dyskrecji. Zwłaszcza jeśli twoje przyjaciółki to jednocześnie żony kumpli twojego partnera! Nawet proszone o dyskrecję, mogą nie oprzeć się pokusie powtórzenia twoich rewelacji swoim mężom albo nawet palnąć jakieś głupstwo w obecności twojego ukochanego. Jak pewna kobieta, która po kilku drinkach żartem powiedziała do męża znajomej „o, samochód też masz malutki…”. Towarzystwo wybuchło śmiechem, a mąż obraził się śmiertelnie. Na żonę na długo, na jej przyjaciółkę na zawsze.

– Ujawnianie intymnych szczegółów na temat twojego związku i partnera bywa ryzykowne – mówi Anna Gawkowska. – W końcu jest to coś, co powinno być waszą prywatną sprawą i nie wykraczać poza próg sypialni. Zwłaszcza zdradzanie łóżkowych wpadek kochanka świadczy o nielojalności wobec niego. Dlatego zawsze z dużym wyczuciem opowiadaj o problemach, które nie dotyczą tylko ciebie samej.

W męskiej szatni

Kobiety, rozmawiając o seksie, zwykle mówią prawdę, bo w takich rozmowach poszukują bliskości. Są też przeważnie na tyle wstydliwe, że poruszają temat, kiedy naprawdę potrzebują pogadać. Mężczyźni odwrotnie: o seksie rozmawiają z łatwością. I jest to ich ulubione pole do głoszenia własnej chwały. Szczycą się ilością, różnorodnością i częstotliwością kontaktów seksualnych. Lubią być podziwiani i by im zazdroszczono. Często, by nie stracić w oczach kolegów, chcą się wykazywać osiągnięciami, nawet jeśli nie są prawdziwe. Trudniej też przychodzi im rozmawianie o problemach w łóżku. Mężczyzna prędzej pójdzie po leki do specjalisty, niż przyzna się kumplowi do swojej niemocy.

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.