1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. 5 rad, by pokochać swoje ciało

5 rad, by pokochać swoje ciało

fot. 123rf
fot. 123rf
Stoisz przed lustrem. Jak się czujesz? Co robisz? To test twojej samooceny oraz umiejętności cieszenia się seksem. Seksuolożka dr Stephanie Buehler radzi, co robić przed lustrem, by poprawić relację ze swoim ciałem.

Jeśli nosimy w sobie negatywny obraz własnego ciała, czujemy to, zwłaszcza stojąc przed lustrem. Wówczas wychodzi na jaw niska samoocena fizyczności. Zazwyczaj jest ona powiązana z naszym życiem seksualnym, z tym, czy umiemy czerpać z niego pełnymi garściami. Z praktyki terapii seksualnej dr Stephanie Buehler wynika, że przyczyny negatywnego obrazu ciała, to:

Osoby z niską samooceną własnego wyglądu patrząc w lustro, widzą tylko te części, które uznają za nieatrakcyjne. W jaki sposób obraz ciała zakłóca przyjemność seksualną? Jeśli nie czujesz się dobrze w swoim ciele, również źle się czujesz naga lub nawet częściowo rozebrana przed partnerem. Brak kontaktu ze swoim ciałem i jego pragnieniami, wyklucza przyjemność z seksu, bo ciało postrzegane jest jako źródło cierpienia. Jest mało prawdopodobne, abyś inicjowała seks. Możesz nie chcieć, żeby partner dotykał pewnych części ciała, których się wstydzisz. Jak można poprawić swój wizerunek ciała tak, żeby wpłynęło to pozytywnie na życie seksualne. Przedstawiamy 5 pomysłów.

1. Skoncentruj się na tym, co lubisz w swoim ciele i twarzy. Czy masz ładny uśmiech? Szczupłe dłonie? Zgrabne łydki? Każdy ma w sobie coś, co lubi.

2. Zauważ, że wokół ciebie a także w mediach są ludzie o różnej budowie ciała, kolorze skóry, we wszelkich rozmiarach. Doceń indywidualizm i niepowtarzalność ludzkiego wyglądu. 3. Ćwicz i bądź wdzięczna za to, co twoje ciało jest w stanie zrobić. Nie musi być to zaraz sport ekstremalny, możesz zacząć od spacerów i docenienia, że twoje nogi przenoszą cię z jednego miejsca do drugiego.

4. Kiedy stoisz przed lustrem, patrz na swoje ciało w całości. Nie patrz na osobne jego części, obserwuj się uważnie, patrz jak się ruszasz, jak się zachowujesz, jakie robisz miny.

5. Nadal stojąc przed lustrem, zamiast mówić: „Jestem gruba i mam duży nos”, mów: „Mam piękne oczy i ponętne uda”.

Kiedy pokochasz swoje ciało, w seksie doświadczysz przyjemności wprost proporcjonalnych do tej miłości własnej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Psychologia

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości?
To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi.
Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?  
Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie.
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości?
Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary?
Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować?
Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz.
Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego?
Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?
Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.

  1. Zdrowie

Cellulit może świadczyć o problemach ze zdrowiem

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. (Fot. iStock)
Większość kobiet boryka się z cellulitem – mniej lub bardziej zaawansowanym. I większość z nas widzi w nim wyłącznie defekt estetyczny. Tymczasem „skórka pomarańczowa” świadczy o problemach ze zdrowiem i wymaga leczenia.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

W zwalczaniu cellulitu chodzi o to, by pobudzić metabolizm tkanki tłuszczowej i wzmóc właściwości regeneracyjne tkanki łącznej. Ta ostatnia jest bowiem odpowiedzialna za odnawianie prawidłowej struktury komórek. Istnieje szansa zlikwidowania nawet zaawansowanych zmian. Najważniejsze jest utrzymywanie prawidłowego ukrwienia skóry i tkanki podskórnej (także u osób z wyraźną nadwagą), bo dzięki temu produkty przemiany materii i toksyny będą skuteczniej usuwane. Zmniejszy się więc ryzyko gromadzenia złogów zawierających przerośnięte komórki tłuszczowe, które uszkadzają strukturę skóry. Ten cel pomogą nam osiągnąć regularne masaże oraz automasaże, np. z użyciem rękawic sizalowych.

Najpierw smarujemy skórę balsamem lub oliwką, potem delikatnie napinamy mięśnie w danym obszarze (chodzi o to, by poruszyć jedynie tkankę tłuszczową, bo jeśli rozmasujemy i tłuszcz, i mięśnie, krążenie poprawi się przede wszystkim w lepiej unaczynionych mięśniach!). Masaż róbmy dość energicznie, ale unikajmy silnego ucisku.

Przy wszystkich zabiegach nie wolno zapomnieć o właściwym odżywianiu. Polecam dietę strukturalną, w której produktach w skondensowanych dawkach znajdziemy witaminy, minerały i przeciwutleniacze potrzebne tkance łącznej do odbudowy skóry. Skuteczność leczenia wzrasta wraz ze spadkiem masy ciała. Przestrzegam jednak przed zbyt gwałtownym chudnięciem, a zwłaszcza efektem jo jo, ponieważ po kolejnych rozrostach tkanki tłuszczowej zwalczanie cellulitu staje się coraz trudniejsze.

Przed nocą zdążymy…

Podczas leczenia oraz profilaktycznie warto codziennie wypijać koktajl (element diety strukturalnej), zastępując nim ostatni posiłek. Przygotowujmy go bezpośrednio przed spożyciem, miksując mleko sojowe (200 ml), wiśnie (100 g), zarodki pszenne (2 łyżeczki), melasę trzcinową (łyżeczka) oraz ziele skrzypu (1/2 łyżeczki).

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Cellulit tworzy się w miejscach najmniej „aktywnych”, a więc na udach, pośladkach, piersiach, przedramionach. Wyróżniamy cztery stopnie jego zaawansowania. O I mówimy, gdy skóra na oko wydaje się gładka i jędrna, ale po ściśnięciu jej dwoma palcami pojawia się delikatna „pomarańczowa skórka”, o II – kiedy stale widać na niej niewielkie zagłębienia, III stopień poznamy po głębszych górkach i dołkach, a IV oznacza już bardzo poważne zmiany. Wiele pań popełnia błąd, myśląc, że cellulit nie jest problemem zdrowotnym, tylko kosmetycznym. Tymczasem zewnętrzne objawy świadczą o zaburzeniach krążenia krwi i limfy oraz gospodarki kwasowo lipidowej. Dodam też, że tylko cellulit I i II stopnia można próbować likwidować bez pomocy lekarza.

Niemniej jednak w każdym przypadku warto zastosować się do kilku zaleceń. Podstawą jest spożywanie (4–5 razy dziennie) lekkostrawnych, najlepiej gotowanych posiłków zawierających witaminy C, E, te z grupy B, a także magnez, żelazo, potas, miedź oraz nienasycone tłuszcze roślinne. Taka dieta działa energetyzująco, a przy tym oczyszcza organizm z toksyn. Do tego konieczna jest codzienna dawka ćwiczeń. Doskonałe efekty daje pływanie (nie polecam go jedynie osobom szczupłym, bo dla nich może wiązać się ze zbyt dużą utratą energii).

Ponieważ cellulit to tkanka „zimna”, dlatego by się jej pozbyć, trzeba ją rozgrzewać. Najlepsze będą masaże bańkami chińskimi oraz manualne. Również w domu warto masować zmienione miejsca, a im częściej będziemy to robić, tym lepiej. Mocno ugniatajmy ciało, podszczypujmy je, oklepujmy (dłonią tworzącą daszek) tak, by słychać było charakterystyczny dźwięk.

Uwaga! Pamiętajmy, by po zlikwidowaniu cellulitu koniecznie obserwować swoje samopoczucie i pozostawać pod opieką lekarza. Często bowiem toksyny i inne substancje uwolnione z tej tkanki przyczyniają się do chorób serca i nerek.

Cudowna kąpiel

Poddawajmy się jej dwa razy w tygodniu. Do wanny z ciepłą wodą wlewamy po 5 kropli olejku cyprysowego i jałowcowego oraz oleju sezamowego. Kąpiel powinna trwać maksimum kwadrans. Poprawia krążenie krwi i limfy, działa odprężająco, udrażnia kanały energetyczne i eliminuje toksyny. Po wyjściu z wody należy się opłukać, wytrzeć, a potem wymasować dotknięte cellulitem miejsca, zaczynając od nóg i posuwając się w kierunku serca.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Ajurweda wyodrębnia „ciężki” typ tkanki tłuszczowej i nazywa ją vasa. Kiedy vasa wchodzi w reakcję z ama (toksyczną substancją powstałą na skutek niepełnego trawienia), powstaje cellulit, czyli lepka materia lokująca się w komórkach tłuszczowych. Warto wiedzieć, że im dłużej zalega ona w komórkach, tym trudniej ją usunąć.

Ponieważ za powstawanie tkanki tłuszczowej odpowiada dosza (energia) kapha, tendencję do cellulitu mają osoby, u których występuje ona w nadmiarze. Ostatnio jednak coraz częściej zauważa się cellulit także u osób szczupłych. Ajurweda wyjaśnia to nadprodukcją ama, co jest konsekwencją nieodpowiedniej diety, złego trawienia, a także zanieczyszczonego środowiska. Kurację trzeba zacząć od obniżenia doszy kapha. Nie jadajmy posiłków „na zimno” i nie pijmy zimnych napojów. Zamiast tłustych, ciężkostrawnych potraw zalecałbym gorące, dobrze przyprawione dania wegetariańskie. Należy też wzmocnić ogień trawienny. Do potraw (z umiarem!) dodawajmy kozieradkę, kmin, czarny pieprz i imbir.

Doszę kapha normalizuje także aktywność fizyczna. Przede wszystkim polecam codzienną praktykę jogi. Ale dobrze nam też zrobi regularna kilkunastominutowa gimnastyka oraz spacery marszowym krokiem. Dodatkowo warto poddawać się miejscowym rozgrzewającym masażom (najlepiej na sucho; szczególnie dobrze działa ajurwedyjski masaż specjalną rękawicą z jedwabiu).

Wzniecić wewnętrzny ogień

Sięgnijmy po mieszankę (w równych proporcjach) zmielonych przypraw: pieprzu czarnego i kajeńskiego oraz imbiru. Zażywajmy po 1/2 łyżeczki proszku po obiedzie i kolacji. W ten sposób poprawimy trawienie i przyswajanie cennych składników oraz przyspieszymy usuwanie toksyn z tkanek. Kuracji można się poddawać nawet przez kilka miesięcy.

  1. Psychologia

Dobre nawyki: nie oceniam

Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Skąd takie postanowienie? Ocenianie wprawdzie oszczędza czas i daje ujście frustracji, ale czy naprawdę ułatwia życie?

Niedawno trafiła do mojego gabinetu Iza, młoda kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Lęki i wątpliwości, typowe dla przyszłych mam, zakłócające jej błogosławiony stan, skłoniły ją do poszukania pomocy.

– Jestem złą matką – powiedziała, surowo się oceniając. –  Nie mam nawet czasu, żeby wypełnić dokumenty do płacenia wyższego ZUS-u, co zapewni mi spokój finansowy po porodzie. Nie dbam o siebie tak jak inne kobiety w ciąży.

Słuchałam jej uważnie, patrzyłam na jej niespokojne ciało: siedziała pochylona, jakby chciała ukryć brzuch, na nogach miała buty na wysokich obcasach, poprosiła o kawę, „bo jeszcze tyle ma dzisiaj do zrobienia”. Kobieta w ciąży powinna być spokojna, skoncentrowana na sobie i dziecku – oceniałam ją, na szczęście tylko w myślach. Muszę pomóc jej się wyciszyć, nauczyć nawiązywania kontaktu z dzieckiem – mój film „w głowie” rozkręcał się na dobre. W końcu ja – jako terapeuta – wiedziałam lepiej, czego potrzebuje przyszła mama. Iza, jakby czytając w moich myślach, kontynuowała swoją opowieść.

– A poza tym dziecko jest ułożone pośladkowo, a ja chcę rodzić naturalnie. Lekarz dał mu dwa tygodnie, żeby odwróciło się główką w dół.

No tak – pomyślałam – wiadomo, że poród pośladkowy jest trudniejszy i dla matki, i dla dziecka. Lekarz, ja, cały świat wiedzieliśmy lepiej, jak powinno być ułożone dziecko w brzuchu matki. A potem zrobiło mi się tak jakoś smutno.

Gra w życie

Dzisiejszy świat jest zawiły, skomplikowany i na dodatek pędzi w zawrotnym tempie. Zupełnie jak wirtualna gra, w której liczy się czas – bezlitośnie migające cyferki zegara umieszczonego w rogu monitora oceniają nasz spryt, szybkość myślenia i sprawność motoryczną (ilość skutecznych kliknięć). Dlatego wymyślono (i w grze, i w życiu) zestaw reguł, których opanowanie obiecuje nam mistrzostwo: patrz jak robią to inni, opanuj zasady i oceń swoje szanse, bo jak nie, to wypadniesz z gry.

Niedawno miałam okazję trzymać na rękach ośmiotygodniowe niemowlę. Maleńka dziewczynka z niesamowitym skupieniem obserwowała moją twarz. Kiedy uśmiechnęłam się – jej buźkę również rozjaśnił uśmiech. Gdy coś do niej powiedziałam – złożyła usteczka w dzióbek, jakby próbowała mi odpowiedzieć. Twarz jest dla niemowlęcia pierwszym, najważniejszym nauczycielem życia. Obserwując, na początku bez zrozumienia, emocje odzwierciedlające się na ludzkiej twarzy, jako niemowlęta zaczynamy istnieć w świecie. Dzięki komunikatom odczytywanym z mimiki twarzy matki, tonu jej głosu, uczymy się, co jest dobre, pożądane, co gwarantuje miłość i akceptację. Potem dochodzi porównywanie z innymi dziećmi.

Dorośli, oceniając nasze zachowanie, a także wygląd, wzrost, tuszę itp., przydzielają nam odpowiednie miejsce w ludzkim szeregu. Jesteś inteligentna, bo nauczyłaś się korzystać z nocnika szybciej niż dziecko sąsiadki. Jesteś odważna, bo nie płakałaś pierwszego dnia w przedszkolu, tak jak inne dzieci. Grzeczna, bo budzisz się w nocy rzadziej niż twój starszy brat itp. Porównywanie to pierwszy etap procesu oceniania – sprawdzanie, jak wypadasz na tle innych. Ten mechanizm będzie towarzyszył ci przez całe życie.

W poszukiwaniu winowajcy

„Przyszłam do pani, bo dwie moje najlepsze przyjaciółki też chodzą na terapię” – to częsty komunikat, który słyszę na pierwszej sesji. „Poleciła mi panią moja szefowa, a ona się zna na ludziach” – takie zdania również nie są rzadkością. „Ciekawe, czy pani sobie poradzi z moim problemem, jest pani moją trzecią terapeutką” – tego typu oceny nie wróżą dobrze terapii, bo przecież to nie ja mam sobie poradzić z kłopotem pacjentki.

Patrzę, obserwuję, uważnie słucham i… także oceniam: motywację pacjentki do terapii, jej główny problem, sposoby radzenia sobie w życiu do tej pory itp. Psychologiczna diagnoza to także ocena – dopasowanie pacjentki do „normy”. Czy na pewno jest niezbędna? Czy stwierdzenie, że człowiek, który siedzi przede mną, ma osobowość histeryczną, naprawdę pomoże (mnie czy jemu)? A obserwacja jego ciała: gestów, mimiki, napięcia – czy ułatwi mi skontaktowanie się z jego duszą?

– Na czym polega twój kłopot? – pytam i… otwieram puszkę Pandory, z której wylewa się morze ocen: „moi rodzice byli nadopiekuńczy”, „mój partner to prawdziwy narcyz”, „mój szef to despota”… Mijają kolejne sesje, stopniowo poznaję bliższe i dalsze otoczenie pacjenta. Wiem, jakich miał rodziców, dlaczego jego siostra jako nastolatka uciekła z domu itd. Tylko o nim samym, tym prawdziwym, wiem niewiele. Zdarza się, że stawiam pacjentkę przed dużym lustrem i proszę: „Popatrz na siebie tak, jakbyś widziała się po raz pierwszy. Kogo widzisz?”.

„Jestem za gruba”, „wyglądam zbyt poważnie jak na swój wiek” – coraz dalej brniemy w ocenianie. Kiedy przychodzi do mnie para, mój gabinet zamienia się w salę rozpraw. Zamiast się ze sobą komunikować, partnerzy na wyścigi wyliczają przewinienia drugiej strony, licząc, że wskażę winowajcę, wymierzę mu karę, każę się zmienić i tym samym uratuję związek.

Dlaczego tak bardzo lubimy oceniać innych?

Odsłoń lustro

Życie wśród ludzi, a jednocześnie pozostanie sobą, ze swoimi potrzebami, pragnieniami, marzeniami – to najtrudniejsze wyzwanie dla każdego z nas. Pod warunkiem że przyznajemy sobie prawo do bycia prawdziwymi. Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. Jeśli np. oceniasz, że ktoś jest skąpy, być może to ty masz problem z dzieleniem się, albo przeciwnie – twoja hojność cię wypala.

Ocenianie, którego celem jest lepsze poznanie samej siebie, jest w porządku. Jednak najczęściej służy ono samousprawiedliwianiu. Kiedy uda mi się zauważyć ów mechanizm, staram się wykorzystywać go w terapii. Jeśli np. mówisz mi: „Mój partner jest tyranem” – pytam: ,,A co by było, gdyby on przestał cię kontrolować”. Albo gdy powiesz: „Przez jego picie musiałam rzucić pracę, zerwać relację z przyjaciółmi”, dam ci zadanie: „Wyobraź sobie, że on przestaje pić. Co wtedy robisz ze swoim życiem?”. Może okazać się, że rola ofiary, osoby kontrolowanej, to jedyna, jaką znasz. On przestaje pić, a ty nadal stoisz w miejscu, niczego nie robisz ze swoim życiem. Ocenianie pozwala odwrócić uwagę od nas samych – świata, ale także własną. Bywa doskonałym usprawiedliwieniem kłopotów, porażek, kompleksów i urazów. Dowartościowuje – kiedy stawia nas wyżej od innych. Daje zielone światło dla narzekania. Obniża trudne do wytrzymania napięcie. Nakłania innych do użalania się nad nami i pomagania. Jednak dopóki oceniasz, nie masz szans na spotkanie z samą sobą, żyjesz w iluzorycznej bajce. Narażasz się na to, że będziesz jak bohater książki napisanej przez pisarzynę bez polotu.

Dzień bez oceniania

Zafunduj sobie choć dzień bez punktowania innych i zobacz, jakie przyniesie to efekty.

1. Rano, tuż po obudzeniu wypowiedz na głos mantrę: "Wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre” i naprawdę w to uwierz. 2. Zamiast oceniać, skup się na faktach. Na przykład zamiast kręcić nosem: Ale brzydka pogoda, na pewno będę miała migrenę”, powiedz: ,,Pada śnieg. Na termometrze –10 stopni”. 3. Przyjmuj ze spokojem wszystko, co cię spotyka ze strony innych ludzi, i w myślach im za to podziękuj. 4. Kiedy obudzi się w tobie mechanizm oceniania, skoncentruj się na doznaniach w ciele: jak się ma twoja lewa stopa? 5. Patrz na bliskich i dalszych znajomych tak, jakbyś ich widziała po raz pierwszy, uważnie i z miłością. 6. W rozmowie z ludźmi unikaj stwierdzeń: „bo ty nigdy…”, „bo ty zawsze…”. 7. Poobserwuj przyrodę: świeci słońce, wieje wiatr, nadchodzi zmierzch – natura ma w nosie naszą ocenę. Ty też po prostu rób swoje. 8. Unikaj natrętnych myśli w stylu: „nie zadzwonił, choć obiecał”, „jest niesłowny albo mu na mnie nie zależy” – stop, nie wiesz, dlaczego nie zadzwonił.

  1. Psychologia

Jak sukcesy partnera wpływają na naszą samoocenę?

Mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki. (Fot. iStock)
Mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Co się dzieje w relacjach, jeśli jedna osoba osiąga większe sukcesy niż druga? Okazuje się, że mężczyźni i kobiety inaczej reagują na powodzenie partnera, które może podwyższyć, ale również obniżyć samoocenę drugiej połówki.

Kiedy bliska nam osoba, może to być na przykład przyjaciel, osiąga lepsze wyniki niż my sami, często prowadzi to do pogorszenia się własnego poczucia wartości oraz obniżenia nastroju. Zaczynamy zastanawiać się nad tym, czemu nie osiągnęliśmy tego, co nasz przyjaciel, zwłaszcza jeśli rywalizujemy na tym samym polu.

Najbardziej jest nam przykro, jeśli bliska osoba odnosi sukces w szczególnie ważnym dla nas obszarze, na przykład znajduje dobrze płatną pracę w tym czasie kiedy my mamy z tym trudności. Jak możemy zareagować na taką sytuację? Istnieje kilka możliwości: zaczniemy oddalać się od zdolniejszego przyjaciela, spróbujemy pomniejszyć jego sukces albo założymy, że następnym razem na pewno mu się nie powiedzie. Im bliższa jest to osoba i ważniejsza dziedzina, w której rywalizujemy, tym bardziej ucierpi na tym nasza samoocena.

Sukces partnera

Na szczęście nie w każdej sytuacji sukces partnera będzie oznaczał porażkę drugiej połowy. Jeśli przykładowo twój mąż awansował w pracy, a ty nigdy nie miałaś aspiracji zawodowych i całe życie marzyłaś by zajmować się rodziną, to taka sytuacja może mieć wyłącznie pozytywne skutki. Pomyśl jednak jak się poczujesz jeśli zawsze chciałaś realizować się zawodowo, ale życie sprawiło, że zostałaś gospodynią domową i przy tym twój mąż szybko pnie się po drabinie kariery. Nie zawsze jednak dochodzi do stwierdzeń typu: mój parter osiągnął dany cel, więc jest lepszy ode mnie. Czasem sukces ukochanego podnosi samoocenę kobiety, natomiast porażka ją obniża. Może to wynikać z poczucia jedności z drugą osobą: jestem częścią kogoś, więc jeśli temu komuś się udaje, to jest to równoznaczne z tym, że mnie się coś udało. Tak samo jest z porażką.

Różnice w postrzeganiu czyjegoś powodzenia bądź fiaska wynikają przede wszystkim z odmienności płci. Mężczyźni z reguły przewidują gorsze wyniki dla przyjaciół w obszarach dla siebie ważnych, natomiast kobiety nie przejawiają takich skłonności. Możliwe, że traktują one sukces przyjaciela jako coś, co rozpowszechnia się również na nie. Prowadzi to do popartego badaniami stwierdzenia, że samoocena mężczyzny bardziej ucierpi w sytuacji osiągania sukcesu przez partnerkę, niż na odwrót. Wynika to z umiłowania mężczyzn do cech sprawnościowych, posiadanie których powoduje, że jest się bardziej skutecznym w osiąganiu celów.

Cechy „męskie” i „kobiece”

Mężczyźni na ogół przeceniają posiadanie cech dotyczących sprawności, są to między innymi inteligencja, zdecydowanie, umiejętności analityczne, przywództwo. Natomiast kobiety przeceniają swoje możliwości w cechach wspólnotowych, takich jak szczerość, prawdomówność, empatia, bycie pomocną itd. Czyli można powiedzieć, że kobiety chcą być pomocne, a mężczyźni skuteczni. Skoro obszar sprawczości jest o wiele bliższy ambicjom mężczyzn, to bardziej przeżywają oni też sukces swojej partnerki, co nierzadko prowadzi do obniżenia poziomu samooceny. Te różnice mogą wynikać z naszej biologii, według której mężczyzna jest dominującym, a nieraz nawet agresywnym zdobywcą i jedynym żywicielem rodziny. Rywalizacja jest czymś naturalnym nawet dla małych chłopców, którzy w grupie rówieśniczej starają się udowodnić, że w czymś są lepsi od innych. Nie zapominajmy też o powszechnych stereotypach dotyczących płci, według których mężczyzna powinien być niezależny, silny i skuteczny. W społeczeństwie istnieje przyzwolenie na to, by kobieta, będącą „słabą” towarzyszką mężczyzny, korzystała z jego sukcesów. Natomiast jeśli partnerzy zamieniają się rolami, mężczyzna jest postrzegany jako zniewieściały, a wysokie osiągnięcia kobiety są pomniejszane i bagatelizowane.

Sukces innej osoby zmusza mężczyznę do zastanowienia się nad tym, czego samemu się nie osiągnęło w tej dziedzinie i czy nie jest się gorszym od kogoś innego. Można powiedzieć, że dla mężczyzny sukces osoby bliskiej jest równoznaczny osobistej porażce. Natomiast samoocena kobiety potrafi zyskać przy wysokich osiągnięciach partnera.

Cechy sprawcze są tak bardzo ważne i pożądane przez mężczyzn również dlatego, że są one jednym z najważniejszych kryteriów, które uwzględnia kobieta przy wyborze partnera życiowego. Lepsze wyniki zawodowe kobiety mogą sprawić, że mężczyzna poczuje się niepotrzebny i będzie miał obawy, że jego druga połówka odejdzie do kogoś bardziej zaradnego. Natomiast kobieta oczekuje od mężczyzny, może nawet nie zawsze świadomie, że będzie on lepszy pod względem sprawnościowym od niej, by móc dbać, troszczyć się i wspierać.