1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Róża Thun - Unia domowa

Róża Thun - Unia domowa

To nie jest mój dom, tylko nasz wspólny – powtarzałam dzieciom, niezależnie gdzie mieszkaliśmy. Teraz rozumieją, że jak kran cieknie, to nie ma, że tata naprawi, same poczuwają się do odpowiedzialności – mówi europosłanka Róża Thun. Jest mamą czworga dzieci: Maryni (25 lat, studiuje kryminologię w Nowej Zelandii), Sophie (24 lata, kończy grafikę na ASP w Krakowie i kontynuuje studia malarskie w Wiedniu), Christopha (22 lata, student stosunków międzynarodowych na UW) i Jadwigi (18 lat, maturzystka)

Najstarsza trójka urodziła się we Frankfurcie nad Menem, gdzie mój mąż [Franz Graf von Thun und Hohenstein, ekonomista – przyp. red.] pracował w dużej agencji rządowej GTZ i koordynował współpracę z krajami rozwijającymi się. Zawsze rozmawiałam z dziećmi tylko po polsku i tak jest do dzisiaj. Mój mąż, chociaż mówi dobrze po polsku, rozmawia z nimi po niemiecku. Zdarzają się sytuacje, że siedzimy przy stole z zagranicznymi gośćmi, dzieci siedzą z nami, zwracam im uwagę, że nie mówimy po polsku, bo goście nie rozumieją, a one nie potrafią do mnie mówić inaczej! Albo siedzimy w polskim towarzystwie i one zwracają się do mojego męża po niemiecku. Proszę: mówcie do taty po polsku, ale nie potrafią i wtedy nic nie mówią. Między sobą porozumiewają się po angielsku.

Dużo się przemieszczaliśmy. Kiedy przenieśliśmy się do Nepalu, mieliśmy w domu mnóstwo Nepalczyków – stróża, ogrodnika, kolejne gosposie – którzy mówili po newarsku, a opiekujący się nami Kriszna – po nepalsku. Christoph wtedy dopiero zaczynał mówić, miał więc prawdziwą kąpiel językową! Dziewczynki po przyjściu ze szkoły międzynarodowej mówiły po angielsku, mimo że ja zwracałam się do nich po polsku. Powtarzałam im wtedy: Nie wtrącam się, w jakim języku mówicie, ale mnie też pozwólcie mówić w takim, w jakim mi się podoba. Nie zmuszałam ich do rozmawiania ze mną po polsku, to się samo ustawiło.

Żeby dzieci mówiły dobrze różnymi językami i ich nie plątały, muszą je łączyć z osobami. Dla małego Christopha na początku istniał język mamy, taty, dziewczynek i Kriszny. Tłumaczył sobie: Mama mówi „pyszne”, papi – „köstlich”, dziewczynki – „delicious”, a Kriszna – „mitho”. Pamiętam, jak Marynia zorientowała się w pewnym momencie, że mówimy z mężem różnymi językami i spontanicznie została naszym tłumaczem: mnie wyjaśniała, co powiedział tata, a tacie przekładała, co powiedziałam ja. Strasznie to było śmieszne! Uważa się, że małym dzieciom trzeba dawkować liczbę języków. A moim zdaniem, nakładając tego typu kagańce, wyrządza się dzieciom krzywdę. Świat jest wielojęzyczny.

Bez znajomości wielkich teorii wiem, że jeżeli chce się mieć z kimś normalne relacje, trzeba zachowywać się normalnie. A ponieważ ja dobrze czuję się w mojej polskiej kulturze, to w takiej ich wychowywałam. Chciałam więc, żeby moje dzieci znały polskie bajki, obrazy, kolędy, piosenki. Wzięłam do Nepalu całą biblioteczkę polskich bajek. Jak przyjechaliśmy do kraju, to one śpiewały polskie kolędy lepiej niż większość ich rówieśników.

Nigdy nie miałam wewnętrznego przymusu, żeby dzieci uczyć polskości. Po prostu polskość jest mną. Od 18 lat mieszkamy w Polsce. Czy dzieci czują się Polakami? One wszędzie przedstawiają się jako Polacy, choć tak naprawdę są pół-Polakami. A dla mnie najważniejsze jest, żeby były przyzwoitymi ludźmi i wiedziały, co jest dobre, a co złe.

Franz też nie wychowywał naszych dzieci na Austriaków czy Niemców. Oboje z mężem przekazywaliśmy im to, co jest nam bliskie i dla nas ważne, np. sposób spędzania świąt. Wyniosłam to ze swojego domu w Krakowie, ale mój mąż ma podobną tradycję, jego rodzina przez setki lat mieszkała w Czechach. Intuicyjnie bardziej niż wedle jakiegoś planu starałam się prowadzić dom tak, żeby dzieci czuły, że to ich dom, że mają jakąś kulturę, religię, historię i obyczaje, coś, co będą pamiętać i przekazywać dalej. Cała czwórka chce tu wracać. Marynia mieszka w Nowej Zelandii, ma tam ciekawe studia, pracuje na uniwersytecie, a mówi, że wróci do Polski! Nigdy jej tego nawet nie sugerowaliśmy. Uważam, że przymus jest najgorszą lekcją patriotyzmu. Dzieci powinny realizować swoje powołanie tam, gdzie to możliwe, a reszta sama się rozwiąże.

Toczymy zażarte rodzinne dyskusje na temat tego, co to znaczy być Polakiem. Ostatnio sprawdzano w autobusie kartę miejską Christopha. Kontroler ze zdziwieniem czytał: „Christoph Jacek Graf von Thun und Hohenstein”, po czym powiedział do drugiego: „niby-Niemiec, a wygląda i gada jak my”. Ciągle jeszcze człowiek o niepolskim nazwisku jest u nas kimś obcym.

U nas w domu bardzo ważna jest wiara. Oboje byliśmy wychowani w rodzinach katolickich. Jak dzieci były małe, to zawsze wieczorami modliliśmy się razem. Cieszymy się, jak idą z nami do kościoła, ale jak nie idą, to nie robimy z tego powodu awantur. Jestem przekonana, że nasze dzieci są głęboko wierzące, ale też każde z nich przechodziło przez fazę zadawania sobie pytań. I dobrze, bo to znaczy, że same dochodzą do wartości, a nie powtarzają wyuczone formułki.

Przez nasz dom przewija się dużo mądrych, często starszych osób. Zależy mi bardzo, żeby dzieci uczestniczyły w naszych rozmowach, co zresztą jest też ciekawe dla gości, bo one mówią o wszystkim szczerze. U nas nie ma takiego stricte generacyjnego podziału, że rodzice mają swoje środowisko, a dzieci swoje. Wiem, czym dzieci żyją, a ich rozmowy ze starszymi też wciągają, choć zaraz gdzieś pędzą, jak to dzisiejsi młodzi ludzie.

Gdybym miała radzić coś młodym matkom, tobym powiedziała, żeby traktowały dzieci z szacunkiem, jaki się należy ludziom mającym swoje charaktery i osobowości. Pamiętam, jak moje dzieci bardzo różniły się już w momencie przyjścia na świat. Każde ma swój rytm, własne upodobania, lęki i trzeba to uszanować. Ja w każdym razie coraz bardziej dochodzę do tego, że moim zadaniem jest wspieranie ich w znalezieniu swojego powołania.

 
Szanuję dzieci z ich opiniami, czasem odmiennymi od moich, ale one muszą szanować mnie z moimi poglądami. Pod jednym dachem mieszka nas ośmioro, bo przenieśli się do nas moi rodzice. Musimy się nawzajem zauważać. I na przykład pamiętać, żeby zachowywać się cicho, gdy wieczorem rodzice śpią.

Dawniej wyobrażałam sobie, że zdyscyplinuję to towarzystwo. Dzisiaj widzę, że im bardziej pozostawiam im decyzje, tym bardziej są odpowiedzialni. Mówię: To nie jest mój dom, w którym mieszkacie, to jest nasz wspólny dom. Zależy mi na tym, żeby rozumieli, że jak żarówka się przepali, kran przecieka, to nie tata ma naprawiać. Z narzucania dyscypliny wynika, że rodzice rządzą, więc za wszystko odpowiadają. A ja wolę nie posłuszeństwo, tylko żeby dzieci czuły się podmiotowo.

Wczoraj przyszli do nas przyjaciele, a Marynia mówi: „Coś wam ugotujemy”. I tak wszystkim zadyrygowali, że my sobie siedzieliśmy, a oni przynosili nam wspaniałe dania! Na tym mi właśnie zawsze zależało – żeby czuli, że to nie tylko nasz świat, w który oni muszą się wpasować, ale też ich świat, który sami urządzają. To tak jak z naszym członkostwem w Unii – mówimy często o Europie „oni”, jakbyśmy nie byli całkiem dorośli. A nikt nam niczego nie narzuca, jesteśmy jednym z największych krajów europejskich i odpowiednio do tej wielkości mamy współdecydujący głos. Jak słyszę: „musimy, bo Unia nam kazała”, strasznie się wkurzam. Mamy podmiotową rolę w Unii Europejskiej!

Podobnie w domu. Nie może być tak, że odstawię buty, bo rodzice każą, tylko odstawię dlatego, że to mój dom. Ale ja też będę pilnować, żeby rodzice odstawiali. Nasze dzieci biorą współodpowiedzialność za starzejących się dziadków. Wyjeżdżam i nie muszę mówić, że trzeba do nich zajrzeć, zrobić zakupy, porozmawiać. Pomieszkuję także w Krakowie (jestem europosłanką z Małopolski i Świętokrzyskiego) razem z Sophie, która tam studiuje. I ona pilnuje, żebym miała co zjeść między przyjazdem a wyjazdem, nie muszę jej tego mówić.

Cała czwórka jest bardzo otwarta na świat, co mnie zachwyca. Marynia w czasie pomarańczowej rewolucji zorganizowała z grupą przyjaciół demonstracje pod ambasadą ukraińską, a w czasie wyborów wyjechała na Ukrainę jako obserwatorka. Dzieci zawsze chodziły ze mną na Parady Schumana i szalenie mnie wspierały, gdy organizowałam cały ten ruch europejski. Ale jak oni się w coś angażują, to my też je wspieramy.

Christoph ma swoją pasję bębniarską, założył zespół. Jadwiga działa w grupie Klubu Inteligencji Katolickiej, przeszła drogę od uczestnika do kadry. Przygotowuje obozy, spotkania, poświęca na to soboty i niedziele. Ostatnio na spotkanie ze swoją grupą zaprosiła Marynię, która mówiła na temat niebezpieczeństwa nałogów i szkodliwości palenia papierosów. Christoph też wtedy chodzi, siada w tylnym rzędzie, żeby zadać to pierwsze pytanie. A Sophie dodaje do naszych działań społecznych oprawę graficzną. Oni sami się organizują i wspierają. Każdy wnosi do rodziny to, czego się nauczył. Widzę, że Marynia główkuje, co by tu zrobić, żeby Sophie odbyła praktyki w Nowej Zelandii, która słynie z designu. Każdy z nich myśli, co by się przydało pozostałym. Wiem, że jak odejdę z tego świata, oni będą dbać o siebie nawzajem.

Nigdy ich nie rozpieszczaliśmy. Jeżeli mają pasję, ciężko pracują i do tej pracy potrzebują na przykład dobrego komputera, to jeśli możemy, kupujemy. Na szczęście nie mają potrzeby posiadania drogich ciuchów. A poza tym uważają, że to obciach obnosić się z markami. W naszej rodzinie praktykuje się dziedziczenie ubrań. Marynia przywozi rodzeństwu oryginalne koszulki z Nowej Zelandii, Sophie ozdoby od Tuaregów z Sahary.

Nie wydajemy pieniędzy na nadmierną konsumpcję. Jeździmy starym volkswagenem busem, do którego wszyscy się mieszczą, łącznie z bębnami Christopha i obrazami Sophie. A ludzie myślą, że mamy jakiś drugi drogi samochód w garażu (śmiech). Gdy wszyscy jesteśmy w domu, jak ostatnio w święta, jemy razem śniadania, obiady, kolacje i sprawia nam to wielką radość. Jasne, że się czasem na siebie złościmy. Zawsze, przynajmniej raz w roku, staramy się robić coś razem. I nawet teraz oni tego chcą! Dwa lata temu byliśmy wszyscy w Nowej Zelandii, Marynia zorganizowała nam objazd po obu wyspach.

Jak dzieci były malutkie, to ja absolutnie się na nich koncentrowałam. Wtedy mój mąż nas utrzymywał i był w rozjazdach. Teraz to ja jestem w drodze, mam straszliwie dużo pracy, ale wszyscy mnie wspierają. Interesują się tym, co robię i z kim współpracuję, jak wygląda moje biuro, gdzie mieszkam.

Nasze dzieci nie przechodzą chłodno przez życie, widzą więcej niż czubek własnego nosa. Ale nie uczyłam ich tego programowo. Po prostu widzą, jak my z mężem się angażujemy. Powtarzałam: Co z tego, że sobie ładnie urządzimy w domu, skoro nie ma jak dojechać do szkoły. Ważne, żeby całość dobrze funkcjonowała. Każdy może coś swojego dołożyć. Dlatego trzeba się zorganizować nie tylko w domu i nie po to, żeby mieć wykrochmalone koronki na stole, ale w bloku, w mieście, w Polsce i w Europie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze