1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Marek Kondrat - Od zwierzeń mam psa Bodzia

Marek Kondrat - Od zwierzeń mam psa Bodzia

Szczęściarz samotny, wyznawca nudy. Jeden z najpopularniejszych polskich aktorów, który uciekł od aktorstwa. Dokąd? Zdradził to Hani Halek. Marek Kondrat opowiedział o dniu Marka Kondrata, o swoich obrazoburczych poglądach, choć zastrzegł, że sam nie wie, czemu to wszystko mówi...

- Powinna się pani czuć wyróżniona faktem, że się widzimy. Z nikim się ostatnio nie spotykam.

- A ja nie wzięłam kwiatów...

- Nie szkodzi. Kwiatów nie piję… Mówię serio. Coraz mniej uczestniczę, nie staram się zajmować nikogo własnym poglądem. Do TVN24 w ogóle nie chodzę, bo wiem, jak to wygląda: gdy zaczyna się rozwijać temat, już trzeba kończyć, bo pojawia się mapa pogody. To takie okrutne piętna obowiązku estetycznego... Uznałem zatem, że doskonałą sytuacją jest nie wiedzieć, nie mieć zdania w jakiejś sprawie albo ewentualnie posiadać wątpliwości. To jest pożytek, który płynie z upływu czasu. Pojawia się wraz z dorosłością, żeby nie nazwać tego bardziej wprost – starością. Zawsze w nią wierzyłem i dziś właśnie dostaję od niej oczekiwany prezent w postaci spokoju, satysfakcji rzeczy doraźnych i niesłychanego uproszczenia.

- A rano budzi pana radość wewnętrzna czy złowrogi budzik?

- Budzę się sam, wcześniej niż kiedyś. Zdarza mi się już o szóstej otworzyć oko, ale czasem jeszcze pies przyjdzie do łóżka, więc leżymy sobie chwilę razem. Nie mam w sobie zmęczenia snem i nocą albo minionym dniem, który trzeba odespać. Kiedyś był to sen nietrwały, urywany, praktycznie niemiły. Wstawało się do dnia, żeby znowu stanąć z nim w szranki. Gdy po raz pierwszy dostałem od Marka Koterskiego scenariusz „Domu wariatów” i usłyszałem, że postać wykreował z myślą o mnie, pomyślałem, że mam do czynienia z jakimś diabłem. Skąd on to o mnie wiedział?! Musiało minąć sporo czasu, żebym dostrzegł, że każdy z nas ma taki dom, miejsce urodzin, konflikt pokoleń i te koleiny spuścizny genetycznej, które są w nas i dotyczą wszystkich. Myślę, że mamy strasznie mało możliwości, by z niej wyskoczyć. Ja miałem szczęście – trafiałem na fajnych ludzi, którzy mieli na mnie wpływ, a byłem podatny jak plastelina. Teraz jednak, gdy mam czas to rozważać, wyraźnie i spokojnie czuję w sobie gen minionego pokolenia.

- Jaki jest?

- Jakby to powiedzieć, cholera... Jest w nim aktor. Być może dlatego tak panicznie od tego uciekam. Choć myślę, że chęć ucieczki musiała we mnie drzemać już znacznie wcześniej. Pokonywałem ją jednak własną gotowością na poziomie zupełnie maskującym. Ludziom wydawało się, że sumiennie robię to, co lubię i potrafię. Ale... przychodzi taki moment, że człowiek się reflektuje. Mnie się to udało.

- To dlatego mówią na pan szczęściarz?

- Tak jestem postrzegany. Nie mogę się opierać, bo nie mam do tego podstaw. Jestem wolnym człowiekiem, który sam decyduje o swoim czasie, jeśli chodzi o zajętość własnej osoby rzeczami obowiązkowymi.

- Ale to trwa już ładnych parę lat. Nie znudziło się panu jeszcze?

- Nuda jest stanem niesłychanie przeze mnie pożądanym. Uwielbiam go. Nadmiar nudy wolę zagospodarowywać sobie własną atrakcyjnością niż pozwolić na to, żeby np. zaczęło mi to aranżować państwo. Albo też taka adrenalinka, którą znam z poprzedniego zawodu… Rośnie, kiedy kurtyna idzie w górę, i strasznie spada, gdy idzie w dół i nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Od tego właśnie, odchodząc z aktorstwa, się wyzwoliłem. Uciekłem.

- Dokąd to?

- Do robienia tego, co chcę. Spróbowałem z pozytywnym skutkiem powstrzymać demona czasu. Wczoraj na przykład poszedłem na żydowskie namaszczenie dziewczynki na kobietę. Zostałem zaproszony przez ojca tejże dziewczynki, a ona opowiedziała mi, czego się nauczyła od swojej nauczycielki na temat Tory, że cała historia to spór, ale spór, w którym ludzie nawzajem się słuchają. Nawet jeśli ktoś wypowiada zdanie, z którym się nie zgadzamy, jest do końca wysłuchiwany, a dopiero potem następuje odpowiedź polemiczna i z tego wynika jakiś sens, bo Tora nie jest nakazem... przykazań.

- Nie to co u nas?

- To prawda – despotyczny ten nasz Bóg.

- Miewa chociaż poczucie humoru?

- Kompletnie nie ma. Jest strasznie ponury, wymagający, autokratyczny, zazdrosny, karzący. Gorzki, a poza tym okrutny jakiś. No, żeby wymyślić taki świat?! To bez sensu. Nasz Bóg jest pełen przekory. Mam wrażenie, że cały czas myśli: „ja wam, ludzie, zaraz pokażę, jak to ma wyglądać”.

- Bywa wynaturzony?

- Wobec ludzi tak. Natura jest skonstruowana w sposób prosty, następstwo wynika i wiedzie do czegoś, nie budząc większych wątpliwości, mimo że okrucieństwo odbywa się w niej w sposób naturalny. Jeśli człowiek przyłoży ucho do łąki, to słyszy jeden wielki mord. W lesie to samo. No, ale jednak... Wróciłem teraz z Mazur, gdzie widziałem niesłychaną ilość kijanek, nietykalnych w wodzie, ale kiedy tylko milionami wyjdą na brzeg w postaci żabeczek, nooo... to tam znajdują już niewybrednych konsumentów. Łańcuch zamyka się bez sentymentu. Jeśli łania traci jedno z dzieci, jest tym chwilowo przejęta, ale jej uwaga zaraz przechodzi na to, które jest do ocalenia. Ona w instynkcie ma wpisane dbanie o to, żeby utrzymać gatunek. To jest jej główne zadanie.

- Czyli największa boska pomyłka to ludzki rozum?

- To przewrotne, że Bóg dał nam pamięć i wyobraźnię, czyli zaopatrzył w cechy, które pozwalają na refleksję. Dał nam taki ładunek sentymentalizmu, który na ogół obraca się w okrucieństwo. Sądzę, że im kto bardziej sentymentalny, tym bardziej okrutny.

- Pan jest sentymentalny?

- Nie bardzo. I unikam takich rzeczy. Jeżeli ktoś zaczyna opowieść o tym, że widział przebiegającego psa, który nieuchronnie zbliżał się do pędzącego samochodu, to natychmiast opuszczam tę rozmowę, bo znam jej następstwa. To mnie o wiele bardziej dotyka niż los ludzki. Mówię rzeczy bardzo obrazoburcze i nie wiem, czemu pani to wszystko mówię.

- Może coś wydaje się panu niesprawiedliwe.

- Jeśli w tym życiu następnym, tym cudownym obiecywanym przez Kościół katolicki i nie tylko, mamy znaleźć ukojenie, a dotyczy ono tylko osobników zaopatrzonych w duszę, to wykluczone są zwierzęta, kwiatki, drzewa. Więc troszkę obrzydliwe wydaje mi się to niebo bez takiego towarzystwa. Bo co? Mam tam znów obcować z tymi samymi ludźmi, którzy nagle zostaną wygładzeni przez to niebo czy co… A czy tam się obejdzie bez jakichś lewizn typu: ktoś jest bardziej predystynowany, a ktoś inny mniej? Nie wierzę w to. Za pontyfikatu naszego papieża byłem kiedyś z Teatrem Starym na Placu św. Piotra. Ktoś załatwił nam audiencję na tzw. placu wewnętrznym. Czekaliśmy na papieża, który po mszy podawał rękę czy pierścień, ale... głównie możnym, którzy siedzieli w fotelach w pierwszych rzędach. Zachowano dworską konwencję! Cały motłoch więc, całe nieszczęście tego świata stało dalej, precz. No, to jeżeli namiestnik Pana Boga uprawia taką hierarchię, to co ja mogę czuć? Moja wrażliwość i, za przeproszeniem, inteligencja, redukuje wiarę na każdym kroku. Nie mogę tego wyłączyć. Jestem wrażliwy. Trudno. Podróżując po świecie obserwuję właściwie tylko nędzę z jakimiś pięknymi rodzynkami jak w cieście, np. urok winnic w Ameryce Południowej, które przypominają mi dawne lektury. Widzę piękne dwory, a dookoła: schylony niewolnik, Kunta Kinte, Isaura i uprawa bawełny!

- I w tym świecie nędzy jest pan tylko obserwatorem?

- Na ogół tak. Strasznie słabo w nim uczestniczę. Może z lęku?

- Przed czym?

- Jestem szczęściarzem i trudno mi polemizować i oferować inną stronę mojego charakteru, która jest wrażliwa, empatyczna, czuła, dlatego, że ludzi to mało interesuje. Wie pani, tu słyszę jakiś bełkot o każdej sprawie bez znaczenia, tam uprawia się słowotok... Nigdy się do tego nie przyznawałem, bo uznawałem, że to kaprys mówić o popularności w sposób pejoratywny, ale aktorzy tak mają, że są czasem znużeni popularnością, a de facto bardzo o nią dbają, bo być niepopularnym aktorem to jest już kompletna głupota. Nie jestem już aktorem, jednak nadal jestem popularny i muszę powiedzieć, że to mnie niesłychanie ze świata separuje. Straciłem anonimowość w jakimś momencie mojego życia i wyłącznie za granicą znajduję miejsca, gdzie nikt mnie nie rozpoznaje, i tylko tam mogę doświadczyć oglądania świata bez skierowanych na mnie spojrzeń, bez komentarza. Na ogół, kiedy ktoś na panią patrzy jak głupi, to po prostu nie wie, jak się zachować, i trzeba mu to wybaczyć. Ale kolejny głośny komentarz: „patrz, Kondrat idzie”... Co tu dużo mówić... mnie to nie cieszy, więc uciekam. Czasami samo wyjście na ulicę w Warszawie jest pewnym aktem. Obserwuję sam siebie i widzę, że idę o wiele bardziej odważnie. Ostentacyjnie kroczę sobie tu i tam, do empiku czasem wejdę. Empik jest i tak najlepszy, bo tam są przede wszystkim entuzjaści zapachu druku.

- Gorzej robi się w delikatesach?

- Tak, wtedy zaczynam panicznie myśleć o poszukiwaniu osobności.

- Pan jest bardzo samotny.

- Jestem skazany na siebie, na przebywanie ze sobą, a kiedyś myślałem, że to najtrudniejsze. Zwłaszcza, że byłem bardzo towarzyski i spędziłem ogromną część życia na biesiadzie w podniesionym nastroju, która stała się rodzajem spadochronu pozwalającego mi spokojnie spadać po wzniosłych wydarzeniach sceniczno–filmowych. Ale teraz? Tak zwana ciekawość życia w ogóle mnie nie dotyczy. Życie mi się niesłychanie uprościło, nie widzę w nim żadnej wielkiej fascynacji.

- Żyje pan machinalnie, wypełniając dnie natręctwami z „Dnia Świra”? Czuje pan ruch ostrza przy skórze podczas golenia? Uszy delikatnie wodą pan omiata? Trzy razy ciepłą, cztery razy zimną?

- Kiedy dostałem scenariusz „Dnia świra”, doskonale poczułem wspomniane przez panią natręctwa, ale ja jestem o wiele bardziej dowolny w tych działaniach. Mocniej dotknęła mnie ta obsesja samotności. Koncentracja na sobie i bezpieczeństwo wynikające z powtarzalności. Odnajduję w sobie doskonale człowieka, który dobrze czuje się w tych samych miejscach. Powierzchnia, po której poruszam się w domu, a ma on jakieś 150 metrów kwadratowych, to 10 czy 12 metrów kwadratowych. Mam swój fotel, swoje łóżko, kawałek kuchni, w której czasem lubię coś zrobić.

- Dwie łyżeczki kawy nasypać do kubka?

- Trzy łyżeczki z kopczykiem lekko otrzepanym. Gotuję najpierw w mikrofalówce 100 gram mleka, bo lubię kawę z podgrzanym mlekiem, potem dosypuję kawę i zalewam wodą.

- Żadna inna nie smakuje?

- Nie. I nie słodzę kawy. Jej ostatnie dwa łyki służą mi do popicia proszków. Mam niebieskie, kolorowe, siedem proszków, czasami osiem.

 
- I wtedy jest pan już w matriksie?

- W styczniu poszerzyłem sobie tętnicę, bo miałem przewężenie. Powiedziano mi tak: „Wpuszczamy przewód zaopatrzony w kamerę do tętnicy. Musi pan pachwinę wygolić, bo w pachwinę wbijemy igłę, znieczulimy miejscowo, natniemy tętnicę i będziemy krążyć po pana organizmie, a pan będzie to widział na ekranie”. Nic nie rozumiałem. Ale tak jest z większością rzeczy. Nie rozumiem, co mówi do mnie hydraulik, murarz, ale mu ufam, bo on jest w swojej branży panem.

W szpitalu moim życiem rządzi więc salowa albo pielęgniarka, która budzi mnie o 6 rano i mówi, że zmierzy ciśnienie. Pytam: „czemu o 6?”. „Pan się nie kłóci, pan mierzy”. Bardzo chętnie się temu reżimowi poddaję. Kiedyś w wojsku sierżant Kramer wymyślił nam karę na poligonie. Pluton biegł w pełnym oporządzeniu, z plecakami i bronią, a on podjął decyzję, że ostatni z nas będzie jeszcze biegł wokół tego plutonu w masce przeciwgazowej. Kupiliśmy mu więc butelkę wódki, posadziliśmy go na workach z prześcieradłami w magazynie i wytłumaczyliśmy: „Panie sierżancie, głupio to pan wymyślił, żeby tak popierdalać wokół tego plutonu. Bo przecież zawsze ktoś musi być ostatni”. „Macie rację” – odpowiedział. „Ale to jest zasrana racja” – dodał. Wtedy zrozumiałem. I już się nie kłócę. No więc, po kawie opłukuję twarz, uszu nie obmywam cztery razy, myję zęby. Przez „Dzień świra” zdobyłem pewien rodzaj uwrażliwienia na świat. Wodę zakręcam więc natychmiast, gdy mam pastę na szczoteczce, i potem otwieram ją jeszcze tylko, żeby wypłukać usta i szczoteczkę. I zajmuję się psem. Myję miskę z poprzedniego dnia, szykuję mu dwie garści chrupek i połowę puszeczki. Daję kawałek masełka. Tak na zachętę. On lubi masełko. Gdy Bodek zje śniadanie, to ja mam poczucie, że najważniejsza sprawa została załatwiona. Ograniczam nawyk kupowania gazet. Mam dwa tytuły, które czytam. No, trzy... Czasem przyglądam się ludziom i buduję ich scenariusze życiowe, kojarzę ich w swojej przestrzeni z drugimi osobami. Wymyślam, jaki mają temperament, jaki to obiekt jest na wydaniu publicznym, a jaki istnieje prywatnie. To mnie bardzo, ale tylko bawi. I ta gra nie zostaje w nic przetworzona. Ostatnio lubię czytać, nigdy tyle nie czytałem. I jest to krańcowo różne od tego, co dotychczas stosowałem, czyli od spotkań z ludźmi. Ludzie zostali przeze mnie rozpoznani już jakiś czas temu, już wiem, kim są. Mówię tylko o najbliższym gronie, o przyjaciołach wyłuskanych z dużej misy. Nasze spotkania nie mogą być natarczywe w sensie częstotliwości, nie potrzebuję ich fizycznie w takim stopniu jak kiedyś.

- A jeśli ktoś wpada niezapowiedziany?

- Jestem zły i daję to do zrozumienia. Nie robimy sobie tego.

- A od zwierzeń kogo pan ma?

- Od zwierzeń mam psa Bodzia. Lubię jego bezinteresowność, czułość w oczach, coraz więcej zrozumienia. Lubię też być w samochodzie, to zresztą miejsce, w którym najczęściej przebywam sam. Gdy rozstaję się z kolejnym samochodem, jest mi go niesłychanie żal. Jakbym się rozstawał z kimś bliskim, bo to przecież ktoś, komu powierzyłem wiele słów, i to na ogół takich, których nie mówię innym ludziom. Tak... To takie fobie, które podkreślają prawdopodobnie, że w ludziach mimo wszystko widzę mniej niż więcej. Odbieram dziennie strasznie dużo maili z prośbą o wsparcie, bo jestem postrzegany jako człowiek sytuowany. Napisał do mnie kiedyś chłopak pewnej studentki, która uczy się 15 km od miasta, w którym mieszka. Chciał, żebym kupił jej samochód. „Wtedy ona będzie szczęśliwa, a ja... też, bo ją strasznie kocham” – napisał.

- Odpisał pan?

- Spytałem, dlaczego jego wymagania są takie skromne, może lepiej kupię jej mieszkanie  w mieście, w którym studiuje. Albo ktoś nie ma na dach. Albo ma chore dzieci. Czasem to są naprawdę straszne sytuacje... Ale jeden procent w kwietniu – teraz, w tym momencie tej rozmowy oddaję się w ręce szatana – odpisuję na zwierzęta – rysie, wilki, niedźwiedzie.

- Co złego pan w tym widzi?

- No właśnie nic. Jest takie głębokie przekonanie, że życie ludzkie jest najważniejsze. Nie mogę tego ścierpieć. Sporo czasu spędzam na wsi, która żyje swoimi prawami. Jest bliżej natury, ale to nie oznacza, że jest dla tej natury łaskawsza. Każde zwierzę podporządkowuje sobie, bo ze zwierzęcia trzeba coś mieć. Pies, który nie szczeka, to co to za pies? Albo krowa? Ma dać mleko i jeszcze można ją zjeść, a koń musi być pociągowy. Potem wyśle się go na śmierć do Włoch. Więc ja z tego buduję wniosek, że człowiek umiejscowił na tym świecie siebie jako coś lepszego. To jest okropne, że zwierzęta są dla nas tylko ofiarami. Instynkt przestrzega nas przecież przed zabiciem człowieka, np. kochanka żony, bo wiemy, że poszlibyśmy siedzieć. Jak ktoś jest impulsywny, to go zabija, ale na ogół się powstrzymujemy.

- A co pan by zrobił z kochankiem żony?

- Wytłumaczyłbym sobie, że widocznie to jakiś ciekawy gość i że nie mam prawa własności. Nie cierpię zresztą ograniczać czyjejś wolności, tak samo jak nie znoszę, żeby moja własna była ograniczana.

- Jednak czegoś panu brakuje…?

- Jest taki delikatny temat, który próbuję rozważać, temat pt. miłość. To bardzo pojemne pojęcie, trudno znaleźć osobne słowo opisujące ten stan, bo wszystko zostało już napisane i powiedziane, ale... jakoś przedziwnie kojarzy mi się z innym czasem. Myślę, że wypadłem z ram, w których miłość się mieści. Jeśli zaczynam o tym myśleć jako o pewnym warunku na polepszenie stanu ducha, to nie znajduję w sobie wystarczającego podkładu, takiego pola zapraszającego. Wszyscy mówią o tym jako o wytrychu szczęśliwości, ale na to musi być przecież gotowość. Generalnie teraz jestem przejęty głównie sobą. W bardzo ograniczonej formie, ale interesuje mnie tylko własne doznanie i własne przeżycie. Poświęcenie drugiej osobie uważam za odruch domowy. Moja matka tak miała. Ojciec miał wypadek w sile wieku, kiedy był niesłychanie popularnym aktorem. I matka oddała mu wszystko, łącznie z tym, że pozwalała mu na siebie pohukiwać i przelać całą gorycz nieszczęścia. Jak sobie dzisiaj o tym pomyślę, to ciarki mnie przechodzą. Choć... to już po prostu było. Kiedyś. Nie ma w przestrzeni takich rzeczy, których utraty bym żałował.

- W „Dniu świra” pyta pan: „Jak to? Już nie będę młody?”.

- Jak sobie pomyślę o znoju bycia młodym, to za żadne skarby nie chciałbym być młody. Jestem w swoim czasie. Nigdy nie interesował mnie czas przyszły. Nie rozumiałem słów piosenki: „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Czym one mają się różnić od tych, które znam?

- A przeszłe?

- Kompletnie nie, poza jakimiś miłymi emocjonalnymi wspomnieniami. Ale one niczego we mnie nie budują poza niesmakiem do pewnych zdarzeń, których wolałbym uniknąć. Kładę je na karb młodego wieku i niesforności. Miałem bardzo starego ojca chrzestnego, Kazia Opalińskiego, wtedy znanego aktora. Posiadał piękny dom na Gubałówce. Kiedy miał już z 87 lat siedzieliśmy rano w tym pięknym domu przy jajecznicy, a mnie korciło: „Kaziu, ja bym cię chciał zapytać...”, ale nie musiałem tego artykułować, sam wyczuł, o co mi chodzi, i powiedział: „Chciałbyś mnie zapytać, jak to jest, jak się ma tyle lat?”. „No, tak, mniej więcej”. Wtedy odparł:  „Tak syneczku, tak. Mnie już jest nudno. Już nie mam specjalnych radości, moje niedołęstwo mi przeszkadza, poza tym nie widzę już niczego ciekawego, czego chciałbym jeszcze doznać”. Miałem wtedy jakieś 22 lata i w zasadzie zamknąłem z tą wiedzą upływ czasu i śmierci, a teraz tylko się w tym upewniam.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).